Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD MOJA HISTORIA I SYTUACJA

Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 51)
  • Autor
    Wpisy
  • abcd
    Uczestnik
      Liczba postów: 233

      abcd, Tak, ogólnie zgadzam się z tym. Nie uważam wcale, by znalezienie kogoś oznaczało, że już zawsze będzie szczęśliwie jak w bajce; choćby kompromisy będą potrzebne, umiejętność działania w przypadku różnicy zdań itd.

      Jednak większości ludzi się to przydarza. Że poznają kogoś i problemy mogą nieść wspólnie. Jest to też pewnego rodzaju rola społeczna dająca spełnienie (ogólnie rzecz ujmując, wiadomo że są różne momenty) Dla mnie, mam wrażenie, jest to jak niedostępna, zamknięta księga. W życiu można przeżyć tyle przyjemności, ale przychodzą i trudne momenty. Lubię pobyć sama, jestem introwertyczką raczej – ale jestem też człowiekiem, tylko i aż, czyli istotą stadną. Całe życie, jako jedynaczka od dzieciństwa świadoma byłam i bałam się tego momentu- co to będzie gdy zostanę finalnie sama (po śmierci matki), taka egzystencjalna samotność, nieodwracalność śmierci… Łatwiej mają osoby z rodzeństwem.

      Moja babcia zmarła w tym roku. Gdy mama mnie nad ranem obudziła by o tym powiedzieć, byłam w szoku, ale też jedna pierwszych myśli po wybudzaniu to było „co będzie następnym razem, gdy to na nią przyjdzie czas- jak dobrze byłoby gdybym miała wtedy obok siebie kogoś bliskiego”. z babcią nie byłam aż tak związana
      Wiem, że teoretycznie nie wiadomo co to będzie, równie dobrze ja mogę umrzeć przed mamą itd. Ale boję się tego

      oczywiście staram się nie kierować strachem, paraliżowi się nie dać a wyjść życiu naprzeciw (plany wyjazdowe)

      teraz bardziej niż kiedykolwiek widzę jak to jest gdy nie można liczyć na wsparcie, też dalszej, rodziny ( mam na myśli że życie powiedziało „sprawdzam” ). czuję się ostatnimi miesiącami samotna; staram się iść do przodu mimo wszystko, robić swoje – i jeszcze więcej. Na przekór losowi. Na przekór. Nie chcę jednak by wyglądało to tak całe życie.

      Tylko że są sfery w których kompromisów być nie może, bo spowoduje to rozpad związku ostatecznie i te sfery to podstawa związku. I wydaje mi się, że trudność polega na tym by być zgodnym właśnie w tej podstawie, a w reszcie można się pięknie różnić. No chyba że kompromisy względem kompromisów zawsze i wszędzie? 😉
      Co do tego że łatwiej jest, gdy ma się rodzeństwo to czy ja wiem? Z natury tak, ale obecnie bardzo łatwo o poróżnienia, kłótnie i takie tam, nawet w podstawowych sprawach i wtedy to chyba lepiej, gdy nie ma się rodzeństwa.
      A czy Ty Karolina, nie szukasz bardziej przyjaciela niż małżonka? Wiadomo, małżonek- idealnie by było, gdyby był też przyjacielem. Ale mam wrażenie, że rzadko to idzie w parze, chociaż każdy chce by małżonek był i przyjacielem. Z tego co rozumiem to małżeństwo jest bardziej ze względu na miłość, dobro względem małżanka biorąc pod uwagę też popęd seksualny, czyli małżeństwo uwzględnia płodzenie i rodzenie potomstwa( wraz z odpowiedzialnością wynikającą z tego). A przyjaźń tego nie uwzględnia. Prawdziwy przyjaciel również jest w stanie obdarowywać uczuciem, wsparciem emocjonalnym, wypełnić pustkę samotności, nawet oddać nerkę i życie, ale seks jest poza granicą przyjaźni. (Wiadomo, niektórzy próbują używać seksu do wzmocnienia przyjaźni, ale to jest błędne).

      Karolina92
      Uczestnik
        Liczba postów: 30

        Witajcie, dziękuję za wasze odpowiedzi. Jestem teraz na wyjeździe. Tuż przed nim właśnie, jako że sytuacja była podobna jak do tamtej nocy gdy zmarła babcia, niewyspana musiałam wstać by jechać na lotnisko- naszły mnie podobne lęki przed przyszłością,  zniechęcenie. Obiecałam sobie wtedy że o ile to nie minie, po powrocie ruszam na rozmowy z psychologiem. Myślę że jest to błędne koło – dlatego boję się straty mamy że mój krąg towarzyski kuleje. Co do tego co napisal(a) 2 kroki… Na pewno wpływ na moje życie uczuciowe, społeczne ma relacja z mamą. Mam już swoje lata, a dopiero niedawno dostrzegłam że zostałam nie wychowana a wyhodowana. Nie chcę żeby zabrzmiało to obwiniająco rodziców, wielu z nas się z tym zmaga,  po prostu mówię co widzę po sobie. Miałam co jeść i gdzie mieszkać, jedyne co wiedziałam to że mam się uczyć( a jak zaczęło w domu naprawdę źle się dziać to już nic nie wiedziałam ) Dopiero jako dorosła osoba zaczęłam uczyć się gotować itd, pewne rzeczy nie zostały mi przekazane w domu. Nie zostałam wychowana na kogoś kto ma założyć rodzinę. Niedawno dostrzegłam że umiem żyć albo w pojedynkę albo z mamą. (Bo nie mam problemów finansowych, z zarobieniem pieniędzy, sprawami codziennymi /). Lepiej się czuję sama oczywiście . Nie tylko ja w otoczeniu mieszkam z mamą, mam też sąsiadów DDA którzy zostali w domu rodzinnym i zrezygnowali na amen z założenia własnej rodziny, terapii, usamodzielniania, ale to ich decyzja a tu mowa o moim życiu. Ja chcę ŻYĆ. 50 proc życia o jakim marzę jest w trakcie ogarniania (podróże, załatwianie wyjazdu na dłużej ) a drugie 50 proc które warto mieć  (czyli własne stado) ani widu ani słuchu. Zauważyłam jednak ostatnio za granicą , że gdy nie widzę się dłużej z mamą to czuję się lepiej. W sensie znikają lęki co to będzie kiedyś. Aż tak nie myślę o niej o domu na co dzień , myślę raczej nad sobą- ale nie katastroficznie a  konstruktywnie. Poza tym zagranica to to co zawsze mnie pociągało – czuję że się realizuję zawsze gdy jestem daleko

        Karolina92
        Uczestnik
          Liczba postów: 30

          Obraz mężczyzny tyrana jaki wyniosłam z domu na pewno nie pomaga. To że zrobiłam się Zosia samosia to wynik tego że widziałam jak żyła osoba która uzależniła się finansowo od faceta- moja matka. Pamiętam że jak byłam mała to na spacerze zawsze mój ojciec odtrącał moją rękę jak próbowałam go złapać – nigdy nie moglam  z nim mieć naturalnego kontaktu, widocznie jako dzieciak odruchowo próbowałam, a potem czułam się bardzo niekomfortowo z nim, bałam… Dorastając nie miałam za bardzo pozytywnych przykładów mężczyzn wokół (brata np). Babiniec trochę. Małżeństwo odrzucało mnie raczej przez złe skojarzenia. Moja matka uchodzi za osobę zaniedbaną, niesympatyczna, mało kobiecą a  w domu dużo śpi, jest bardzo bierna, wydaje się być w depresji ale to już trwa od lat a na siłę jej nie wyciągnę nigdzie. TV,spanie, repeat. Stąd w wolnym  czasie od obowiązków zawodowych wybywalam czy na spacer czy na dłużej.  Dopiero teraz ( wiem, rychło w czas)  myślę nad przyszłością  i widzę pewne zależności. Zastanawiam się czy nie jest po prostu za późno w wieku 30 lat by to naprostować, zacząć żyć po swojemu tak, by mieć swoją rodzinę. Tego rodzice mi nie przekazali, to widzę teraz jako jedyna singielka z klasy z liceum – że studia, samodzielność finansowa to nie wszystko w życiu.

          dda93
          Uczestnik
            Liczba postów: 641

            Z Twojego opisu wynika, że zarówno Twój tata, jak i Twoja mama byli osobami, z którymi w relacji ktokolwiek „normalny” nie byłby w stanie wytrzymać.

            W domu miałaś skrajność, we własnym życiu zareagowałaś drugą skrajnością. To pułapka, w którą wiele osób z DDA wpada. Przejście w skrajność od tego, co robili nasi rodzice, nie jest tak naprawdę wolnością – przymus robienia na przekór jest niewolą. Prawdziwa wolność polega na możliwości dokonywania wyborów – czego ja chcę, czego potrzebuję i jaki skutek to wywrze na osoby dla mnie ważne. Przez konieczność negacji zdania rodziców sam popełniłem jeden czy dwa życiowe błędy.

            Ty zdaje się jednak jesteś już od tego wolna. Dostrzegasz problem jakby z zewnątrz. I to jest fajne 🙂

            Masz 30 i pytasz, czy nie za późno coś zmieniać? To co ja mam powiedzieć, będąc 20 lat później 😁

            Jakubek
            Uczestnik
              Liczba postów: 932

              Wydaje mi się, że w takiej sytuacji, jak opisywana trzeba zacząć od zerwania dotychczasowej więzi z mamą. To nie oznacza całkowitego porzucenia jej, ale jednak porzucenia dotychczasowych oczekiwań i pragnień z nią wiązanych. Warto zastanawić się, kto komu tutaj (w obecnym układzie) jest naprawdę potrzebny. Czy mama jest potrzebna córce? Czy to córka jest potrzebna matce? Kto tutaj odnosi większe korzyści? Jakiego rodzaju są to korzyści?

              Mogą w ten sposob wyjść na jaw ukryte motywacje, które spajają ten „symbiotyczny” związek matki z córką. Może się okazać, że tak życiowo wcale się nie potrzebujecie nawzajem. A trzymają Was razem tylko skrywane lęki.

              Z własnego doświadczenia wiem, że nie ma szans na stworzenie udanej relacji w dorosłym życiu, dopóki nie zostanie ZERWANA DZIECIĘCA WIĘŹ z rodzicem. Po prostu w inne relacje będziemy wchodzić z nadal rozbudzonymi dziecięcymi oczekiwaniami. Partner czy partnerka, w jakimś stopniu, będzie miał nam zastąpić tego rodzica. Będziemy ich dobierać wg tego klucza. Lęk przed śmiercią rodzica będzie lękiem przed tym, że już nigdy nie znajdziemy rodzica „zastępczego”.

              Prawdopodobnie w ten sam sposób będziemy organizować sobie otoczenie towarzyskie, dobierając kolegów, pracodawców, znajomych wg nieuświadomionego skryptu „dziecko vs rodzic”.

              W rodzinach DDA ta dziecięca więź, która wymaga zmiany, dotyczy obojga rodziców. Z każdym z nich należy tę więź zerwać! To bardziej proces psychiczny, emocjonalny niż faktyczny (typu zerwanie kontaktów, fizyczne oddalenie, wyjazd, itp.).Te ruchy w realu są ważne, ale mają wspomagać, to co dzieje się w naszej głowie. A w tej głowie żegnamy rodzica. Przestajemy być dzieckiem. Nawiązujemy z rodzicem inną relację, opartą na naszej dorosłości. Współpraca rodzica nie jest tu rzeczą najistotniejszą. Myślę nawet, że czasem ten proces uwalniania się dziecka z toksycznej więzi może odbywać się już po śmierci rodzica. Po co jednak czekać do tej chwili, odbierając sobie szansę na wystąpienie w relacji z rodzicem, jako dorosły (dojrzały wewnętrznie) człowiek?

              Takie przemyślenia nasuwa mi moja własna historia.

               

              abcd
              Uczestnik
                Liczba postów: 233

                Witajcie, dziękuję za wasze odpowiedzi. Jestem teraz na wyjeździe. Tuż przed nim właśnie, jako że sytuacja była podobna jak do tamtej nocy gdy zmarła babcia, niewyspana musiałam wstać by jechać na lotnisko- naszły mnie podobne lęki przed przyszłością, zniechęcenie. Obiecałam sobie wtedy że o ile to nie minie, po powrocie ruszam na rozmowy z psychologiem. Myślę że jest to błędne koło – dlatego boję się straty mamy że mój krąg towarzyski kuleje. Co do tego co napisal(a) 2 kroki… Na pewno wpływ na moje życie uczuciowe, społeczne ma relacja z mamą. Mam już swoje lata, a dopiero niedawno dostrzegłam że zostałam nie wychowana a wyhodowana. Nie chcę żeby zabrzmiało to obwiniająco rodziców, wielu z nas się z tym zmaga, po prostu mówię co widzę po sobie. Miałam co jeść i gdzie mieszkać, jedyne co wiedziałam to że mam się uczyć( a jak zaczęło w domu naprawdę źle się dziać to już nic nie wiedziałam ) Dopiero jako dorosła osoba zaczęłam uczyć się gotować itd, pewne rzeczy nie zostały mi przekazane w domu. Nie zostałam wychowana na kogoś kto ma założyć rodzinę. Niedawno dostrzegłam że umiem żyć albo w pojedynkę albo z mamą. (Bo nie mam problemów finansowych, z zarobieniem pieniędzy, sprawami codziennymi /). Lepiej się czuję sama oczywiście . Nie tylko ja w otoczeniu mieszkam z mamą, mam też sąsiadów DDA którzy zostali w domu rodzinnym i zrezygnowali na amen z założenia własnej rodziny, terapii, usamodzielniania, ale to ich decyzja a tu mowa o moim życiu. Ja chcę ŻYĆ. 50 proc życia o jakim marzę jest w trakcie ogarniania (podróże, załatwianie wyjazdu na dłużej ) a drugie 50 proc które warto mieć (czyli własne stado) ani widu ani słuchu. Zauważyłam jednak ostatnio za granicą , że gdy nie widzę się dłużej z mamą to czuję się lepiej. W sensie znikają lęki co to będzie kiedyś. Aż tak nie myślę o niej o domu na co dzień , myślę raczej nad sobą- ale nie katastroficznie a konstruktywnie. Poza tym zagranica to to co zawsze mnie pociągało – czuję że się realizuję zawsze gdy jestem daleko

                Cześć
                Pozwolę się odnieść.
                Zniechęcenie…zniechęcenie wynikające z obecnego stanu, w sensie nie założenia do tej pory własnej rodziny? Bo jeżeli tak, to dobrze, że to uczucie zniechęcenia jest- zdrowa reakcja obronna Twojego organizmu (w sensie człowieka jako istoty duchowo-cielesnej). Organizm daje znać, że jest coś takiego jak naturalny sens w życiu, powołanie do czegoś. Sygnał w człowieku, gdy człowiek odchodzi od swojej natury. Ty rozeznałaś, że tym sensem jest właśnie rodzina. A to że późno odkryłaś, zwłaszcza jeśli chodzi o kobietę, to dorastanie w środowisku w którym dysfunkcja (w tym alkoholizm) wydaje się utrudniać dojście do świadomości kim jestem, dokąd zmierzam, jaką mam naturę- po prostu odkrywanie siebie, tak właśnie może zaburzać świadomość w człowieku.
                Czy psycholog z automatu pomoże na ten stan? Uważam że w Twoim przypadku, aż tak nie potrzebujesz, bo- przynajmniej takie wrażenie sprawiasz- jesteś dosyć dojrzałą osobą, która gdy pozna właściwego ukochanego, będzie w stanie stworzyć trwały związek. A odkrywanie siebie- w sensie rozumienia natury człowieka- dostępne jest w nauce Kościoła katolickiego o człowieku (jako osoba nawrócona musiałem to dodać 😉 ). Poza tym, na psychologa z powołania trafić raczej mało prawdopodobne. No chyba że znasz takiego, to wtedy rzeczywiście warto.

                Z tym że np. późno nauczyłaś się gotować, albo że niezbyt przygotowana do związku w sensie pewnych praktycznych spraw, to żaden problem, bo szybko ogarniesz. Ważne że chcesz i że masz pociąg do doskonalenia się w tych dziedzinach. A to nie takie oczywiste.

                Co do wyhodowania bardziej niż wychowania. To raczej ogólna tendencja. Wydaje się, że to hodowanie bardziej niż wychowanie bierze się bardziej z braku umiejętności w wyniku upadku kultury, rewolucji seksualnej, wypaczenia i obrzydzenia patriarchatu, wojującego feminazizmu, zniewieścienia facetów i ogólnie utraty głębszego sensu życia i jeszcze zapewne wielu innych czynników.

                Jedynie dostrzegam (oczywiście to tylko mój punkt widzenia) pewne zagrożenie, jeśli chodzi o tworzenie związku, to to że chcesz w życiu podróżować, a taka pasja, może utrudniać życie rodzinne, bo wiadomo, że podróże przez ciągłą zmianę miejsca zamieszkania raczej mogą utrudniać stabilność, jeśli chodzi o dom( rozumiem że to też głębsze pojęcie i nie sprowadza się tylko do miejsca zamieszkania w sensie fizycznym), po drugie, tu trzeba mieć sporo pieniędzy, żeby można było sobie pozwolić na podróżowanie, a gdy jeszcze rodzina, to już w ogóle. Ale to bardziej zagrożenie jeśli chodzi o dosyć tradycyjne postrzeganie rodziny. Wiadomo, może być też inny model rodziny, ale mimo wszystko, wydaje się to jednak pewnym utrudnieniem- połączenie rodziny i podróżowania. Chyba że chodziło Ci o to, że wyjechać gdzieś zagranicę i po znalezieniu miejsca, które odpowiada- osiąść.
                Z drugiej strony, z takiej pasji również może wyniknąć nieskończenie dobrego. Więc w sumie te zagrożenia mogę nie być na tyle istotne w Twoim przypadku.
                Powodzenia

                Myślałem żeś młodszy Dda93

                Karolina92
                Uczestnik
                  Liczba postów: 30

                  Witajcie, dziękuję Wam za dobre słowo  i wsparcie! Jakubek, wiele mądrych spostrzeżeń, widać że dużo w życiu przerobiłeś. A o tym skrypcie dobierania znajomych… nie zastanawiałam się nad tym nigdy, ale jak o tym pomyślę- to prawda że raczej nie miałam dobrych kontaktów  z rówieśnikami- a z ostatnich wycieczek koleżanki które mi towarzyszyły jedna 15 lat starsza, druga… 28 starsza. Właśnie odezwała się poznana kilka lat temu zagranicą, czy byśmy gdzieś nie wyskoczyły- też po pięćdziesiątce … Zerwałam niedawno znajomość z koleżanką (9 lat starszą), gdyż chciała mnie wykorzystać, wręcz oszukać finansowo. To wszystko daje do myślenia.

                  abcd, Tamto zniechęcenie raczej wynikało z pobudzonej traumy i lęku o przyszłość, myśl jaki to ma sens to życie jeśli kiedyś zostanę sama, jak przeżyję śmierć mamy, te egzystencjalne lęki i myśli o sensie życia. Z tym co napisałeś się zgadzam, a jeśli mój umysł/organizm daje mi znać że coś jest nie tak, to raczej na podświadomym poziomie. To nie jest tak, że zawsze marzyłam mieć rodzinę- ale masz rację, jakieś 20 lat ostatnich aż do zeszłego roku musiałam się zastanawiać jak przeżyć, co ja dziś zastanę w domu, to nie sprzyja myślom o powołaniu.  Zostaje się w roli dziecka (choć takiego, które musi nauczyć się ogarniać wiele samemu)

                  Dotąd trafiałam na, wydaje mi się, dobrych psychologów. Ostatnio, gdy zajęłam się moim życiem, i poznawaniem kolejnego kraju, te lęki które zaprowadziły mnie na to forum, odpuściły. Co jakiś czas przychodzi jednak żal że tak wyszło w naszej rodzinie- żal właśnie. Nie poczucie krzywdy- to co nosiłam wiele lat. Teraz, gdy sprawiedliwości stało się zadość, ojca nie ma z nami- żal po prostu. Nagle przypominają mi się te nieliczne dobre momenty z dzieciństwa z ojcem. Może dlatego że było ich mało. Zastanawiam się, co on miał w głowie. Czy chciał na swój sposób dobrze dla mnie, tylko nie miał cierpliwości, wiedzy i umiejętności, czy nie i po prostu mnie jako tako nie chciał. Chyba to więcej niż zimny chów- pamiętam jak miałam naście lat spytałam go „Za co ty mnie tak nienawidzisz?”

                  Po tej akcji z nożem, gdy policja do nas przyjechała na rozmowę, szantażował mnie że się powiesi i zrobił pętlę . A kilka tygodni później, gdy zaplanowany był termin rozprawy o znęcanie, nalegał byśmy to wycofały. W tej rozmowie jednak próbował mi wmówić że jestem chora psychicznie bo gdy miałam 5 lat to biłam bliską kuzynkę. (Tak, biłam bo znałam to z domu, małe dzieci chyba często się tłuką). Ogólnie nie wykazał skruchy, miał nas przeprosić, to powiedział, „co mam na kolana jeszcze może klęknąć? „. A w wypisie ze szpitala psych. gdzie trafił gdy nas poinformował o pętelce, widniało że pacjent wiarygodnie przekonywał że nie miał zamiarów samobójczych, chciał tylko zaszantażować żonę. (Tak naprawdę mnie bo ja to zgłosiłam,  ale myślę że do manipulowania córką nie chciał się przyznawać). I ja wiem że ta akcja była manipulacją, ale … minęło już 14 miesięcy i przychodzą momenty gdzie wybucham płaczem na wspomnienie tamtego. Logicznie próbuję sobie wytłumaczyć, że -jak widniało w wypisie- ma zaburzenia związane z długoletnim nadużywaniem alkoholu. Nie kontaktował się ze mną ponad 11 miesięcy od wyprowadzki więc pewnie mu nie zależy. Wiem, że uważa siebie za pokrzywdzonego tym zgłoszeniem sprawy. WIEM że tamto to był szantaż. Ale i tak czasem przychodzi wspomnienie tamtego wieczora, i nie mogę poradzić że wyję, zastanawiam się czy mogłam przez lata coś zaradzić. Wiem, że byłam dzieckiem i to nie moje zadanie było no ale …

                  „przynajmniej takie wrażenie sprawiasz- jesteś dosyć dojrzałą osobą, która gdy pozna właściwego ukochanego, będzie w stanie stworzyć trwały związek”

                  właśnie, jak stworzyć, od czego zacząć, a może to nie ja jako kobieta powinnam się nad tym głowić- tu mam mętlik. Mam dobry kontakt z dziećmi i młodzieżą, lubią mnie, umiem wiele rzeczy załatwić, ale damsko-męskie sprawy- tu jestem bezradna

                  Wiele razy zadawałam sobie te pytania, chyba doszłam do punktu gdzie jestem w stanie sobie pewne rzeczy przewartościować. Gdybym poznała kogoś wartościowego, odpowiedzialnego, chętnego do założenia rodziny – myślę, że byłabym w stanie się zdecydować na to, na jakiś czas odłożyć podróże, na emeryturze też jest na to czas. Póki jestem sama- korzystam ( w sensie zwiedzania świata, podróżowania). Ale tak, chciałabym osiedlić się gdzieś indziej niż w miejscu zamieszkania. Powoli-powoli myślę by spakować się raz a dobrze 🙂 myślę, że za kilka lat styl życia pełen pakowania, wyjazdów i powrotów pewnie zacznie mnie już na dobre męczyć- a decyzja o odpuszczeniu posiadania dzieci za kilka lat zrobiłaby się już nieodwracalna.

                   

                  kurianna
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 106

                    Cześć, Karolina!

                    Fajnie się czyta Twoje wpisy – robisz wrażenie takiej poukładanej, prostolinijnej osoby, której zależy na sobie i swoich wartościach. To daje nadzieję i taki dobry przekaz. Stąd pomyślałam, że się odezwę.

                    Idziesz swoją drogą. Bardzo podziwiam Twoją niezależność fin.-podróżniczą, sama bardzo powoli, mikroskopijnymi krokami dorastam do jako takiej samodzielności w tej dziedzinie. Nie że jestem niesamodzielna zawodowo, wręcz przeciwnie, ale samotne podróże, czy z koleżanką np., to jest jeszcze przede mną. Super, że tak się realizujesz. Szczerze podziwiam i liczę, że mnie to wreszcie zainspiruje:)

                    Natomiast sferę związkową i damsko-męską mam nieźle ogarniętą, jak na moje potrzeby:). Napiszę Ci parę rzeczy, które mnie się nasunęły – z punktu widzenia moich mechanizmów obronnych. Posprawdzaj sobie oczywiście, co ewentualnie z Tobą rezonuje.

                    Podejście: ogarnęłam połowę życia, jeszcze druga połowa i z górki – myślę, że mogłoby mnie to zablokować. Perfekcjonizm, za duża presja, za duża rzecz na jeden raz. Piszesz sama, że koleżanki OK (choć raczej starsze), ale w sprawach damsko-męskich – bezradność. Moim zdaniem – jeśli nastawisz się od razu na szukanie „kogoś wartościowego, odpowiedzialnego, chętnego do założenia rodziny”, możesz się długo naszukać. Dlatego, że za dużo od razu zawieszasz na tej relacji! A jeszcze nawet nie znasz gościa, jego potrzeb, oczekiwań etc.! Tak się nie poznaje partnerów – a przynajmniej bardzo, bardzo rzadko (znam parę takich osób, ale tak naprawdę chyba dosłownie jedną). Generalnie lepiej się nastawić na 10 procent, żeby zdjąć tę presję przyszłej rodziny, idealnego związku, spełnionej „drugiej połowy” życia. Pytanie brzmi: czy poznam osobę, z którą mogę fajnie porozmawiać? Czy poznam osobę, z którą mogę pójść do kina? Zamienić ileś zdań na temat jakiejś pasji? Pójść na kawę czy lody?

                    Rozmowy z płcią przeciwną to po prostu umiejętność społeczna. I można ją sobie rozwijać. A kiedy tak się stanie – świat drugiej płci stanie otworem (żeby było jasne – ja się np. strasznie wstydzę chłopaków! Serio – dosłownie mnie to paraliżuje. Wchodzą mi też przeszłe traumy, naprawdę liczne. Ale uwielbiam męską energię w moim życiu, stwierdziłam, że jest mi ona niezbędna do spełnionego życia i po prostu wyćwiczyłam sobie to przełamywanie się w tej kwestii i poszło). Po prostu wzrośnie Ci pewność siebie i satysfakcja, która będzie wynikała z przełamania lęku.

                    Jeśli chodzi o praktyczne rady – poszukaj miejsc, gdzie zaczniesz po prostu się przełamywać. Nie wiem, co lubisz – siłownia, gry planszowe, taniec, jakieś inne hobby typu klub czytelniczy… Generalnie może pomoże Ci fakt, że faceci (w większości) też się boją, co możesz przeczytać na tym forum. Na pewno – nie jest to tylko moje zdanie, ale też wielu moich kolegów i koleżanek – bardzo pomaga w przełamaniu improwizacja sceniczna (takie warsztaty, zwykle pierwszy moduł to 6-8 spotkań raz w tygodniu czy jakiś inny format). To jakby uzupełnienie terapii w bardziej twórczej, luźnej atmosferze, gdzie możesz obserwować swoje ograniczenia w grupie i ćwiczyć ich przełamywanie w specyficznej, pozytywnej atmosferze akceptacji dla wszelkich potknięć.

                    Generalnie więc polecam otwarcie się najpierw na małe rzeczy, danie sobie mnóstwa cierpliwości i niezrażanie się, tylko ciągłe próbowanie. Natomiast idealny obrazek „spełnienia w rodzinnym stadle” na razie odwiesiłabym na ścianę – fajnie, jeżeli tam dotrę, ale niekoniecznie muszę od razu do tego zmierzać. Bo to jest duża rzecz, po prostu, i rodzi się raczej w relacji, która się stopniowo buduje.

                    Niezależnie od światopoglądu, moim zdaniem – masz prawo inicjować! To już nie jest tylko męska sprawa. To jest bardzo fajna rzecz, choć jak mówię, wymagała ode mnie mnóstwa przełamania wstydu i pokonania przekonań, które mówiły mi: to upokarzające albo niewłaściwe albo to nie ja powinnam. Generalnie też wystarczy okazywać zainteresowanie, faceci zwykle to wychwytują. Czyli: a) nie unikać kontaktu wzrokowego (bardzo ważne, do wyuczenia w terapii:) b) pozostawać w otwartej relacji przestrzennej z drugim człowiekiem, czyli np. siedzieć po skosie podczas rozmowy, z otwartą postawą ciała, nie za daleko; c) słuchać uważnie i parafrazować (ale też dać sobie szansę powiedzieć swoje).

                    Pozdrawiam Cię, Karolino, bardzo serdecznie!

                     


                    @Jakubek
                    ,

                    dziękuję Ci za ten akapit:

                    Z własnego doświadczenia wiem, że nie ma szans na stworzenie udanej relacji w dorosłym życiu, dopóki nie zostanie ZERWANA DZIECIĘCA WIĘŹ z rodzicem. Po prostu w inne relacje będziemy wchodzić z nadal rozbudzonymi dziecięcymi oczekiwaniami. Partner czy partnerka, w jakimś stopniu, będzie miał nam zastąpić tego rodzica. Będziemy ich dobierać wg tego klucza. Lęk przed śmiercią rodzica będzie lękiem przed tym, że już nigdy nie znajdziemy rodzica „zastępczego”.

                    Ująłeś w punkt większość terapii dda (i nie tylko). Te rozbudzone dziecięce oczekiwania w związku… O, matko, jak to boli – kiedy się nacinasz po raz kolejny i dziwisz, czemu tym razem nie wyszło? No, właśnie, na tym polega dorosłość – teraz te potrzeby zaspokajasz sama. Karmisz swoje dziecko. I taka nakarmiona możesz iść budować dojrzałe relacje.

                    Dużo już tej lekcji za mną, ale wiadomo, że to jest dłuuuugi proces, pełen nawrotów. Generalnie ten „lęk przed śmiercią rodzica” jako prawdziwy lęk przed nieznalezieniem zastępczego rodzica – bardzo mnie to poruszyło. To jest totalnie mój temat. W różnych relacjach – romantycznych, przyjacielskich, ale też w terapeutycznej. Ten lęk mnie teraz pod koniec terapii niekiedy obezwładnia – a wiem, że już czas ruszyć „bez rodzica zastępczego”. I Twój post mi pomógł to znowu zobaczyć tak w perspektywie. Dzięki.

                    abcd
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 233

                      Cześć
                      abcd, Tamto zniechęcenie raczej wynikało z pobudzonej traumy i lęku o przyszłość, myśl jaki to ma sens to życie jeśli kiedyś zostanę sama, jak przeżyję śmierć mamy, te egzystencjalne lęki i myśli o sensie życia. Z tym co napisałeś się zgadzam, a jeśli mój umysł/organizm daje mi znać że coś jest nie tak, to raczej na podświadomym poziomie. To nie jest tak, że zawsze marzyłam mieć rodzinę- ale masz rację, jakieś 20 lat ostatnich aż do zeszłego roku musiałam się zastanawiać jak przeżyć, co ja dziś zastanę w domu, to nie sprzyja myślom o powołaniu. Zostaje się w roli dziecka (choć takiego, które musi nauczyć się ogarniać wiele samemu)

                      Karolina92
                      I właściwie odczytane zniechęcenie i zmierzenie się z tym zniechęceniem raczej rozwinie i wzmocni na drodze życia. Najgorzej jest się zatopić w tym zniechęceniu i ulec emocji, bo wtedy wydaje mi się, że człowiek zasklepia się w poczuciu braku sensu, znieczula na oznaki sensu, gdy takowe pojawią się i gorzknieje. A sensem życia jakby nie było jest miłość (ale oczywiście wynikłą z nauki Chrystusa, a nie w jakimś innym rozumieniu i z wielkiej litery Miłość, bo Bóg przecież jest Miłością). I żyć tak by umrzeć przygotowanym na tyle na ile było się w stanie przygotować na życie wieczne w domu Boga, czyli właściwie to dążyć do świętości. To tak ogólnikowo, jeśli chodzi o sens jaki mam wpojony. Czy może być lepszy sens od tego, bo wydaje mi się że nie?

                      Nawet nie chodziło mi o to, że teraz marzysz o rodzinie, tylko że właśnie odezwała się w Tobie natura i Ty po prostu uznałaś to. Pewnie można stłumić, ale i można pójść za tym głosem i realizować życie w miłości, w życiu rodzinnym. Można też mieć inne powołanie, które również będzie sprzyjać człowiekowi. Ale wydaje mi się, że jeżeli w człowieku pojawia się sygnał odnośnie założenia rodziny, to świadczy, że są predyspozycje i teraz też zależy od ukochanego z którym założyć miałabyś rodzinę, czy będzie umożliwiał dojrzewanie w miłości też macierzyńskiej, czy raczej tłumił (i vice versa).

                      Żeby nie było, że jestem ekspertem z popartym doświadczeniem, bo jestem na podobnym etapie co Ty. Teoretyzuję (ale w oparciu o realność, a nie jakiś idealizm i oderwanie od realności).

                      U Ciebie żal, a u mnie bardziej frustracja (chociaż i tak już trochę odpuściłem), chociaż żal też mam, ale na zasadzie tego, że jak można dać się tak zniewolić jakieś substancji, nawet jeżeli ta substancja powoduje pozornie niby lepsze samopoczucie. Ale z drugiej strony, jeżeli zgłębia się problem alkoholizmu, to jednak jest to skomplikowana choroba i dopóki alkoholik czy narkoman nie zrozumie pewnych prawd o człowieku, o Bogu, nie ma szans, żeby się uwolnił i wyzdrowiał ( uważam, że można wyzdrowieć z alkoholizmu, jak z każdego nałogu, ale oczywiście ciężką pracą i przy poświęceniu części swego ciała- czyli blizna zostanie, ale to tylko blizna, a nie choroba).

                      Żal, krzywda, smutek i wszystkie te dołujące stany wydaje się, że muszą być (gdyby nie było, to chyba można by było stwierdzić psychopatię?), gdy żyje się w takim środowisku, bo gdy zaburzone jest życie rodzinne (a rodzina jest ze względu przecież na Miłość z uwzględnieniem pociągu i popędu płciowego), to muszą te stany występować- są sygnałem ostrzegawczym o braku miłości (a taka prawda, że jeżeli człowiek już się począł, to zawsze jest to życie chciane „przynajmniej” przez Boga i zawsze jest to życie z Miłości i do Miłości przeznaczone, bo to Bóg jest Tym, który daje życie i zawsze tchnie życie z Miłości i dla Miłości i do Miłości przeznaczone. Rodzice mają łaskę uczestnictwa w tym dziele, no ale jak to człowiek, może też- łagodnie pisząc- niezbyt współgrać z Bożą łaską i zrobić z tej łaski nieużytek, albo zrobić po swojemu, czyli znacznie gorzej-fatalnie).
                      Kiedyś miałem poczucie krzywdy (złą metodą próbowałem pozbyć się tego, bo odseparowałem się od ludzi w znacznym stopniu, ale właściwe to też co innego się przyczyniło. No ale i tak błąd z mojej strony.) A jak u Ciebie z poczuciem wartości, w normie?

                      „Za co ty mnie tak nienawidzisz?”
                      Szczerze? Wątpię, żeby którykolwiek ojciec czy matka nienawidzili swoje dziecko. Wydaje mi się, że Ty czy ja, gdy byliśmy w poczuciu krzywdy i przez pryzmat tej krzywdy postrzegaliśmy rzeczywistość tak to właśnie się widzi, że ojciec czy matka muszą mnie nienawidzić skoro piją i wydaje się, że nie chcą przestać, a jeszcze jak mnie uderzy, to już w ogóle potwierdzenie. A przecież alkoholik już dawno utracił kontrolę nad sobą i życiem wokół niego (alkoholik będzie twierdził coś innego), więc takie zachowania są rezultatem utraty kontroli, a gdy jeszcze alkoholik ma wady charakteru (każdy ma jakieś wady charakteru), to alkohol potęguje te wady i do tego sprzyja powstawaniu następnych i tak w coraz głębsze dno i poniewieranie godnością osoby ludzkiej…

                      „właśnie, jak stworzyć, od czego zacząć, a może to nie ja jako kobieta powinnam się nad tym głowić- tu mam mętlik. Mam dobry kontakt z dziećmi i młodzieżą, lubią mnie, umiem wiele rzeczy załatwić, ale damsko-męskie sprawy- tu jestem bezradna

                      W sprawach związkowych jeśli chodzi o praktykę raczej nic nie doradzę. Ale z teorią trochę się zapoznałem. A w sumie od teorii się zaczyna. Tylko oczywiście teoria oparta na prawdzie, na realnym świecie, na realnej wiedzy o człowieku.

                      Tylko nie za bardzo zrozumiałem, że Ty jako kobieta nie powinnaś się nad tym głowić. Z tego co się orientuję, to kiedyś było tak, że kobieta otwierała się na związek z danym mężczyzną (ale udawała niedostępną), ale to mężczyzna, który ją zainteresował „zdobywał”. A gdy już złączenie sakramentem małżeństwa, to mąż żyje dla żony, a żona dla męża i są jednym ciałem. Jest cała teologia sakramentu małżeństwa. A jeśli chodzi o dzieci, to po prostu otwarcie się na życie.
                      Tyle że teraz żyjemy w sporym misz maszu kulturowym, a raczej w coraz większej antykulturze, ewentualnie coraz bardziej zwulgaryzowanej kulturze, ale chyba dalej jednak to kobieta woli być tą zdobywaną niż zdobywać?

                      abcd
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 233

                        Moim zdaniem – jeśli nastawisz się od razu na szukanie „kogoś wartościowego, odpowiedzialnego, chętnego do założenia rodziny”, możesz się długo naszukać. Dlatego, że za dużo od razu zawieszasz na tej relacji! A jeszcze nawet nie znasz gościa, jego potrzeb, oczekiwań etc.! Tak się nie poznaje partnerów – a przynajmniej bardzo, bardzo rzadko (znam parę takich osób, ale tak naprawdę chyba dosłownie jedną). Generalnie lepiej się nastawić na 10 procent, żeby zdjąć tę presję przyszłej rodziny, idealnego związku, spełnionej „drugiej połowy” życia. Pytanie brzmi: czy poznam osobę, z którą mogę fajnie porozmawiać? Czy poznam osobę, z którą mogę pójść do kina? Zamienić ileś zdań na temat jakiejś pasji? Pójść na kawę czy lody?

                        Kurianna, nie odbieraj jako atak, ale mimo szczerych chęci uważam, że błędnie radzisz, bo chęć założenia rodziny i oczywiście zdolność, to przecież podstawa do dojrzałego, odpowiedzialnego, trwałego związku między kobietą i mężczyzną, jeżeli w związku ma być uwzględniony również stosunek płciowy. I to się absolutnie nie kłóci z tym, że można i z taką osobą chodzić na lody, kawę, do kina, siłownię, fajnie porozmawiać i co tam jeszcze, bo to też jest podstawa- jeżeli ktoś lubi to robić, ale nie jest to istotą związku między kobietą i mężczyzną.

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 51)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.