Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › Moje małżeństwo….na krawędzi przepaści.
-
AutorWpisy
-
Ale dlaczego od razu mniej inteligentni? Do tej pory nie wiedziałeś za bardzo czego chcesz i żyłeś życiem innych, to nie znaczy , że jesteś mało inteligentny (i w domyśle pewnie gorszy). Dla mnie to jest główny cel terapii, zacząć żyć swoim życiem i nie oglądać się za bardzo na innych, bo kto ma moje życie przeżyć jak nie ja?
Enigma
musisz zastanowic sie nad tym czy ty go jeszcze kochasz czy tez nie(zapomnijmy tlo tej historii)
mam wrazenie ze ty go juz nie kochasz ale masz straszne poczucie winy z tego powodu.
Dlatego skupiasz sie na drobiazgach,zalisz sie a potem go bronisz,obwiniasz na przemain siebie i jego..Byleby tylko nie myslec nad sednem sprawyzycze ci sily
dołaczę się do dyskusji, bo obcowanie z ludźmi niewyrobionymi intelektualnie faktycznie jest męczące i frustrujące, ale chciałam podkreślić, iż tak naprawdę, poziom człowieka nie zależy od tego, co ukończył. Mam kolegę, niewyobrażalny prymityw, po studiach podyplomowych na UW.Profesor, z którym miałam kiedyś zajęcia, nie potrafił zrozumieć, co to znaczy , że relacje zostały zaburzone-nie ma czegoś takiego(!)
Również , wg. niego,nie mówi się tę książkę , tylko tą książkę, itd. Z kolei mój kolega , bez matury, zagina mnie, osobę po studiach, na każdym kroku i jestem mu bardzo wdzięczna, bo dzięki niemu zaczęłam się rozwijać.Z moimi koleżankami po studiach ciężko się rozmawia o jakiś głębszych rzeczach, raczej o wyprzedażach , makijażu i takich duperelach. To czy ktoś nie ma matury, czy jest po studia naprawdę o niczym nie świadczy.Najwięcej zależy od samego człowieka i osobistej chęci rozwoju.Anonim
6 lutego 2009 o 13:31Liczba postów: 20Dawno tu nie zaglądałam, ale to wcale nie oznacza, że nie śledziłam Waszych postów.Chyba trochę bałam się z Wami wszystkimi ponownej konfrontacji…tym bardziej, iż od czasu, kiedy ostatni raz się tu wypowiadałam, w moim życiu niewiele się zmieniło. I chyba trzeba to w końcu nazwać po imieniu…jestem TCHÓRZEM i wolę "znane zło od nieznanego dobra"…tzn. może nie wolę, ale taka sytuacja jest dla mnie poniekąd bezpieczniejsza…
Trochę mi wstyd za sama siebie, bo nie potrafię znaleźć w sobie siły do walki o siebie i swoje szczęście. Jedyne, co wychodzi mi całkiem nieźle, to użalanie się nad sobą- no bo jak można nazwać to, co teraz robię? Proszę o rady, wsparcie i nijak się do nich nie ustosunkowuję, bo najzwyczajniej w świecie boje się, nie umiem, nie mam odwagi etc. Taka nijaka czasem jestem, że…ehhhh!Tak…chyba jest sporo racji w tym, że sednem sprawy jest w moim przypadku brak miłości. Nie umiem jednoznacznie stwierdzić, czy kocham męża, a skro tak jest, to znaczy, że pewne sprawy zaczynam racjonalizować i poszukiwać substytutów własnych potrzeb, a tak chyba nie dzieje się, gdy kogoś kochamy? I jest mi za to wstyd, bo chyba nie jestem w tym wszystkim fair 🙁
Enigma a jak wedlug ciebie powinnas sie ustosunkowac do naszych rad?
jakie konkretne kroki powinnas(chcialabys) podjac?Małżeństwo na krawędzi…
Jakże bliski mi obecnie temat. Moja żona nie chce obecnie słyszeć o jakiejkolwiek terapii i wydaje mi się, że nie chce mieć ze mną już nic wspólnego. Z drugiej strony jest dwójka dzieci, presja rodziny, kredyt i inne takie. Długo takiej sytuacji nie da się wytrzymać, te pozory normalności, to omawianie zakupów i codziennych spraw bez jakichkolwiek rozmów o nas.
Enigmo, nie napisałaś jak Twój mąż odniósł się do pomysłu terapii rodzinnej? Czy mu go przedstawiłaś?
Wracając do mnie odnalazłem się w wypowiedzi jednego z poprzedników – zatraciłem się w pracy dla rodziny i opieki nad dzieckiem/potem dziećmi, tylko obawiam się że zaniedbałem w tym wszystkim żonę. Co mi teraz wypomina, mówi/pisze że się starała/próbowała (ja tego po prostu nie widziałem!!!), a teraz ma już dosyć, już jej się nie chce, nie czuje nic. Teraz jest tak, że ciężko nam razem wytrzymać w jednym pomieszczeniu, uciekamy od siebie i cholernie się martwię co teraz będzie z wakacjami i wogóle z tym wszystkim. Jest wielka chęć przeciąć to, ale to jest chyba najprostsze, zniszczyć można bardzo łatwo i to nie sztuka. Dałem nam pewien okres czasu i jeśli nic się do tej pory nie zmieni będziemu musieli się rozstać. Mam nadzieję, że będziemy potrafili przynajmniej w tym dojść do kompromisu zadowolajacego wszystkich i jak najmniej bolesnego (dzieci!!).
Przez te wszystkie lata naszego małżeństwa, a raczej już dużo wcześniej zaniedbałem również siebie.Być może nidy nie byłem sobą, teraz chodząc na terapię mam nadzieję się przebudzić.
Jeśli czyta mojego maila ktoś kto doświadcza problemów w relacjach z żoną, ale jeszcze oboje są pozytywnie nastawieni do poszukiwania rozwiązań to proszę niech mój mail będzie ostrzeżeniem co może się zdarzyć jeśli zlekceważy się (nawet nieświadomie) sytuację i nie podejmie działań.Pozdrawiam
Anonim
9 lutego 2009 o 13:26Liczba postów: 20551Hm…co do mojego ustosunkowania się…Myślę, że powinnam ( czytajcie "chciałabym") umieć czerpać z Waszych rad jakieś namacalne korzyści. Ale to, czy mój problem, a raczej rozwiązywanie go, przejdzie z wirtualnego pisania do realnego pokonywania go, zależy przecież ode mnie. Sama nie wiem czego oczekuję…nie potrafię wyobrazić sobie swojego życia za jakiś czas. I naprawdę nie wiem czy kocham swojego męża. Ale jeżeli jest ta doza niepewności, to znaczy, że całkowicie nas nie skreśliłam. Zawsze miałam problemy z definiowaniem swoich uczuć…Może teraz znowu mylę miłość z lękiem przed samotnością, z przyzwyczajeniem, przywiązaniem i pewną zależnością? Są chwile, kiedy miedzy mną a mężem jest OK, ale nawet wtedy doszukuje się dziury w całym. Nie obwiniam go już o to, że jest mało elokwentny i nie grzeszy inteligencja. Nikt nie kazał mi się z nim wiązać…kolokwialnie rzecz ujmując: "widziały gały co brały". Teraz pozostaje kwestia tego, czy zdołam wyzbyć się swoich chyba wygórowanych oczekiwań względem jego osoby i zacznę doceniać inne jego cechy (pozaintelektualne), ale stanie się to chyba kosztem jakieś cząstki mnie i moich potrzeb. Mogę tez przekreślić nasze 7 lat wspólnego życia i tym samym przewrócić naszej rocznej córeczce świat do góry nogami. Ale na to to nawet nie mam odwagi…poza tym nawet nie jestem w stanie postawić jasno sprawy i zdecydować, czego tak naprawde chcę!
Tak! Jestem niezdecydowana, mam problemy z podejmowaniem samodzielnych decyzji i komunikowaniem własnych potrzeb, boje się nowych sytuacji…niekiedy zwykle sytuacje życia codziennego sprawiają mi problemy. Jestem miękka, słaba…Nie rozmawiałam z mężem o terapii…z góry chyba założyłam, że on na to nie pójdzie. I to jest błędne założenie, bo dopóki z nim o tym nie porozmawiam, dopóty nie dowiem się jakie on ma w tej sprawie zdanie. Myślę, że warto tę sprawę rozpatrzyć 🙂
czyli jednak troche sie zmienilo..wazne ,ze minela ci zlosc na niego za to ze jest ..hm no wlasnie taki jaki jest
i zdecydowals sie zapytac go o zdanie,to kolejny krok
mniej zalozej,wiecej rozmowmale, drobne kroczki
lepiej tak niz jakies trzesienie ziemi urzadzic
nasuwa mi sie takie pytanie-czy on wie ,ze ty jestes z nim nieszczesliwa?powiedzialas mu to kiedys?Anonim
12 lutego 2009 o 13:30Liczba postów: 20551Myślę, że wiele razy komunikowałam mu swoje niespełnienie, niezadowolenie- chociażby przez krytykowanie go (wiem, że to nie najlepszy sposób na komunikacje i wyrażanie potrzeb). Ale dosadnie nigdy nie powiedziałam "jestem z Tobą nieszczęśliwa". Wiele razy, głównie przy okazji nieudanego zbliżenia (bo ja nie miałam ochoty, nie mogłam się "oddać chwili", miałam milion myśli na sekundę na zupełnie inne tematy aniżeli seks), wyrzucałam mu jaki jest nieokrzesany, że nic ze sobą nie robi, nie imponuje mi i przez to tez mnie nie podnieca, bo mnie pociąga intelekt. Tak to mniej więcej wyglądało. Później on nie spal pół nocy, dumał, popłakiwał, a na drugi dzień ja miękłam, bo…nie wiem, chyba z powodu wyrzutów sumienia, poczucia winy,współczucia. Chyba w takich chwilach mylę miłość z litością, ale to niestety jest znamienne dla DDA.
Ja chyba powoli wsiąkam w sposób życia jaki reprezentuje mój mąż…i bardzo mnie to niepokoi 🙁 style życia udzielają się , jeżeli przebywa się z kimś tak często. Mnie tez już się co raz mniej chce…dopiero co kończę studia, a już dopada mnie jakiś marazm…Może podświadomie boje się, że jak będę nad sobą bardziej pracować to powstanie między nami jeszcze większa przepaść, która już będzie nie do przeskoczenia ani obejścia? Z drugiej jednak strony…to jedyna droga ku niezależności- nie tyle materialnej, co psychicznej, nieprawdaż?
Póki co, kwestia ewentualnej terapii niestety pozostanie tylko w sferze planów. Przynajmniej na jakiś czas…sporo mam aktualnie spraw na głowie, a do terapii trzeba mieć jasny i otwarty umysł.
Tak, przeszła mi na niego złość. Może nie dlatego, iż twierdzę, że to nie jego wina, ze jest jaki jest, bo oczywiście "każdy jest kowalem swego losu"(pomijając oczywiście uwarunkowania od nas niezależne). Po prostu chyba dotarło do mnie, że nie ma co się jeżyć i irytować, bo to kompletnie nic nie wnosi. Bynajmniej pociesza mnie fakt, iż powoli normuje się nasza sfera intymna…to chyba tez poniekąd zmniejszyło we mnie napięcie (ach my zwierzęta!) Ale obawiam sie, że to jakaś cisza przed burzą…Moje emocje od dłuższego czasu ukladaja się sinusoidalnie…z niebywałą wręcz regularnością :/
-
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.