„Przepraszam, jeśli to zbyt dziecinne”, czyli Beata o sobie – nieoficjalna STRONA DDA

„Przepraszam, jeśli to zbyt dziecinne”, czyli Beata o sobie

//„Przepraszam, jeśli to zbyt dziecinne”, czyli Beata o sobie

„Przepraszam, jeśli to zbyt dziecinne”, czyli Beata o sobie

Nie wiem czy dobrze trafiłam, ale mam nadzieję, że przynajmniej ktoś przeczyta to co napiszę i powie, co jest ze mną nie tak. Kompletnie nie wiem co się ze mną dzieje i co mam ze sobą zrobić.

Zacznę od początku.
Nazywam się Beata i mam 27 lat. Moja matka jak mnie urodziła miała 24 lata mój ojciec 44. Byłam, jestem i będę niechciana. Jest mi to okazywane na każdym kroku.
Ojca nie znam. Nigdy nie było rozmów o nim. Praktycznie rzecz ujmując wychowywała mnie babcia.

Z dzieciństwa w ogóle nie pamiętam matki. W domu były ciągłe awantury. Matka kłóciła się z babcią praktycznie przez cały czas.
Z czasem zjawił się po 11 latach niespodziewanie brat. Matka ukrywała ciążę do samego końca. Jak zaczęły jej odchodzić wody wyszło na to, że była ponownie w ciąży. Oczywiście i tym razem była to wpadka z żonatym i starszym mężczyzną.

Ciągle słyszałam tylko, że świat jest zły, że ludzie są źli, że nie ma sensu nic robić, bo świat jest szary i nic nie warty. Mężczyźni to zło chcący tylko i wyłącznie zadowolić swoje pragnienia. Kobieta w ciąży to idiotka dająca sobie zrobić taki brzuch. Miałam takie mądrości życiowe wpajane od młodego jak tylko zdarzyło się przebywać w jej towarzystwie. Najlepiej to położyć się do łóżka i czekać na śmierć. Niech życie przejdzie obok.

Po śmierci babci zaczęłam myśleć tak jak ona. Matka nagle straciła pracę. Zaczęło brakować pieniędzy. Matka wpadła na pomysł wystąpienia o alimenty. Zero rozmowy od kogo, dlaczego się stało, że nie są razem razem. Zyłam w kompletnej pustce. Nie wiedziałam nic o swoim ojcu, o niej, o życiu. Wegetowałam z dnia na dzień.

Pewnego dnia miałyśmy pojechać do Krakowa na badania genetyczne. W akcie urodzenia miałam w rubryce dane ojca wpisane NN. Tam była okazja poznać, kto jest moim ojcem. To było takie upokarzające. Wszystkie dzieci, ba niemowlaki były trzymane na kolanach swoich matek, a ja stara krowa 16 letnia stałam i legitymowałam się legitymacją szkolną. Cała zapłakana przez wzgląd na wizję pobierania krwi nawet nie byłam w stanie przyjrzeć się mojemu ojcu. Okazało się, że to mój genetyczny tata. Przyznano alimenty. Temat zakończony.

Byłam ja, brat i ona. Wszędzie widziano nas razem. Jak widziałyśmy kobietę w ciąży, to robiłyśmy konkurs na najgorsze oszczerstwo pod jej adresem. Jak ja mogłam kiedyś taka być? Wstydzę się, że taka byłam. Nigdy nie byłam samodzielna, zawsze ktoś podejmował za mnie decyzje. Stacjonowałam między szkołą a domem, domem a szkołą. „Po co ci matura skoro nie pójdziesz na studia”. Więc poszłam do szkoły policealnej gdzie nie była wymagana matura. Po co żyć skoro i tak się umrze. Wszystko jest przecież złe, cały świat stoi przeciwko nam.

Tak mijały dni, miesiące, lata. Brak rozmów, jakie się przeprowadza z dzieckiem w czasie dorastania, brak jakichkolwiek rozmów, tylko ciągłe negowanie wszystkiego co nas otacza. Po jednej szkole policealnej poszłam do drugiej żeby nie przepadły alimenty. Mając 20 lat chciałam, żeby życie się już skończyło skoro to ma być taka katorga.

Wszystko zaczęło się stopniowo zmieniać po rozmowie z nauczycielką, która chciała żebym poszła na studia. Przy bezrobotnej matce i żyjąc tylko z alimentów i zasiłków było to niemożliwe. W związku z tym nauczycielka zaproponowała jej dorobienie poprzez sprzątanie. Pochodziła trochę i jej się znudziło. Oczywiście powód taki, że za duży bałagan, za mało płatny. Jednym słowem nie ma sensu.
Ja ją zastąpiłam. Zaczęłam raz w tygodniu wychodzić i zarabiać pierwsze pieniądze.

Pewnego dnia powzięłam decyzję o podejściu do matury. Zdałam. Zarobione pieniądze zaczęłam składać na studia. Bojąc się egzaminów na studia postanowiłam iść na prywatną uczelnię. Zaczęłam dorabiać sobie sprzątaniem u polecających mnie ludzi. Wyszłam do ludzi, zaczęłam się obrać w ich towarzystwie. Kurczę, ludzie wcale nie są źli. Więc tak wygląda rodzina. Wspólne posiłki, siedzenie razem przy jednym stole i rozmawianie, śmianie się, wspólne rozwiązywanie problemów i doradzenie. Rodzina nie jest zła. To jest coś cudownego.

Coraz mocniej pragnęłam normalnego życia. Pewnego razu doszło między mną a matką do kłótni. To za mało powiedziane. Wyrzuciłyśmy sobie wszystko. Okazało się, że matka chciała mnie usunąć, ale babcia uważała aborcję za mord i tylko dzięki niej jestem na świecie. Powinnam pływać po kanałach spuszczona w ubikacji. Jestem dla niej warta tylko wysokość alimentów. Jestem nikim. Doszło do rękoczynów. Wezwałam policję.

To był moment, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że taki świat jaki ona przedstawiała nie jest prawdziwy. Mając 24 lata miałam umysł 10 latka. Dalej się tak zachowuję. Boję się wszystkiego, boję się życia. Nagle mam podejmować życiowe decyzje, ale nie wiem jak to się robi. Dla innych to co ja mam zrobić jest rutyną dnia powszedniego, dla mnie decyzją zmieniającą życie.

Zaczęłam otwierać oczy. Jej niepowodzenia życiowe starała się we mnie wpoić i udowodnić sobie, że świat jest naprawdę zły. Po policyjnej awanturze nastąpił skok nastroju (często tak ma), że niby wszystko jest dobrze. Kiedy jej zaufałam i myślałam, że ona chce się zmienić, wbijała mi nóż w plecy.

Szukałam jej pracy. Myślałam, że jej stan jest spowodowany tym, że jej nie ma. Ta jej nie odpowiada, tam musiała czekać, tam by musiała się uczyć czegoś nowego, a tam to wyzysk ludzi. Stoczyła się na dno. Nie potrafi zacząć dnia bez piwa. Nie ma pieniędzy, ale na alkohol się zawsze znajdzie. Jest na dnie.

Dostałam pracę. W efekcie usłyszałam, że szef mógłby mnie trzymać na czarno, bo będzie dostawać alimenty i jakieś zasiłki z opieki. Czuję się winna tego, że jak jest. Może to moja wina, że ona jest w takim stanie. Może przez to, że ja chcę, żeby było lepiej, że nie chcę się doprowadzić do takiego stanu, w jakim ona jest.

Ostanie lata były koszmarem. Po studiach szłam sprzątać, żeby mieć pieniądze na jedzenie, Uczyłam się, żeby dostać stypendium naukowe. To jej się nie podobało. Ktoś mi naplótł głupot i ja teraz jestem zaślepiona wizją, że rodzina jest dobra, ludzie są dobrzy. „Pewnie jesteś już w ciąży, bachorowi uwalę łeb o ścianę, a później Ty oberwiesz”.
Tylko, że moja matka nie wie, że mam umysł dziecka i się wszystkiego boję.

W piątek wyprowadziłam się. W sumie to uciekłam. Czułam się, jak zaszczuty szczeniak. Na zewnątrz wszyscy uważają mnie za pogodną osobę, jednak jak wracałam do domu, kładłam się do łóżka i leżałam tak, żeby mnie nikt nie widział, żebym tylko nie dawała powodu do kolejnej kłótni. Wychodziłam, jak matka już spała.

Przez miesiąc się pakowałam i upychałam worki w szafach. Zdecydowałam się na ten krok, bo dłużej już nie mogłam. Już miarka się przelała. Nie już jestem w stanie słuchać, że jestem złem w jej życiu, mam dość oglądania jej zapitej twarzy, siedzenia jak mysz pod miotłą i bania się całego świata. Pół roku zbierałam się do tej decyzji, a dalej jestem przekonana, że źle zrobiłam. Boję się, że nie dam sobie rady, że ona miała rację, że sobie nie poradzę.

W kwietniu oznajmiłam jej, że prawdopodobnie będę się wyprowadzać. To był błąd. Awantura, kłótnia, rzucanie obelg, jaka jestem głupia. Nie dbam o nią, bo przez to, że poszłam do pracy, ona nie dostanie zasiłków.

Mam już dość. Już więcej obelg pod swoim adresem nie zdołam przyjąć. Nigdy nie usłyszałam, że zrobiłam coś dobrze, że jest ze mnie dumna. Na studiach byłam najlepsza na moim roku – to również nie był powód do dumy, bo to też wpływało na jej zasiłki. Jestem złem.

Mimo, że mam 27 lat to kompletnie się tak nie czuję. Cały świat jest dla mnie obcy. Teraz mam się uczyć życia? Sama muszę dochodzić do rzeczy, które powinny być mi wpojone jako dziecku. Ciągle robię coś źle, popełniam błędy, bo nie wiem czy robię coś dobrze. Okazuje się, że lepiej by było jakbym nic nie robiła. Tyle, że się boję nawet zakończyć moje życie.

Wiem, powinnam się leczyć. Póki co naprawiam błędy, które można wyleczyć. Będę zakładać aparat na zęby, chodzę po lekarzach i naprawiam to, co się jeszcze da. Bo nigdy nie korzystałam z usług lekarza, bo po co. Mnie się to nie należy. Miałam guza, którego hodowałam lata. Okazało się, że był to rodzaj nowotworu niezłośliwego.
Teraz mam zacząć o siebie dbać? To nie ma sensu, już za późno. To niesamowite uczucie modlić się co wieczór, żeby rano nie wstać. Rano otwieram oczy i znowu zaczyna się walka o samą siebie. Już nie wiem co mam robić. Czy walka ma sens? Może świat faktycznie jest zły, a ja na siłę chcę go upiększyć, żeby mieć satysfakcję z tego, że podjęłam dobrą decyzję. To wszystko tak boli.

Pozdrawiam i z góry przepraszam jeśli to co napisałam jest zbyt dziecinne jak na mój wiek.

Beata, lat 27

2014-12-11T16:21:24+00:00 Sierpień 8th, 2011|DDA o sobie|