Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Knockin' On Heaven's Door…

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 646)
  • Autor
    Wpisy
  • Jakubek
    Uczestnik
    Liczba postów: 840

    Odkąd sięgam pamięcią moje życie upływa między prętami ciasnej, acz niewidzialnej, klatki. Napierają na mnie ze wszystkich stron, ograniczają w sferze fizycznej, seksualnej, intelektualnej, emocjonalnej i we wszystkich pozostałych sferach, które dla normalnego, zdrowego człowieka są źródłem radosnej aktywności i drogą do samorealizacji. Dla mnie są one niestety źródłem permanentnego cierpienia i wewnętrznego rozdarcia.

    A propo?s wartości życia próbowałem sobie wytłumaczyć, że jest ono wartością samo w sobie choćby ze względu na te wszystkie cierpienia i katusze, których nie byłoby, gdyby nie było również mnie… że w tym cierpieniu tkwi piękno ludzkiego żywota, a nawet (choć nie dostrzegam u siebie wielkich zdolności twórczych), że to właśnie cierpienie jest swoistą formą twórczości wartą kontynuowania. Ale teraz dochodzę do wniosku, że nawet jeśli to wszystko jest prawdą, to mnie już nie stać na uprawianie tak wyczerpującej działalności. Jestem już zmęczony, bardzo zmęczony i chciałbym odpocząć, a nie mam pojęcia jak to zrobić..

    Dawno temu tak pisałem do kogoś.

    Jakubek
    Uczestnik
    Liczba postów: 840

    …mam jeszcze inną koncepcję tłumaczącą dlaczego jest ze mną tak a nie inaczej. Mianowicie w niektórych wschodnich nurtach religijnych i filozoficznych istnieje przekonania, że to nienarodzony jeszcze człowiek wybiera sobie przyszłych rodziców. Jeżeli więc moi rodzice rzeczywiście byliby rezultatem mojej autonomicznej przedprenatalnej decyzji, to może to wszystko przez co przechodzę jest podporządkowane jakiemuś wyższemu celowi, który sam sobie wyznaczyłem. Może w rzeczywistości dojmujące poczucie podłości istnienia, towarzyszące mi przez całe życie przygotowuje mnie do wielkiej metamorfozy, do przeobrażenia w pięknego wolnego motyla, wzbogaconego w całej swej doskonałości o doświadczenia i wspomnienia nędznej poczwarki uwięzionej w dusznym i stęchłym kokonie. Ta myśl mogłaby być dla mnie kołem ratunkowym w bezmiarze oceanu. Dzięki niej mógłbym dopłynąć do zbawczej wyspy…

    Jakubek
    Uczestnik
    Liczba postów: 840

    Szukając odpowiedzi na pytanie „Co mi jest?”, pomijałem rolę, jaką alkohol odgrywał w domu. Raczej analizowałem samych ludzi, ich charaktery, nawyki, ułomności psychiczne. W nich szukałem przyczyn dysfunkcji. Nadal myślę, że to ważne czynniki. I nadal wzdrgam się przed stwierdzeniem (przyznaniem?), że alkohol był odrębnym graczem w tym rodzinnym spektaklu. Jak to, zwykła flaszka? I to pojawiająca się tylko okazjonalnie, jak aktor grający kamerdynera, który co jakiś czas wbiega na sceną, rozstawia kieliszki przed aktorami grającymi główne role i znika za kurtyną. Taki epizodyczny ktoś/coś, miałby mieć decydujący wpływ na losy rodziny?

    Czy DDA powinien personifikować flaszkę? Widzieć w niej jakąś potężną, złą istotę, która swą magiczną i trującą mocą zrujnowała mu dzieciństwo? Saurona zamkniętego w butelce?

    Nie wiem jak się do tego podchodzi w terapii. Przecież to zawsze człowiek wyciąga korek i wypuszcza dżina.

    Na mojej terapii w ogóle nie był poruszany problem alkoholu w domu rodzinnym. Mimo, że delikatnie o nim wspominałem. Ach to pasywne podejście terapeuty, „Co tam u ciebie?”, „Co się ostatnio wydarzyło?”, „O czym chcesz dziś porozmawiać?”, … Ale ceniłem sobie te spotkania, bo były moją pierwszą samodzielną próbą zrozumienia o co w tym wszystkim chodzi. Nie dowiedziałem się, ale kilka rzeczy w życiu zmieniłem na lepsze.

    Czy to jest problem alkoholu w domu?
    – nerwowe oczekiwanie nocą w łóżku na powrót rodziców z rautu i nasłuchiwanie czy ojciec jest zalany czy nie, i czy będą się kłócić,
    – unikanie spojrzeń sąsiadów, po tym jak pijany ojciec zasypiał w łazience nie zakręcając kurka nad wanną i woda zalewała mieszkanie na niższym piętrze,
    – wstyd przed sąsiadami, kiedy ojciec nie mogąc trafić do własnego mieszkania błąkał się po różnych piętrach, dzwoniąc do obcych drzwi,
    – paraliżujący lęk na każdej rodzinnej imprezie, o to jak ojciec będzie się zachowywał, kiedy wypije i czy w końcu porzyga się publicznie czy też zdąży ukryć się w łazience,
    – i o to, czy będzie mnie publicznie upokarzał, nazywał idiotą, głupkiem, nieudacznikiem, nieukiem,
    – i czy będzie mnie uderzał dłonią albo zwiniętym zeszytem w czoło, jak to często robił w domu, chcąc np. zmobilizować do nauki,
    – i czy będzie mi gniótł i darł zeszyty, podkreślał w nich błędy zamaszystymi czerwonymi krechami, które potem wstyd było pokazać nauczycielce,
    – i czy będzie mnie wyganiał z domu, wypychał za drzwi, abym poszedł do moich „mądrzejszych kolegów, którzy dobrze się uczą i nie są tak głupi jak ty” i żeby oni mi powiedzieli jak bezbłędnie pisze się jakiś wyraz albo oblicza zadanie,

    W tych ostatnich sytuacjach najczęściej był trzeźwy.

    Jakubek
    Uczestnik
    Liczba postów: 840

    Strasznie uciążliwe są zakodowane reakcje, odciski na umyśle. Mimo upływu lat, wciąż czuję ścisk w dołku na dźwięk jego głosu. Obrzydzenie. Nienawiść. Złość za zmarnowane lata. Poczucie winy, bo tak nie powinno się myśleć. Równocześnie strach, że trzeba szybko coś naprawiać, wyjaśniać, bo umrze, a ja zostanę z całym bałaganem w głowie.

    Ważne jest odseparowanie się fizyczne. Odległość. Czasami to takie proste. Z każdym umykającym kilometrem myśli stają się czystsze. Wyobrażałem sobie, że moje myśli, to długa, bardzo rozciągliwa guma, która wiąże mnie z domem. W miarę oddalania się, napinała się coraz bardziej, stawała coraz cieńsza, a w końcu pozwalałem jej pęknąć z cichym „brzdęk”. Taka wizualizacja mi pomagała. Podczas zagranicznych wyjazdów odzyskiwałem siły. Nie tęskniłem. Z poczucia obowiązku dawałem sygnały życia. Problemy nadal były przy mnie, ale stawiałem im czoła w nowych warunkach, samodzielnie. Dom był odległy, jak wspomnienie. Nie czaił się za plecami.

    Po każdym powrocie dość szybko od nowa zamykał mnie w ponurym uścisku. Wysysał przywiezioną energię.

    Z innej beczki, czy DDA mają wielką skłonność do konfabulacji, kłamstwa, zmyślania? Ze strachu przed tym, jak zostaną odebrani przez otoczenie? Czy z obawy przed odrzuceniem wymyślają lepszych siebie na użytek obcych, a nawet bliskich osób? Zdarza mi się kłamać zupełnie bez potrzeby, jakby automatycznie, w prozaicznych sytuacjach, bo czuję potrzebę lekkiego „podkolorowania” mojej rzeczywistości.

    Jakubek
    Uczestnik
    Liczba postów: 840

    Jak pogodzić pełnienie dorosłych ról społecznych z obezwładniającym poczuciem własnej niedojrzałości, dziecięctwa, infantylności. Poczuciem bycia dzieckiem błądzącym we mgle. Chciałbym wreszcie uciszyć to dziecko, uspokoić i pożegnać, niech sobie idzie ode mnie i nie wraca, hasta la vista, baby, tratatatataaaa… & RIP. Momentami mam wrażenie – nie umniejszając wagi życia emocjonalnego nastolatków -, że mój rozwój emocjonalny zatrzymał się na poziomie nastolatka właśnie. A przynajmniej jest we mnie dość aktywny taki rozemocjonowany, zakompleksiony, czuły na opinie i akceptację, nastolatek. Który drętwieje ze strachu, gdy go wywołują do tablicy i chciałby uciec na koniec świata, gdy spotka się z krytyką. Tłumię go oczywiście, bo już od bardzo dawna nie jestem nastolatkiem.

    Niektóre kobiety łapią się na ten dziecięcy rys u faceta. Może biorą go za delikatność? Może chcą się kimś zaopiekować? A może sądzą, że to tylko poza, kokieteria albo nawet urokliwy kamuflaż, skrywający prawdziwą męskość? I dopiero upływ dni, miesięcy, lat otwiera im oczy. Dociera do nich, że to nie żaden kamuflaż, a sama istota tego faceta. A cała jego męskość to właśnie kamuflaż dla tej niedojrzałości.

    Co zrobić z tym wewnętrznym, nieutulonym dzieckiem? Jak oprzeć się pokusie zamaskowania go różnymi sposobami? Wyrzeźbionym na siłowni ciałem. Zasobnym portfelem. Stanowiskiem. Pozycją społeczną. Butą i arogancją.

    W jakimś poście przeczytałem, że na weselach sadzają dorosłą dziewczynę przy dziecięcym stole. Czasem mam wrażenie, że przy takim stole czułbym się najbezpieczniej. Zresztą nie lubię wesel.

    Jakubek
    Uczestnik
    Liczba postów: 840

    Sukces. Czy DDA może coś takiego osiągnąć? Ostatnio przeczytałem, że piłkarz Ronaldo miał ojca alkoholika. Mimo to facet osiągnął chyba wszystko, co było możliwe w swym zawodzie. Jest najlepszym i najlepiej zarabiającym piłkarzem na świecie. Jak mu się to udało? I czy udało mu się pokonać swoją smutną przeszłość? Oczywiście nad jego psychiką pracuje cały sztab techników-specjalistów.

    Prowadzę mój mały biznes bez zapału i nie wysilając się zbytnio. Powinienem myśleć o pokonaniu konkurencji, szukać nowych klientów, pieniędzy na inwestycje, tworzyć strategie. Nie mam jednak sił. Brak mi motywacji. Odpuszczam. Poprzestaję tylko na tym, by utrzymać się na powierzchni. Przetrwać. Przeżyć. Pieniądze same w sobie nie są wystarczającym celem (wabikiem). Najboleśniejsze jest to, że nie mam z kim dzielić moich małych sukcesów i porażek. Otworzyłem biznes po rozstaniu z K. Myślałem, że to będzie nowy początek, że ta aktywność mnie wciągnie, że szybko pojawi się obok mnie ktoś inny. Tymczasem nikt się pojawił. Zresztą nawet nie wiem skąd miałby przyjść, bo od kilku lat moimi rozmówcami są wyłącznie osoby, które mają do załatwienia interes. Niektóre klientki są nawet niczego sobie. Czasami zastanawiam się, czy widzą na mojej twarzy tę niewypowiedzianą tęsknotę za bliskością.

    Tymczasem K. założyła nową rodzinę. Mają dziecko, którego zawsze pragnęła. Dochodzą mnie słuchy, że to raczej burzliwy związek i martwi mnie to. Nasz też był burzliwy i dlatego nie chciałem w nim dzieci. Nie chciałem fundować im tego, przez co przechodziłem w moim domu. Próbowałem najpierw poukładać sprawy między nami, dorosłymi – ale nie udało się. Nie tęsknię do niej. Nie za często.

    Ciekawe, czy gdyby Ronaldo pożyczył mi swoją armię psychotechników, to ruszyłbym z biznesem do przodu? A może wystarczyłaby jedna osoba, dla której zechciałbym to zrobić? Tylko czy ona powinna przyjść do mnie z zewnątrz? Czy też może powinna wyjść ze mnie?

    Just a girl
    Uczestnik
    Liczba postów: 78

    Pięknie piszesz… Niestety rozumiem to wszystko aż za dobrze. Gdybym miała wybór, wybrałbym żeby nie rozumieć.
    Prawda jest taka, że zmienić możemy się tylko sami. Miesiące terapii, a ja wciąż czuję się zagubiona, nie wiem czego chcę a tym bardziej nie wiem jak to osiągnąć. Trudno walczyć z myślami o byciu „nie dość dobrą”, „niewystarczającą”. Trudno pozbyć się pragnienia, żeby ktoś mnie uratował… Zapędzenie w kozi róg własnych przekonań – wszystko zależy ode mnie, trzeba działać itd. – robi chyba w tej chwili więcej szkody niż pożytku. Ciężko myśleć pozytywnie i wierzyć w to, że coś się zmieni. Choć zmiany już są, tylko jak zawsze, chciałoby się więcej, bo zawsze znajdzie się jakieś ale…
    Czasem sama świadomość, że ktoś nas rozumie, też może wnieść jakiś promyk światła. Pozdrawiam 🙂

    Jakubek
    Uczestnik
    Liczba postów: 840

    Dziękuję za pozdrowienia i też pozdrawiam. Chyba właśnie tego szukam – potwierdzenia, że nierozumienie siebie, da się jednak zrozumieć. To naprawdę promyk światła i wielkie odkrycie, że prawdopodobnie mijamy się każdego dnia, obrzucając się przerażonym spojrzeniem, nie wiedząc o podobieństwie naszych przeżyć i uczuć.

    Jakubek
    Uczestnik
    Liczba postów: 840

    Mam dużo obaw przed przystąpieniem do grupy terapeutycznej. To niemalże jak wchodzenie w związek. Te same pytania. Czy się dopasujemy? Czy mnie przyjmą? Czy odrzucą? Czy będą lojalni? Czy zdradzą? Na dodatek to związek poligamiczny. Z grupą. A więc każde z pytań trzeba pomnożyć przez liczbę osób. Wchodzi się do środka, do takiej grupy, żeby naprawić/poprawić swoje życie. Czy wszyscy będą potrafili to uszanować? Jak uniknąć fałszywych motywów, np. nadziei, że tam znajdę miłość na całe życie albo oddanych przyjaciół. Chciałbym potraktować to bardzo „roboczo” i chłodno, jak wizytę w warsztacie samochodowym. Ale tam pewnie będzie uwalnianie emocji, płacze, zwierzenia… A jeśli tam przychodzą jacyś ciekawscy, którzy wyniosą informacje na zewnątrz?

    Czasem rozmyślam o miejscach, w których gromadzą się ludzie. Na przykład o dużych firmach: piętrach wypełnionych ludźmi, plotkach, intrygach, biurowych flirtach, upierdliwych kierownikach i dyrektorach, stresie, mobbingu, rozmowach o niczym przy porannej kawie. Rozmyślam o wejściu między nich.

    Nie potrafię zmieniać się sam dla siebie. Obecny biznes planowałem jeszcze pod wpływem K. Chciałem zasłużyć na jej uwagę, bliskość, miłość(?), sprawić, by była ze mnie dumna. Teraz stał się pułapką. Płynę z jego leniwym nurtem w całkowitej samotności. Taki mały Aleksander Doba. Mijam jakieś obozowiska na brzegach, słyszę śmiechy, muzykę, widzę bawiących się ludzi. Znikają. Lubię to co robię. Ale raczej nikt mnie tu nie odnajdzie. Może kiedyś znajdą zasuszone ciało w dryfującym czółnie. He, he…

    Zawsze, naprawdę zawsze, kiedy wchodziłem między ludzi następowały zmiany. Sama ich liczna obecność, „ścieranie się” emocjonalne, radość i ból, skłaniały mnie do działania, do wprowadzania zmian/korekt w życie. Tak jakbym musiał najpierw przejrzeć się w ich oczach, by dostrzec siebie. W samotności popadam w jakieś odrealnienie. Fantazje na własny temat, których nic nie weryfikuje. Czy jeśli zapukam do człowieka, a on mi otworzy, to za drzwiami czekać będzie raj czy piekło?

    Dopisek: a innym radziłem ryzykować – ot, hipokryta.

    Just a girl
    Uczestnik
    Liczba postów: 78

    Nie będę niczego Ci radziła, decyzja zawsze powinna należeć wyłącznie do Ciebie. Mogę za to opowiedzieć Ci jakie są moje doświadczenia związane z uczestnictwem w terapii grupowej. Na początku obawiałam się tak jak Ty. Czy zostanę zaakceptowana? Czy będę potrafiła się otworzyć, mówić o trudnych rzeczach? Co, jeżeli wydarzy się coś strasznego, rozpadnę się na kawałki pod wpływem uwolnionych wspomnień lub emocji… I początek był trudny, dużo dystansu, nieufności, oceniania jak inni na mnie patrzą. Wszyscy uczestnicy (dla mnie na szczęście w grupie są same kobiety) mieli podobne obawy, rozmawiałyśmy o tym. Były w czasie całej terapii momenty trudne, uświadomiłam sobie rzeczy, które bolały bardzo przez całe moje życie, a ja dodatkowo nienawidziłam siebie za to, że z tych powodów cierpię. Znasz to na pewno z autopsji. Po niektórych spotkaniach wracałam wykończona, z bolącą głową, po innych płakałam w poduszkę, po jeszcze innych dwa dni nie mogłam dojść do siebie. Zdarzyło się, że słyszałam na swój temat rzeczy, które tak bardzo mi się nie podobały, że rodził się we mnie bunt. Wszystko było prawdą i zaakceptowanie tego przyniosło ulgę.
    Grupa jest bezpieczna. Obserwowanie tego jak wiele mamy wspólnego, jak bardzo, często na pierwszy rzut oka różne osoby okazują się być podobne w środku, otwiera oczy. Więź tworzy się sama, nie wiesz nawet kiedy, o ile tylko tego chcesz i otworzysz się na innych. Oczywiście na wszystko potrzeba czasu. Mogę powiedzieć Ci tyle, że patrząc na to jaka byłam zaczynając, a na siebie teraz, na końcu tego odcinka drogi, zmiana jest bardzo duża. Nie chcę wrócić na ten początek nigdy. Nasza praca nad sobą nie skończy się nigdy, ale terapia daje narzędzia do tego, by wiedzieć w jakim kierunku iść dalej. Daje też moc, siłę żeby zmierzyć się ze wszystkim co niesie życie, umiejętność bycia dobrym dla siebie. Być może każdemu da coś innego, mi dała to i wiele więcej.
    Jedno jest pewne, tylko kiedy próbujemy, możemy coś zyskać 🙂

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 646)
  • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.