Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Ciągłe niezadowolenie i krytyka rodziców, a dorosłe życie

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 16)
  • Autor
    Wpisy
  • MeliskaMeliska
    Uczestnik
    Liczba postów: 72

    Chciałabym poruszyć temat niezadowolenia z dziecka rodziców, choć w moim przypadku była to bardziej matka, bo ojca straciłam wcześnie. Choć, jak go pamiętam, też był bardzo surowy i wymagający, musiałam wszystko robić dobrze i nie wolno mi było robić wielu rzeczy. Potem, kiedy umarł, została matka, która też nigdy nie była ze mnie zadowolona i odczuwam, że nie jest do tej pory. Czuję, że zawiodłam jej oczekiwania. Nie wychowywała mnie, wychowali mnie dziadkowie, ale kiedy przyjeżdżała na weekend, musiałam chodzić jak w zegarku i obić wszystko, byle by tylko nie zezłościć mamusi. Bo przecież była taka dobra… przyjechała do mnie na weekend. I zamiast dobrego słowa słyszałam jeszcze krytykę. Nadal ją słyszę… kiedy chce się z nią czymś podzielić. Nie tak napisałam pracę na studia, nie tak się zachowuje, nie tak myślę jak powinnam. Wychowali mnie dziadkowie, którzy też są ciężcy, to też mnie ukształtowało w pewien sposób. Ale wracając do krytyki matki… czuję, że ją zawiodłam. Czym? Skończonymi dwoma kierunkami studiów? Tym, że nie wzięłam ani grosza od niej na utrzymanie? Że ratowałam ją kiedy piła i niczego od niej nie wymagałam ani kiedyś, ani teraz? Jest jakby złotym posągiem… przy którym trzeba było i trzeba skakać ciągle. Ta ciągła krytyka, umniejszanie spowodowały na pewno w jakimś stopniu moje niskie poczucie własnej wartości, a także to, ze czuje się bardzo źle i jest mi bardzo przykro, jak ktoś mnie krytykuje, a to przecież w dzisiejszym świecie naturalne. Nigdy nie byłam dobrą córką w jej oczach, nigdy nie byłam dziewczyną, która zasługuje na szczęście. Kiedyś nawet powiedziała mi, że przecież i tak żaden porządny facet na mnie nie spojrzy… Powinnam być wściekła, a pisząc to chce mi się płakać. Matka… która powinna bronić i chronić swoje dziecko, dbać o jego rozwój i budować wewnętrzsterowność, poczucie własnej wartości… Czuję się tak, jak gdyby obwiniała mnie o to, za to jaka jestem, traktowała mnie jako kompletnie nieporadną życiowo osobę, której się i tak nie uda. A myśli tak dlatego, że mnie porzuciła jako niemowlaka i wylądowałam u dziadków. Porzucając mnie, wiedziała jacy są i jak może przebiegać moje wychowanie. Tak samo jak jej – apodyktycznie, bez wyrabiania umiejętności podejmowania decyzji, bez kształtowania własnego zdania i poczucia własnej wartości. A teraz pyta mi się, czemu nie umiem podejmować decyzji i nie mam swojego zdania? 🙁 W tym całym rodzinnym zamieszaniu byłam zmuszona do bycia wiecznie grzeczną dziewczynka, która się nie buntuje, która robi to, co jej się każe, która nie ma własnego zdania i słucha tylko innych i ich nakazów i rozkazów. Jak tego nie robiłam, była awantura i ataki histerii, groźby i szantaż. Teraz, jako dorosła kobieta ciężko mi jest nawet zacząć budować poczucie własnej wartości i uczyć się podejmować decyzje, bo i tak co bym nie zrobiła to i tak będę skrytykowana. Bardzo boli mnie też to, że dziadkowie jakby przyczynili się do zahamowania moich zainteresowań. Zainteresowania zawsze były uważane za coś głupiego i nikomu niepotrzebnego… Ważna była tylko praca albo szkoła. Tylko tym miałam się zajmować. Jak zajmowałam się swoimi zainteresowaniami, to czułam ich wzrok na sobie ze złością, czemu nie zajmuje się nauką, albo czymś pożytecznym. Często też mówili coś w stylu „zostaw te głupoty”, albo „to ci się do niczego nie przyda”. Spowodowało to wreszcie taką sytuację, kiedy ja sama zaczęłam omijać moje zainteresowania i skupiać się wyłącznie na pracy, na tym, co konieczne do przetrwania. Ciągle towarzyszy mi myśl, ze przecież nawet, jeśli wrócę do zainteresowań to to, co stworze, nie będzie dobre, ani nikomu się nie spodoba. Wyrobili we mnie totalną zewnątrzsterowność. O każdy mój pomysł muszę walczyć, by wprowadzić go w życie, a i tak jest wiele przeszkód, bo się nie zgadzają i uważają to za głupotę. Już nie mam chyba sił… Coś mnie hamuje w tym, żeby wrócić do pasji, choć bardzo bym chciała… Ciężko mi po prostu, że nikt w życiu mnie nie doceniał, albo doceniał tylko gdy robiłam to, czego on oczekiwał i czego chciał. Z chłopakami tak samo… żaden nie doceniał, dla wszystkich byłam głupsza, nie taka jak miałam być, gorsza, byli niezadowoleni mną. Teraz nie mam nikogo i jeśli tak dalej mają wyglądać moje związki to nie chce na razie żadnego. Na dodatek bardzo się go boje, ale to z innych względów też. A mnie tylko, brakuje trochę akceptacji, której w swoim całym życiu nie zaznałam od nikogo. Wiem, że budowanie własnej wartości na ocenie innych nie jest dobre, ale ciężko odizolować się od tych ocen, słysząc je codziennie.

    Avatarrasputnik
    Uczestnik
    Liczba postów: 17

    jak już przejrzałaś na oczy i zobaczyłaś prawdziwą naturę swojej matki to dobrze, teraz po prostu się jej nie daj więcej gnoić. Na tyle na ile możesz zajmij się swoim życiem i po prostu nie dawaj jej pożywki, nie informuj o istotnych wydarzeniach ze swojego życia żeby po prostu nie było to wykorzystane przeciw Tobie.

    Jest taki gatunek człowieka-pasożyta, który będzie Cię umniejszał, krytykował i poniżał tylko po to żebyś była pokorna, uległa i nie kwestionowała pasożytniczej sytuacji w której jesteś tylko dawcą. Jeśli coś dla niej zrobisz to nawet dziękować nie musi bo przecież to naturalne że Ty musisz być na jej zawołanie i dbać o jej potrzeby, prawda? A jeśli zwrócisz uwagę że jej krytyka jest bolesna i niesprawiedliwa to zrobi z Ciebie wariatkę, że to przecież nie krytyka tylko matczyna troska (tylko Ty taka niewdzięczna i podła, jak zwykle)

    Nie wiem co Ci radzić bo sam też mam nieco podobny kłopot i nie znalazłem rozwiązania jeszcze. Domyślam się że potrzebujesz wsparcia ze strony najbliższych ale musisz poszukać go gdzieś indziej, od matki cały czas będziesz dostawać zatrute jabłka. Nie daj się zwieść, ona nie robi tego niechcący, możesz mieć momenty zwątpienia że może chodzi jednak o matczyną miłość, że ona chce Twojego dobra tylko trochę nie umie tego okazać – sorry, bzdura, ona chce żebyś tak myślała, żebyś nadal zabiegała o jej akceptację albo choć dobre słowo, i żebyś ciągle była na tyle malutka i niepewna siebie żeby mogła z Tobą robić co chce.

    Jeśli musisz z nią być na codzień to przynajmniej nie dawaj jej dostępu do swojego życia, nie wtajemniczaj we wszystko, nie pokazuj że zależy Ci na jej akceptacji. Nic złego się nie stanie jeśli nie wykonasz jej poleceń, nie musisz się tłumaczyć ze swoich decyzji, nie musisz usprawiedliwiać się przed nią że 'nie umiesz podejmować decyzji' ani tłumaczyć z tego że nie radzisz sobie w życiu. Sorry ale to nie Ty porzuciłaś swoje dziecko i to nie ty spędzałaś czas na piciu gdy rodzina Cię potrzebowała więc niech mamusia lepiej siedzi cicho.

    PS Oczywiście może się zdarzyć że mamusia jest bardzo wygadana i potrafi z Ciebie zrobić zero przy każdej okazji, zachował bym sobie więc w pamięci to co wyżej żeby się odwinąć. Ona doskonale wie czego nie chce usłyszeć na swój temat.

     

     

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 miesięcy, 2 tygodni temu przez Avatarrasputnik.
    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 miesięcy, 2 tygodni temu przez Avatarrasputnik.
    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 miesięcy, 2 tygodni temu przez Avatarrasputnik.
    truskawektruskawek
    Uczestnik
    Liczba postów: 493

    Melisko, kojarzę twój nick, ale niestety nic poza tym. Czy masz jakieś wsparcie, coś poza domem, mamą i dziadkami? Czy terapia, jakaś grupa albo nawet jakieś osoby w dalszej rodzinie albo przyjaciele są, z którymi możesz pogadać bez bycia ocenianą i pouczaną?

    Moje doświadczenie jest takie, że od lat nie mieszkam z rodziną i jest mi znacznie lżej, choć oczywiście borykam się z wieloma problemami DDD. Wyprowadzka jednak dała mi trochę spokoju, więc mam już sprawy do załatwienia z samym sobą, a nie jeszcze bronienie się na bieżąco przed kimś. Masz rację, to może wyczerpać każdego. Gdy się dziś zastanawiam co mogłem zrobić dla siebie więcej w rodzinnym domu, to nie bardzo wiem, musiałem się bronić jak się udało, ale wiele razy i tak nie miałem szans. Upór pozwolił mi przetrwać, choć teraz dla odmiany nieraz jest dla mnie ciężarem, że tak się natychmiast zamykam i bronię nawet, jeśli da się załatwić problem inaczej.

    Zainteresowania wydają mi się ważne, bo szkoła czy studia się kiedyś kończą i zostaje większa część życia bez tego, praca może dawać satysfakcję, ale też się nieraz nudzi i można się wypalić. Zainteresowania można zmieniać, nie muszą być takie same przez całe życie, ale najważniejsze, że nie są po coś, tylko dla ciebie. Tak samo jak napisałaś tę wiadomość – bo tego potrzebowałaś, choć ani na tym nie zarobisz, ani nie dostaniesz stopnia. To twoja ekspresja.

    Widzę po sobie, że nie wystarcza mi, żeby coś sobie wytłumaczyć, potrzeba jeszcze czasu, żeby się przyzwyczaić do czegoś nowego, nawet jeśli to jest w zgodzie ze mną, więc nie spodziewam się, że z dnia na dzień się z tym poczujesz swobodnie, ale stopniowo się da przyzwyczaić do dbania o siebie i po prostu się tym cieszyć.

    JakubekJakubek
    Uczestnik
    Liczba postów: 566

    Też słyszałem „Nie zajmuj się głupotami!”, kiedy ojciec przyłapywał mnie nad inną książką niż podręcznik szkolny. Sam nie czytał nic poza ksiażkami fachowymi związanymi z zawodem.

    Tymczasem ucieczka w fikcję literacką była dla mnie jedynym ratunkiem przed opresyjną rzeczywistością tego domu. Doszło do tego, że zamieniłem się w konspiratora i przygotowywałem sobie zawsze z boku na biurku otwarty podręcznik, a potem czytałem ulubioną książkę z jednym uchem nastawionym na dźwięk klamki w drzwiach. Kiedy klamka szczęknęła, błyskawicznie odrzucałem książkę i chwytałem podręcznik, udając, że się uczę. Czasem jednak spóźniałem się z reakcją i wtedy byłem karany. W ten sposób moje ulubione zajęcie – czytelnictwo – stało się działalnością zakazaną i ryzykowną niczym podkładanie bomby na torach kolejowych. Nie zniszczyło to we mnie miłości do książek, ale na pewno naznaczyło ją ciemną chmurą grzechu, bo wiedziałem, że robię to wbrew woli jednego z rodziców. Matka za to kochała książki i kupowała mi ich pełno – czyli jakby zaopatrywała mnie w trotyl do produkcji bomb.

    Ojciec za to interesował się piłką nożną. Podczas meczu siadał przed telewizorem i zachowywał się tak, jakby był na stadionie. Próbował bezskutecznie rozbudzić we mnie fascynację wynikami miejscowego zespołu, położeniem w tabeli, liczbą punktów, itp. Kiedy się od tego wykręcałem, słyszałem „No tak, z ciebie już nic nie będzie.”, „Choć raz byś zainteresował się czymś porządnym.”, „Tobie tylko głupoty w głowie.”, „Mamusia z ciebie babę zrobiła.”, itp. Matka nie znosiła piłki nożnej.

    Mimo to byłem dobrym dziecięcym piłkarzem. Jednak zainteresowanie ligowym footbolem do dziś uważam za prymitywny rys męskiej natury.

    Do dziś mam problem ze wskazaniem co lubię robić. Nikt mnie nigdy o to nie spytał w procesie wychowawczym. Nie sprawdzał tego. Raczej wtłaczał mi w głowę własne przekonania. W dorosłym życiu nie potrafiłem już do tego dotrzeć. Raczej szarpałem się, próbując tego, co jak widziałem, robią inni. Uznawałem, że i mnie musi to dawać radość, skoro im daje – tak jednak nie było.

    Od pewnego czasu odbudowuję swoje poczucie tożsamości, stawiając na drobne sukcesy, a nie od razu efekt wielkiego WOW! Nawet odkrycie, że lubię spacery po lesie w towarzystwie przyjaznych ludzi było dla mnie zaskoczeniem.

    Odstawiłem za to książki, które w moim życiu pełniły rolę alkoholu. No i na footbol ligowy nadal mam alergię.

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 miesięcy, 2 tygodni temu przez JakubekJakubek.
    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 miesięcy, 2 tygodni temu przez JakubekJakubek.
    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 miesięcy, 2 tygodni temu przez JakubekJakubek.
    MeliskaMeliska
    Uczestnik
    Liczba postów: 72

    Dziękuję Wam wszystkim za odpowiedzi.

    rasputniku, tak… Mamusia ma gadanę, zawsze taka była. Wygadana i jakby patrząca z góry. Nie wiem czym jest to spowodowane ale mam takie wrażenie, ze uważa się lepsza, tym bardziej ode mnie. Chce być lepsza, zawsze była między nami swego rodzaju rywalizacja, nawet, jeśli chodzi o ciuchy… zawsze było to, która sobie kupiła lepsze i lepiej wygląda. I generalnie, czesto wygrywała ona, bo odkąd pamiętam niesamowicie o siebie dbała. Kremy, kremiki, biżuteria, moda itd. Mnie jakoś to aż tak nie pociąga…

    Truskawku, nie mam żadnego wsparcia, właśnie dlatego chyba tutaj piszę. Oprócz wyniosłej matki i apodyktycznych dziadków nie mam nikogo. Moje relacje nie istnieją w zasadzie. Nigdy nie miałam koleżanek, bo dziadkowie zamknęli mnie w domu, nikt do mnie nie przychodził, ja też nikogo praktycznie nie odwiedzałam, no, może oprócz dwóch razy, kiedy przyszła do mnie koleżanka. To tyle. Potem zaczęły się nieudane związki, które też się zakończyły i nie mam siły nawet na poznawanie w tym sensie ludzi. Za bardzo boje się kolejnych skrzywdzeń. Właśnie, jak słusznie wspomniałeś, przebywanie w domu to dla mnie ciągła walka i obrona. Chciałabym się wyprowadzić, ale nie ma też na to zgody dziadków, którzy twierdzą, że przecież jak to mogę chcieć się wyprowadzić, jak przecież jest mi tu tak dobrze? Nie widzą w ogóle swoich błędów, nie rozumieją tego, że ja cierpię i co jest nie tak… Jakim prawem w ogóle myślę o wyprowadzce jak mam tu wszystko czego potrzebuję i czego potrzebować powinnam. Cztery ściany, naukę i komputer oraz jedzenie….

    Jakubku, dziękuję, że wspomniałeś o tych książkach. Dla mnie też od zawsze były pasją. Czytanie i pisanie jest dla mnie odskocznią od tego, co dzieje się w domu, tylko w tym mogę czuć się wolna, mogę tworzyć swój własny świat, takim, jakim go widzę. A w zasadzie, mogłam… bo teraz już jakoś wszystko we mnie umarło. Ten zapał do literatury i do pisarstwa. Cokolwiek nie napisałam i tak było brzydkie i nie takie. Kiedyś wygrywałam konkursy, nawet niektóre ogólnopolskie w pisaniu, teraz… bardzo chciałabym pokazać komuś swoje teksty, zacząć tworzyć nowe, ale bardzo boje się krytyki właśnie, że sobie z nią nie poradzę… że moje teksty będą do bani i że nikt tego nie będzie czytał. Eh… Choć może warto zacząć znów pisać, choćby dla siebie?

    truskawektruskawek
    Uczestnik
    Liczba postów: 493

    Ja jestem przekonany, że wszystko co choć trochę lubisz i umiesz jest ważne, żeby od czegoś zacząć. Ja też tak miałem z książkami i teraz mało czytam i nie piszę pamiętnika, ale nie żałuję, że kiedyś robiłem jedno i drugie w dużych ilościach. To jest twoja intymna przestrzeń, tam ci nikt nie wlezie z butami (nie wiem na ile są wścibscy, bo ja tak nigdy nie miałem, ale może warto to jakoś zabezpieczać przed niepożądanym dostępem).

    Oczywiście możesz pisać tutaj jeśli zechcesz, ale czy myślisz o terapii? To jest coś więcej niż bieżące wsparcie, jeśli człowiekowi pasuje, to daje także narzędzia do stawania na swoje nogi. A może jakaś wspólnota, grupka DDA/DDD? Podejrzewam, że teraz jest też trochę spotkań nawet online. Co o tym sądzisz?

    MeliskaMeliska
    Uczestnik
    Liczba postów: 72

    Tak, myślałam nad tym. Zabezpieczanie swojej intymności jest ważne. Co do terapii, to mam z nią utrudnioną sytuację. Bo moja terapeutka zrezygnowała z pracy, a inna, do której mnie przekazała, nie chce mnie wziąć z uwagi na to, że miała styczność z moją matką. I na razie jestem w zawieszeniu, nie wiem, czy ktokolwiek z ośrodka do którego chodzę mnie „weźmie” w terapie. Mam też obawy co do nowego terapeuty. Grupy nie działają, nie ma grup online terapeutycznych w ośrodku, do którego chodzę obecnie. Zastanawiam się też nad przeniesieniem się do ośrodka innego, gdzie nikt nie zna mojej rodzicielki i gdzie nie odbywała ona terapii. Nie wiem co na niej powiedziała, o mnie, o naszej rodzinie i jakoś dziwnie się czuje… Myślałam nad jakimiś mitingami czy grupą wsparcia online, ale problem w tym, ze nie mam prywatności, bo ktoś ciągle do mnie przychodzi i coś chce. I patrzy w to, co robie np. na komputerze 🙁 Więc nie wiem, jak miałabym się tam nawet włączyć. Kiedyś, jak  w czasie pandemii rozmawiałam z terapeutką na skype to domownicy stali pod drzwiami i podsłuchiwali i potem miałam 3 dni wyrzutów, albo milczenia… 🙁

    truskawektruskawek
    Uczestnik
    Liczba postów: 493

    A czy możesz gdzieś wychodzić albo pojechać z domu w jakieś zaciszne, bezpieczne miejsce? Czy poza niechęcią dziadków masz jakieś inne przeszkody przed wyprowadzeniem się gdzieś na stałe albo na jakiś czas?

    MeliskaMeliska
    Uczestnik
    Liczba postów: 72

    Wychodzić z domu nie mogę, wiem, ze to chore, ale oni myślą, że jak wyjdę z domu sama to coś mi się stanie, ktoś mnie napadnie, pobije, zabije itd. Poza tym, jakby nie miałam do tej pory nawet z kim wychodzić, oprócz chłopaka, z którym tylko mi na to pozwalali. Co do wyprowadzki… żeby się wyprowadzić potrzeba wynająć choćby pokój, a mnie na to nie stać. Nie mam pieniędzy aby płacić komuś za choćby pokój, nie mówiąc już o mieszkaniu. I dopóki nie pójdę do pracy to nie będę miała takiej możliwości. W domu zostałam też ze względu na studia, został mi jeszcze rok do ich skończenia i pomyślę o pracy. Niestety, moje marzenia są zupełnie inne niż praca po 8 h dziennie tylko po to, by zapłacić za dach nad głową, ale cóż, chyba trzeba się zmierzyć z rzeczywistością… Wiem, że chcący się przeciwstawić dziadkom być może zostanę sama i nikt mi finansowo nie pomoże.  Jednak smuci mnie taka wizja, zasuwania po 8 h do pracy, a po pracy jeszcze do pracy, by przeżyć i utrzymać się sama. Promotorka zaproponowała mi robienie doktoratu po studiach, ale cóż… chyba wszystko pójdzie się… kariera też, bo potrzebna mi będzie kasa na dach nad głową i jedzenie…

    truskawektruskawek
    Uczestnik
    Liczba postów: 493

    A czy ktoś w ośrodku jest ci w stanie powiedzieć co możesz zrobić? Nie w sensie terapii, tylko podpowiedzi. Czy możesz wymyślić jakiś cel wychodzenia, żeby się nie czepiali, albo wychodzić nie opowiadając?

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 16)
  • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.