Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › braki w miłości
-
AutorWpisy
-
Witajcie! Przyglądając się bliżej swojemu życiu zauważyłam, iż na jakimkolwiek "etapie" bym nie była odczuwam braki miłóści. Myślę o dzieciństwie/okresie dojrzewania kiedy to zdana na siebie i z tragiczną sytuacją w domu szukałam pocieszenia i wsparcia. W owym czasie, nie dostałam go w takiej formie, w jakiej potrzebowałam. Burzliwie przechodziłam okres dojrzewania, a domowa sytuacja zaostrzała moje problemy. Potrzebowałam pełnego miłości zwrócenia się w swoję stronę, niestety sama musiałam przez to przejść. ..Alkohlizm mamy sprawiał, iż patologia domowa wyszła na "prowadzenie", a wszystkie inne sprawy, a wśród nich dojrzewające dzieci zostały gdzieś zagubione. Minęło pare lat. Okres dojrzewania wspominam z ogromnym smutkiem, końcówkę wieku dziecięcego, kiedy to w domu częściej , niż normalnie zaczął się pojawiać alkohol, również. Odnalazłam w sobie totalne braki w miłości. Uczucie, że jest się niekochanym i zapomnianym ciągle jest we mnie obecne, mimo tego, iż mam przy sobie wspaniałych przyjaciół. W sytuacji, kiedy to jest się w związku z drugim człowiekiem, czuje się niepewnie , a uczucie, że mogę zostać porzucona nie mija…Nie boję się życia w pojedynkę, ale będąc z kimś boję się strasznie, że tę osobę stracę. Przeżywam wtedy prawidziwy koszmar i lęk z lat dziecięcych staje się rzeczywiśtością…Czy i Wy takie uczucie nosicie w sobie? Czy braki w miłości również dla Was są tak dotkliwie odczuwne?
Tak, ja mam to samo. Czasem, gdy jestem sama i weżmie mnie na wspomnienia to wszystkie wazne dla mnie chwile pozbawione są miłości rodzicielskiej. Pozbawione sa takze uwagi rodzicielskiej. Zero zainteresowania.Siegajac pamiecią do szkoły podstawowej. ..Przychodziłam ze swiadectwem, a w domu nikogo nie było, nikt się nie cieszył i nie pytał i o oceny.Nie dostałam się do wymarzonej szkoły średniej.Wracałam z mamą autobusem(ona z pracy); płakałam, strasznie płakałam.To był dla mnie koniec swiata, a ona żuła gumę miętową, bo już była wcięta (nie chciałą,żeby było czuc) i nawet mnie nie przytuliła.Pamiętam jak dziś.Szkoła srednia, zainteresowanie równe zero.Mogłam robic co mi się podobało, z tym ze miaąłm trochę oleju i dązyłam do celu. matura; przyjechałam do domu. Brudno i śmierdząco (odór alkoholu). Nikt mi nie pogratulował.Jakoś tak pusto. Na studiach kolezanki się dziwiły, że nikt do mnie nie dzwoni, nie składa życzen urodzinowych telefonicznie.Nie pociesze w sesji.Ja mówiłam, że nie mają czasu. A w gruncie rzeczy wiedziałam, ze chlają wódę i mają mnie głęboko w dupie.zdany egzamin inzynierski-zero jakiegokolwiek zainteresowania.Obrona pracy magisterskiej-pijana mama. :):)często płaczę spoglądając w przeszłość, wyje jak pies. Zal taki mnie ogarnia i zazdrość, gdy patrze na znajomych takich wychuchanych, codziennie obiadek na sole po przyjściu z pracy, czy szkoły.Pozdrawiam
Kiedy czytam Wasze listy jestem pełen podziwu dla Waszej siły, siły żeby być szczerym wobec siebie.
Trochę rozumiem Pomfus, wyobrażam sobie sytuację Lukry
Warto rozwijać siebie, nawet jeśli wokoło nie ma potwierdzenia że robimy dobrze.
Warto odkrywać dobre rzeczy w świecie, chociażby dla ich samego odkrywania.
Warto dbać o siebie.Mnie bardzo pomogła ta strona i forum.
Książki które znalazłem w dziale "literatura" i te które znalazłem samemu,
ludzie poznani na chacie
wiele jeszcze przede mną
trochę już umiem
nie mam jeszcze "wymiernych korzyści" z tego
ale nie one są najważniejsze
chociaż ważneGonzo,ja myślę,że korzyścią wymierną, jest to ,że myslisz o tym wszystkim co Cię boli, mowisz o tym na forum.W ten sposób rośnieTwoja siła, o ktorej być moze jeszcze nie wiesz.Pozdrawiam,
Luckra – nie będę się rozpisywać, bo po prostu czuję się podobnie… Kiedy z kimś jestem, zadręczam się (i tę osobę często też) tym, czy mnie nie zostawi, czy mogę jej zaufać, czy ta osoba widzi, że jestem taka, a nie inna, czy ten ktoś chce być ze mną, czy jest tylko z litości… I tak w kółko. Kiedy jestem sama, zawsze jakoś sobie radzę, mniej się boję, patrzę z większym optymizmem – niejako wymusza to na mnie sytuacja, bo przecież muszę sobie sama radzić… Myślę, że to też trochę życie w iluzji, bo wtedy wydaje mi się, że jak już z kimś będę, to to mi wynagrodzi całą samotność, problemy,itd. Tymczasem moje kontakty z facetami są TRUDNE. Kiedy pojawia się jakieś zaangażowanie, ja momentalnie czuję się albo przy kimś uwiązana, albo ograniczona, albo się boję, że jak nie dam się ograniczyć w jakiś sposób (a mogą to być nawet drobnostki), to ktoś mnie zostawi, bo się nie potrafię dostosować…
Czesc
Ja przez kilka lat "nad brakiem milosci" starales sie nie zastanawiac,wyszedlem z zalozenia ze bedzie i tak prawie niemozliwe znalezienie kogos kto mnie pokocha takim jakim jestem,pewnie ze poczucie ogromnej pustki i smutku towarzyszylo mi latami gdy widzialem normalne domy moich znajomych czy to w podstawowce czy w liceum a o milosci plci pieknej to nawet chyba nie marzylem…i wtedy poznalem moja przyszla zone(okazalo sie pozniej ze polowala na mnie kilka lat,ale bala sie bo myslala ze jestem zbyt wymagajacy) i ja wiem ze to jest chore ale nie potrafilem i czasami do mnie nie dociera ze mam kogos kto chce ze mna spedzic zycie,to poczucie ze gdzies za rogiem cos sie czaii,ze cos sie moze stac,ze przeciez to niemozliwe zeby mnie ktos tak kochal jest we mnie caly czas i dopiero po latach podjalem teraz decyzje o leczeniu zeby tego nie zepsuc,dodam ze do mojej zony wczesniej dochodzily sluchy o tym jak "cudowny dom mialem",dopiero niedawno zdecydowalem sie jej powiedziec o moich lekach i obawach, o poczuciu nieopisanego smutku ktory mi towarzyszyl latami i o tym ze postanowilem sie leczyc,byla to jedna z najciezszych rozmow w moim zyciu bo kiedy uchodzisz za twardego faceta,ktory cale zycie stawia czolo jakims tam problemom to ciezko sie przyznac ze jestes dzieckiem wolajcym o pomoc…mysle ze zrozumiala lub sie stara zrozumiec
chcialbym tylko powiedziec,ze warto zaryzykowac czasami,ze dla osob z takimi przezyciami tez jest nadzieja na milosc i szczescie,ze gdzies tam wlasnie ktos czeka na NasU mnie było inaczej,w związku z tym ,że ojciec pił mama oczekiwała, że będę z nią spędzać cały czas, nie będę miała swojego życia, będe jej przyjaciołka, powierniczką, będe ją wspierać i pocieszać.Jezeli broniłam się przed tym, a przeciez byłam tylko dzieckiem, mama ze łzami w oczach, mówiła,ze przecież ona tak bardzo mnie kocha.Dlatego trudno mi uwierzyć w miłość i jest to coś czego się boję.Ale trzeba nad tym pracować, bo wszyscy ludzie nie są tacy jak nasi rodzice, oni całe szczęśćie byli jedyni w swoim rodzaju
Czesc wszystkim!
mam wielka prosbe. Robie badania na temat DDA wiem wiem pewnie pozmyslicie ze znow jakies tam nie potrzebne bazgranie,ale…. to jest jak najbardziej sprawa istotna i nie tylko dla mnie Sama jestem DDA i postanowiłam pare rzeczy zbadac naukowo. a mianowicie zbadac sprawe problemow DDA. a dokładniej dlaczego udajemy sie na terapie? jakie sa motywy podjecia terapii przez DDA. Szukam wszelkich badan, literatury, opini, sugesti na ten temat. tak wiec jesli ktos chce i moze pomoc oto moj e-mail:
dagmara_84@o2.pl
pozdrawiam wszystkich serdecznie i dziekuje za wszelka pomocZstanawiam się czy nie jest tak, iż braki naszej miłości z dzieciństwa próbujemy załatać w wieku dojrzałym..dla mnie niestety tak jest. Jednak głody miłości niegdy nie mogą być uleczone w tenże sposób. Jedyne rozwiąznanie chyba tkwi w powrocie do czasów, kiedy zostały one nabyte, Bert Hellinger przedstawia terapie systemowe, kiedy to staje się możliwe…Słyszałam o ustawieniach rodzinnych, gdzie wiele spraw z pomocą osób obcych można przepracować. Nie uczestniczyłam w takiej tarapii , jeszcze nie miałam okazji. Mogę tylko powiedzieć, ze członkowie mojej rodziny skorzystali i są zadowoleni z pomocy, którą tam uzyskali. Nie jest istotne , jaką terpię zastosujemy..ważne jest chyba aby wrócić do przeszłości. Moge powiedzieć coś o ribertingu ( nie wiem, jak sie pisze ) , w czasie którego właśnie do niej wracałam. Jest to rodzaj pracy z oddechem, w czasie której świadomość ulega poszerzeniu i próbujemy wejść w stany, w jakch znajdowaliśmy się w określonym wydarzeniu. Po skończonej sesji byłam zlana potem, płakałam, trzęsłam się. Mój riberter powiedział, że jestem pierwszą osobą, która potrafiła się bronić 3 godz przed własnymi lękami i obawami. Tak bardzo głęboko zepchnęłam w siebie pewne wydarzenia, wyparłam je pozornie chcąc o nich zapomniec…Reasumując moje obawy są następujące…Czy nasze braki miłości możemy leczyć innymi ludzmi? Gdzieś w sródku mam odczucie, że tak nie powinno być. Bałabym się zbytniego obarczenia poza tym…niemożliwe jest, aby ta osoba, z którą żyjemy potrafiłaby dać nam tyle miłości, aby zrekompensować jej braki w dzieciństwie..Pozdrawiam
hej!
moj sytuacja jest chyba podobna do sytuacj Marcin,szczegolnei w kwesti milosci pluci przeciwnej. niedawno zaczelam myslec o braku milosci, w domu bylo jak bylo, praktycznie zerowe zainteresowanie moja osoba a jak juz bylo to nie moglam uwiezyc w jego szczerosc, choc bym nie wiem jak sie wysilila nie moge sobie przypomniec zeby mnie ktos w domu poprostu przytulil, juz nie wazne szczerze czy nie szczerze ale przytulil. przestalam wierzyc ze cos takiego jak milosc istnieje i nigdy nie wierzylam ze ktos moze mnie pokochac- wlasciwei to nie wiem czemu pisze w czasie przeszlym. Nadal w to nie wierze ale powoli zaczynam, niedawno kogos poznalam wiec moze zmienie zdanie niedlugo:) a ostatnio uslyszalam ze jestem bardzo wymagajaca w obec facetow ale to nie prawda jak sie chyba boje ze ktos mogl by mnie pokochac, jak ktos probuje sie do mnie zblizyc zamykam sie w swojej skorupie i nikogo nie chce tam wpuscic. -
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.