Marta




Kiedy zauważyłaś, że jesteś DDA/DDD?*

Był taki moment w trakcie studiów, kiedy zaczęłam mieć problemy ze spaniem. Przed obroną pracy magisterskiej wiecznie płakałam i nie mogłam w ogóle spać. Zaczęłam brać tabletki na sen, coraz większe dawki, miałam dostęp do recept więc sama sobie dozowałam. Po roku takiej męczarni spotkałam chłopaka, który zaczął ze mną rozmawiać. Namówił mnie na psychoterapię. Idąc na psychoterapię, wiedziałam, o czym będę musiała przede wszystkim mówić. Przepłakałam, wypłakałam, terapia pomogła mi wtedy bardzo. Kiedy poczułam się lepiej, zaczęłam sama spać, przerwałam terapię. Po jakimś czasie wszystko wróciło. Przeczytałam książkę o DDA, wtedy też skończył się kolejny mój związek, pierwszy normalny, nietoksyczny, ze wspaniałym mężczyzną. Skończył się, bo tego wspaniałego mężczyzny wcale nie kochałam. Wszystko zrobiło się jeszcze bardziej jasne. Ale wraz z większą świadomością doszły kolejne obawy, że „wziąć się w garść” to nie wszystko, że tak się pewnych rzeczy nie da załatwić. Przypisanie sobie syndromu DDA załamało mnie – wiem, że z tego sama „nie wyrosnę”.


Co takiego musiało się stać w Twoim życiu, żebyś zaczęła szukać pomocy?

Bezsenność. Trwająca prawie rok, nie byłam w stanie nad nią zapanować. Byłam wiecznie rozdrażniona, nie mogłam się skupić. Do tego wszystkiego miałam bardzo niskie poczucie własnej wartości, za wszystkich czułam się winna i odpowiedzialna, wszyscy przychodzili do mnie z problemami, ja nie umiałam opowiedzieć o sobie. Po prostu, jak się później dowiedziałam dokładnie wszystkie syndromy DDA. Było mi wszystkich w rodzinie żal. I ten żal, który powodował że ciągle płakałam, najbardziej nie pozwalał mi żyć. Mądry człowiek, który wtedy był obok mnie poradził mi żebym poszła do psychiatry.

Jak wyglądało kiedyś Twoje życie, a jak wygląda ono dziś?

Podstawowa różnica polega na tym, że wiem, że mam powód, żeby czuć się źle. Wcześniej nie dość że czułam się źle, to miałam straszne wyrzuty sumienia za swój smutek, bo przecież byłam świadoma tego, że mam w życiu więcej niż inni, kochających rodziców, którzy bardzo pomagają mi materialnie, sporo osiągnęłam w życiu zawodowym, mam przyjaciół. O tym, że coś boli, nie wolno mi było mówić. Teraz wiem, że 20 parę lat przeżytych w strachu ma prawo wywrzeć na mnie wpływ. Przez okres kiedy chodziłam na terapię, po tych najgorszych początkach, naprawdę czułam się dobrze. Potem straciłam z terapeutką kontakt. Nie jestem w stanie zacząć spotykać się z nią na nowo, jest bardzo zajęta, a moja próba kontaktu z nią rodzi we mnie znowu poczucie winy, że się narzucam. Utknęłam w martwym punkcie, znowu nie mogę iść do przodu.

Co chciałabyś powiedzieć komuś, kto jeszcze cierpi, waha się czy skorzystać z jakiejś pomocy?

Warto, a nawet trzeba coś zrobić. Człowiek nie jest po to, żeby cierpieć w imię czegoś, za co nie jest odpowiedzialny. Trzeba się dowiedzieć, że świat nie leży na naszych barkach, że bez naszego smutku tak samo będzie się toczył. Tylko że ta wiedza niczego jeszcze nie załatwia. To jest pół drogi. Te pół drogi, które ja przeszłam. Potem trzeba zbudować sobie jakąś alternatywę do dotychczasowego sposobu myślenia.


Marta

2014-12-11T20:08:50+00:00 Grudzień 12th, 2004|DDA o sobie|