Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Głód uwagi

Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 140)
  • Autor
    Wpisy
  • truskawektruskawek
    Uczestnik
    Liczba postów: 451

    Ja chyba aż taka do ludzi nie jestem jak Ty Truskawek. Od zawsze byłam bardzo zamknięta w sobie i nieśmiała.

    No, to wypisz wymaluj tak jak ja kiedyś… I pewnie wiele jeszcze innych DDA i DDD, bo właśnie taki jest skutek dorastania w dysfunkcyjnym domu. W tym ta rola ratownika – dlatego łatwiej mi się na forum dzielić swoimi doświadczeniami niż pytać albo szukać wsparcia. Trudno mi powiedzieć czy tak mam bo tak chcę, czy dlatego, że wchodzę w znaną rolę. Ale mam prawo nie wiedzieć i z tym po prostu być. I ty też masz prawo być z tym, co masz.

    Rozumiem twoją bezradność i frustrację, bo tak odbieram te rozmaite opcje, które wymieniłaś.

    Nie sądziłam że ktoś napisze tak szybko i tak obszernie. Jestem pod dużym wrażeniem, że ktoś się mną zainteresował i cieszę się

    No właśnie – nie sądziłaś, choć pewnie miałaś taką cichą nadzieją, ale na twój głód jakoś odpowiedzieliśmy. Smacznego. 😉

    Czyli masz już przynajmniej jedno miejsce, gdzie jesteś mile widziana, i nie musisz się tu tłumaczyć z dysfunkcyjnych przekonań i zachowań, bo każdy/każda z nas ma podobne, jeśli nie takie same.

    Nie mam wrażenia, żeby któreś z nas, choćby w tym wątku, było „psychiczne”. To nie jest jakaś wada do zganienia ani nawet do naprawy albo leczenia, tylko przede wszystkim ciężar, który dźwigamy. To jest coś co na przykład tobie czy mnie sprawia ból, a nie świadectwo naszej wartości. Możemy to zmieniać, ale nie musimy, a na początek możemy sobie opowiedzieć co nas konkretnie boli i zapytać jak mają inni, tak jak to właśnie zrobiłaś. Nam na terapii mówili, że nikt nie ma na czole napisane, że jest DDA/DDD i faktycznie tak to odbieram. To żadne dziwactwo, tylko smutek, lęk i samotność, jakich zostaliśmy nauczeni w domu. Wtedy to pozwalało nam przetrwać, więc czasem po prostu doceniam, że się tak dostosowałem do rodziców, że jeszcze miałem potem siłę i ochotę żyć. Jak w czasie wojny odruchowo chowasz się przed ostrzałem to jest bardzo podobne – na wojnie może uratować życie, w czasie pokoju to obciążenie, ale żeby to było jakieś wariactwo, to bym nie powiedział, raczej bardzo dobrze wyuczony kłopotliwy odruch, który stracił już pierwotny cel.

    Też zwróciłem uwagę na twojego partnera – czy jest ci z nim blisko? Co to znaczy „spędzamy czas”? Czy jesteś z nim z jakiegoś powodu?

    Różne rzeczy mi jeszcze przychodzą do głowy, ale nie mam akurat weny do pisania na forum i dbania o granice swojej prywatności w miejscu publicznym, więc jeśli chcesz, to napisz do mnie mejla na adres truskawek@onet.pl.

    Avatarona.ddd
    Uczestnik
    Liczba postów: 73

    Z partnerem jestem blisko i nie jestem. Ja z niego zrobiłam swojego opiekuna, albo raczej sam się zrobił, a może wspólnie? Ja siebie aż o takie talenty nie podejrzewam. Gdybym takowy miała już dawno bym takich opiekunów sobie wyhodowała choćby z moich rodziców. On jest dla mnie takim opiekunem mamą i tatą jakich nigdy nie miałam. Co głupie mi się zawsze wydawało, że dorastałam w normalnej rodzinie i jak piszę ” jakich nigdy nie miałam” nadal mi wstyd, że tak obrażam rodziców chociaż pani psych. na terapii uświadomiła mi jak to naprawdę wyglądało i nie mam się co wstydzić takich stwierdzeń. No więc partner jest wspaniałym opiekunem i nie oddam tego za nic w świecie bo czuję się z nim bezpiecznie i spokojnie. Jak byłam mała miałam bardzo często m.in. taki sen. Jestem w domu. Krzątanina wokół stołu, siadamy do obiadu, jakieś rozmowy o głupotach, zwyczajność totalna. Niby jest luz, spokój, każdy jest rozluźniony i uśmiechnięty ale ja nie mogę się zrelaksować do końca bo wiem że dom wisi wysoko nad ziemią i przy każdym kroku ruszają się deski podłogi. Jeden nieuważny krok, a cała podłoga runie w dół i umrę. Ja całe życie zastanawiałam się o co chodzi i skąd małemu dziecku takie sny się biorą. Teraz już wiem. Jako DDD też pewnie wiecie o co w tym chodzi. Ja dopiero na psychoterapii się zorientowałam co to znaczy. W każdym razie. W domu nie było spokojnie ani bezpiecznie. Teraz jest. Sami rozumiecie że jest to coś co może trzymać przy kimś strasznie. A poza tym opiekunem nie ma między nami nic innego. Ja strasznie chcę relacji damsko-męskiej bo raz że mi tego bardzo brakuje a dwa mój partner na to naprawdę zasługuje. Jest wyjątkowo wyrozumiały, wspiera mnie, rozmawia, sam chciałby taki związek ze mną damsko-męski ale ja nie potrafię. Moja pani psycholog mówiła że to logiczne że skoro mam go za opiekuna-rodzica to nie mogę z nim stworzyć relacji damsko-męskiej bo to jest w moim odczuci nienaturalne i zboczone wręcz. Jak kazirodztwo. Dużo nad tym myślałam, myślę. Chciałam od niego odejść jakiś czas temu ale koniec końców nie mogę. Z dwojga złego wolę poświecić życie erotyczne, romantyczne a mieć wreszcie załataną dziurę z dzieciństwa. Po drugie, w pewnym wieku nie jest już łatwo odejść. Są wspólne sprawy, zobowiązania, dom. monia_z_wrocka o tym pisała też w swoim poście. Gdzie odejdziesz, za co? Tzn. w teorii oczywiście można ale ja np. nie miałabym siły zaczynać życia na nowo znowu. Już za późno. W ogóle mam takie poczucie że życie już było, przez to że miłość, romantyzm i erotyzm już były i to nigdy nie wróci. Nie mam pojęcia jak ludzie żyją na świecie bez tego i są szczęśliwi. Bo zakładam że to zawsze przemija. Tą lukę wypełniają np. dzieci. Ale tego właśnie pojąć nie mogę. Jak dziecko może zastąpić potrzebę miłości, romantyzmu i erotyzmu.

    Znowu kilka wątków chaotycznie wyszło…

    Avatarona.ddd
    Uczestnik
    Liczba postów: 73

    Co do wiary. Nie wiem dlaczego, ale niebotycznie mnie to wkurza. Coraz bardziej. Nie wiem dlaczego. Jako dziecko i trochę dalej, byłam bardzo religijna. Wierzyłam prawdziwie, w kryzysach zwracałam się do boga i przynosiło mi to ulgę. Potem miałam okres gdzie odeszłam zupełnie nie zastanawiając się w ogóle nad tematem. Potem przyglądałam się – sobie i tej kwestii. Byłam agnostykiem. Lubiłam zaglądać do kościołów (niekoniecznie tylko rzymskokatolicich), posiedzieć w ciszy, powdychać ten zapach świętości, podniosłości, dostojności. W sumie dalej lubię. Lubiłam i lubię pójść też np. w wielki piątek – przyjemnie zawodzą chórki, jest półmrok i znowu ten zapach. Bardzo chętnie posłuchałabym też jakiegoś mądrego kazania i czasem nawet chodzę posłuchać ale tu czar pryska. Książa pierdzielą takie farmazony, że głowa mała. Ja nie wiem, chłopy po teologii, filozofii, humaniści niby. A mam wrażenie, że już ja bym lepsze kazanie napisała. Zero jakiejś głębszej analizy, polotu i zero sensu co gorsza! A to co mnie najbardziej drażni w kościele to obłuda, bezkarność, bezczelność i wykorzystywanie ludzi biednych i naiwnych. Od zawsze tak było i nic się nie zmienia. Ktoś czy coś takiego nie może być dla mnie autorytetem. Nie mam tu czego szukać. Jestem ateistą.

    Avatar2wprzod1wtyl
    Uczestnik
    Liczba postów: 797

    ok. rozumiem. Jednocześnie patrząc na swoje postępowanie zwłaszcza w przeszłości czułbym ogromny ciężar wstydu i braku spójności gdybym próbował coś uwiarygadniać czy przekonywać.

    Chciałem jedynie pokazać, że dla mnie było to (wiara i rozmowy z Bogiem) ważne i spójne, powiązane ze sobą. Ty masz inaczej stąd jakby moje doświadczenie jest w tym momencie niedopasowane.

    Chcę też powiedzieć, że dla mnie wiara w Boga jest prawdą i źródłem to tak w celu wyjaśnienia. Natomiast podobnie jak Ty nie mam obecnie wśród żywych chrześcijan czy nawet duchownych  autorytety, ale może to i lepiej, bo nie będzie rozczarowania ;-). Nie jestem ślepy na zło, ale widzę też sporo dobra. Odnosząc się jeszcze do kazań to tutaj też bardzo podobnie jak na 70 w roku trafię na 4-5 takie, które coś mi wnoszą to maks, ale potrafię cieszyć się z tych 4-5 nawet jak na pozostałych 65 mówię do siebie ‚chłopie co Ty gadasz za głupoty) 😉

    Nie wiem a nawet nie uważam abyś miała łatwiej lub trudniej po prostu Twoja rzeczywistość jest inna. Jednocześnie życzę Ci byś odnalazła drogę w tym osoby w obecności, których będziesz się czuła po prostu dobrze a więc życzliwych Tobie, uważnych, nawiązujących wspólne tematy, bo jednego jestem pewien, że nie jesteś inna i nie jesteś sama na tym świecie.

    ostatnio natrafiłem na Joice Meyer  co dało mi odpowiedzi na choćby lęk przed porzuceniem oraz w innym filmie (teraz nie mam linka) umiejętnością pogodzenia się z przeszłością oraz zmianami (akceptacja zmian i decyzji)

    https://www.youtube.com/watch?v=Rc7qwsn7nqg

    https://www.youtube.com/watch?v=Rc7qwsn7nqg

    pozdrawiam

     

     

     

     

     

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 miesięcy, 3 tygodni temu przez Avatar2wprzod1wtyl.
    truskawektruskawek
    Uczestnik
    Liczba postów: 451

    Z partnerem jestem blisko i nie jestem. Ja z niego zrobiłam swojego opiekuna, albo raczej sam się zrobił, a może wspólnie? Ja siebie aż o takie talenty nie podejrzewam. Gdybym takowy miała już dawno bym takich opiekunów sobie wyhodowała choćby z moich rodziców.

    Wspólnie – a przynajmniej mnie na terapii uczyli, że relacja składa się z decyzji obu osób. Ale jesteście dorośli i wy sobie to wybraliście, niekoniecznie świadomie, natomiast jako dziecko nie miałaś żadnej decyzji, to rodzice zdecydowali jaką będziesz miała rolę.

    Moja pani psycholog mówiła że to logiczne że skoro mam go za opiekuna-rodzica to nie mogę z nim stworzyć relacji damsko-męskiej bo to jest w moim odczuci nienaturalne i zboczone wręcz. Jak kazirodztwo. Dużo nad tym myślałam, myślę. Chciałam od niego odejść jakiś czas temu ale koniec końców nie mogę. Z dwojga złego wolę poświecić życie erotyczne, romantyczne a mieć wreszcie załataną dziurę z dzieciństwa.

    Ja to widzę jeszcze prościej – albo jestem z kimś w relacji „pionowej” (hierarchia, autorytet, rodzicielstwo), albo „poziomej” (małżonek, przyjaciel, wzajemność) i jak to się miesza, to nie czuję się pewnie, bo nie mam jasnych reguł relacji.

    Ja się w pewnym momencie swojego ostatniego związku złapałem właśnie na tym, że moja dziewczyna ma mnie jako opiekuna, a sama zajmuje się pomaganiem innym ludziom. Tylko, że ja wszedłem w tę rolę ze strachu, że przecież jak się nie będę starał, to się mną nie zaopiekuje, a wyszło na to, że ona i tak nie miała w sobie uwagi dla mnie, co bym nie zrobił, a dostała ode mnie uwagę, której sama potrzebowała.

    Ale ani ja nie dostałem tego, czego potrzebowałem, ani jej to nie zapełniło dziury, tylko trochę dało komfortu w rozpaczliwej, syzyfowej pracy dogodzenia innym ludziom tak, żeby rodzice ją zaakceptowali. Tak to dziś widzę. I że to układ wyuczony w domu, który nie mógł zadziałać, ale mieliśmy podobny, więc się dopasowaliśmy po dysfunkcjach. Jednak ja się zająłem sobą przez terapię i jest mi teraz lżej, a ona ma jakiegoś faceta, ale nie widzę, żeby było jej lżej, nadal biega jak chomik w kółku, żeby tylko doświadczyć akceptacji…

    Po drugie, w pewnym wieku nie jest już łatwo odejść. Są wspólne sprawy, zobowiązania, dom. monia_z_wrocka o tym pisała też w swoim poście. Gdzie odejdziesz, za co? Tzn. w teorii oczywiście można ale ja np. nie miałabym siły zaczynać życia na nowo znowu. Już za późno. W ogóle mam takie poczucie że życie już było, przez to że miłość, romantyzm i erotyzm już były i to nigdy nie wróci.

    Jak dla mnie w każdym wieku jest trudno. Zawsze się bałem, że nic lepszego mnie już nie spotka, dlatego tak rozpaczliwie wchodziłem w związki, gdy już się jakaś okazja trafiła. I nie wiem kiedy niby to życie było – w dzieciństwie poczucie ciągłego lęku, to koszmar, jak dorastałem to jakieś wyzwolenie, ale te związki jak już były, to takie słabe, że ja się staram, ale nie mówię czego chcę, dostosowuję się, a teraz to zaczyna mi przypominać życie coraz bardziej.

    Nie mam pojęcia jak ludzie żyją na świecie bez tego i są szczęśliwi. Bo zakładam że to zawsze przemija. Tą lukę wypełniają np. dzieci. Ale tego właśnie pojąć nie mogę. Jak dziecko może zastąpić potrzebę miłości, romantyzmu i erotyzmu.

    Nie wiem czy przemija, bo najdłuższy mój związek, właśnie ten ostatni, to tylko kilka lat. Ale mam przyjaciół nawet i sprzed 30 lat i właśnie to są teraz dla mnie bardzo bliskie i autentyczne relacje, bo ja jestem bardziej autentyczny. Więc nie widzę w tym automatu. Jak nie umarłem, to żyję i jestem za siebie odpowiedzialny, za swoje życie właśnie.

    A dziecko nie jest w stanie zaspokoić potrzeb rodziców. Nie ma takiej mocy ani umiejętności. Może tylko zostać wrobione w jakąś rolę, z którą sobie nie radzi, tak jak ja czy ty, i rodzice mają tylko ulgę w swoich własnych problemach, ale to tylko ulga, że mogą na kogoś zwalić swoją odpowiedzialność. Sami widzą, że nie dają rady, i nie wiedzą co z tym zrobić, bo chcieli dobrze, a tu kradną od dziecka miłość i poczucie bezpieczeństwa, które niby mieli mu dać… Role się odwracają w dramatyczny sposób i dziecko nie ma tu nic do gadania. Tak wygląda parentyfikacja – oficjalnie to rodzice dbają, a faktycznie to tylko materialnie (choć pewnie nie zawsze), a emocjonalnie to dzieci się opiekują rodzicami, bo bez nich naprawdę nie przetrwają, więc muszą zadbać o rodziców, bo to jedyna szansa, że tamci jednak je zaakceptują…

    I tu wracamy do początku twojego wpisu – dziecko jest obarczone cudzą odpowiedzialnością i oszukane, że to tak właśnie ma wyglądać, tylko się za mało stara, jest głupie, krnąbrne, przynosi rodzicom wstyd itp… A tak naprawdę ono daje rodzicom z malutkiej puli, jaką ma na swój własny rozwój, i to jest potężny dług jaki rodzice u niego zaciągają – oszustwem. I potem to dziecko nie wie co się stało, ale wie, że ma mało wszystkiego, i nawet jak już dorośnie, to się boi i potrzebuje, ale nikt mu tego nie daje, więc żebrze, wyłudza, oszukuje itp., bo takie sposoby zna na bliskość. I nic go już nie czeka, bo jest wyczerpane i nie chce zaryzykować tej odrobiny spokoju, jaki wreszcie zdobyło nadludzkim wysiłkiem. I tacy właśnie jesteśmy jako dorosłe dzieci…

    Dlatego ja wybieram, żeby zająć się sobą, wysłuchać to swoje obolałe, smutne i oszukane dziecko, bo tylko ja mogę to sobie dać tak naprawdę. I czuję, jak powoli życie się we mnie wlewa, gdy próbuję o siebie zadbać, wysłuchać, podzielić się swoimi prawdziwymi przeżyciami z bliskimi. Ryzykuję, bo już trochę się wzmocniłem i stanąłem na swoich nogach. A im więcej mogę zaryzykować, tym mniej się boję porażki i pomyłki, bo widzę, że nie zależę od jednej osoby, choćbym nawet bardzo ją kochał.

    Dosłownie z ostatnich dni – spotkałem się z dwiema kobietami, które kochałem (miałem taką potrzebę, nie wiem czemu), i po prostu mówiłem jak żyję, jaki jestem teraz naprawdę. I obie były zaskoczone i mam wrażenie, że powiedziały to jakoś z podziwem, że zająłem się sobą. Ale teraz to ja na nich nie polegam ani nie muszę się nimi zajmować z nadzieją, że mi coś w zamian oddadzą. Zdziwiła mnie ich reakcja, ale po zastanowieniu wydaje mi się, że chyba zobaczyły we mnie samodzielnego człowieka, a nie bluszcz, który je próbował opleść… Mam nadzieję, że tak też będą mnie widziały także inne ważne dla mnie osoby, ale przede wszystkim, że sam będę coraz lepiej dbał o siebie i nie łapał rozpaczliwie każdej okazji. W tym kierunku to idzie i to bardzo miłe poczucie.

    Avatarona.ddd
    Uczestnik
    Liczba postów: 73

    Truskawek, piszesz:

    „Jak dla mnie w każdym wieku jest trudno. Zawsze się bałem, że nic lepszego mnie już nie spotka, dlatego tak rozpaczliwie wchodziłem w związki, gdy już się jakaś okazja trafiła. I nie wiem kiedy niby to życie było – w dzieciństwie poczucie ciągłego lęku, to koszmar, jak dorastałem to jakieś wyzwolenie, ale te związki jak już były, to takie słabe, że ja się staram, ale nie mówię czego chcę, dostosowuję się, a teraz to zaczyna mi przypominać życie coraz bardziej.”

    Dla mnie kiedyś nie było trudno. Mogłam bez problemu zmienić towarzystwo, pracę, mieszkanie. Z partnerem w ogóle nie było takiej potrzeby bo albo byłam bez partnera (przeważnie to był mój stan bycia) albo byłam zostawiana więc tu nie było decyzji z mojej strony. Ja zawsze uważałam, że życie jest przede mną i to co najlepsze dopiero mnie czeka. Myślałam, że mam tyle możliwości przed sobą bo jestem młoda, zaczynam dopiero. Dlatego się nie bałam. Zawsze przed snem marzyłam sobie jak to kiedyś będzie. I nagle nie wiedzieć kiedy, ugrzęzłam. Obecnie przed snem wspominam jak to kiedyś było. Życie jest za mną. Teraz już wiem, że wszystko jest określone, zrobione. Mam życie jakie mam, pracę jaką mam, partnera, dom. Tak już będzie na wieki wieków amen. Nie zmienię tego, nie będzie innych możliwości, innych wariantów życia, nowości. Chyba że gorzej. Co ciekawe, życie mam bardzo wygodne i dobre, pracę taką jaką chcę mieć. Mieszkam tak jak chcę. I teoretycznie wcale nie chcę tego zmieniać, bo jest dobrze. Teoretycznie. Ale to jest określone przez co takie jakieś ograniczające, złe(?). Nie wiem dlaczego tak czuję. I też nie mogę pojąć że inni tak nie mają (a przynajmniej nie pokazują tego).

    Widzisz , piszesz że masz znajomych niektórych od 30 lat i to są te najbardziej autentyczne relacje, bo Ty jesteś autentyczny bardziej. Ja właśnie chcę podtrzymywać te stare znajomości bo faktycznie one są/były bardzo prawdziwe. Zawsze byłam autentyczna wobec tych osób, a one jak mi się zdaje wobec mnie. Dlatego do niech się zwróciłam, śledziłam, itd. Ich już to nie interesuje. I znowu jak akapit wyżej, jak to możliwe?

    W teorii podobno my jak mówisz sami mamy się o siebie zatroszczyć, utulić, itp. Nie wiem o co z tym chodzi, jak to trzeba robić. Nie wiem o czymś czy jak? Jestem dla siebie dobra, wyrozumiała, słucham siebie, nie nudzę się z sobą, ale nie da się żyć w pojedynkę na świecie. Choćbym pękła to sama nie zaspokoję wszystkich potrzeb. Przez lata żyłam w poczuciu, że dam radę tak żyć, że to właśnie o to chodzi, że żyję sobie sama, mam zajęcia, swoją pracę, hobby i to jest ok. Ale to jest bzdura. Nikt, nawet taki odludek lub jak to mój ojciec mnie nazywał „dzik”, potrzebuje ludzi. Teraz – a nie kiedyś łapię się rozpaczliwie każdej okazji byle by dostać to czego chcę. Tych ludzi, ich uwagę obecność. Dawniej tak nie robiłam. Chyba że nieświadomie jakoś. Pewnie tak.

    Avatarona.ddd
    Uczestnik
    Liczba postów: 73

    Czyli że nie chodzi w tym wszystkim o to, żeby zmienić swoje życie w myśl „zawsze można je zmienić”, tylko żeby zmienić podejście. Ale też nie w taki sposób jak to teraz jest lansowane: żyj zdrowo, uprawiaj sport, znajdź sobie hobby, czuj się dobrze sam ze sobą w samotności – a wtedy na 100% nie będzie deprechy. Nie chcę żeby mnie źle zrozumiano, oczywiście zdrowie, sport są ważne ale nie tędy droga do uleczenia, wewnętrznego spokoju i spełnienia. Pytanie, którędy.

    truskawektruskawek
    Uczestnik
    Liczba postów: 451

    Na początku terapii powiedzieli nam, że po jej przejściu nie będziemy inni, ale będziemy bardziej siebie akceptować. I w zasadzie tak to mniej więcej teraz u mnie jest.

    Nie umiem w kilku zdaniach powiedzieć o co chodzi, bo to nie jest jedna rzecz. Chyba, że taki ogólnik. A im bardziej szczegółowo, tym bardziej pojawiają się pytania spersonalizowane, np. „a co czujesz? czego potrzebujesz? na co jesteś gotowa?”, a nie „każde DDD powinno…” (brrr!…). To nie jest tak, że istnieje jakiś szczegółowy wzór, który wystarczy tylko powielać. Ja to widzę jako analogię podręcznika savoir-vivre – może być bardzo gruby i detaliczny, ale nikt nie przestrzega go w każdej sytuacji, a nawet jeśli go zna, to nie będzie w nim takiej szczegółowej rady „jak ubierać się w towarzystwie gości z Bułgarii, którzy przyjechali na 5 dni, przy czym jest ich siedmioro, a najstarszy ma 56 lat i jest rudy”… Każdy jest indywidualny i to jest coś, czego u mnie w domu nie było, były jakieś tajemnicze reguły, które próbowałem zrozumieć i spełnić, ale to nigdy do końca się nie udawało. Teraz wiem, że były pewne role, a ja jako ja nie byłem ważny, nikt mnie w domu nie słuchał tak naprawdę. To jest właśnie to coś, czego dopiero teraz się uczę – słuchania siebie takiego, jakim jestem w tej chwili.

    Jestem dla siebie dobra, wyrozumiała, słucham siebie, nie nudzę się z sobą, ale nie da się żyć w pojedynkę na świecie. Choćbym pękła to sama nie zaspokoję wszystkich potrzeb.

    Ciekawi mnie, na czym u ciebie polega to słuchanie siebie? Co się dzieje na przykład, kiedy coś ci się nie udaje, czegoś się boisz, wstydzisz albo jest ci potwornie smutno lub samotnie – czy wtedy słuchasz tych emocji (jeśli to możesz opisać)? I co robisz z tymi emocjami?

    Nas uczyli odpowiedzialności za siebie. I to faktycznie wcale nie znaczy, że mam żyć w pojedynkę. Ani nawet, że mam się wstydzić tego, co robię albo bardziej uważać na innych. Natomiast jeśli wychodzę do kogoś z potrzebą kontaktu – to ja wychodzę, mnie potrzeba, i jeśli coś jest nie tak, to moja sprawa jak o siebie zadbam, a jak jest dobrze, to też mnie jest lepiej i to moja zasługa, że o to zadbałem. Jako DDD mam tendencje, żeby w którymś momencie puścić odpowiedzialność i albo zdać się na kogoś („bo ona jest taka wredna…” albo „taka cudowna”) albo na coś („los tak chciał”, „takie jest życie”, „coś się ze mną stało takiego…” albo „a co mogłem zrobić innego, przecież wiadomo, że trzeba…”). Ale ostatecznie wybieram i tak ja.

    Oczywiście, że nie spełnię sam swoich wszystkich potrzeb. Co więcej, może niektórych się nie da w ogóle spełnić (np. żebym miał lepszych rodziców) albo jest to mało prawdopodobne (żebym nie musiał pracować). Ale w absolutnie każdej sytuacji mogę być przy sobie, za każdym razem mogę sprawdzać jak się z tym czuję i co wobec tego chcę zrobić. Nawet jeśli na przykład czekam na kogoś, na kim mi zależy, to ode mnie zależy, że właśnie czekam, a nie robię coś innego w tym samym czasie, to ja sprawdzam czego potrzebuję i kiedy chcę przestać czekać. Ja określam ile chcę zaryzykować – na ile się otworzyć, a co zostawić dla siebie.

    To wszystko jednak jest teoria. W praktyce potrzebowałem do tego bezpiecznego środowiska, któremu zaufałem, solidnej motywacji (sypał mi się związek), czasu (oj, tak!), kontaktu z innymi ludźmi na grupie i poza nią, pieniędzy (nie wiem jak to zrobiłem, chyba oszczędzałem na jedzeniu, żeby te kilka stów znaleźć co miesiąc, ale to było dla mnie po prostu najważniejsze)…

    A jak było ci na terapii, co było dla ciebie takie obciążające, że przerwałaś?

    No właśnie, bo mogę długo pisać jak to było dla mnie, ale mojego doświadczenia nikt nie przeżyje tak samo, dlatego ważne jest dla mnie co u ciebie działa albo nie działa, co jest ci bliskie, a czego nie znosisz.

    Zasadniczo terapia to był dla mnie powolny proces zanurzania się w krzywdzie z domu. Pod koniec tym rzygałem prawie, za to na początku nie potrafiłem zacząć jakoś i pływałem po powierzchni. I tak źle, i tak niedobrze. Ale nie widzę tu jakiejś idealnej drogi, zdjęcie plasterka z rany boli i tyle. To był powrót do źródeł moich schematów, i to nawet nie to, że sobie przypomniałem różne rzeczy, tylko raczej zacząłem kojarzyć jak działała moja rodzina, jak sobie rodzice moimi rękami załatwiali swoje problemy, i czego się wobec tego nauczyłem o relacjach z ludźmi, szczególnie bliskimi. Jak miałem akceptację tego z zewnątrz, to zdjąłem grubą warstwę wstydu i zacząłem dopiero wybierać, a nie zawsze uciekać od tego, co budziło we mnie wstręt, lęk, wstyd czy strach. Dzięki temu mogłem się nad tym zatrzymywać i nie robić sobie odruchowo krzywdy (czyli zachowywać się wobec siebie tak, jak rodzice zachowywali się wobec mnie). Miałem też okazję spróbować inaczej zareagować, gdy zbliżał się taki moment, w którym uciekałem, zamrażałem się albo atakowałem. I sprawdzałem co z tego wynika. I teraz jak widzę takie momenty, to mam już nowe pomysły co w danej sytuacji zrobić, a przede wszystkim nie zostawiam siebie na długo bez uwagi, staram się słuchać swoich emocji na bieżąco, a nie tylko od święta, więc to poczucie osamotnienia i lęku się tak nie kumuluje.

    Nauczyłem się też, że emocje są kompasem, więc smutek to nie jest tylko nieprzyjemny towarzysz, ale o czymś mi mówi. I sprawdzam o czym w tej chwili. Nie mam żadnej gwarancji, że nie będę więcej smutny ani nie wpadnę w depresję, choć faktycznie nie pamiętam kiedy ostatnio smutek mnie przygniatał. Mam już to sprawdzone na tyle, że ufam sobie, że w razie czego nie zostawię siebie, bo nie muszę. I nie mam wizji wiecznego spokoju – skoro emocje są moim kompasem, to nie jest wstyd ani kłopot, że je czuję, nie muszę się ich pozbywać. Póki żyję, coś będę czuł, tylko mogę się od tego nie odcinać.

    Potrzebuję ludzi i nadal nie wiem dlaczego inni nie odzywają się tyle, co ja. Ale gdy zostaję sam, to robię dla siebie to, co mogę. A jednocześnie nie idealizuję tak ludzi, nie umieszczam w nich tak mocno odpowiedzialności za moje szczęście (to nie jest świadome, to takie poczucie z domu, że sam nie dam sobie rady i jak ktoś mnie nie zaakceptuje, to koniec). Widzę w miarę na bieżąco, co mi przeszkadza albo czegoś mi potrzeba od kogoś, i jeśli mi zależy i komuś ufam, to próbuję o tym mówić. Jak najbardziej konkretnie. Na terapii jednak przekonałem się, że choćbym najlepiej chciał i najszczerzej powiedział, to zawsze druga osoba decyduje, co z tym zrobi, choćby wyglądała na zagubioną we mgle sierotkę. Zderzenie się z tym było najbardziej bolesnym doświadczeniem, pełnym wstydu, ale ponieważ to ja sam spróbowałem, terapeuci przy tym byli i pozwolili mi z tym zostać zamiast wyśmiać albo radzić, to pozwoliło mi się bardziej pogodzić z tym, że wcale nie mam tyle wpływu na innych, ile bym chciał ani ile mi się wydawało z domu. Ale też, że bez tego nie umrę i że wcale nie jestem taki zdany na innych jak to sobie wyobrażałem. A jak już wiem, że nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, to łatwiej i wcześniej odpuszczam w mniejszych rzeczach, a jak odpuszczam, to mniej się napinam i widzę więcej możliwości zamiast tej jednej jedynej, desperackiej, więc i łatwiej mówię co czuję, inni lepiej mnie widzą i łatwiej mogą mi zaufać, że ich nie wciągnę w jakieś swoje manipulacje… itp. itd.

    Nie wiem, czy coś z tego do ciebie przemawia, staram się po swojemu ci przedstawić i mam miejsce na to, że możesz mieć inaczej. Jeśli chcesz, to pytaj, jeśli będę umiał, to postaram się powiedzieć jak to jest u mnie i mam nadzieję, że to ci coś wyjaśni albo pomoże.

    Avatarona.ddd
    Uczestnik
    Liczba postów: 73

    Tak, piszesz jasno, rozumiem to i wiem że masz rację bo w teorii to już znam ale w praktyce jeszcze pewnie z milion razy muszę to usłyszeć żeby zaskoczyło coś we mnie. Trudne jest to wszystko. Dużo tego. W głowie mi się miesza od tej ilości informacji. Próbuję to przetrawić ale nie da się na już. Jak piszesz trzeba czasu. Bardzo się cieszę że tu trafiłam. Nigdy nie rozmawiałam z ludźmi którzy mieli takie problemy jak ja, a tu co wpis (choćby ten najnowszy Ibra „Czy jestem DDA”) to jakbym siebie słuchała. Oczywiście tło historyczne jest inne ale reakcje organizmu są dokładnie te same. To jest fascynujące. Wreszcie więc znalazłam kogoś kto mnie rozumie i ja czytając innych mogę bardziej siebie zrozumieć bo czasem ja czegoś nazwać nie potrafię do końca u siebie, a wtedy napisze o tym ktoś inny i myślę sobie, aha, no tak… I co ważne podobnie ja u psychologa czy psychiatry, tu wiem że mogę być z tymi emocjami, przeżyciami. One mogą spokojnie wybrzmieć.

    Terapię przerwałam bo nie mogłam już unieść ciężaru tych emocji z terapią związanych. I tak jak Ty rzygałam już tym. Odczuwałam wręcz fizyczny ból na myśl o przeszłości, a tym samym na myśl o terapii. Koszmarnie się czułam. Ale wiem że muszę przez to przejść i znowu się pozanurzać w tym bagnie. Trudność polega na tym że kiedyś umniejszyłabym problem, stwierdziłabym, że to pryszcz, dam radę, przejadę po tym jak walec i załatwię raz dwa. A tu kicha. Tu właśnie nie mogę tak myśleć. Muszę się rozkleić i w tym trwać i na tym rozklejeniu przejechać terapie do końca, trwać w tym stanie pewnie kilka lat. Ta perspektywa była dla mnie przerażająca. Dlatego wmówiłam sobie (jaki ten organizm sprytny jest i podstępny) że  już wiem wszystko że tyle wystarczy i dalej to już jakoś pójdzie z górki. Oczywiście nie poszło. Złe zaczęło wracać i znowu musiałam iść do mojej pani psych.

    Ciekawi mnie, na czym u ciebie polega to słuchanie siebie? Co się dzieje na przykład, kiedy coś ci się nie udaje, czegoś się boisz, wstydzisz albo jest ci potwornie smutno lub samotnie – czy wtedy słuchasz tych emocji (jeśli to możesz opisać)? I co robisz z tymi emocjami?

    Ja cały czas staram się dopiero doszukiwać w sobie emocji bo nadal je blokuję (co to dopiero rok temu zaczęłam „zabawę” a na terapii byłam tylko pół roku). No więc jak już znajdę jakąś emocję i uwolnię ją, to pozwalam jej być. Nie wmawiam nic sobie żeby przestać. Trwam w tym. Chociaż szczerze mówiąc ne bardzo czuję czasem różnicę. Bo ja całe życie byłam smutna i trwałam w smutku cały czas bo nic nie umiałam na to poradzić. To czym się niby to różni od tego trwania teraźniejszego? Albo jak jestem zła, to w sumie nie wiem co mam zrobić, co to znaczy trwać w złości, pozwolić jej wybrzmieć? Ile czasu i co ja mam wtedy robić, myśleć o tym, uspokajać się? No chyba nie uspokajać. W każdym razie ja obecnie jak coś mi się takiego trafi to trwam w tej np. złości – ale w sumie głównie dlatego że nie wiem co na to poradzić. Jedyna różnica z kiedyś jest taka że nie wmawiam sobie że to nic, że nic się nie stało, wcale mnie to nie dotyka. Mówię wtedy sobie że tak , dotyka mnie to i wkurza. I tyle. A jak mi smutno to płaczę. Jak jestem zadowolona to w sumie nic nie robię. Taki mam obecnie arsenał emocji 😀 Aż 3!

    Mi dokładnie to samo pani mówiła psych co Ty, odnośnie tego że nie ma jednej uniwersalnej metody i schematu działania, a ja usilnie i nieświadomie nawet poszukuję takiej, bo mogę tego ogarnąć rozumowo że można w różnych sytuacjach różnie reagować. Jakaś pasowałaby reguła, nawet mała na początek żeby móc ćwiczyć i iść małymi krokami a nie od razu na głęboką wodę.

    I ten wpływ na innych, o jak ja zawsze myślałam że mam wpływ na wszystko że ode mnie zależy wszystko. I ten rozrywający ból kiedy jednak widzisz że nie możesz czegoś zrobić, kogoś nagiąć do swoich planów. Też ciężko mi się oderwać od tego schematu i zaakceptować że nie mam wpływu na wszystko. Nie wiem czy to nie jest najgorsze u mnie.

    truskawektruskawek
    Uczestnik
    Liczba postów: 451

    Mam potrzebę tak bardziej dialogowo popisać:

    Tak, piszesz jasno, rozumiem to i wiem że masz rację bo w teorii to już znam ale w praktyce jeszcze pewnie z milion razy muszę to usłyszeć żeby zaskoczyło coś we mnie.

    Jeśli tego akurat potrzebujesz, to słuchaj na zdrowie. Możesz mówić to sobie sama, możesz słuchać innych albo kogoś poprosić, żeby ci to mówił bezpośrednio… To jest punkt zaczepienia. W gruncie rzeczy na tym polega nauka w praktyce, że się coś powtarza i sprawdza skutki.

    Te wszystkie dysfunkcje to też nic innego jak miliard razy powtórzone w domu sytuacje, w których tak się wprawiliśmy, że robimy to automatycznie, nie wiedząc już nawet jak. Tak jak chodzimy albo mówimy (tego też w domu się nauczyliśmy, a propos) – możemy to robić świadomie, ale przez większość czasu nie ma takiej potrzeby, więc działa automat.

    Trudne jest to wszystko. Dużo tego. W głowie mi się miesza od tej ilości informacji. Próbuję to przetrawić ale nie da się na już. Jak piszesz trzeba czasu.

    Nie wydaje mi się, żeby to ilość informacji tak sama z siebie działała, słyszę za to silne emocje, jakie one w tobie wywołują.

    Wreszcie więc znalazłam kogoś kto mnie rozumie i ja czytając innych mogę bardziej siebie zrozumieć bo czasem ja czegoś nazwać nie potrafię do końca u siebie, a wtedy napisze o tym ktoś inny i myślę sobie, aha, no tak…

    No, to jest siła kontaktu z ludźmi. Mnie też się otwierają różne rzeczy jak słyszę różne rzeczy od innych albo jak sam się chcę czymś podzielić. To wyjście z izolacji na swoich warunkach. Schodzi od tego wstyd, że jest się innym, gorszym. I ktoś to akceptuje, że jestem taki, jak widać na załączonym obrazku. Samo to, że mogę sobie z tobą pogadać, jest dla mnie wzmacniające.

    Ja ostatnio widzę w tym także przeciwstawienie się strategii rodziców, którzy izolowali, zawstydzali, żeby im się to dziecko nie wyrwało i nie usamodzielniło. Najłatwiej się przecież kontroluje kogoś, kto jest osamotniony, nie ufa sobie i nie ma nadziei… Przypadek, że tak się właśnie czuliśmy? Nie sądzę…

    Ale wiem że muszę przez to przejść i znowu się pozanurzać w tym bagnie. Trudność polega na tym że kiedyś umniejszyłabym problem, stwierdziłabym, że to pryszcz, dam radę, przejadę po tym jak walec i załatwię raz dwa. A tu kicha. Tu właśnie nie mogę tak myśleć.

    Nie musisz przejść, choć oczywiście możesz tak wybrać, i najwyraźniej możesz tak myśleć, skoro tak właśnie myślisz… To może brzmi jak zabawa w słówka, ale mnie to się bardzo przydaje – słucham najprostszych komunikatów i zwracam uwagę na słowa klucze typu „trzeba” albo oceny (zwykle przymiotniki „głupi”, „nienormalny”, ale czasem też rzeczowniki typu „wina”). Bardzo skutecznie to u mnie działa, staram się wtedy nad tym zatrzymać i nie łyknąć, bo to komunikaty, które znam z domu i one mi włączają różne automatyczne zachowania. A tak tylko włącza mi się nieufność i idę za nią.

    Cieszę się, że widzisz problem i go nie umniejszasz. Dla mnie to ważna zmiana, bo też na początku podchodziliśmy do terapii zadaniowo, a tu kicha… To jest fajne, że proces pokazuje nam coś, czego się nie spodziewaliśmy, bo to znaczy, że coś sobie urealniasz, zamiast jechać automatycznymi przekonaniami.

    Muszę się rozkleić i w tym trwać i na tym rozklejeniu przejechać terapie do końca, trwać w tym stanie pewnie kilka lat. Ta perspektywa była dla mnie przerażająca. Dlatego wmówiłam sobie (jaki ten organizm sprytny jest i podstępny) że już wiem wszystko że tyle wystarczy i dalej to już jakoś pójdzie z górki. Oczywiście nie poszło. Złe zaczęło wracać i znowu musiałam iść do mojej pani psych.

    Rozumiem. Moje doświadczenie jest takie, że wprawdzie było mi niedobrze, czułem fizyczny wstręt, ale był już tak mocno oswojony pod koniec terapii, że się go nie bałem, tylko mnie męczył jak upierdliwa brzęcząca mucha. A po zakończeniu się natychmiast otrząsnąłem i zacząłem robić różne fajne rzeczy, nie rozklejałem się. Zresztą nie mam poczucia, żebym kiedyś do końca się rozkleił i zazdrościłem tym, którym to wychodziło… Ale zauważyłem, że po wielu miesiącach wracania w kółko do tych samych rzeczy, już nie muszę się wcale specjalnie rozklejać, żeby mieć bieżący kontakt ze swoimi emocjami, bo jestem jakby na nowo wyszkolony i to działa czasem równie skutecznie jak te odruchy z domu. W czasie terapii nie widziałem tego, siedziałem i czekałem na coś spektakularnego, co nie nadchodziło, albo w bardzo małych porcjach. Ale po efektach zobaczyłem dopiero ile potrafię.

    …a co do wyłapywania prostych do bólu komunikatów: moją nieufność w tym kawałku wzbudziło „podstępny organizm”, „musiałam iść”, „złe”, „wmówiłam”, „muszę się rozkleić”, „oczywiście nie poszło”… Za to jak wspomniałaś o przerażeniu, to budzi moje zaufanie, jest mi to bliskie, mam wrażenie, że się otworzyłaś i podzieliłaś ze mną czymś autentycznym – swoimi uczuciami. Tamte sformułowania natomiast kojarzą mi się z dowalaniem sobie, traktowaniem siebie samej jako wroga, którego trzeba przechytrzyć albo pokonać, zmusić, bo w domyśle przecież („oczywiście”!) jest się głupim, słabym i naiwnym… Ale to tylko wyuczone komunikaty, jak się im przyjrzeć, to stają się mniej groźne, a czasem nawet absurdalne. Więc ja się im przyglądam i po kolei, tysiące razy rozbrajam, rozbrajam, rozbrajam…

    Taki mam obecnie arsenał emocji 😀 Aż 3!

    Ja też stawiam na jakość, nie na ilość. 😀 Jak nie wiem co, to upraszczam, żeby jak najmniej przepuszczać przez głowę. Z czasem mój arsenał rośnie, ale się nie spieszę, poniżej efekt kilku lat codziennego sprawdzania po kilka razy:

    Niektóre emocje bardzo rzadko rozpoznaję, na przykład nienawiść, ale też je mam. Niektóre są niemal codziennie do znudzenia – boję się, cieszę, czuję ulgę, ciekawię się, jestem zadowolony, mam poczucie bezpieczeństwa… Niektóre dość często, ale rzadziej – smutek, żal, złość, czułość, nadzieja. Dość rzadko bywa ostatnio samotność, tęsknota, wstyd, duma, nieufność, wdzięczność, wstręt, rozbawienie. Ostatnio było trochę przygnębienia, ekscytacja, pożądanie, błogość, bezradność i niepewność. A najbardziej mnie zaskoczyło w ostatnich dniach, że w tym wszystkim nie znalazłem miłości i to moje otwarte pytanie do siebie samego – gdzie się podziewa, z czym mi się wiąże? Ot, zagadka…

    Chociaż szczerze mówiąc ne bardzo czuję czasem różnicę. Bo ja całe życie byłam smutna i trwałam w smutku cały czas bo nic nie umiałam na to poradzić. To czym się niby to różni od tego trwania teraźniejszego? Albo jak jestem zła, to w sumie nie wiem co mam zrobić, co to znaczy trwać w złości, pozwolić jej wybrzmieć? Ile czasu i co ja mam wtedy robić, myśleć o tym, uspokajać się?

    Cały ten opis budzi we mnie zaufanie i jest mi bliskie to, że próbujesz zostać z czymś, bo nie wiesz co zrobić. Tak właśnie się czułem w czasie terapii najczęściej, a i tak zadziałało, więc ufam, że i u ciebie to działa.

    Ale zostawiłem tylko te pytania, bo samo ich stawianie uczy mnie uważności i bycia przy sobie, czyli coś, czego mi dramatycznie brakowało. Nie wiem na przykład, czy znajdę gdzie mi się podziała miłość, ale jak już poczułem nieufność, że jej nigdzie nie dostrzegam, to się teraz skupiam i szukam po omacku.

    Pamiętam taką scenkę, gdy terapeuta mówił komuś, że może robić co chce, a ta osoba wypaliła natychmiast „…a czego ja chcę?!”. Bawi mnie to wspomnienie, ale pamiętam je głównie dlatego, że w jednym przebłysku pokazało mi coś bardzo ważnego – do jakiego absurdalnego stopnia zostaliśmy pozbawieni najbardziej podstawowego zaufania do siebie…

    Ja na przykład długo nie wiedziałem czy mi zimno czy ciepło, a mama się na mnie złościła, dziwiła albo śmiała, że nie zdejmuję kurtki. Ale to nie przypadek. Sama setki razy zajmowała się tym, jak mam być ubrany, co mam myśleć itp., niezależnie jak ja czułem i myślałem, więc przyzwyczaiłem się, że to ona mi podyktuje. Skąd miałem mieć zaufanie do siebie, gdy od kogoś dorosłego, komu ufałem, bo moje życie od tego zależało, odbierałem emocjami, a czasem nawet wprost słyszałem, że „ty źle czujesz”?…

    Dlatego zostawiam cię z tymi pytaniami, zupełnie świadomie, ale nie dlatego, że są nieważne. Moja odpowiedź jest tylko dla mnie, dla ciebie najważniejsza jest twoja, jaka by nie była. Ważne, że będzie twoja. Ufam ci w tym. No i te odpowiedzi są ważne na bieżąco, przy innej okazji na to samo pytanie mogą paść inne odpowiedzi.

    Jakaś pasowałaby reguła, nawet mała na początek żeby móc ćwiczyć i iść małymi krokami a nie od razu na głęboką wodę.

    A jaką regułę wolisz na przystawkę? Żeby się przyglądać sobie? Żeby upraszczać? Żeby pozwalać swoim emocjom po prostu być? Żeby nie dowalać sobie za to, że czujesz bezradność? Żeby szukać kontaktu z ludźmi, którym ufasz, a odsuwać się od tych, którym nie ufasz? Żeby dać sobie czas? Żeby ryzykować, ale tylko w granicach (własnego) rozsądku? Żeby nie przykrywać emocji żartami? Żeby słuchać raczej co ja czuję, a nie jaki ktoś jest?

    Mogę napisać setkę takich regułek. Wszystkie są jakoś dla mnie ważne, ale tylko dlatego, że przerobiłem je sam, i dzięki temu teraz są mi bliskie. Nieraz pamiętam nawet dokładnie kiedy, przy kim i w jakich okolicznościach się ich nauczyłem – mają taki mój osobisty certyfikat autentyczności. Bez tego to są pewnie ogólniki i komunały – no chyba, że ktoś przeżył coś podobnego, ale wtedy ma własny certyfikat…

    I ten wpływ na innych, o jak ja zawsze myślałam że mam wpływ na wszystko że ode mnie zależy wszystko. I ten rozrywający ból kiedy jednak widzisz że nie możesz czegoś zrobić, kogoś nagiąć do swoich planów. Też ciężko mi się oderwać od tego schematu i zaakceptować że nie mam wpływu na wszystko. Nie wiem czy to nie jest najgorsze u mnie.

    A czy coś musi być najgorsze? Jeśli tak, to dla mnie najgorsze jest cierpienie przez lata, brak nadziei i nieznajomość funkcjonalnych schematów. Cała reszta, włącznie z tym, że trudno mi puścić domowe automatyzmy, to tylko objaw tego lęku. Bo słyszę w tym nie jakąś abstrakcyjną nieumiejętność, tylko ogromny lęk „co będzie, jeśli tak zrobię, skoro w domu to zawsze źle się kończyło, jak robiłam inaczej?”. W tym sensie jest on bardzo mocno uzasadniony.

    Najprościej to widzę na przykładzie mówienia „nie”. Każdy zna to słowo i umie je wypowiedzieć, więc to nie o słowo chodzi i nie o brak umiejętności mowy, tylko o lęk jakie będą konsekwencje skorzystania z tej umiejętności.

    A co do bólu – w domu nauczyłem się, że jesteśmy wszyscy jednym organizmem i jak zajmę się sobą, to pachnie zdradą, odrzuceniem i gniewem. No ale mam jakieś potrzeby i tak. Więc nauczyłem się czekać, aż ktoś mi je zaspokoi, zamiast zrobić to sam, bo tak dokoła to już było dla rodziców bardziej OK. Ale nie mogłem tak wprost poprosić, ktoś musiał się domyślić albo przypadkiem się coś trafiło, albo coś w zamian znalazłem… I jak na terapii zobaczyłem, że nie jestem związany z innymi ludźmi w taki ciasny sposób, to też zobaczyłem, że mogę sam sobie wziąć czego chcę nie czekając na rytualne (!) dostawanie od kogoś, albo powiedzieć wprost, jeśli to od kogoś rzeczywiście chcę. Pół bólu odpada, następne ćwierć się zmniejsza, a zostaje tylko to, co boli pewnie każdego człowieka, ale już bez sztucznego rozdymania tego.

Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 140)
  • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.