Dyza o sobie: „Wierzę, że nam się to uda.”

//Dyza o sobie: „Wierzę, że nam się to uda.”

Dyza o sobie: „Wierzę, że nam się to uda.”

O tym, że coś jest ze mną nie tak wiedziałam chyba od zawsze. Brzmi jak banał, ale ja nigdy, zwłaszcza wśród rówieśników, nie czułam się dobrze. Wciąż niekomfortowo. W ciągłym spięciu. Czujna. 0bserwująca reakcje innych na mnie. Jakbym za wszelką cenę musiała coś innym udowadniać. Że jestem fajna, taka jak oni. Nie inna od nich. Nie lepsza, nie gorsza. Taka sama. Tak, to moja największa bitwa. Być TAKĄ SAMĄ jak inni ludzie. Żeby nie zauważyli mojej odmienności. Tego, że jestem gorsza, głupsza.

Mój ojciec pił od samego początku małżeństwa moich rodziców. Pamiętam, że kiedy miałam 8-9 lat bardzo lubiłam, gdy był pijany. Był wtedy wesoły, nie krzyczał na mnie ani moją siostrę (trzy lata ode mnie młodszą), nosił nas na barana, przytulał, całował. Tak po ojcowsku. Mam te momenty nagrane na kamerze. Przytulają się też z mamą, tańczą razem objęci.

Kolejne wspomnienia, mam 12-13 lat. Pijany ojciec, to już zupełnie inny obraz. Jego nocne powroty do domu i awantury, moje niespanie ze strachu przed jego powrotem, jego znikanie na dni lub tygodnie i dylematy mamy, czy ma zgłosić zaginięcie na policję. I ja, 13-letnia dziewczynka, która ma pomóc mamie w podjęciu takiej decyzji. I innych decyzji też. Dziś już wiem, że to się nazywa uwikłanie i jest bardzo częstym mechanizmem w rodzinach z problemem alkoholowym.

Później było już coraz gorzej. Tygodnie lub miesiące trzeźwości, później tygodnie cugu. Nie wiadomo co gorsze. Na trzeźwo surowy, nie okazujący uczuć, wyśmiewający mnie, traktujący mnie jak idiotkę. „Głupia blondynka”. Słyszałam to bardzo często. Bo zadałam głupie pytanie. Bo powiedziałam coś głupiego. Bo zrobiłam coś głupiego. Bo, bo, bo… Tak kształtowała się moja samoocena i poczucie własnej wartości.

Poróżnianie mnie i mojej siostry. Dzielenie nas na „tę głupią blondynkę” i „tę fajną, równą dziewczynę”. Zresztą taki podział obowiązuje do teraz. Nie układa nam się dziś najlepiej. Nie rozmawiamy ze sobą prawie wcale. O tym, co u niej, dowiaduję się od mamy. I ona też.

W cugu wieczny koszmar. Martwienie się o niego. Gdzie jest, gdzie śpi, za co pije, czy nie przepił wszystkich pieniędzy. Czy go ktoś nie pobił, nie okradł. Czy wróci do domu dziś w nocy, czy jutro, czy za tydzień. Czekanie w napięciu. Nasłuchiwanie kroków na klatce schodowej. Zgadywanie w jakim humorze wróci. Położy się od razu spać, czy zrobi awanturę w środku nocy. A może zacznie dobierać się do mamy, żądając seksu. Nie chciałam tego słyszeć. Do dzisiaj nie potrafię zasypiać bez włączonego telewizora. Nie potrafię znieść ciszy w nocy. Boję się tego, co usłyszę.

Kiedy byłam nastolatką nie było czasu na moje problemy, na moje nastoletnie wybryki, bunty. Musiałam być wsparciem dla mamy. Nie mogłam pozwolić, by jeszcze z mojej winy miała zmartwienia. Byłam wściekła na swoją siostrę, kiedy mając 13 lat kradła rodzicom pieniądze, co wkrótce odkryli. O dziwo ojciec potrafił załatwiać takie sprawy po ojcowsku. Poważna rozmowa, groźba konsekwencji w przypadku powtórki i po problemie. Miał u nas posłuch. Zawsze było straszenie ojcem ze strony mamy. Skutkowało jak nic innego.

Lata 2005-2010 to apogeum jego alkoholizmu. Czułam się taka samotna. Nigdy nikomu nie powiedziałam o tym problemie. Nawet swojemu chłopakowi. Wstydziłam się. To mi zresztą zostało do dziś. Bardzo pilnuję, żeby nikt się nie dowiedział.

W maju 2010 roku ojciec wyjechał na kilka dni na działkę. Dzwonił pijany. Mówił, że nas kocha, że jest mu tam dobrze, że odpoczywa. Po kilku dniach do mamy dzwoni sąsiad mający działkę dwa domy dalej. Mówi, że ojciec dziwnie się wczoraj zachowywał, żegnał z sąsiadami. Boi się, że się powiesił. Ale nie pójdzie sprawdzić, nie chce zobaczyć wiszącego ciała. Mama i siostra wsiadają w samochód i pędzą 60 km za miasto spodziewając się najgorszego. Ja mam za kilka dni obronę pracy magisterskiej. Nie zawracają mi tym głowy. O wszystkim dowiaduję się po fakcie.

Dojeżdżają do furtki i na powitanie wychodzi im pijany ojciec…

Mama po raz pierwszy od 24 lat zwraca się do kogoś z prośbą o pomoc. Sąsiad z naszego piętra. Anonimowy alkoholik. Aktywny w środowisku AA, biegły w temacie. Odprowadza ojca na oddział leczenia uzależnień w szpitalu psychiatrycznym. Trzytygodniowy odwyk, terapia. Codziennie martwiłyśmy się, czy wytrzyma. Po powrocie rozmowa. Jego przeprosiny za wszystko i obietnica, że nigdy więcej nie zobaczymy go pijanego.

Od tamtego czasu minęło 5 lat. Nie pije. Niestety niektóre „pijane” zachowania mu do dzisiaj zostały.

Tak naprawdę wtedy, w maju 2010 roku nasza rodzina przeżyła największy kryzys. Wcale nie stało się tak, jak sobie zawsze wyobrażałam, że kiedy ojciec przestanie pić, znikną wszystkie problemy. Może coś z nas zeszło, skończyło się wieczne napięcie i ujście znalazły inne emocje. Strach, smutek, samotność, zmęczenie. Pierwsze spotkanie z psychologiem, pierwsza przygoda z terapią, indywidualną i grupową. Pierwszy raz z kimś mogłam porozmawiać o tym problemie. Pierwsze wsparcie otrzymałam w Ośrodku Leczenia Uzależnień na ul. Karłowicza w Lublinie. Nie umiałam chyba jednak podejść do tej terapii w świadomy sposób. Niewiele z niej wzięłam dla siebie.

Od początku 2013 roku jestem w cotygodniowej terapii indywidualnej. Bardzo intensywnej, silnej, czasem wstrząsającej. Myślę, że dzięki niej uda mi się pokonać swojego potwora. Bardzo tego chcę. Mam dość życia takiego jak dotychczas. Mam dość bycia zerem, blondynką i kretynką. Mam dość bycia uległą, podporządkowaną, nie potrafiącą stanąć po swojej stronie. Mam dość bycia echem, nie głosem. Mam dość zastanawiania się nad tym, czy wszyscy wokół czują się dobrze i komfortowo, stawiając swoje własne potrzeby na ostatnim miejscu. Mam dość przyglądania się temu, jak upływa moje życie bez mojego udziału.

Mam nadzieję, że zaczyna się właśnie nowy rozdział w moim życiu. Ten lepszy. Mam nadzieję, że godzina tuż przed świtem jest tą najciemniejszą. I że moja najciemniejsza godzina właśnie się kończy i teraz nadejdzie świt. A po nim piękny, nowy dzień.

Mam nadzieję.

Od 7 lat jestem w związku z chłopakiem, który też jest DDA. Był przy mnie w najtrudniejszych momentach związanych z nałogiem ojca. Od roku jesteśmy małżeństwem. On też wybiera się na terapię. Czeka w kilkumiesięcznej w kolejce z NFZ. Chciałabym, żebyśmy „wyprostowali się” we dwoje, nie wkraczali w rodzicielstwo ze swoimi skrzywieniami. Nie chcę skrzywdzić niewinnej istoty. Nie czuję się gotowa na macierzyństwo. Chcę dla nas dobrego życia.

Wierzę, że nam się to uda.

Dyza, 28 lat
dyzjuszowa@gmail.com

2015-08-28T23:48:13+00:00 Sierpień 28th, 2015|DDA o sobie|