„Przegrałam swoje życie” – historia Iwony

//„Przegrałam swoje życie” – historia Iwony

„Przegrałam swoje życie” – historia Iwony

…teraz mam 40 lat i już wiem, że przegrałam własne życie przez własną głupotę. Ale od początku.

Ojciec alkoholik, z przerwami niepijący, leczenie, AA, awantury, notoryczny brak pieniędzy, zero realizacji dziecięcych pasji, brak bezpiecznego dojrzewania i dorastania, opieka nad dwoma młodszymi braćmi, mama płacząca, brak chleba, jako nastolatka pożyczam buty od koleżanek, bo nie mam w czym chodzić, wstyd, smród, przemoc. Znacie to przecież.

Zakochuję się oczywiście w alkoholiku, ale oczywiście nie widzę tego, mam różowe okulary. Ślub, narodziny syna, krótkie szczęście, potem zaczyna się psuć. Spadają mi różowe okulary, zaczynam widzieć to, czego nie chciałam widzieć. W finale rozwód.

Plusem jest to, że mam pracę, skończyłam studia. Jednak nie jestem mądrzejsza po rozwodzie, na siłę próbuję tworzyć związki. Wiecie jak to jest, chcę być kochana, potrzebna, mieć poczucie, że jestem ważna dla kogoś. Ja i mój syn. Obiecuję sama sobie, że zniosę wszystko, że dam radę w kolejnym związku. Oszukiwałam samą siebie… Nie udaje się.

Zamykam się na ludzi, na otoczenie, zamykam się przed braćmi i mamą. Zresztą są daleko – 200 km, więc tak naprawdę jestem sama z synem i zaczynam popełniać ogromne błędy. Biorę pożyczki jedna po drugiej, na spłatę poprzednich, na bieżące życie, na to by pokazać wokoło ludziom, że niby daję radę sama. A to bzdura była, teraz to wiem i na dzień dzisiejszy to jest około 200 tys. do spłaty. Banki były hojne, dawały, a ja brałam. Dowartościowywałam się w ten sposób.

Wiecie, wokoło pary, ja wiem, że wszędzie są kłopoty, ale oni mieli siebie nawzajem, rodziny, dziadków, babcie.

Finał. Komornik do końca mojego życia będzie na moim karku siedział. Nie, nie użalam się, tylko piszę tak po prostu. Oczywiście nadal pracuję na zmiany, dniówka 12 godz. potem nocka 12. Taki system. Dodatkowo dorabiam sprzątając. Tym sposobem mam na bieżące życie dla siebie, syna. Wegetuję, nie wyjeżdżam na wolne, nie chodzę do kina, ani do kawiarni, nie bywam w dyskotekach, na sylwestrach, nigdzie. Od 6 lat ubieram się w ciucholandach i tak wegetuję. Sama sobie nawarzyłam taki los i teraz za to płacę.

Teściowa umiera. Były już mąż pije, nie płaci alimentów, pomimo komornika i doniesienia do prokuratury. I tak przez kilka lat.

W Końcu poznaję kogoś… Szał i znów różowe okulary. Starszy, mądry, wykształcony. Zmieniam pracę, z synem przeprowadzamy się do niego po 2 latach znajomości i… domyślacie się co dalej.

Po roku mieszkania zaczyna się… Znów coś, czego tak naprawdę nie chciałam widzieć. Wcześniej krzyki, awantury – tylko tym razem bez alkoholu. Przemoc psychiczna, słowna i już wiem, co zgotowałam synowi. Wyzwiska od skur****nów to najłagodniejsza forma. Oczywiście potem skrucha, a ja się łudzę, że kłopoty, że ma prawo. Kompletna ze mnie idiotka.

Tłumaczyłam jego, a sobie wmawiałam, że wytrzymam, że to tylko chwilowe, że minie, że to ja coś źle robię, że to moja wina, bo mam długi i tu już jestem kompletnie sama. Nie wspomnę o kilku wyprowadzkach od niego i powrotach. O kopniaku i wyrwaniu włosów z rzutem na łóżko, o wyzwiskach. To wszystko starałam się zamazywać dobrymi dniami i chwilami, bo tych też było sporo.

Jedno z czego jestem dumna to, że nigdy nie pozwoliłam, aby podniósł rękę na mojego syna. Broniłam jak tylko mogłam i udało się. Syn wyrasta na w miarę rozsądnego, choć leniwego, nastolatka. Pomimo takiego życia, jakie mu zafundowałam. Pewnie też popełniłam wiele błędów w wychowaniu. Teraz gryzie mnie to, że nie mogę prawie nic mu dać na wyjazdy, na obozy czy prawo jazdy. To coś, czego mu nie zapewnię. Na wszystko muszę po parę razy przeliczyć każdy grosz. Dwieście złotych tygodniowo musi nam starczyć na wszystko, co potrzebne do życia, jedzenie, środki higieniczne itp.

Ilość błędów, które popełniłam w życiu nie mieści mi się w głowie i na co mi ten mgr przed nazwiskiem, skoro takie głupoty zrobiłam? Gdybym chciała opisać moją historię, to wyszła by książka, więc to są tylko wyrwane myśli.

Teraz mieszkamy niedaleko siebie, z tym znajomym. Trzymam go z dala od syna, zero wtrącania się i decydowania. Ja wiem, że już nie stworzę żadnego związku innego. Nie z moimi długami i obecną sytuacją życiową. Dla nikogo nie będę już partnerem wartościowym i dlatego do końca nie zrezygnowałam z tej znajomości. Dumę chowa się w kieszeń, gdy przez własną głupotę nie ma za co kupić chleba… Wyszłam na cyniczną i wyrachowaną? Pewnie tak, ale mnie już nie zależy. Znów zamknęłam się przed ludźmi, idę z jednej pracy do drugiej. Bywa, że pracuję na okrągło po 48 godzin.

Nie mam przyjaciółek. Kilka znajomych, ale nikt tak naprawdę nie zna mojej historii i nie pozna. Tak sobie postanowiłam. Rano wychodząc zakładam maskę – uśmiech i taką widzą mnie ludzie i tak już zostanie… Czarne myśli są bardzo często, ale to zostanie w mojej głowie, też ich nikt nie pozna… Czy to, co zrobiłam ze swoim życiem, sposób w jaki je zniszczyłam ma początek w alkoholizmie w mojej rodzinie? Pewnie w jakimś stopniu ma, ale wiem, że na dda nie można zrzucić całej swej głupoty…

I tak mam 40 lat i już wiem ze przegrałam swoje życie… Jestem nikim…

Iwona
idudek75@wp.pl

2016-10-15T00:02:34+00:00 Październik 15th, 2016|DDA o sobie|