Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › Czy jestem DDA?…Przeczytajcie całość…
-
AutorWpisy
-
Witam…mam 50 lat,męża,dorosłe dzieci i wnuka,wszyscy mają swoje jakoś tam ułożone życie…a ja dzisiaj doszłam do wniosku,że nie uwolnię się już chyba do końca życia od problemu alkoholowego moich rodziców…Te minione święta uważałam już za udane…aż do wczoraj…Ale od początku…Od kiedy sięgnę pamięcią ojciec nadużywał alkoholu,ciągle zmieniał pracę bo z każdej wylatywał za alkohol,matka całe życie na niego pracowała i w większości utrzymywała go…co nie znaczy,że byliśmy patologiczną rodziną,absolutnie nie ! Wszystko było ok dopóki ojciec nie pił…Były spacery rodzinne,obiady,w domu czystość,ład i porządek,matka trzymała wszystko w garści ciągle,ale wiecznie narzekała na brak pieniędzy.Ojciec jak poszedł w cug to przepijał wszystko…przepił swoją obrączkę,kilka rowerów,zaczynał wynosić z domu…Matka wiecznie siedziała wtedy w oknie i wyglądała czy idzie i w jakim stanie…Kilka razy ją zdradził…wydało się…A mimo wszystko ciągle w tym trwała…nawet ojca matka jej radziła,żeby go zostawiła bo normalnego życia z nim mieć nie będzie…a ona była głucha na wszystko…chyba go tak kochała…? Ale dochodziło często do rękoczynów…Pamiętam jak biegałam na ówczesną Milicję bo z nożem do matki leciał…Błagałam ją,żeby zrobiła z nim porządek,żeby to zgłosiła…była głucha na wszystko…Jestem jedynaczką,cierpiałam,że nie mam w nikim wsparcia…ojciec jak nie pił to był dobry…ugotował,uprał…mogłam z nim o wszystkim porozmawiać,graliśmy w karty,czytaliśmy te same książki,dbał o siebie…mógł nie pić pół roku i było ok,ale jak zaczął…zaczynał się koszmar…Nie mogłam się uczyć,spać,nasłuchiwałam w nocy jak ktoś wchodzi do klatki i kto idzie…słychać było,że ktoś pijany..i już wiedziałam,że nie będzie przespanej nocy…wchodził,zapalał wszystkie światła,szukał jedzenia w lodówce,które matka wcześniej chowała bo grosza nie dawał,a on widząc,że niewiele jest w lodówce robił w nocy awantury…potrafił ją uderzyć jak leżała w łóżku…wtedy był katem…Nie mogłam jej obronić,byłam wtedy dzieckiem…bezbronnym dzieckiem,czasem jak dostawał szału biegałam na Komisariat,ale co to dało jak przyjechali,pogadali i pojechali…a on niekiedy potem jeszcze bardziej szalał…Szukałam pocieszenia u babci (ojca matki),która zawsze była po stronie matki bo wiedziała jaki jej syn jest,uciekałam do niej w każdej mozliwej wolnej chwili. Był czas,że pojechałam do sądu prosić o pomoc,ale niestety nie uzyskałam jej bo nie miałam 18 lat…Dzisiaj są inne czasy…dzieciom się pomaga…Nastał pewien moment,że ojciec nie dawał sam sobie rady…zgłosił się na leczenie…pojechał na kilka tygodni na odwyk,wszyli mu esperal…pisał listy do domu,że tęskni,że już teraz wszystko będzie ok…i wrócił…wytrzymał rok…To był rok szczęścia w domu i spokoju…Ale nie dał rady…napił się…o mało życiem tego nie przypłacił….a potem było to samo…kilka miesięcy spokoju i znowu ciąg alkoholowy…A teraz z innej beczki – MATKA -przykładna pani domu…pedantka,dbająca o siebie…ale jak się trafiła okazja nie odmówiła alkoholu…Jak były święta czy czyjeś imieniny zawsze wódka była na stole…nie opuściła żadnego kieliszka,a jeszcze jak jej toś mniej wlał potrafiła zwrócić uwagę…Byli goście,było wszystko ok…a potem wieczne kłótnie z ojcem,ciągłe wypominanie czegoś tam…nocne awantury i bijatyki i ja…wkładająca palce w uszy z kołdrą na głowie…nikogo nie obchodziło,że jestem w pokoju obok…a rano kac…i powtórka z rozrywki…Mam 50 lat,a odnoszę wrażenie,że to było wczoraj…Po tych rodzinnych imprezach wszyscy się rozjeżdżali,a w domu koszmar trwał tydzień…Matka pracowała…nie wiem jak to robiła,ale chodziła do pracy sumiennie,wstawałą rano,w przeciwieństwie do ojca…dochodziła do siebie i wszystko zaczynało normalnie funkcjonować,a ojciec różnie…albo 2 tygodnie ciąg…czasem dłużej…aż przestał…Potem nastawał spokój…do następnej okazji…znowu jakieś imieniny,albo kolejne święta…i kolejny ciąg…Wyszłam za mąż mając 20 lat (nie musiałam) chciałam się od nich uwolnić…nawet po moim weselu pili cały tydzień…Wyjechałam 220 km poza miejsce zamieszkania…za mężem…i byłam szczęślia,że się uwolniłam…Gówno !!! Tu się okazało na miejscu,że teściowie to alkoholicy…jeszcze gorsi bo pili prawie codziennie…najgorsze możliwe buzony,patyki czy jak to tam nazwać…Dusiłam w sobie wiele…wolałam milczeć niż się postawić…a jak się raz postawiłam teściowi bo chciał nami rządzić to się obraził na 2 lata…Potem się od nich odcięłam…niedobra synowa…kolejny długi temat…ale! To nie o tym chciałam pisac…nadal temat – MOI RODZICE – Odetchnęłam,ale nie zapomniałam,że ich mam…nie mogę przecież…oni sobie fajnie żyją od kiedy się wyprowadziłam,odwiedzamy ich góra 3 razy do roku..latem…no i w święta..i ciągle koszmar wraca…wszystko jest ok dopóki za dużo nie wypiją…jest fajnie,wesoło,rodzinnie,ale z każdym następnym kieliszkiem znika mi humor…tam nie może być tak,że zjemy świąteczne śniadanie,wypijemy kawę i pójdziemy na spacer..tam od rana stoją kieliszki na stole…ojciec nie da się wyspać tylko łazi i budzi wszystkich bo trzeba śniadanie robić,a jak matka położy obrus na stole to on pierwsze co kieliszki stawia…a ja już mam dość w tym momencie…Nie pomaga moje gadanie,moje prośby…nic…Nawet jak powiem,że ani ja,ani mąż nie pijemy nic to oni sami sobie poleją…Często było tak,że w Wielkanoc o godzinie 13.00 zasnęli na siedząco,a my po prostu wyjechaliśmy do domu..córki moje już wtedy były dorosłe i miały prawo jazdy…miałam ten komfort,że mogłam wyjechac…Wracaliśmy do domu,a rodzice pili tydzień albo i dłużej….i ja żyłam tym…dzwoniłam,denerwowałam się…kontrolowałam…I tak jest do dzisiaj…W kwietniu w tym roku mieli 50-lecie..zaprosili rodzinę do domu,wspólnie to zorganizowaliśmy,było fajnie,wesoło….my się rozjechaliśmy do domów,a oni pili jeszcze prawie 2 tyg…ojciec miał zawał…matka wezwała karetkę,obydwoje byli pod wpływem alkoholu…wstyd…ale nie mój…ojciec się wykaraskał…bierze garść tabletek codziennie,matka dochodziła do siebie po tym pijaństwie bardzo długo,trzęsła się…Za każdym razem jak ją opieprzam słyszę to samo „To już ostatni raz”…50 lat to słyszę…Od tamtej pory nie pili,zaprosiłam ich do siebie na święta wychodząc z założenia,że życie jest takie krótkie,jestem jedynaczką i kto wie ile jeszcze wspólnych spotkań przed nami (matka 70 lat,ojciec 69) …mąż po nich pojechał….wszystko było ok,były moje córki z rodzinami…alkohol też był,ale dlaczego inni nie mogą napić się drinka…bo mój ojciec miał zawał? Obiecał wcześniej,że wypije dwa kieliszki…Z drugiej strony nie może być tak,że ja będę robiła coś pod ich wzgląd…Wypił…więcej niż dwa,matka też…ale było wszystko ok….mąż ich odwiózł po świętach do domu…byli zadowoleni…I co??? Pili potem sami jeszcze 3 dni…a ja oczywiście do dzisiaj tym żyję…denerwuję się,dzwonię itp…Bo wiem co było po tym jak ojca karetka zabrała….z matką nie mogłam się dogadać przez telefon…Nie mają żadnej nauczki po tym zawale…nic do nich nie dociera…nic…ja mając 50 lat za każdym razem tym żyję…Jestem kłębkiem nerwów…
Witaj, na tą chwilę chyba potrafię tylko powiedzieć, że mi przykro i że cię rozumiem.. myślę ze dobrze że tu jesteś i życzę ci wsparcia i zrozumienia i oby nowy rok przyniósł ulgę
Cześć Andzia.
Czy jesteś DDA?? Masz tu listę na stronie cech DDA. Jak się w nich odnajdujesz to moim zdaniem jesteś. Tą odpowiedź znasz tylko ty 🙂
Myślę że dobrze że tu trafiłaś. Po przeczytaniu twojej opowieści mogę ci napisać znam takie historie z autopsji. Nie dziwie się że nerwy ci siadają. Chcesz żyć a nie potrafisz uwolnić się od poczucia odpowiedzialności za rodziców.
Najwyżej mnie znienawidzisz ale twój Ojciec ma prawo zachlać się na śmierć jeśli mu to pasuje. To jego życie i może robić z nim co chce. Widzę pewne podobieństwo twoje do niego. On niszczy sobie zdrowie alkoholem a ty nerwami. Nie jesteś za nich odpowiedzialna. I nie możesz ich uratować. Za to możesz siebie.
PS: Ja przed swoimi wyjechałem ponad 300 km …
A wiecie co jest najgorsze w tym wszystkim…pijany ojciec nie działa na mnie dzisiaj tak jak lekko podpita matka…jak widzę jej pewne charakterystyczne ruchy i miny to działa na mnie jak płachta na byka i rośnie mi ciśnienie…Tak działała też na mnie wypita teściowa,a teraz niekiedy mąż bo im starszy tym bardziej się do niej wizualnie upodabnia….Michał napisałeś,że wyjechałeś od swoich ponad 300 km…ja od 30 lat mieszkam 220 km od nich,ale spotykamy się 3 -4 razy w roku…święta od jakiegoś czasu mnie nie cieszą bo wiem jaki będzie efekt końcowy…oni nie piją na przykład od Wielkanocy do Bożego Narodzenia,normalnie żyją jak wzorowe małżeństwo,a jak przyjedziemy na święta to we wigilię nie ma alkoholu,ale w pierwsze święto najlepiej już od 7 rana…Nawet jak powiem,że nie piję to oni i tak sobie polewają,matka zawsze ma zapas w barku,to ona kupuje bo to ona dzisiaj rządzi pieniędzmi.Dopóki butelka dna nie zobaczy,nie odejdą od stołu,potrafią zasnąć w fotelu,a na drugi dzień rano o 5 już słyszę otwieranie piwa i te charakterystyczne „psssst”…Chodzi potem przymulona,ani z nią gadka,ani szmatka…a ja chcę jak najszybciej już wyjechać.Te piwa ma gdzieś pochowane bo dobrze wie,że rano będzie kac.My wracamy do domu,a oni piją dalej,wcale nie trzezwieją…tydzień,półtora,dwa…A ja nawet na odległość się denerwuję…Jak się ogarną i dojdą do siebie to znowu pół roku nie tykają alkoholu.Wtedy widzą błędy innych,tylko nie swoje…ja proszę,krzyczę często,błagam…obiecuje mi za każdym razem,że to już ostatni raz…i tak od 50 lat…Dzisiaj to widze,że matka jest gorsza bo to ona daje ojcu pieniądze i go wysyła po alkohol…taka prawda…
Ja rodziców odwiedzam raz na 2-3 lata. Te święta spędziłem u nich z dziewczyną. Alkohol był jak zawsze od 1 dnia. Ojciec całą noc rzygał w kiblu i w żaden sposób mi to świąt nie zepsuło. To były bardzo udane święta choć moja rodzinka a zwłaszcza rodzice na lepsze się nie zmieniają. Ich picie to ich problem. Ja nauczyłem się nie żyć ich problemami. Są dorośli i sami odpowiadają za swoje czyny. Uwolniłem się od nich nie dzięki odległości ale dzięki konsekwentnie stawianych granic. Cały opis świąt to picie twoich rodziców. Ja przez 4 lata nie byłem w domu na święta i mi z tym dobrze. Dziś moje życie to moje, ich to ich. Nie zmienię swoich rodziców i nie oczekuje od nich zmian. Zamiast tego skupiam się na sobie i to działa. Moi rodzice są jacy byli a JA… Jestem szczęśliwym świadomym człowiekiem mimo przeszłości i niepewnej przyszłości.
Problem Andzia masz w swojej głowie. To nie rodzice i ich alkoholizm. To choroba którą cię zarazili i wpływa na Ciebie dziś. To DDA , tak myślę.
Pozdrowienia i powodzenia na nowej drodze w nowym roku
Witaj i wszystkiego naj w Nowym Roku 🙂
w listę noworocznych postanowień dopisać musisz sobie termin: TERAPIA
Wiem z własnego doświadczenia że to nie jest łatwa decyzja. Mnie też było ciężko si przełamać. Musiałam iść bo zaczynałam się sama siebie bać. Pierwszym razem napisałam maila do Monaru, później poszłam raz ale też nie weszłam, za drugim razem poszlam w ciemnych okularach i czapce.
Cięzko jest wracac po raz kolejny do tego co siedzi w nas głęboko, rozdrapywać stare rany. Ale może wartością być zrobienie „porządku” z przeszłością.
Może więcej napiszesz o sobie, w jakim mieście mieszkasz co robisz i o swoim ojcu, wie że dużo Cię to kosztuje.Pozdrawiam
-
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.