„Zatoczyłem koło z bestią siedzącą mi na plecach…” – nieoficjalna STRONA DDA

„Zatoczyłem koło z bestią siedzącą mi na plecach…”

//„Zatoczyłem koło z bestią siedzącą mi na plecach…”

„Zatoczyłem koło z bestią siedzącą mi na plecach…”

O tym, że mogę być DDA dowiedziałem się 5 lat temu, niedługo potem byłem już pewien, ale jakoś tak nie odczuwałem tego. To była wiedza bardzo intelektualna, zresztą nadal jest. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, tak naprawdę nie mam poczucia tego, że jestem Dorosłym Dzieckiem Alkoholika. Pytanie powstaje – jak wyczuć, uświadomić sobie to wszystko emocjonalnie? Odpowiedź przyszła wczoraj, kiedy po tylu latach (mam 49 lat) od pozyskania wiedzy, zdecydowałem się o tym napisać, na tym forum i – mało tego- zdecydowałem się iść w środę 22 kwietnia na mityng. Dopiero teraz, kiedy piszę te słowa o spotkaniu, o podjęciu decyzji, zaczynam odczuwać cokolwiek.

A teraz moja historia…

Urodziłem się w małym miasteczku. Mój ojciec jest alkoholikiem, w tej chwili niepijącym od około 12 lat. Moja matka nie uzależniła się, jednak sama jako DDA na pewnym etapie piła – i to bardzo dużo – razem z moim ojcem. Obydwoje, pod wpływem mojej młodszej siostry zaczęli się leczyć 15 lat temu, mnie już wtedy w domu rodzinnym nie było. Wyjechałem po maturze na studia i już – w sensie mieszkania razem – nie wróciłem. Ziściły się moje marzenia i modlitwy. Ale po kolei.

Kiedy miałem 6 lat przyjechał z USA mój dziadek, który tam wyjechał w czasie II wojny światowej. Po kilku miesiącach pobytu zmarł. Po tym fakcie mój ojciec zmienił się diametralnie. Zaczął pić na umór, do tego stopnia, że leżał zapity w rowach przydrożnych. Wtedy przeprowadziliśmy się do innej miejscowości i tam zacząłem chodzić do szkoły. Mój ojciec od razu dał się poznać z najgorszej alkoholowej strony. Pił, tracił przytomność, budził się, chwytał siekierę czy nóż groził, że nas pozabija. Moja matka – sama bardzo młoda, z trojgiem dzieci (mam starszego brata – alkoholik, chociaż się do tego nie przyznaje i młodszą siostrę) uciekała z nami, w nocy z domu – niezależnie od pory roku. Kryliśmy się po krzakach i lasach. Z tamtego okresu pamiętam najlepiej – niewiele pamiętam z dzieciństwa – dojmujące uczucie opuszczenia i przerażenia o własne istnienie, strach przed nieistnieniem.

Pogłębiło to uczucie jeszcze bardziej wydarzenie, które w pewnym momencie wyparłem całkowicie i dopiero po wielu latach, około 30 –stu, powróciło do mnie podczas udziału w spotkaniu grupy trenerów grupowych (jestem wykładowcą – szkoleniowcem). A więc w tamtym czasie zostałem siłą uprowadzony przez starszych ode mnie chłopaków do lasu, przywiązany do drzewa, skopany i sponiewierany psychicznie. Na początku chcieli mnie zostawić przywiązanego do drzewa, ale zrezygnowali grożąc, że jeśli wygadam komukolwiek to przyjdą i mnie zabiją. Uwolnili mnie i kopniakami wypędzili z tego lasu. Nie powiedziałem o tym nikomu do dnia dzisiejszego. To zdarzenie tkwi we mnie ponad 40 lat. Teraz uświadomiłem sobie przerażający fakt… minęło 40 lat, a ja nadal boję się, że oni przyjdą i mnie zabiją.

Po tych wydarzeniach przeprowadziliśmy się do miejscowości, gdzie mieszkała rodzina mojej matki. Dziadek alkoholik, babka – usiłująca wszystko utrzymać w tajemnicy dewotka. Mój ojciec pił nadal, jeździł na taxi i po pijaku – wracał nieraz po kilku dniach nieobecności – wszczynał awantury. Moja matka nie była mu dłużna. Zaczęła coraz częściej z ojcem pić. Na początku po to, żeby nam dał spokój, potem, jak to bywa z używaniem alkoholu, wkręciła się na całego i zaczęły się kłótnie, bijatyki, wzywanie pogotowia, policji. Oczywiście brałem w tym udział, jako ich rozjemca, opiekun, załatwiający bieżące sprawy (zakupy, opał i in.) pomagier – kupowałem alkohol, papierosy, tabletki „z krzyżykiem”, zastanawiałem się jeszcze na studiach, po co moim rodzicom 20 opakowań tabletek przeciwbólowych (w czasach PRL-u wyrób P…fy, środek przeciwbólowy, oczywiście uzależniający). Cały czas odczuwałem wstyd przed światem, nie zapraszałem kolegów, ani oni nie zapraszali mnie.

Z natury jestem człowiekiem otwartym, uwielbiającym kontakty z ludźmi, wędrówki,( ciągle coś nowego, twórczego) i taki byłem poza domem. Koledzy ze szkoły, którzy ze mną wyjeżdżali na obozy, czy wycieczki, nie mogli się nadziwić, jak się zmieniałem, do jakiego stopnia rozkwitałem na takich wyjazdach. Jednak podczas wyjazdów nie mogłem odpędzić myśli o domu, o tym co tam się dzieje, czy już się pozabijali, czy może jeszcze żyją. Martwiłem się o 5 lat ode mnie młodszą siostrę, czy ma co zjeść, czy nie zrobili jej krzywdy. Moja siostra do tej pory jest bardzo ze mną zżyta.

Myślałem, że wyjeżdżając na studia (dostałem się na studia, chociaż nauczyciele nie wierzyli w to, większość z nich czuła do mnie niechęć do tego stopnia, że kiedy wygrałem nagrodę na ogólnopolskim konkursie literackim Sztandaru Młodych, to niektórzy z nich zastanawiali się, „kto mi to napisał”) mój świat się zmieni, a marzenia ziszczą się w mgnieniu oka. Jakżeż się myliłem.

Zamknąłem się w sobie przed ludźmi ba, stroniłem od nich. Przestałem pisać opowiadania. Stroniłem od wszelkich związków emocjonalnych, od koleżeństwa począwszy na zakochaniu się skończywszy. Nie „miałem” dziewczyny przez całe 5 lat studiów, czułem się nic nie wartym matołkiem, same studia mnie przestały interesować, rzuciłem się w wir działalności solidarnościowej, dużo wyjeżdżałem za granicę, zacząłem uprawiać sporty ekstremalne, ryzykować życie dla zabawy.

Już pod koniec studiów poznałem dziewczynę, w której zakochałem się na zabój do tego stopnia, że zrobiłbym dla niej wszystko, dosłownie. Ona nie powiedziała mi nawet, czy chce ze mną chodzić. Trzymała mnie na dystans i wykorzystywała – głównie materialnie, potem zamieszkała z dnia na dzień z innym chłopakiem. Przeżyłem to bardzo ciężko i zamknąłem się w sobie jeszcze głębiej.

Nawet nie spostrzegłem, kiedy zacząłem coraz więcej pić. Zacząłem pracować w urzędzie państwowym, gdzie o alkohol i życie na krawędzi było bardzo łatwo. Jednak nie piłem nałogowo, chociaż zaskakująco dla mnie, otoczony byłem ludźmi już uzależnionymi, bądź na równi pochyłej, wprost w tym kierunku.

Poznałem w pracy moją obecną żonę. Już wtedy bardzo dużo piła i od czasu do czasu paliła trawkę. Kiedy mnie poznała przystopowała z paleniem trawki, ale zaczęła więcej pić – było (i jest) to „tylko” piwo. Piłem z nią, coraz więcej i częściej. Podczas jednego z wakacyjnych wyjazdów z dziećmi (mamy kilkunastoletnie dzieci) zauważyłem, że żona może być uzależniona od alkoholu. Postanowiłem, że ja (niestety nie zdobyłem się wtedy na zwrócenie jej uwagi – byłem i w dużej mierze pozostaję nadal, podporządkowany jej emocjonalnie) przystopuję z alkoholem. Chciałem się zorientować co się dzieje w tym codziennym młynie. Jednak pod wpływem chwili piłem z żoną nadal.

Dopiero w zeszłym roku zrobiłem sobie „testy alkoholowe”, na szczęście nie byłem uzależniony. Jednak od tamtego czasu po prostu nie piję. Może kiedyś w innych okolicznościach. Z moją żoną wymieniam tylko porozumiewawcze spojrzenia, kiedy ona sięga po codzienną porcję alkoholu. Od czasu do czasu obiecuje – ale to bardziej sobie niż mi, że to już ostatni raz. Ja nigdy w to nie wierzę. Znam to już. Znam tą bestię, która dorwała mnie ponownie, a tak naprawdę nigdy nie puściła.

Tak oto zatoczyłem koło z bestią siedzącą mi na plecach – a byłem przekonany, że jej uciekłem opuszczając mój rodzinny dom.

Jestem zarejestrowanym użytkownikiem forum DDA i często bywam, więc jeśli ktoś będzie miał ochotę skontaktować się ze mną, to bardzo proszę o sygnał.

Ochara, 49 lat

2015-05-05T22:41:18+00:00 Maj 5th, 2015|DDA o sobie|