Kilka lat temu przeczytałam o DDA. Nie wiązałam tego wówczas ze sobą. Owszem, obaj moi dziadkowie byli alkoholikami, rodzice mają za sobą straszne przeżycia, ale oboje założyli szczęśliwą rodzinę, a w moim domu nigdy nie było dużo alkoholu. Nie unikali go też przesadnie.

Mam trzech braci, rodzice poświęcili nam całe życie, wykształcili, pomogli rozpocząć życie zawodowe. Nie, mojej rodziny to nie dotyczy, myślałam.

Otóż dotyczy.

Moi rodzice zawsze bardzo nas kontrolowali, nigdy nie chwalili, dużo wymagali. Szczególnie ode mnie – najstarszej córki. Musieliśmy być inni, lepsi od innych. Na kilometr od domu wyczuwałam nastrój mojej matki, domowego tyrana, który potrafił zimnym milczeniem doprowadzić mnie do łez.

Nie rozumiałam, co zrobiłam źle. Słyszałam tylko, że powinnam wiedzieć.

Jestem ideałem, wzorcem metra z Sevres. ?Paskowe? świadectwa, dobrze skończone studia, świetna praca, dobry mąż, dwójka dzieci, piękny dom, dzieci w prywatnych szkołach. Nie wiem, czy jestem taka sama z siebie, czy pod ich wpływem, a i tak zawsze coś jest źle i zawsze może być lepiej.

Szczególnie źle zaczęło się, gdy zaczęłam walczyć o swoją niezależność. Milczenie trwające miesiącami z powodu pierdoły, ignorowanie wnuków.

Ja też nie dzwonię. Nauczyłam się tego od nich. Nauczyłam się być równie okrutna.

Dla moich dzieci jestem ?mamuśką?, dziesiątki razy dziennie mówię, że je kocham, pozwalam na prawie wszystko. Nie chcę tego parszywego charakteru szczepić dalej.

O trudnych sprawach rozmawiam z mężem nie przy dzieciach. Moi synowie mają być prości i naiwni, a nie, jak ja, od dziecka skażeni problemami dorosłych.

W tej chwili sytuacja wygląda tak, że moja matka umiera na raka, a ja nie zostałam, na jej życzenie, wpuszczona do rodzinnego domu, bo nie zasługuję na miano córki. Córka trwałaby przy matce niezależnie od okoliczności, bez względu na jej wieczne fochy i szorstkość…

Agnieszka, 39 lat