Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › Dorosli_Rodzice_DDA – pierwsza spowiedź.
-
AutorWpisy
-
Hej,
Jesteśmy tu Nowi. Zastanawiałem się już kilka miesięcy, czy by nie założyć tu konta….Krótki opis o Nas:
Poznaliśmy się ponad 20 lat temu. Wpadliśmy na siebie, ponieważ oboje mieliśmy trudne dzieciństwo (Ja z rodziny, w której Ojciec pił i czasem bił. Żona z rodziny w której Ojciec nie bił, ale nic go nie interesowało oprócz picia). Wiemy już, że nasi Ojcowie też nie mieli łatwo, więc w sumie jesteśmy trzecim pokoleniem.Zakochaliśmy się w sobie i to była prawdziwa – szczera miłość która ciągle w nas jest (tak myślimy).
Nasze życie od momentu kiedy stanęliśmy na ślubnym kobiercu też nie było usłane różami. Zaczęliśmy od długów za wesele. Ja byłem (ciągle jestem) bardzo ambitny (może czasem aż za bardzo). Znalazłem bardzo dobrą pracę, która zaczęła przynosić nam pieniądze – naprawdę spore jak na lata 2005. Chciałem spełnić marzenia bycia „Normalnym”, oraz wyrwać się z tego, że mamy długi. Nasze wspólne marzenia to było – odbić się od dna, mieć za co żyć, mieć czas na siebie, na wczasy, na relaks , na życie !
W między czasie urodziły nam się dzieciaki. Też nie było lekko, ponieważ z pierwszym Synem przez pierwsze miesiące regularnie lądowaliśmy w szpitalach (a to zapalenie płuc, a to refluks i jeszcze inne).
Oczywiście w tym samym czasie nasi Ojcowie (jak nie jeden, to drugi) regularnie fundowali nam jakieś akcje w naszych rodzinnych domach. Również musieliśmy reagować – tracąc swoje chwile na kontakt ze sobą, oraz naszymi dzieciakami. .
Moja praca również pochłaniała mnie (ponieważ pogoń za ambicjami i chęcią posiadania własnego Domu)
Co wygrzebaliśmy się z jednego bagna, wpadaliśmy w kolejne ( później zachorowała moja żona – choroba cywilizacyjna, na szczęście nie taka na którą się umiera).
Znowu znaleźliśmy na to wyjście – ale też nie było łatwo!W końcu przyszedł moment, w którym finanse zarabiane przeze mnie doprowadziły do tego, ze marzenia o własnym domu stały się realne. Zbudowaliśmy go. Kiedy się wprowadziliśmy pojawiły się kolejne kłopoty! – Moja żona zaczęła mieć kłopoty w pracy – duże kłopoty!
Znaleźliśmy wyjście – ale też nie było łatwo!Znowu sobie jakoś radziliśmy – sami.
Jedyną osobą, która starała nam się pomagać (i pomaga do dziś to moja Teściowa).Kiedy już się wydawało, że jesteśmy na prostej – przyszły kolejne kłopoty – Tym razem u mnie w pracy!
Walczyłem ze 3 lata aby wykazać, ze zostałem w niej oszukany przez nieszczerego człowieka!Później kolejna sytuacja – Śmierć Teścia!.
Było bardzo trudno, moja żona musiała dzielnie pomagać temu, który nigdy wcześniej za bardzo o niej nie myślał….Dziś rozpoczynamy kolejny etap walki o przyszłość. Mamy nowe szanse, nowe możliwości i wydawać by się mogło, że powinniśmy iść do przodu! Mamy dorastające dzieciaki i wydawałoby się, że z zewnątrz wyglądamy na porządną rodzinę.
Niestety wewnątrz ciągle mamy kłopoty z przeszłością – z tym, że nie mamy żadnych pasji – a wręcz nudę i pustkę. Do tego w pracy (w której zawodowo zaszedłem bardzo wysoko) nauczyłem się jednej rzeczy, której w sobie nienawidzę! . Nauczyłem się wieczorami pić piwo – bo w tamtym środowisku to było „Normalne”.
Tak bardzo marzymy o tym, aby nie powtórzyć błędów naszych rodziców i tak bardzo byśmy chcieli, aby nasze dzieciaki były kiedyś z nas dumne…. , ale chyba nie wiemy do końca jak powinniśmy to zrobić aby tak się stało.
Ps. Bardzo Kocham Swoją żonę, Ona mnie też…. ale wiem też, że przez moją pracę (i moje kłopoty wiele przecierpiała – za co również poniekąd winię siebie)
Chcemy iść do przodu, ale w sumie chyba sami nie wiemy jak? A wiemy i mamy świadomość, że życie postawi przed nami jeszcze wiele przeszkód (min. śmierć naszych rodziców)
Tak w skrócie – nigdy nie mieliśmy łatwo. Wydawało nam się, że kiedyś będzie lepiej – a jednak nie. CO chwilę dostajemy jakieś kłody pod nogi. Chyba oboje już mamy depresję.
Pozdrawiamy i liczymy na cenne rady.
Szanowny Nieznajomy… To, co napiszę w ramach refleksji nad tym, co tu przeczytałem może być trudne i niemiłe – trudne jest także dla mnie – ale byłbym nieszczery, gdybym tego nie napisał.
Jedną z wielu pułapek, w jakie możemy wpadać wychodząc z DDA jest podejmowanie działań takich, żeby nasz dom, związek, metody wychowawcze, standard życia itd. itp. były zupełnie inne niż w domu rodzinnym. Czy jednak nie jest to rodzaj kolejnego zniewolenia? Tyle, że zamiast złego wzorca mamy usztywniający nas anty-wzorzec? Czy nie wystarczy, żeby w naszym domu było po prostu NORMALNIE?
Czy zastanawiałeś się, czy na pewno dobrą rolę w Twoim życiu pełnią te ambicje, o których mówisz? A jeśli pożądaną, to czy godzisz się z negatywnymi konsekwencjami swojego wyboru? Bo w życiu zawsze jest „coś za coś”, nie można mieć np. góry pieniędzy, a zarazem świętego spokoju…
Czy skłonni jesteście zauważyć, że być może po części sami jesteście autorami własnych problemów? Na przykład po co i dla kogo było to – jak rozumiem – wystawne wesele, za które potem musieliście spłacać kredyt? To był Wasz wybór. Czy ktoś Was do tego zmuszał?
Czy myślisz, że wielu ludzi na świecie ma to, co jest Twoim udziałem? Jak wiele osób nie ma własnego domu? Jak wielu ludzi ma różnego rodzaju problemy z pracą? W życiu jak wielu z nich brakuje udanego związku i miłości?
Stanowczo odradzam też „piwkowanie”. Bo czyż nie jest ono elementem domu, od którego uciekasz? Byłaby to rażąca niekonsekwencja, gdybyś przez własną nieuważność, uciekając od schematów domu rodzinnego, sam stał się alkoholikiem. A dzienna dawka alkoholu wystarczająca do chemicznego uzależnienia jest naprawdę niewielka – jest to właśnie jedno piwo.
Być może ulegliście za bardzo magii nieistniejącego idyllicznego świata z telewizyjnych reklam, gdzie na tle pięknej willi, pod którą stoi luksusowa limuzyna, z rasowym labradorem wesoło bawią się dzieci, a życie jest zawsze piękne i całkowicie pozbawione problemów. Czy myślicie, że inni ludzie ich nie mają?
Proponuję Ci mały test…
Wyobraź sobie, że Twojej ukochanej partnerki przy Tobie nie ma… Coś się stało, rozeszliście się, albo w ogóle nigdy się nie spotkaliście… Wolałbyś taki scenariusz, czy to, co masz teraz?
Czy może więc wreszcie zauważyłeś, jak szczęśliwy jesteś teraz? I jak w pogoni za czymś, co schwytać się nie da, być może tego nie doceniasz?
Może Waszym problemem nie jest obiektywna sytuacja, lecz nadmierne oczekiwania?
Może próbujecie ukoić Wasze poczucie niedostatku z rodzinnego domu, ale nie tędy droga?
Cześć, Ona i On! A zwłaszcza On, bo piszesz jednak w swoim imieniu;)
Napiszę Ci z mojej perspektywy, nie udzielając wprost rad, bo w nie nie wierzę za bardzo, bywają też raniące („bo ja to już tyle wiem, a teraz Ciebie nauczę” – raczej wierzę w proces wymiany). Wasza historia wydała mi się w wielu sferach zbieżna do mojej – przede wszystkim uderzyła mnie ogromna miłość i szacunek, z jakim piszesz o żonie. To jest coś absolutnie cennego, naprawdę jest na czym budować i o co dbać. Wiele dołów i kryzysów Was spotkało po drodze, brzmi to bardzo niszcząco – bo nie bardzo chyba było jak się zregenerować po jednym, a tu już następny u bram… Znam to też z własnego doświadczenia, choć w innym natężeniu, każda historia jest inna.
Ale łączy nas podobieństwo sytuacji – też jesteśmy małżeństwem DDA, też z dziećmi, zmagamy się z pracą i różnymi kłopotami zdrowotnymi, rodzinnymi. też jesteśmy osamotnieni w opiece nad dziećmi. I choć nie mam aż takich sukcesów w pracy, finansowo nie przekłada się to na wiele, ale znam ten drive do ambitnego działania w pracy, a potem odreagowywania w domu, piwkiem czy awanturą. Mimo ogromnej miłości do dzieci i mojego męża.
Teraz oceniam, że mimo tych wszystkich dobrych rzeczy: mieszkanie, rodzina, wartościowa społecznie praca, jakiś krąg znajomych czy przyjaciół – moje życie zaczęło grzęznąć w coraz bardziej gęstej depresji. Skończyłoby się „cichą rozpaczą”, jak pisał Thoreau. Zaczęłam żyć dzięki terapii i tyle – może to brzmi banalnie. Mój mąż poszedł w moje ślady i teraz oboje jesteśmy w procesie – bywa ostro, wyznaczamy granice, uczymy się siebie, poznajemy się na nowo (po ponad 20 latach razem), wyjaśniamy stare zadry i zranienia (nazbierało się, jestem w związku odkąd byłam młodą nastolatką). Dzieci odżyły – mimo że myślałam sobie jako o luźnej „rockandrollowej” mamie, miałam ogromną kontrolę i wywierałam presję, perfekcjonistyczną i niszczącą (kontrola to istota współuzależnienia). Nie jest „lepiej” w jakimś abstrakcyjnym sensie – po prostu stopniowo, z ogromnym bólem, stajesz twarzą twarz z tym, jaki jesteś w rzeczywistości, co jest Twoje, a co narzucone z zewnątrz (u mnie mnóstwo „moich” rzeczy okazało się pożyczonych od matki – np. Bóg, bycie miłą, samopoświęcanie etc.). I akceptujesz to powolutku, mierząc się z tymi „strasznymi” rzeczami w sobie, które oglądane w obecności profesjonalisty okazują się zupełnie do zaakceptowania i pokochania. W miłości to ma jeszcze jedną cudowną stronę: poznajesz naprawdę osobę, z którą żyłeś i którą kochałeś tyle lat! To jest hit. Widzisz ją wyraźniej, mniej idealizując czy dewaluując, mniej grając czy próbując się stopić w jedno – po prostu poznajesz swojego męża! Dla mnie to jest coś po prostu bezcennego. Z dziećmi dzieje się podobnie.
Nie ma tu żadnej prostej drogi. Terapia jest długa i kosztowna (nie chodzi mi bynajmniej o pieniądze). Ale to jest droga do życia. I tyle.
Pozdrawiam Cię serdecznie – kurianna.
Hej dda93,
Jest trochę prawdy w tym co napisałeś. Wystawne wesela robili wszyscy nasi znajomi, wiec i my czuliśmy presję, aby takie zrobić. Z tym, że różnica polegała na tym, że znajomym wesela zrobili rodzice, a my zrobiliśmy sami.Z tym wystawnym domem może nie jest do końca tak, że ulegliśmy „reklamom”, ale rzeczywiście w młodości nie raz byłem porównywany przez Ojca do innych synów jego znajomych i kolegów – przez co poniekąd miałem presję (ja nie dam rady?)
Wiemy, że inni Ludzie również mają problemy, ale ostatnimi czasy wydaje się nam, że my je mamy dużo częściej.
Jeśli chodzi o moje ambicje – zrozumiałem już, że być może mam trochę wygórowane – myślę, że to również efekt tego, że zawodowo często spotykałem się z przeraźliwie bogatymi Ludźmi. (Pewnie podświadomie trochę zazdrościłem im tego co mają i o czym opowiadają). Pewnie gdzieś się w tym zagubiłem.
Na Twoje pytanie dot. tego, czy wyobrażam sobie, że moja rodzina by się rozpadła ? odpowiadam stanowczo – NIE! . Straciłbym wszystko najcenniejsze, co posiadam.
„Może próbujecie ukoić Wasze poczucie niedostatku z rodzinnego domu, ale nie tędy droga?”
– bardzo możliwe, że tak było. Na 100% miałem ambicje związane z tym, aby mojej rodzinie zapewnić materialnie i finansowo dużo dużo więcej niż mieliśmy my sami (ja i żona) .No nic – dzięki za odpowiedź, musimy to wszystko jakoś poukładać i na 100% ja muszę trochę zwolnić.
Dzięki.
Hej,
Dziękuję za odpowiedź i te dobre słowa.
Poczytamy wspólnie, pomyślimy….
Trzeba wziąć się w garść i zrobić coś z tą sytuacją, bo zarówno dla mnie jak i żony tak naprawdę najważniejszym celem jest to abyśmy wspólnie byli szczęśliwi, a nasze dzieciaki mogły kiedyś powiedzieć, że miały fajnych rodziców 😉Pozdrawiam
-
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.