Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD nie wiem co dalej.

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 65)
  • Autor
    Wpisy
  • Anonim
      Liczba postów: 20551

      Pierwszy tu mój post, witam..
      Post po przeczytaniu przez adminów zdecydowanie uznałbym za ewidentnie szkodliwy dla ludzi, któzy mają nadzieję, stąd zezwalam za delete całości(nie chcę nikomu odbierać nadziei).

      jestem w tym momencie pijany(choć nie lubię ALKOHOLU, wierzcie), zdecydowanie DDA(szukam ulgi, ten post to działanie bezsensowne, co robić..), w wpisie mogą wystąpić błedy, skróty itp, piszę, co czuję na teraz…

      Kilka dni po 31 urodzinach.
      Uznaję się za osobę straconą, zapewne tylko po części przez sytuację, lecz to wystarczy.
      Ciągle się zastanawiam, czy w istocie predyspozycje, geny + koszmar tylu lat tłumaczy nieporadność w życiu, czy to nie jest przyczynek do tego, by się móc tłumaczyć(tylu dąło radę, lub próbuje).

      Moja rodzina się rozpadła, gdy miałem 6 lat, po dosyć nieoczekiwanej dacie powrotu z wakacji wraz z moją matką ujrzeliśmy mojego ojca z obcą kobietą w LÓZKU(cóż za fail..).
      Teraz myślę, że się dobrze bawili..cóż..
      Rodzina się rozpadła, ja stałem się materialem przetargowym podczas rozwodu, kompletnie nic nie rozumiejąc(6 lat).
      Z tego, co pamiętam, picie matki zaczęło się na długo przed tymi wydarzeniami, mój ojciec ochoczo przyjął to za powód zdrady, wszystko się sypało, każdy obwiniał każdego, cóz ja rozumiałem, teraz te historyjki to usprawiedliwianie obu stron, imo.
      .
      Zostalem z matką, mając ograniczany kontakt z ojcem(trudno powiedzieć, czy było mu to w sukurs, ja na dziś uważam, że tak, tyleż lasek naokoło, zero ZOBOWIAZAŃ przecież) moja sytuacja paprała sie coraz bardziej.
      Matka piła, bolało mnie i ją ja, bo miłośc, mnie, bo wina spadała na mnie.

      Od momentu zyskania świadomości, że coś nie jest tak, jak być powinno(ok. 6tej klasy szk. podstawowej, powiedzmy, odstajemy od normy, koledzy mają co dzień OBIAD – uh, dziwne), sytuacja powoduje kolejne etapy rozpadu mojego życia.

      W którymśtam momencie zaczłą się kołowrotek uzależniania od uzależnionego(bo przecież COS było nie tak, i wynikowo ratuj dziecko rodzica, wieczne poczucie winy i zero metod). Podnosimy mamę, ścielmy łóżko, czajnik płonie, co SIĘ DZIEJE…wiek 7 lat.
      Boze narodzenie, jestem u dziadków, mamy nie ma, pijana tłumaczy się dyżurami(a jest poparzona wylanym na siebie wrzątkiem, fatlana rana, i dziesiątki takich wydarzeń latami)…

      Zero kontroli, planowania, NIC.

      Ceniłem wiedzę i naukę, i niestety, naturalnie w którymśtam momencie typowy wiekowi bunt zaczął przyjmować niebezpiecznie formy likwidujące mnie z uznania mnie jako osoby zdolnej do ukończenia LO, nie było nikogo, kto by mną potrząsnął, więc po co ten bunt wobec tego….ale utonąłem w rozpadzie. Samotne eksperymenty z dragami, izolacja, rozpad, mimo to matura, i zero wiary w siebie na wyjściu.
      Po wyjściu z szkoły float tu i tam, postępująca totalna izoalacja i ciągły wstyd, i świadomośc, że wielu dało radę a ja nie dam. Bo byłem i jestem pewny.

      Mijają lata – sytuacje dramatyczne, ratowanie, wycieczki do szpitali, pogotowia, wielogodzinne oczekiwanie, poszukiwania, czekanie, nerwy w strzępach..
      I nagle – brat mojej matki zabił się w dzień swoich urodzin 6 lat temu, śmierć samobójcza, totalne wypalenie i NIE mogłem pomóc, nie mógł nikt(nauka z wydarzenia prosta),
      jedyna osoba, jaką ceniłem, zginęła na włąsne zyczenie.

      Tego dnia mój ojciec zawiózł mnie do moich dziadków, mama nie pojechała, NIE WIEDZIALA, była zalana przez kolejne dwa dni, nie pożegnała brata,
      Potem pamietam głupie tłumaczenie SWOIM rodzicom, czemu jej nie ma, uwierzycie…trzeźwiała.
      Pogrzeb był doświadczeniem koszmarnym, krótko mówiąc. Trauma nie do ogarnięcia.
      To istotny element układanki(wg. mnie, podobieństwa).
      Doświadczenie zostawiło mnie kompletnie samego i tak kulam się i powoli zastanawiam się, czy warto żyć.
      Ci, którzy wpadną tu przypadkiem i poczytają, powiedza pewnie, boże, cóż to za cienias, iluż to dało radę z róznych dramatów wyjść na ludzi.

      A ja nie umiem.

      Nikt mnie niczego nie nauczył, została wypadkowa szczątków przykazań i zdrowego rozsądku, na tyle niewele z tego wynikło, że sens stał się wypaczeniem..gdy się zastanowić, możnaby olać zasady, robić COS dla siebie…i nie da rady jednak NIC zrobić..

      Po zrozumieniu, że szkoła jako taka, to po prostu instytucja, ktora ma byt jak otaki w DUPIE, i nie zostawia nic z praktycznej sztuki przeżycia(a unikałem przecież edukacji podwórkowej, a nie było w tym otoczeniu rówieśników, trzymajac się blsiko domu, bo a nuż się cos stanie) po osobliwie zawiłym przebiegu lat jest już dziś.

      A dziś – jestem sam, boję się oceny ludzi, gdy coś robię, NIGDY nie jestem zadowolony z wyniku działań, żaden głos nie przekona mnie, ze to, co zrobiłem jest ok, w celu uświadczenia się w przekonaniu, że to, co robię nie ma sensu celowo robię sobie wrogów z ludzi, którzy są mi przychylni, izolacja postepuje.
      Swiadom, że tak uszkodzony, w tym wieku i jako zero nie jest dobrą ideą próba stworzenia związku i potomstwa czuję zrozumiały brak SENSU istnienia.

      Pomińmy idiotyzmy psychologów pracujących od 9 do 17(korzystałem, lecz nieszczerze, oni też zreszta byli nieszczerzy, taka praca, na pewnym poziomie pojecia to jest jasne, szkoda mi ich byłoby, gdybym szczerze mówił, pani psycholog był ładna, miła i wiedziała, że NIC nie zrobi, by pomóc, po co mówić prawdę….).

      Ok, do rzeczy, bo zmęczenie dobija..tatra mocnax4 i kołysze się obrzydliwie to wszystko. nie lubię, ale moze zasnę na parę godzin.

      Zastanawiam się nad opcją usunięcia się z obiegu i tu właśnie jest kłopot.
      Cholerny strach, ale nadzieja, że moze warto.
      Po wszelkich przemyśleniach jedyna myśl – nie każdy może powinien przeżyć, i to biorę jako usprawiedliwienie, zmęczenie sytuacją, niemożność odpoczynku i poczucie winy na tym etapie, gdy jasne sie staje, że już nic nie zrobię zdaje się być usprawiedliwieniem.
      Oczywiście, możnaby sobie szukać czegokolwiek, co wartoby uznać za sens, kurcze, nie ma nic, patrzę i nie widzę niczego, pierdólki typu słoneczko, spacerki, kółeczka wzajemnej adoracji, pierdzielenie o Szopenie, ksiązki, net, co byście nie wpisali nie zapewni nagłej zmiany całości.

      Proste pytanie – czy warto gdziekolwiek szukać jeszcze pomocy, czy mam rację, że czas to skończyć.
      Przyjaciele, czy jak moznaby czasem to odebrać, koledzy, zniknęli dorastając i przyjmując swoje problemy, stąd odpadają, ja chętnie się oddalam, bo to przecież nie ich życie, izolacja pełna, zero kontaktu, nie ma sensu, spotkania to próba siły – kontrola po 200+ml wódy, padną nerwy i komuś naubliżam za jego super życie, lub może nie, zwykle nie da rady wytrzymać…
      Nagle dociera, ze nie wolno się wpieprzać, znikaj i voila.
      Zostaje dom, ciągłe udawanie, że coś można zrobić(szkoda, że nie dla siebie), a już nie chcę.
      Nie można.

      i co.

      BartDead
      Uczestnik
        Liczba postów: 12

        po zastanowieniu, proszę szczerze o usunięcie posta.

        powód: bez sensu pytanie i ewentualnie szkodliwy opis, gdyby ktoś skojarzył…..

        magduska
        Uczestnik
          Liczba postów: 463

          „czy warto gdziekolwiek szukać jeszcze pomocy”
          Warto, można i trzeba.

          „A ja nie umiem.”
          Umiesz.

          Musisz tylko chcieć.

          Banalne, ale prawdziwe.

          Zuzanna31
          Uczestnik
            Liczba postów: 35

            Co by Ci tu odpowiedziec…jestem Twoja rowiesniczka, tez w zyciu przezywalam momenty izolacji, calkowitej desperacji, mysli samobojczych a jakoze tak jak tobie brakowalo mi odwagi, czesto prosilam o smierc, o jakas chorobe ….dochodzilo do tego ze ubzduralam sobie ze mam AIDS i czekalam az mnie zabierze.
            Bylo minelo. Nie mam recepty na zycie, nie potrafie doradzic jak znalezc sens istnienia, sama mam nadal problem ze znalezieniem wlasnego miejsca na tym swiecie, ale, wiesz co mi pomoglo: Przekonanie ze zycie to jedynie MATRIX, taka gra ( cos na wzor gry komputerowej z tym ze nie obserwojesz Twojego bohatera z zewnatrz, tylko z wewnatrz. ) Wiec doszlam do wniosku ze lubie gry, zawsze staralam sie grac jak najelpiej zawsze staralam sie jezeli nie wygrac, to przynajmniej nie przegrac….wiec ta moja gre ktora jest zycie, gram najlepiej jak potrafie; raz jest na wozie , raz pod wozem, ale kto by sie przejmowal, przeciez to Tylko gra. I jedno jest pewne: gdyby mialo mnie tu nie byc, juz dawno cos by mi sie stalo, bo w zyciu podejmowalam bardzo ryzykowne dzialania. Ale jestem, wiec tlumacze sobie to tym ze MAM TU BYC i mam grac. Wiec gram. ty tez masz tutaj byc, w przeciwnym razie juz by cie tu nie bylo, wiec zabieraj sie do kupy, pomysl nad gra ( zyciem ) rozpracuj zasady, ustal jakas stratedie i dawaj. A jak nie wyjdzie z ta strategia, to sproboj kolejnej. I tak wkolko, ta gra ( zycie ) moze byc naprawde interesujaca i pouczajaca!

            Edytowany przez: Zuzanna31, w: 2009/10/16 09:20

            Zuzanna31
            Uczestnik
              Liczba postów: 35

              A i jeszcze jedno. Kiedys smierc i tak przyjdzie po Ciebie, wczesniej czy pozniej ale i tak przyjdzie, na 100% wiec sie o to nie martw. Jezeli sie czyms zajmiesz, to zobaczysz ze czas ci bedzie tak szybko lecial, ze nawet sie nie obejrzysz jak przeleci rok, 2 lata, 5, 10, itd. Wiec teoretycznie zycie przelatuje bardzo szybko. Jezeli jestes pasywny, czas Ci sie bardzo dluzy…wiec zajmij sie czyms.
              Mysle ze po mojej wypowiedzi stalo sie jasne ze mnie samej na zyciu wcale az tak bardzo nie zalezy, nie boje sie smierci, nie boje sie praktycznie nieczego. Pomysl o ludziach "umierajacych ze strachu" z wielu powodow , nie sadzisz ze z takim nastawieniem masz po prostu lepiej?
              Mysle ze jako mezczyzna moglbys sie zajac czyms co da Ci adrenaline, bo bedzie ryzykowne, cos co bedzie pozyteczne dla ogolu a cos co tylko nieliczni moga wykonywac, tacy ktorzy nie boja sie zyc i dzialac na krawedzi. Nie wiem: mozesz sie zaciagnac do armii, mozesz stac sie kaskaderem, mozesz wstapic do strazy pozarnej i ratowac ludzi z plonacych budynkow: Budynek w plomieniach, sypie sie, wewnatrz sa np. dzieci, Ty wchodzisz i je wyciagasz. nikt kto boi sie o wlasne zycie nie moglby wykonywac takich zadan. To co masz to POTENCJAL CHLOPIE! Zamiast sie uzalac, wykorzystaj go!

              BlackDalia
              Uczestnik
                Liczba postów: 25

                Dzięki za ten post szczery, nielukrowany, dający do myślenia… Mam bardzo podobnie w gruncie rzeczy. 30 lat skończone i nadal sama, po kilku nieudanych związkach. Mam pracę, ale radości z niej nie czerpię, poczucia sensu tym bardziej. Autodywersję i kopanie pod sobą dołów opanowane mam do perfekcji. Chyba zakodowano w nas głęboko, że nie zasługujemy na nic lepszego niż mamy. Postawę "użalacza" przyjmujemy za własną tożsamość, nie wierząc (bo i na jakiej podstawie), że pod tą maską jest inna twarz. Czasowniki w trybie rozkazującym – zrób, zmień, pokochaj, odnajdź sens – rodzą bolesną frustrację i poczucie braku zrozumienia.
                To jest chyba wypalenie życiem w ogóle. Koszt emocjonalny tych wszystkich krzywd.
                Mam spokój, niezależność finansową, jakieś tam sukcesy zawodowe i poczucie, że nie mam nic. Przyjaciele poznikali zakładając własne rodziny. Rozmowy sa drętwe, sztuczne, wymuszone. Wspólne tematy – właściwie zadne (ile mozna wspominać przeszłość). Nawiązanie przyjaźni w tym wieku – praktycznie niemożliwe. No bo gdzie? Z kim? Dobrać sobie wyrzutka społecznego do pary i za jakiś czas go pożegnać gdy założy rodzinę? A może wspierać się w dysfunkcji?
                Od kilku lat chodze na terapię, wiem jakie "fazy" się z nią łączą – najpierw lęk, potem otwieramy się, potem euforia, poczucie mocy, a potem zderzenie z rzeczywistością. Kiedy oczy są już szeroko otwarte, kiedy naprawdę widzimy rzeczywistość okazuje się, że nie mamy mapy do poruszania się po niej. I nie ma powrotu do dawnych mechanizmów "znieczulania się" – już nie wystarczają, a okłamywanie się, że jakoś będzie już się nie udaje.
                I zasadnicze pytanie – po co żyję? – znów domaga się odpowiedzi.
                Zycie w izolacji nie ma wielkiego sensu, choćby stu psychologów twierdziło inaczej. Nikt, kto ma rodzinę nie zrozumie jak idiotycznie czuje sie człowiek – zwłaszcza kobieta – po 30-tce, w towarzystwie szczebioczących radośnie mam.
                W tej sytuacji nie wiem, czy całkowity brak instynktu macierzyńskiego jest klątwą czy błogosławieństwem. Ale sprawia, że czuję sie jak przybysz z obcej planety, dziwoląg, przedstawiciel innego gatunku. I tego poczucia nie zrekompensują mi ani 3 doktoraty ani nagroda Nobla.
                Dostanę ochrzan za użalanie, bo demotywuję innych. Niech i tak będzie. Ale od dłuższego czasu mam takie myśli, a post autora wątku zainspirował mnie do tych wynurzeń.

                Torquemado
                Uczestnik
                  Liczba postów: 901

                  I bardzo dobrze, że napisaliście z BartDeadem swoje posty. Wasze historie trafiają do mnie o wiele bardziej niż lukrowane i cukierkowe i absolutnie nie są demotywujące.

                  Donatta
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 191

                    wydaje mi sie ze nikt tu nie lukruje, raczej dla każdego są to nie ciekawe przeżycia więc nie rozumiem o jakim lukrowaniu piszecie

                    BartDead
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 12

                      Dziś tego, co wczoraj napisałem, nie napisałbym. To bezcelowe, ponadgodzinne edity, po co..

                      Zuzanna31, nie przemawia do mnie to, co piszesz.
                      od początku tych problemów uciekałem w komputery, aktualnie jestem mocno połamanym już, słabym przez lata niedożywienia gościem i jakoś idea zostania bohaterem realną nie jest.

                      Boję się ludzi, nie ufam ludziom i nie czuję się związany więzami społecznymi, czy moze powiedzmy, że uznałem, że lepiej nie być i TERAZ już nie szukam tego..
                      Kontakty z ludźmi męczą mnie, nikła komunikatywność eliminuje zupełnie z realu(siedzenie w super towarzystwie, i pierdu pierdu o banałach, gdy coś się w domu może stać nie jest po prostu..po prostu to bezsens i męczarnia – pogadajmy o pogodzie, albo " wiesz, kupiłem 14 auto i ma fajny kolor".. boże…).
                      Co do misji, ostatnio straciłem duży fragment sensu działań, któremu poświęciłem 6 lat życia, w kilka dni zabiłem szacuken(podobno szacunek), jaki miałem u pewnej grupy hobbystów.
                      Olałem to, nie nadążałem, mam dość pomagania, pomagania, pomagania..

                      Zerowa samoocena likwiduje mnie z sensownej pracy, "karając się" nawet nie szukam czegś na poziomie(pominę nawet krysys i inne bzdury).
                      Wynikowo zostaje podła robota, komp z netem i słuchawki – cały mój świat.

                      Moje pytanie, czy warto było raczej czysto retoryczne, jako, że chyba jasne jest, że nie wierzę w magiczne przemiany, trzeba mieć jakikolwiek cień złudzeń(wtedy może nawet mozna się oszukać) a ja absolutnie od takowych jestem odległy – i to, czy chcę, czy nie, nie ma nic do rzeczy.
                      To się nazywa świadomość sytuacji.

                      Doświadczenia z szukaniem pomocy u psychologów sprawiają, że na dziś nie umiem się zmusić do kolejnej próby, jedyną róznicą pomiędzy tamtymi próbami, a ewentualnie aktualną byłby zerowy brak ściemniania i ukrywania czegokolwiek.
                      Tylko jakie to miałoby znaczenie, ja wiem, co się dzieje, skąd się to wszystko bierze i dokąd zmierza.

                      Kwestią jest tylko to, czy przyspieszać koniec, taki mały pierwotny bąbel w głowie zrozumiałe, że hamuje.
                      Woli się męczyć…widać.

                      Dlatego, jak mówiłem, topic nie ma sensu, jak sądzę.

                      Pozdrawiam.

                      upd:
                      po powrocie z pracy znalazłem butelkę 0.7, pustą, zginęło mi 50 pln z odkładanych pieniędzy, dzień, jak codzień..
                      chrapanie słyszę i będę słyszał godzinami. to lepsze, niż wyzwiska i gnojenie do 3 rano…
                      tyle widzę.

                      Edytowany przez: BartDead, w: 2009/10/16 20:25

                      koralowa
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 21

                        Sorry, ale to jest tylko na Twoje własne zyczenie. Lubisz się nad soba użalać dlatego nic nie zmieniasz, przyzwyczailes sie (tez tak mam). Masz megaproste rozwiązanie i go nie chcesz widzieć. Jak Ty coś chciałeś zmienić jak ciągle mieszkasz z matką?? Chlopie: WYPROWADZ SIĘ i nie mów że się nie da! Da się. Zacznij życ sam dla siebie, sam ze soba, skoncz z tymi wyzwiskami. No masz w domu (metaforycznie mowiac) ogien i sam w niego wlazisz dzien w dzien? Gratuluje ze chociaz zaczales zauwazac ze tego nie da sie zmienic. Ogien zawsze Cie oparzy. Wiec nie wlaz tam. UWOLNIJ SIE FIZCZNIE. Nie masz celu w zyciu? To moze pierwszy: tak zmienic swoja sytuacje by moc sie wyprowadzic. i da sie. Ja jestem wlasnie w trakcie realizacji tego planu i mialam rownie niefajne dziecinstwo jak Ty (wyjezdzam za granice do pracy za pozyczone pieniadze, by moc sie uwolnic od codziennego ponizania przez najblizszych)

                        (zla jestem, ale pisze z jakby nie patrzec z sympatia do Ciebie i zycze Ci powodzenia, i ja pikole, szukaj mieszkania!)

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 65)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.