Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Mężczyzna z problemem

Przeglądasz 5 wpisów - od 1 do 5 (z 5)
  • Autor
    Wpisy
  • AvatarMargy1993
    Uczestnik
    Liczba postów: 2

    Witam, weszłam na grupę i tak sobie myślę może ktoś pomoże mi rozszyfrować zachowanie (byłego) partnera.

    Znamy się juz 5 rok, mamy razem dziecko. Nie miałam najłatwiej w życiu, w psychice zostały pewne ślady, z których zaczęłam sobie zdawać sprawę i oczywiście walczyć o związek, rodzine ale i samą siebie. Według mojej oceny bardzo się zmieniłam, moje reakcje zachowania, zapragnełam normalności i podjęłam wyzwanie stworzyć coś czego sama nie miałam do tej pory, normalną rodzine, bliskość, szczere rozmowy itp Jednak zaczęło wychodzić na jaw, że chyba nie tylko ja mam problem.

    Jak ocenić osobę, która ciągle o wszystko mnie obwinia? Która nie przebiera w słowach, potrafi być uszczypliwa, niemiła, jej hasło brzmi oko za oko, ząb za ząb. Tłumaczyłam mu mnóstwo razy, że trzeba normalnie rozmawiać, skupić sie na problemie, szukać kompromisów, rozwiazań, a nie wzajemnych pretensjach, które prowadzą do wyzwisk i płaczu… Często miałam wrażenie, ze nie potrafił wczuć sie w moje emocje i uczucia, nie potrafił zrozumieć, że każdy wkurzy sie, czy będzie mu przykro jak będzie wypominał mu najgorsze rzeczy. Nawet gdy to on zaczął i przesadził, obrócił rozmowę tak by to ja byłam winna, wiedział, ze boli mnie to co mówi, a gdy sie denerwowałam to mówił, ze nie bedzie rozmawiał bo podnoszę głos czy histeryzuje, stawał sie obojetny na mnie i to co czuję. Były sytuacje, ze prosiłam zeby rozmawiał, ze nie chce sie kłócic tylko wyjaśnić sobie problem i przytulic. Nic to nie dawało.

    W związku rzadko sie przytulał, ciągle mówił ze lubi jak go sie tuli ale nie rozumiał, że inni też lubią i każdy chce inicjatywy tej drugiej strony tak samo w kwestii czułości czy seksu.  Zazwyczaj to ja inicjowałam. Miałam wrażenie ze jest na mnie zły na przeszłość, ciągle wymyślał miałam wrażenie nowe powody. Mówił inne rzeczy w nerwach, a potem pisał na messengerze, że wie jaki jest, ze go ponosi, ze kocha mnie i wcale tak nie uważa. Do nastepnego tygodnia az robił dokładnie to samo. Nie szło mu nic powiedzieć, jak byłam na niego wkurzona i miałam jakieś pretensje o typowe codzienne rzeczy to robił sie wredny i atakował mnie, kończyło sie nerwami i kłótnia, potrafił używać mocnych słów. Gdy płakałam to udawał ze nic sie nie stało, chcial mnie rozsmieszac, ale za którymś razem chce sie szczerej rozmowy a nie klaunowania. Nie potrafil rozmawiac, przytulić mnie, przeprosić. Na początku był inny, bardziej zaangazowany, a potem jakby sie motał.

    Mowilam mu to po co ze mna jest skoro tyle rzeczy mu we mnie przeszkadza to potrafił mówić slowa typu: zeby otworzyć ci oczy, żebyś innemu nie zmarnowała życia, żebyś pomyślała nad sobą itp. Męczyło mnie juz to tak, ze stawiałam mu granice. Mówiłam, ze sam nie świeci przykładem i ze jedyne czego chce to razem coś stworzyć i razem sie starać, nigdy tego od niego nie usłyszałam. Jedyne słowa to byly  ze ja jestem winna, zniszczyłam mu życie, że nikogo nie mam, ze rodziny nie mam (rodzine mam i mamy normalny kontakt choc nie widujemy sie często), ze zabierze mi dziecko, pomijajac wyzwiska.
    <p style=”text-align: left;”>Nie rozumialam o co mu chodzi, zmienilam sie bardzo dużo ale wiedzialam ze przesadza, ze wszystko nie może być moją winą i zaczęłam dostrzegać cechy znęcania się psychicznego. W między czasie zmarł mu brat bliźniak, zrobiło sie tylko gorzej, powiedzialam mu, ze zależy mi ale ja sama nic tu nie zrobię i lepiej sie rozstać póki dziecko jest małe. Do czasu aż znalazłam mieszkanie, mieszkaliśmy w osobnych pokojach, co pare dni dzwoniłam do mamy z placzem bo był tak okropny, rodzice juz proponowali mi żebym na ten czas mieszkala u nich ale dojazdy i wgl juz wolalam to wziąć na klate. Prosilam jego rodziców o pomoc, ze msci sie o wszystko, ze wyzywa. Caly czas mialam nadzieje, ze zrozumie o co chodzi, otworzy oczy i coś zmienimy. Nie stało sie tak, owszem znowu na messengerze pisał, ze mu zależy, gdy byłam w pracy poruszał przez komunikator mase tematów, gdzie stwierdzilam, że takie rzeczy załatwia sie na osobności a nastrój udziela mi sie w pracy i nie umiem tak pracować. Cóż dużo razy nabrałam sie na te obietnice, szalenie mi zależało. Dopiero co sama zaczęłam byc normalna a tutaj nie mogę z kims stworzyć normalnego związku…</p>
    Nie poddaje sie tak łatwo, ale on chyba owszem, odkąd go znam marudzi na wszystko, swoje życie, prace, nawet jego brat nazywał go malkoltentem. Jak chcialam go wyciągnąć z domu, razem miec zajęcia to słyszałam ze zima jest, że życie do bani, ludzie itp Ciężko było zabrać go na głupia kolacje w restauracji. Chcialam wyjść z nim gdzieś to mówił ze nie lubi tłumów i do domu zamówić yhh

    Po mojej wyprowadzce zaczął lamentowac, ze sobie odeszlam, że dziecko przeze mnie z nim nie mieszka, że popieprzona jestem i z nikim mi nie wyjdzie. Blokowałam go na messengerze, stawiałam ultimatum. Mowilam ze chce sie rozstać w przyjaźni i zapewnić dziecku namiastkę rodziny, czasem gdzies wyjść razem i pogodzić sie z rozstaniem. Sadzilam ze to zrozumiał. Pozwolilam mu przychodzić, bawić sie z dzieckiem w trójke, między nami również byly rozmowy i myślam sobie, że to nic nie przekreśla i moze to mu pomoze cos zrozumiec, bo za dużo razy juz tylko groziłam odejściem a on sobie nic z tego nie robił. Dochodziło znowu do tych samych sytuacji, mowilam mu stanowczo ze nie mam juz sil, ze chce sie skupić na dziecku i zeby sie zachowywał bo ograniczymy kontakty do dziecka. Potem tak sie stało, nie gadalismy a dziecko tylko zabierał i wychodził.

    Ale ma prace ze nieraz byl i o 17 w domu, wiec pozwalalam mu na kolejne wizyty u nas w domu, czestowalam go obiadem, znowu milo sie gadalo i wgl… Pojawialy sie jakieś nadzieję w glowie. I znowu do czasu aż zaczęły sie kłótnie, stare nawyki, brak normalnycb rozmów, zrozumienia. Zaczęłam go obwiniac za to ze nie widzi jaki jest, ile popsuł i ze nie potrafi podjąć decyzji czego chce. Albo byc razem albo nie i dac mi spokój. W odwecie tylko sie mścił, a ze nie potrafił rozmawiac o uczuciach i problemach to tylko wzywał mnie na messengerze. Niekiedy pisał ze przeprasza. Nigdy nie powiedzial spotkajmy sie, chodzmy na kolacje pogadajmy, nigdy. Ile razy zaczynaliśmy rozmawiac przy dziecku a jak byl niewygodny temat to mowil ze przychodzi do dziecka i tak przeciez odeszlam to czego od niego chce.

    Na dzień dzisiejszy chcialam to zakończyć definitywnie, mowilam, ze pogodzilam sie z tym ze nie będziemy razem, ze chce zebysmy dali sobie spokój juz i zaczęli układać życie. Ale on dalej mi pisze, ze chciałby żyć w 3, że mu smutno. Nie przeprasza za swoje zachowanie, wciąż zachowuje sie jakby sie nic nie stało, nic nie zrobił zeby cos zmienic. Ostatnio sie z nim umowilam zeby obgadać to ze nie chce juz probowac, pisać o tym i robic se nadzieję. Zeby organizowal se czas z corka bo ja nie bede siedziala juz w 3, przytakal. Mowil ze mamy odmienne zdania, ze niechce mnie ograniczac i ze sam tez chce juz spokoju, skrócil droge, wiec poszlismy juz do auta, przez dwa dni czulam rozpacz i jakbym dopiero teraz to zakończyla. Pisal ze teskni, ze tyle dni mnie nie widział. Staralam sie byc twarda i nie odpisywać. Cóż mi tez jest mega przykro, ale wiem ze tak dłużej byc nie może.

    Dodam tylko ze u  niego w domu nikt nie pił, owszem moze ojciec nieraz otworzył piwo po pracy, ale nie był alkoholikiem, raczej dużo rozmawial z synem i mial z nim dobry kontakt. Jego matka za to miała w domu przechlapane, jej ojciec pił  gonił ich z siekierą itp On sam potwierdzal ze matka nieraz roznie sie zachowywała, że ojciec jej staral sie pomoc.

    Nie wiem co mialo na niego wplyw ze taki jest, ciezko mi sie z nim dogadac a nie jest zlym czlowiekiem, tylko widac ze ma problem ze soba. Jest cholerykiem, szybko sie wkurza, dla innych jest podobny ale nie az tak. Ma manie kupowania, potrafi jednego dnia kupic motor, za 2 tygodnie sprzedac i jednak rower, potem znowu sprzedac i hulajnoge elektryczna, zaraz inny rower, auto yhhh Nie szlo z nim nigdy pojechac za granice, nie wiem czy sie boi, ciezko sie z nim gada, niby chce niby nie. Wiem ze smierc brata nasilila to wszystko i sama jest trauma ale przed tym nie byl lepszy, teraz tylko ma mniej checi do zycia, jest jeszcze bardziej marudny i pesymistyczny. Narzeka na prace ale od roku dalej jej nie zmienil choc jak twirrxi niszy go. Przychodzi do mnie i zalewa mnie tym wszystkim i nic nie potrafi z tym zrobic ani sie wziac w garsc, ani o nas zawalczyc ani podjąć jakieś kroki.

    Obydwoje przeszlismy duzo ale zamiast to nas połączyć to tylko nas oddala. Byłam przy nim jak stracił brata, na pogrzebie, przy trumnie, wspieralam, zawsze sluzylam rada, zapominalam co zle, potrafilam patrzec na dziecko, jego uczucia, ale dluzej tak nie idzie. Brakuje jego zaangażowania albo prostej decyzji chce sie starac badz nie i odchodze.

    Jakieś rady?

     

     

     

    Avatarona.ddd
    Uczestnik
    Liczba postów: 56

    Cześć, ciężko masz bardzo faktycznie ale słychać że silna z Ciebie kobieta, dasz radę i podejmiesz samodzielnie słuszną decyzję. Ja bym nie wytrzymała z takim partnerem. Wykończyłby mnie psychicznie a co za tym idzie też fizycznie. Chęci na zmianę brak, a jak nawet chęci nie ma to wiesz… Do tego jest córka. Niezależnie co postanowisz taki ojciec mocno jej się odciśnie na psychice. Bardzo mi przykro z tego powodu i czuję złość że on tak Cię traktuje. Dużą.

    AvatarMargy1993
    Uczestnik
    Liczba postów: 2

    Dzięki ze poświęciłas swoj czas i ogarnęłas całą dlugą opowieść. Przepraszam za błędy i chaotyczność, ale miałam już słabą baterie i sie spieszyłam.

    Nie liczę na współczucie, nawet nie chce go źle oceniać, chciałabym, żeby było dobrze, ale nie widzę już nadzieji. Ja tez mam swoje problemy, życie, prace, małe dziecko a on jest mi jak kula u nogi. Chcialabym byc dla niego wsparciem, zresztą wydaje mi sie że cały czas jestem. Nie jestem z tych co pamiętają każde słowo latami. Wiem, ze mogloby byc jeszcze dobrze, gdyby chciał, bo napewno mi na nim zależy, ale patrząc na efekty nie szybko to nastąpi. Mam wrażenie ze nie dorosł do dojrzałej relacji. Nie chce marnować sobie życia, wiem, ze jest za co mnie kochac i przykro mi, że tego nie docenia. Cieszę, sie z kazdej chwili która przezylismy, każdy popełnia błędy i dorastalismy przy sobie. Ale przecież kiedyś trzeba się czegoś nauczyć, być lepszym. Czasem mam przypływ sił, chcialabym wskazać mu drogę, ale to chyba nie o to chodzi… Balabym sie mu zaufać, balabym sie zamieszkać znów razem, mam wątpliwości co do jego uczuć i szacunku co do mojej osoby  moich wartości, zasad, priorytetów, dlatego, ze to wszystko zdążył zjechać. Dopóki nie było by serio dobrze to nie chce nic razem robić, mowilam mu juz to. Mu sie wydaje, ze jak ktos odchodzi to ma wszystko gdzieś, a dla mnie to jest bardzo trudna decyzja, nie wiem ile walczyć a kiedy odpuścić 😔

    Poza tym czy on ma jakieś zaburzenia? Pomijając traume po bracie. Jest troche za bardzo zazdrosny, ponoc byl gorszy, mam wrażenie ze ma niska samoocene i wiarę w siebie.

     

    Avatarona.ddd
    Uczestnik
    Liczba postów: 56

    Nie wiem czy ma jakieś zaburzenia. Ponoć każdy ma tylko nie jest zdiagnozowany 😉 Ale nikogo do niczego się nie zmusi. Sam musi chcieć coś dostrzec, zmienić. Inaczej to jest syzyfowa praca z Twojej strony.

    oskar777oskar777
    Uczestnik
    Liczba postów: 8

    Cześć!

    Jeśli jest tak dokładnie jak opisałaś (nie znam przecież wersji zdarzeń drugiej strony),

    to problem jest… w Tobie. Tylko Ty możesz podjąć decyzję, która ulepszy Twoje życie.

    Z listu wynika, że w zasadzie decyzja już dawno została podjęta, tylko…

    Tylko te złudzenia, że można zmienić drugą osobę?

     

    Polecam nasz tekst podstawowy i pozdrawiam:)

    Modlitwa o Pogodę Ducha

    Boże, użycz mi Pogody Ducha,
    Abym akceptował tych, których nie mogę zmienić,
    Odwagi, abym zmieniał tego, kogo mogę zmienić,
    I mądrości, abym zrozumiał że tym kimś jestem ja.

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 tygodnie, 5 dni temu przez oskar777 oskar777.
Przeglądasz 5 wpisów - od 1 do 5 (z 5)

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.