Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Błędy, które popełniliśmy w związkach

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 18)
  • Autor
    Wpisy
  • luckra
    Uczestnik
      Liczba postów: 299

      Przypatrując się swoim relacjom w związkach, analizując je, szukałam dla nich wspólnego mianownika. Zastanawiałam się nad swoim zachowaniem, które powodowało nie najlepszy skutek i które to postępowanie miało związek z bagażem doświadczeń wyniesionych z domu.

      Z czasem widzę, iż mimo tego, że realizacja własnych zainteresowań była dla mnie bardzo ważna, to nie pozostawiałam specjalnie miejsca na WOLNOSC wyboru zainteresowań swojego chłopaka. Oczekiwałam również akceptacji własnych, tych nawet najbardziej skrajnych poglądów. Jestem skłonna nawet stwierdzić, że pewne sprawy stawiałam od razu na ostrzu noża np. skoro ja leczę się homeopatycznie, to (w przyszłości) nasze dziecko będziemy leczyli również w tenże sposób. Najgorszej jest to, że we wzajemnych relacjach byłam bardzo zaborcza i nie pozostawiałam „wolności”, w którą tak bardzo wierzyłam. Zastanawiające jest to, że zachowania o których mówię, są cechą charakteryzującą mojego współ-uzależnionego ojca i to, że tych właśnie zachowań nie potrafię mu wybaczyć…

      „Zawieszenie” się na kimś jest również charakterystyczną cechą mojego zachowania – mam tu na myśli brak uczuć środkowych, a jedynie ciągłe huśtawki emocjonalne. Właśnie te stany pamiętam z domu. Pijany rodzic wracał do domu i nigdy nie było wiadomo co będzie dalej…Ciągły znak zapytania. Jaki będzie kolejny dzień?

      Jak myślicie, co w Waszych zachowaniu wynieśliście z domu, a co (niestety) wnieśliście w swoje prywatne życie?

      ewooncia
      Uczestnik
        Liczba postów: 81

        Fajny temat:)
        Ja kiedyś myślałam, że na miłość muszę sobie zasłużyć, że muszę być idealną dziewczyną, ładną, zadbaną, świetną w łóżku, doskonałą kucharką, że muszę zaskakiwać, uszczęśliwiać, po prostu bombardowałam faceta swoją dobrocią i oddaniem. I kiedy w zamian nie dostawałam tyle ile dałam, czułam się sfrustrowana. Miałam syndrom "ja zrobię to lepiej" gdy facet brał się za odkurzacz albo za zmywanie – no przecież on nie umie! A potem się złościłam, że wszystko robię sama… Zycie upływało mi na myśleniu jak by tu jeszcze zadowolić faceta, co by tu mu dać, jak się poświęcić. Przeszło mi. Dostałam kopa, rozpadł się związek, w którym się spalałam. Podobno najczęściej odchodzą ci, którzy za dużo dostają, bo nie są w stanie tego unieść. Przejrzałam na oczy. Facet nie chce mnie wiecznie przy garach, wiecznie dla niego, wiecznie zatroskanej i starającej się. On chce po prostu szczęśliwej kobiety, więc… staram się być szczęśliwa. I to nie dla niego, nie tak pozornie, ale dla siebie. Oczywiście nie oznacza to, że stałam się zimną egoistką, ale umiem już podzielić się obowiązkami, czasem mi się zwyczajnie czegoś nie chce zrobić, daję sobie do tego prawo. Robię różne rzeczy dla siebie, bardziej uwierzyłam w siebie, już wiem, że można mnie kochać za to jaka jestem, a nie za to co daję. Fajna rozmowa, miła atmosfera na spacerze są więcej warte niż najdroższe prezenty i wykwintny obiad podany pod sam nos. Nie staram się już żyć tylko po to, by zatrzymać przy sobie faceta. I wiem, że jak związek się rozpadnie, chociaż jest cudownie i nie ma powodów by się rozpadł, ale jeśli tak się stanie, to sobie poradzę, to mi daje siłę i spokój. W ogóle wielką radością mnie napawa fakt, że się zmieniam, że dorastam do tworzenia dobrego związku opartego na zdrowych zasadach:) Niestety, lata złych nawyków… Ale lepiej to zmienić późno niż wcale:)

        ordynek
        Uczestnik
          Liczba postów: 281


          Przekonanie, że rozwiązanie problemów polega na ich unikaniu.
          Przekonanie, że jest dobrze jak mnie nie widać.
          Złość na każdą krytykę.
          Myślenie, że po ślubie uda mi się otwrzyć.
          Przekonanie, że poprosić o pomoc to wstyd.
          Przekonanie, że zawsze muszę być "czysty" i "kryty"



          i jeszee trochę innych budujących myśli….

          Anonim
            Liczba postów: 20551

            Lęk przed otwarciem się, lęk przed bliskością ukryte pod płaszczykiem dystansu, chłodu emocjonalnego.
            Brak świadomości własnych potrzeb. Mogłam być np. głodna, ale nie wiedziałam na co mam ochotę, mówiłam więc "Wezmę to co ty".
            Potrzeba wykazania się swoją zaradnością, samodzielnością, żeby nie dać pokazać, że ta druga osoba jest mi potrzebna.
            Odbieranie chęci zbliżenia do mnie, jako zagrożenia.
            Lęk przed okazaniem uczuć, bo oznaczałoby to okazanie słabości, bezbronności.
            Bierność. Podejmowanie inicjatywy dopiero w sytuacjach, gdy było już bardzo źle.
            A jeśli zakochał się we mnie ktoś kto mi nie odpowiadał, czucie do tej osoby ogromnej niechęci.

            Tak było. Trochę się już we mnie dokonało zmian, ale jest wciąż mnóstwo rzeczy, nad którymi muszę pracować.
            Goszka

            magduska
            Uczestnik
              Liczba postów: 463

              „Lęk przed otwarciem się, lęk przed bliskością ukryte pod płaszczykiem dystansu, chłodu emocjonalnego.
              Potrzeba wykazania się swoją zaradnością, samodzielnością, żeby nie dać pokazać, że ta druga osoba jest mi potrzebna.
              Odbieranie chęci zbliżenia do mnie, jako zagrożenia.
              Lęk przed okazaniem uczuć, bo oznaczałoby to okazanie słabości, bezbronności.

              Cała ja 🙁
              I jeszcze muszę dopisać nieumiejętność wyrażania swoich potrzeb i mówienia o tym co mnie rani. Ta cholerna duma…

              Karolyna
              Uczestnik
                Liczba postów: 29

                Hmmm…
                Ja w związku tracę osobowość.Staje się taka jak partnerka,jak swego rodzaju odbicie lustrzane.Zaczynam mówić w ten sam sposób,ale co więcej : nie myślę po swojemu a tokiem myślenia partnerki,co niezwykle frustruje,poniewaz generalnie wybieram silniejsze partnerki,przez co "musze" udawac silniejsza nic jestem.Taki konflikt wewnetrzny jeszcze bardziej podkresla moja słabość,zdaję sobie sprawe z posiadania cech,których u siebie nie znoszę…Przyklejam sie i traktuje jak matkę.Oczekuje ,ze będzie prowadziła mnie za rączkę…ochroni przed swiatem…Oczywiscie daję czułość i wiele dobrego ale to nie wystarcza.Zmęczona partnerka odchodzi a ja czuje sie jak pozostawione na pastwę losu dziecko… 🙁 Wraz z odejsciem "matki" spada mi na głowę cały swiat 🙁

                Dudidance
                Uczestnik
                  Liczba postów: 10

                  Odnajduje się w Twoich słowach, mam za sobą jeden związek, ale to wystarczyło bym zobaczył, że też tracę osobowość przy dziewczynie. Zeby tylko nie odeszła, więc się przymiloam, coś takiego. Widziałem w niej cały świat, że ona nada sens mojemu życiu, że pomoże przejść przez życie. W ogóle nie miałem do niej dystansu, ciągle o niej myślałem, najbardziej to chciałbym ją zjeść:) mieć tylko dla siebie, w każdej minucie. By zapełniła moją pustkę, samotność, by mnie nie zostawiała samego.

                  luckra
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 299

                    Po przeczytaniu Waszych wypowiedzi byłam bardzo zszokowana tym jak bardzo nasze przeżycia lat dziecięcych rzutują na późniejsze życie prywatne. Oczywiście, byłam tego świadoma, lecz wydaje mi się, że nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak nawet w prozaicznych sprawach się to przejawia.

                    Dla mnie największym błędem, który do tej pory czyniłam, było wstępowanie w związek nie z uczucia, ile z potrzeby. Gdy spoglądam wstecz, to widzę, że oczywiście wybierałam partnerów odpowiadających mi, ale motorem moich działań był lęk przed samotnością , odrzuceniem.

                    I to właśnie boli. Swiadomość, że gdzieś w środku czuję, że nie było to uczciwe – przede wszystkim dla partnera. Nie mniej nie czyniłam tego ze świadomością…

                    a teraz…czas pobyć sama. A za jakiś czas – z pełną odpowiedzialnością i świadomością, wyjść ku drugiemu człowiekowi, lecz już nie dla siebie.

                    Chione
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 2

                      Oprócz tego co piszecie dodam jeszcze nieco od siebie. Zaborczość, oczywiście. Najchętniej prowadziłabym mojego faceta za rączkę i pilnowała na każdym kroku, byleby tylko nie zrobił czegoś wbrew mojej woli. Zazdrość i czarnowidztwo mnie niszczą i doprowadzają do rozpaczy. Zupełnie nie jestem asertywna. Kiedy mój partner zrobi coś złego i ja zdaje sobie sprawę z faktu, że to absolutnie nie w porządku wobec mnie, szybko się wycofuje. Najczęściej po chwili, kiedy opadną już emocje, zaczynam się obwiniać, zastanawiać czy to może jednak ze mną coś jest nie tak, uważam, że powinnam przeprosić. Boję się samotności.
                      Ogólnie kompletna rozsypka ; ) miło, że nie siedzę w tym sama.

                      trynyti
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 29

                        hmmm
                        a ja??? nie wiem miałam wrażenie, że mój pierwszy związek był spełnieniem moich najskrytszych marzeń. Gdy zobaczyłam pierwszy raz swojego pierwszego faceta ( a miałam wtedy 25 lat naprawdę) byłam w siódmym niebie, pomyślałam sobie jeśli on będzie chciał ze mną być będę najszczęśliwszą kobietką pod słońcem… bo przecież jestem taka zwyczajna i ktoś taki jak on to może mieć każdą! I co??? byłam szczęśliwa, ale w świecie swoich marzeń i wyobrażeń jak ten związek może wyglądać a nie tak naprawdę jak wygląda. Próbowałam "zreformować" tego faceta, chciałam mu pomóc na siłę, chciałam żeby myślał tak jak ja, rozmawialiśmy godzinami starałam się być taka fajna, taka urocza, taka inna niż jego dotychczasowe dziewczyny. Mijały dni, miesiące a ja miałam wrażenie, że stoję w miejscu, że nasz związek wcale się nie rozwija, ja byłam taka kochana, spontaniczna, potrafiłam wyskoczyć z propozycją zrobienia grilla o 2 w nocy żeby miło spędzić razem czas, gotowałam, piekłam mu placuszki 😉 jednym słowem "wchodziłam mu w tyłek" na imieninki wymyślałam niestworzone rzeczy, urodzinki były zawsze zaplanowane itd. a on… Uwierzycie albo nie, ale przez te dwa lata kiedy z nim byłam nie dostałam ani razu kwiatka, imieniny mówił ja nie mam głowy do dat, walentynki pilny wyjazd, nie usłyszałam żadnej deklaracji (chce być z tobą, albo nie chce) mówił zawsze potrzebuje czasu, boję się i takie tam pierdoły byle bym dała mu chwilowo spokój, no i dawałam. Później rozmowy zaczynały się na nowo… rozmowy??? no delikatnie to ujęłam, zaczęłam mu robić wyrzuty o to, że nie zadzwonił, że nie odebrał, ze to, że tamto… w końcu nasz związek wyglądał tak, że widywaliśmy się w sobote i niedziele a później cały tydzień się nie odzywał aż do następnego weekendu…. ale przecież wierzyłam, że on się zmieni, że będzie inny, że potrafię znieść to bo przecież on mnie zauważył, mnie taką szarą myszkę, a to że on jest taki "fajny" a w dodatku nie pije to szczyt moich marzeń .. taaak na końcu wyglądało to w ten sposób, że więcej płakałam niż się uśmiechałam, nie lubię używać tego słowa, ale depresja to łagodne określenie tego co się ze mną działo, nie rozmawiałam już z nikim w domu bo nikt mnie nie rozumiał, pokłóciłam się z kuzynką bo zaczeła negatywnie o nim mówić, a to przecież nie była jego wina tylko tych wstrętnych dziewczyn przez które miał taki uraz (tak sobie to tłumaczyłam)
                        No ale co??? spróbowałam raz jeszcze choć nie ukrywam, że próbując reanimować związek , ktróy już dawno doznał zawału szukałam gdzieś innej bratniej duszy, kogoś od kogo usłyszę miłe słowo. Kroplą która przelała to wszystko był dzień moich imienin o których on jak zwykle zapomniał (ale to nic przecież faceci nie mają głowy do tego typu spraw) ważne, że był, że chciał być… Kupiłam świetne ciacha sama też coś upiekłam i byłam taka radosna, że on jest ze mną! I tu nagle ktoś do niego dzwoni, szybko przyjedz tyle słyszałam w słuchawce… powiedział, że dzwoni żona kolegi, że mąż miał wypadek i jak by mógł niech przyjedzie…. No co??? niech jedzie, musi jechać, ach jaki on troskliwy jak to dobrze o nim świadczy, że tak się martwi o kolegę. Powiedział nie gniewaj się to niedaleko góra za godzinę będę z powrotem……………… I jak myślicie wrócił???

                        Brawo!!! nie przyjechał, a co najgorsze nie dał znaku życia przez całą noc… Co zrobiłam ja??? Nie spałam całą noc projektując sobie cóż to się mogło stać, "pewnie też coś mu się stało" , " nie pewnie mnie oszukał", " albo może pojechał do innej", oj było tego dużo bo i noc była długa… siedziałam i płakałam, już mi łez brakowało, cały czas próbowałam się do niego dodzwonić, pisałam sms-y i tak w kółko…
                        jak mnie rano mama zobaczyła była w ciężkim szoku, wyglądałam jakby mnie ktoś przez "praskę przecisnął" nie potrafiłam z nikim rozmawiać, nie chciałam, nie rozumiałam co do mnie mówili… koło południa zaczęłam znowu dzwonić do niego i po kolejnej chyba setnej próbie dostałam od niego SMS-a… " nie dzwoń!"
                        Znowu wpadłam w panikę, "co się stało dlaczego nie dzwoń??? , ale żyje to najważniejsze chyba nic mu nie jest bo się odezwał, ale dlaczego do cholery nie dzwoń?" Wiecie co się okazało???
                        Jego kolega nie miał imienin, jego żona w taki sposób ściągnęła go na swoje imieniny, a on jak się dowiedział o co chodzi wkurzył się i pojechał do domu i tak po prostu położył się spać wyciszając komórkę, żeby nie musiał mi się tłumaczyć!!!
                        Powiedział wtedy (niestety dopiero wtedy) DOSC!!! to koniec, nie chce takiego związku, zaczęłam szukać i wypisywać pozytywne i negatywne strony zarówno związku jak i jego i okazało się, że przewyższały niestety te negatywne strony w obu przypadkach. On oczywiście nie wierzył, że to koniec, przecież nie raz już z nim kończyłam i wracaliśmy do siebie, ale ja naprawdę po ty wszystkim miałam dosyć.
                        I zakończyłam to, nie odbierałam telefonu, nie odpisywałam. A w między czasie poznałam mojego obecnego faceta, który okazał się jego przeciwieństwem… Jesteśmy nadal ze sobą i staramy się budować to czego nigdy nie miałam, normalny związek, normalny dom choć co to tak naprawdę znaczy NORMALNY??? Mam swoje wyuczone zachowania z którymi staram się walczyć, dużo rozmawiamy on zna moją historię i to co wydarzyło się u mnie w domu…i co ciekawe on po pół roku miał wątpliwą przyjemność poznania tego co potrafi mój "tatuś" kiedy sobie wypije(poprzedni przez dwa lata nic nie widział tak bardzo strzegłam tej tajemnicy). Bałam się, ze może się zrazić jednak on nadal dzielnie przy mnie trwa i delikatnie mnie strofuje kiedy zaczynam przesadzać ( o co go zresztą prosiłam i za co jestem mu wdzięczna)
                        Kochamy się, choć nie lubię używać zbyt często tego słowa, myślę że stworzymy w przyszłości trwałą rodzinę i spokojny dom dla naszego maleństwa.
                        Choć to co jest jeszcze dla mnie cały czas kula u nogi to nadmierna troskliwość i chęć rozwiązywania wszystkich jego problemów… no cóż "leczenie" trwa długo.
                        Pozdrawiam wszystkich
                        Ania

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 18)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.