Swoją historię w zasadzie powinnam rozpocząć od mojego domu rodzinnego, dzieciństwa, ojca alkoholika i matki, której natenczas nie rozumiałam. Dziś sama jestem u kresu sił, choć zawsze byłam pełna energii i optymizmu, pełna marzeń, miliona planów i pewną siebie, silną kobietą z zasadami… Nie wiem gdzie ona się podziała. Gdy patrzę dziś na siebie – wrak człowieka, emocjonalnie rozklekotana, niezdolna konsekwentnie trzymać się raz podjętej decyzji… Jakbym zupełnie straciła siebie… W imię miłości czy może…

Gdy zdecydowaliśmy się na związek, było cudownie. Mówił że zmieni to, że będzie palił mniej. Uwierzyłam mu. Wierzyłam, że będę w stanie mu pomóc, że razem stworzymy dom, jakiego żadne z nas nie miało. Szybko mi się oświadczył. Miałam wątpliwości, ale zgodziłam się.

Powolutku zaczynały się drobne kłamstwa, kłótnie, awantury, łzy, przeprosiny, wybaczania. Coraz częściej historie się powtarzały, czułam jak znajomi i wszystko co związane z paleniem i piwkiem wypychały mnie bez większego trudu na dalszy plan.

Potem seria ciężkich kłamstw, wyłączanie telefonu, długie nadgodziny w pracy. Zaczęliśmy się coraz bardziej od siebie oddalać, a ja ciągle walczyłam o nas, o to byśmy zaczęli rozmawiać, spędzać więcej czasu razem, o to by przestał tak dużo palić.

Przy którejś awanturze podniósł na mnie rękę. Tego dnia spakowałam go. Zważając na to, że była także policja, wyprowadził się.
Przez większość związku płaciłam rachunki, utrzymywałam nas oboje. Podawałam mu rękę za każdym razem, gdy było źle. Zawsze odpowiedzialna odmawiałam sobie, by nam było łatwiej, a on się bawił.

Jakiś rok temu jego zdrowie zaczęło mocno szwankować, więc wysłałam go do lekarza bez „zmiłuj się”. Lekarz stwierdził, że może mieć HIV, ale nie zrobił mu badań. A może zrobił? Nie dowiem się. Postanowiłam się sama przebadać, bo skoro on może mieć, to ja także. Po pierwszych badaniach skontaktowano się ze mną, by umówić się na powtórzenie, a raczej potwierdzenie tego, co już wyszło. Poproszono, by on także przyszedł. Obydwoje, jak się okazało jesteśmy seropozytywni, przy czym u niego wykazało, że ma WZW.

Choć nie było mi łatwo, byłam dla niego wsparciem, a gdy potrzebowałam go ja, jak zwykle jego nie było dla mnie. Był dla wszystkich, ale nie dla mnie. Mimo iż płakałam, błagałam, wybaczałam, ranił mnie coraz to mocniej, coraz częściej. Obiecywał, że już nie zrani, prosił bym mu ufała. Bił, po czym płakał i mówił, że kocha. A ja wybaczałam, bo wierzyłam, że tym razem coś się zmieni, że damy radę, że warto, że kocha mnie, jak ja jego.

Im dalej, tym więcej kłamstw. Przymykałam oko. Zaczęłam z czasem wierzyć, że coś jest ze mną nie tak, że jestem chora psychicznie, że może jednak to wszystko jest w mojej głowie.

Któregoś dnia, dokładnie dzień przed sylwestrem, dowiedziałam się, że lata po portalach randkowych. Byłam już wrakiem, więc pewnie szukał kolejnej naiwnej, by zmanipulować. Nie zamierzał raczej poinformować, że jest nosicielem.
Boże, uchroń go przed tym, by skrzywdził kogoś. Nie liczy się z nikim, liczą się tylko jego potrzeby, zero odpowiedzialności…

Wracając do tematu, tamtego dnia uznałam, że jestem chora. Nie chciałam by mnie zamknęli, żyć na psychotropach także nie chciałam. Nie wyobrażałam sobie życia bez niego, nie chciałam bez niego żyć z myślą, że mnie nie kocha, że cały ten związek to było jedno wielkie kłamstwo, tak że nie potrafiłabym dłużej żyć.
Zjadłam prawie trzy garście jego silnych antybiotyków, więc uznałam, że jak zapiję butlą wina, to w końcu odpocznę. Tak bardzo byłam zmęczona.
Napisałam list do mamy, dwóch przyjaciółek, bo tylko one mi jeszcze zostały i do niego. Nie chciałam, by miał wyrzuty, więc wzięłam winę na siebie, że niby od dawna miałam problem…

Bóg tak chciał ze mimo alkoholu, a może dzięki, szybko zwróciłam wszystko. Choć nic nie pamiętam, znalazł mnie nieprzytomną w łazience na podłodze, co prawda do rana wymiotowałam jak kot, ale dostałam nowe życie, wraz z nim prawdę.

Dzień po okazało się, jak bardzo mnie okłamywał. Za lata miłości wsparcia lojalności, byłam jak lukrowa mamka, zawsze byłam, zawsze wybaczyłam, dałam szansę, wspierałam, siedziałam obok, gdy było z nim źle, a tak naprawdę wykańczałam się.

Niedawno wyprowadził się, sprzątając jego pokój znalazłam coś, co poddaje w wątpliwości fakt, że to była tylko marihuana. Mimo tego, że mnie tak bardzo skrzywdził, wiem że jestem gotowa mu wybaczyć, jeśli jeszcze tego nie uczyniłam. Boję się, że gdy znowu pojawi się z serią pięknych słów i obietnic, znowu pozwolę mu wrócić.
Boże, wiem, że tak będzie. Choć logika każe zamknąć te drzwi za sobą, coś we mnie rozpacza za nim. Tak bardzo mi go brakuje, a przecież tak mocno mnie skrzywdził… To jest chore…

Poczucie odpowiedzialności za niego i jego zdrowie wykańcza mnie. Wyrzuty sumienia, że poddałam się w walce o niego, że nie będzie mnie obok, gdy będzie mnie potrzebował… Chociaż go nigdy nie było, gdy go potrzebowałam ja…
Ma duży problem, bardzo dużo pali, piwkuje i Bóg jeden wie, co jeszcze jego wątroba nie wyrabia. Coraz więcej godzin spędzał pod gorącym prysznicem, bo tylko tam ból ustępował na chwilę. Patrzyłam i płakałam, rozdzierało mi to serce, a on nadal palił, pił i coraz częściej męczył… Wiem, że jak posypie mu się grunt pod nogami, popadnie w długi czy cokolwiek – może chcieć próbować wrócić… Wiem, że potrzebuję pomocy, bo wiem, że pozwolę mu, a to mnie wykończy.

Pewnie wiele osób czytając to pukałoby się w głowę. To nie jest proste, nie tak proste, jak się może wydawać.. Chyba się nie da samemu z tym wojować, bo człowiek już nie wie, co jest białe, a co czarne. Czuję się, jak bezbronne dziecko kompletnie samo, które błądzi w koszmarnym lesie i już nie wie, czy te piękne małe kwiaty to iluzja, czy może iluzją jest ten straszny las…

Boże, daj mi siłę, bym wiedziała co słuszne, bym zrozumiała.

Aga
tumble@interia.eu