Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Nadeszła pora, żebym się otworzył

Przeglądasz 3 wpisy - od 1 do 3 (z 3)
  • Autor
    Wpisy
  • adam97
    Uczestnik
      Liczba postów: 4

      Witajcie,

      Będzie raczej długo, ale muszę się wygadać – chyba też trochę przed samym sobą.

      Na wstępie zacznę od tego jak wyglądało moje życie…

      Wychowywałem się w patologicznej rodzinie. Moi rodzice są alkoholikami – co prawda nie pamiętam jakichkolwiek grubszych awantur i tłuczenia talerzy, ale nie pamiętam też kiedy mój ojciec ostatni raz był trzeźwy, prawdopodobnie jest w alkoholowym ciągu od co najmniej kilkunastu lat. Moja matka jest strasznie nadopiekuńcza. Potrafi próbować wyręczać mnie w najprostszych czynnościach, z którymi poradziłby sobie przeciętny 5-latek. Przez całe życie rodzice podcinali mi skrzydła, wmawiali że do niczego się nie nadaję, że skoro im się nie udało to mi też się nie uda. Powtarzali, że „rodząc się nikim, umrę nikim”. Moje próby samodzielności, postawienia na swoim, życia własnym życiem, wytknięcia im co mi się nie podoba i co mnie boli podsumowywali często albo grożąc samobójstwem, albo strasząc oddaniem mnie do domu dziecka. Zdarzyło mi się kilka razy usłyszeć, że woleliby żebym nigdy się nie urodził. Często mną na różne sposoby skutecznie manipulowali. Żeby niepotrzebnie nie rozwodzić się nad analizą dzieciństwa – wspomnę tylko o książce „Toksyczni rodzice”, po przeczytaniu której uświadomiłem sobie, że to nie ze mną był problem, a właśnie z rodzicami, którzy nigdy nie pozwolili mi być zwyczajnym dzieckiem.

      Przez 20 lat życia byłem popychadłem bez własnego zdania, bez pewności siebie, poczucia własnej wartości, bez jakichkolwiek bliskich relacji z kimkolwiek. Największym moim problemem było wówczas to, że wierzyłem w to, co wpajano mi przez całe życie. Byłem pewny, że tak musi być, że taki już po prostu jestem i muszę się z tym pogodzić. Że to nie są żadne zaburzenia, czy choroba, a po prostu mój charakter połączony z szarością życia.

      Po 20-tce zacząłem sobie wiele rzeczy uświadamiać. Zacząłem budować swój charakter, otwierać się na ludzi, odcinać od złych przekonań. Aktualnie jestem niemal zupełnie innym człowiekiem, który mimo „zapewnień” jednak osiągnął sukces – przynajmniej patrząc na mnie z zewnątrz, ale o tym za chwilę.

      4 lata temu wyprowadziłem się z rodzinnego domu. Przez kilka ostatnich lat wykonałem tak ogromną pracę nad sobą, że aktualnie mam wielu przyjaciół, którzy szczerze mnie lubią i podziwiają. Jestem dla nich dosłownie autorytetem, a wnioskuję to z ich własnych słów. Kilka razy od różnych osób słyszałem, że jestem „najbardziej ogarniętą życiowo osobą na jaką trafiły”, że chciałyby być takie jak ja. Ludzie dosłownie do mnie lgną, bardzo szybko potrafię złapać wspólny język – praktycznie z każdym.

      Mam dobrą ambitną pracę, perspektywy, plany, pasje i ambicje. Regularnie wyznaczam sobie cele, które w dużym stopniu realizuję. Pod względem zawodowym jestem na takim etapie, którego kilka lat temu zupełnie sobie nie wyobrażałem. Zarabiam tyle, że niczego mi nie brakuje. Jestem też doceniany: dostaję awanse, propozycje przejścia do innych firm, podwyżki i pochwały.

      Potrafię sam zadbać o swoje życie. Pewność siebie zdecydowanie mi wzrosła, ale wszystkie te hodowane przez całe życie przekonania nadal gdzieś w głowie tkwią, przez co często nadal się gubię, boję, wycofuję, popełniam błędy i bywam słaby.

      I głównie w związku z tym ostatnim zdaniem do Was przychodzę.

      Przez ostatnie miesiące bardzo głęboko analizowałem swoje „poprzednie” i aktualne życie. Przez to doszedłem do wniosku, że nadal długa droga przede mną do osiągnięcia szczęścia, spokoju i spełnienia.

      Świadomie widzę w sobie człowieka sukcesu. Wiem, że jestem ambitny, pracowity, wartościowy. Wiem, że swoją ciężką pracą doszedłem do tego, o czym za dziecka nawet nie marzyłem. Wiem, że to wszystko jest prawdziwe – że przyjaciele szczerze mnie uwielbiają, że mogę im ufać. Wiem, że zasługuję na miłość, na sukcesy zawodowe, na szczęście, na bycie kimś wielkim. Podświadomie jestem jednak nadal tym skrzywdzonym dzieckiem. Zdarzają się takie chwile, że mam ogromny dołek emocjonalny – moja własna głowa mówi mi, że to wszystko jest nic niewarte i nieprawdziwe. Że to wszystko co osiągnąłem i z czego jestem dumny, dla większości ludzi jest czymś zwyczajnym. Wmawiam sobie, że ta moja „pogoń” za szczęściem i tak do szczęścia mnie nie doprowadzi. Przekonuję samego siebie, że nie nadaję się do stworzenia jakiegokolwiek związku i zawsze już będę sam – bo pomimo, że mam w swoim otoczeniu masę oddanych i wspaniałych ludzi, często czuję się wyobcowany, „inny” od wszystkich i najzwyczajniej samotny. Z jednej strony bardzo pragnę bliskości, stworzenia fajnej relacji i w konsekwencji założenia własnej rodziny – z drugiej strony pod różnymi względami mocno się tego boję. Na ten moment mam za sobą jeden związek, z dziewczyną która okazała się być bardzo zaburzona psychicznie i kilka krótkich relacji z tak samo pogubionymi dziewczynami. Nigdy nie udało mi się nawiązać bliższej relacji z normalną kobietą, bo albo wydaje mi się nudna i niewarta uwagi, albo ja podświadomie czuję się od niej gorszy i stawiam ją od samego początku na piedestale, samego siebie traktując dużo niżej od niej.

      Mam wrażenie, że mam do opowiedzenia o sobie tyle rzeczy, że mógłbym tutaj napisać o sobie książkę, ale zostawię to psychoterapeucie, do którego postanowiłem się umówić. Czuję, że sam siebie nie jestem w stanie do końca naprostować, a nawet jeśli miałoby mi się to udać, to „prosty” będę zdecydowanie później niż bym tego chciał. Już teraz często czuję, że jestem ze swoim życiem dosyć mocno w tyle. Mając 26 lat moje życie emocjonalne jest nadal dosyć mocno rozchwiane. Czuję się samotny, niezrozumiany, „inny”. Mam duże zaległości w kontaktach z kobietami co jest moim sporym kompleksem. Uświadomiłem sobie, że w wielu sytuacjach działam w automatyczny instynktowny sposób, który niestety często mi szkodzi. Zdarza się, że zachowuję się w sposób toksyczny. Dodatkowo jestem perfekcjonistą, który pisząc ten tekst poprawiał go 20 razy analizując każde słowo. Jestem świadomy swoich braków, wad i rzeczy nad którymi muszę pracować. Te mniej priorytetowe dla mnie zamierzam przepracować przede wszystkim z terapeutą. Największą uciążliwością jest dla mnie rozchwiana samoocena, którą przynajmniej trochę chciałbym ustabilizować też samodzielnie, bo z niej wynika większość moich pozostałych problemów. Pytań w zasadzie nie mam do Was żadnych, bardziej zależało mi na czymś w rodzaju „spowiedzi” i otwarcia się. Przed sobą oraz w końcu przed innymi, którzy prawdopodobnie znają na własnym przykładzie moją historię bardzo dobrze. Ten post traktuję jako początek mojej terapii, jako możliwość zwierzenia się grupie ludzi, którzy tkwią lub tkwili w tym samym bagnie, w jakie wrzuciło mnie moje pechowe dzieciństwo. Jednak jeśli macie jakieś uwagi, coś co rzuciło Wam w mojej wypowiedzi się w oczy i chcielibyście się tymi uwagami podzielić – jestem na nie otwarty.

      2wprzod1wtyl
      Uczestnik
        Liczba postów: 1177

        Cześć, samo napisania przez Ciebie listu jest już auterapią.

        Zauważyłem w Twoim wpisie częstą u osòb dda ròżnicę między oceną otoczenia nr. 'poukładania’ życiowego a własnym poczuciem 'że jestem ze swoim życiem w tyle’.

        I co ciekawe nie ma w tym sprzeczności, bo to co widzą inni to nasze zorganizowanie zewnętrzne a to co nam przykuwa uwagę to pewnego rodzaju emocjonalne braki wewnętrzne, ktòre po prostu czujemy.

        Co ciekawe im pòźniej tym widełki robią się szersze. Deficyty w zasobach, ktòre naturalnie zbudowane powinny być przez rodzicòw pocieszające jest to, że można je odbudowywać.

         

         

        truskawek
        Uczestnik
          Liczba postów: 583

          Cześć,

          Ciepło mi się zrobiło na sercu, że tyle zdołałeś już sobie poprawić w życiu i że sam wiesz, co chcesz z tym dalej robić, cieszę się po prostu.

          Mogę się podzielić z tobą tym, czego ja się nauczyłem ze swojej terapii. Wydaje mi się, że ten proces (bo pewnie już wiesz, że to nie jest przestawienie jakiejś wajchy, tylko właśnie proces) pozwolił mi przede wszystkim mniej uwagi przykładać do przymiotników i określeń, czyli jaki jestem, jakie mam wady itp., a w zamian poświęcić ją dużo bardziej na sprawdzanie jak się czuję teraz, w tym momencie. Z kolei pomysły na to, żeby coś w sobie naprostować, naprawić, pracować nad sobą albo z czymś walczyć, zamieniłem w dużym stopniu na to, jak mogę o siebie zadbać, i to nie tylko dopiero jak jest źle.

          Dzięki temu na przykład nie dowalam sobie specjalnie jak też sprawdzam swoje wpisy po kilka razy i czytam nawet jak już wysłałem, a czasem nawet wywalam i zastępuję poprawioną wersją, żeby nie było widać zmian w tekście. Bo nie zastanawiam się czy to nazwać kompulsją, czy tak powinienem, czy to jest normalne itp., tylko widzę, że się obawiam i widzę, że to mi pomaga się uspokoić i czasem rzeczywiście coś lepiej wyrazić. Poza tym nie psuje mi to życia, nie jest to jedyny problem jakim się zajmuję i trwa najwyżej kilka minut, więc chwilami mnie też bawi, że nic z tego dłubania nie wynika, ale też nie szkodzi, więc czemu nie pójść za swoimi emocjami?

          To taki drobiazg, ale pokazuje jak teraz zajmuję się swoimi przeżyciami i potrzebami. I jest mi z tym znacznie lżej, choć niczego specjalnie się nie staram pozbywać ani też nie jestem zawsze spokojny. Nawet nie wiem, czy mam lepszą samoocenę, bo po prostu mniej się w ogóle oceniam, tylko sprawdzam czego potrzebuję i jak się mam. Reaguję bardziej na bieżąco, a analizy i tak mi przychodzą do głowy, ale i na to mam czas, tylko nie trzymam się ich kurczowo, bo mam ciągle emocje do przeżywania i słuchania ich.

        Przeglądasz 3 wpisy - od 1 do 3 (z 3)
        • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.