Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › nie wiem co dalej.
-
AutorWpisy
-
Masz, racje koralowa. Pierwszy krok to pojsciena wlasne smieci. Wyprowadzka jako tako sa ma nie pomoze, ale to jest wstep do reszty.
Ile wy ludziemacie lat, ze jeszcze z rodzicami? Ja wyprowadzilam sie w wieku 20 lat. Czyli juz 11 lat mieszkam na swoim, nigdy nie zalowalam.koralowa – TAK LUBIĘ to, bardzo to lubię.
nie będę więcej korzystał z forum, z racji potencjalnie szkodliwych dla mnie(w REALU) wpisanych przez mnie tu treści proszę o usunięcie wątku i konta.
zostańmy przy tym, że LUBIĘ to, co mam.pieprzenie.
trzymajcie się.
Edytowany przez: BartDead, w: 2009/10/16 22:13
a dlaczego te tresci sa szkodliwe? Mi to co pisales wlasnie pomoglo. Poczulam sie jakbym to ja pisala. i dlatego sie tak zdenerwowalam i az wybieglam do sklepu po fajki. Pomoglo mi bo mnie zmotywowalo. Boje sie wyjechac, boje sie mnostwa rzeczy z tym zwiazanych. Do tego znalazly sie mile osoby w mojej rodzinie, ktore mowia odwrotnie niz Twoj ojciec. Mi zycza zle i mowia ze sie nie uda.
a Ty mnie zmotywowales, bo zobaczylam siebie. Przed przeczytaniem Twojego posta lezalam w wannie i sie zastanawialam jakby to sie utopic. Glupie, bo myslac o tym wiedzialam, ze tego nie zrobie, bo sie boje i bo tak nie wolno. Twoj post prosto z Twojej duszy.
Napisz proszę co stoi na przeszkodzie, abys sie wyprowadzil? Nie chcesz mamy zostawiac samej? Dlaczego tego nie robisz?
To, co jest w Tobie jest Twoje. Chcesz inaczej żyć, posłuchaj siebie.. tylko tam znajdziesz odpowiedź. Zyczę Tobie, aby przyszło dobre rozwiązanie.
NIE WIERZĘ ZE LUBISZ
..szukasz rozwiazania, inaczej by Cie tu nie bylo..
Edytowany przez: koralowa, w: 2009/10/16 22:16
Edytowany przez: koralowa, w: 2009/10/16 22:22
Witaj BartDead
Dla mnie to, co piszesz nie brzmi jak uzalanie sie nad soba, a nawet, jesli sie lubisz uzalac, to co z tego..
Zadajesz trudne pytanie o sens istnienia, sens cierpienia. Czujesz trudne emocje, miales wiele trudnych przezyc. Wielu ludzi sie nad tym nie zastanawia, bo sa na tyle zabiegani i zajeci, by o tym nie myslec lub uciekac od tego przez cale zycie.
Napisales "Kontakty z ludźmi męczą mnie, nikła komunikatywność eliminuje zupełnie z realu(siedzenie w super towarzystwie, i pierdu pierdu o banałach, gdy coś się w domu może stać nie jest po prostu..po prostu to bezsens i męczarnia – pogadajmy o pogodzie, albo " wiesz, kupiłem 14 auto i ma fajny kolor".. boże…)." Sa ludzie, ktorych trapia podobne problemy co ciebie… ktorych tez mecza puste rozmowy i chetnie pogadaja o czyms, co ich wewnetrznie dotyczy.
"Moje pytanie, czy warto było raczej czysto retoryczne, jako, że chyba jasne jest, że nie wierzę w magiczne przemiany, trzeba mieć jakikolwiek cień złudzeń(wtedy może nawet mozna się oszukać) a ja absolutnie od takowych jestem odległy – i to, czy chcę, czy nie, nie ma nic do rzeczy."
Zgadzam sie z tym, ze magicznych przemian nie ma. Jest ciezko zyc bez iluzji, ale mozna."Doświadczenia z szukaniem pomocy u psychologów sprawiają, że na dziś nie umiem się zmusić do kolejnej próby, jedyną róznicą pomiędzy tamtymi próbami, a ewentualnie aktualną byłby zerowy brak ściemniania i ukrywania czegokolwiek."
Moze ta roznica (brak sciemniania i ukrywania) bylaby krokiem milowym w twoim zyciu.POZDRAWIAM I ZYCZE WSZYSTKIEGO DOBREGO
Witaj, BartDead.
No, nie zazdroszczę Ci. Ale swoją drogą, popatrz na siebie – od ćwierć wieku opiekujesz się nieodpowiedzialną matką, to chyba jest coś? Jeśli matka wciąż żyje i spokojnie sobie może popijać, to znaczy, że nie jesteś w tym taki zły. Marna to może satysfakcja, ale zawsze coś. Wydaje mi się, że jeśli to potrafisz, to i z innymi rzeczami sobie poradzisz. Chyba Cię zdenerwowała rada, żebyś się wyprowadził od matki. Prawdę mówiąc – rada niezła, ale nie do zeralizowania. Podobnie jak teoretyczna propozycja, żebyś pijanej matki nie wpuścił do domu, albo wystawił ją za drzwi, jeśli z domu nie wychodzi. Teoretycznie mógłbyś też starać się o przymusowe leczenie. Rady nie do zrealizowania, choć częściowo rozwiązałyby Twój problem. Mnie jest łatwiej – nie mieszkam już od dawna z ojcem-alkoholikiem, rodzice rozwiedli się ponad 25 lat temu, ja nie miałam nic do gadania – po prostu pewnego dnia wróciłam z uczelni i zastałam matkę pakującą różne rzeczy. Na pytanie co się dzieje, odpowiedziała po prostu: "wyprowadzam się". Nie zamierzała mnie ze sobą zabrać, więc nie mając dokąd pójść zostałam w mieszkaniu ojca i mieszkałam z nim parę lat. Teraz ojciec ma ponad siedemdziesiątkę, jest po kilku ciężkich operacjach i po udarze mózgu, druga żona zmarła, jest praktycznie sam, opiekę ma marną, ale na tyle wystarczającą, żeby flaszkę mu dostarczyli (sam nie może chodzić). Oczywiście słyszę zewsząd, że powinnam się ojcem zaopiekować. Ze to przecież ojciec. Ze każdy chłop sobie lubi wypić i nic w tym złego, czemu mi to przeszkadza. Najgorsze, że sama w to wierzyłam – że przecież ojciec, że co z tego że pije, kiedy przede wszystkim jest chory, nie ma dobrej opieki tam, gdzie mieszka, że zimą będzie mu ciężko, bo nie da rady sam sobie napalić w piecu, a czy sąsiedzi mu napalą nie jest pewne. No, długa historia. Parę miesięcy biłam się z myślami – pomóc, nie pomóc i ostatecznie zdecydowałam, że NIE. On zawsze znalazł kogoś, kto się nim zaopiekował. Dzięki temu mógł pić i niczym ani nikim się nie przejmować. Późno, bo późno, ale musi kiedyś wyrżnąć o dno. I nawet nie zależy mi na tym, żeby się czegoś nauczył, żeby przestał pić – zależy mi wyłącznie na moim własnym życiu, kóre jakoś udało mi się pozbierać do kupy po paroletnim mieszkaniu z nim pod jednym dachem. Jestem od Ciebie sporo starsza i właściwie dpiero jak byłam w Twoim wieku zaczęłam pojmować, że z cała moją rodziną coś było nie tak i niekoniecznie to ja jestem nieprzystosowana, konfliktowa, nieprawidłowa, nienormalna, do niczego się nie nadaję i co tam jeszcze. Rozgryzanie tematu zajęło mi kolejnych kilkanaście lat i tak naprawdę nie jest jeszcze zakończone. Pod jednym względem Ci zazdroszczę – u Ciebie sprawa jest ewidentna, jednoznaczna. U mnie wszystko było mgliste i rozmyte.Latami dochodziłam, o co naprawdę w tym wszystkim chodziło i co z tym zrobić dalej. I nie widziałam żadnego wyjścia. Tylko że nie miałam odwagi przeciąć sprawy definitywnie, więc to wszystko wlokło się beznadziejnie. No, jak sobie chcesz, ale powiem Ci, że jeszcze parę lat temu, kiedy podobnie jak Ty siedziałam w necie z drinkiem przy monitorze (też nie lubię alkoholu), w życiu bym się nie spodziewała, że moje sprawy taki przybiorą obrót, że wyprowadzę się z małej klity w bloku do domu z dużym ogrodem i z widokiem na pasące się spokojnie pod lasem sarny. Myślę, że straciłam paręnaście lat. To wszystko – albo coś innnego – mogło przyjść szybciej, byłabym młodsza, miałabym więcej siły. Kiedy patrzę na to z dystansu to widzę,że to była kwestia mojego własnego wyboru. Trzeba było wcześniej odciąć się emocjonalnie od rodziny, nie dać szantażować. Jednak to było bardzo trudne i nie winię siebie za to.I tak – dobrze, że teraz jest to, co jest i nie pozwolę nikomu, żeby mi to zmarnował.
Pozdrawiam.Urwac kontakty zupelnie moze byc trudne, ale nie rozumiem dlaczego wyprwadzenie sie mialoby takie byc. Ja widze to tak: dorastasz i wyfruwasz z gniazda, a jesli tego nie robisz , tzn jeszcze nie dorosles. Czasem jednak to rodzice nie pozwalaja dorosnac, wiec zeby to zrobic, trzeba sie wyprowadzic, ale na to potrzeba silnej woli: jedni w koncu sie buntuja i to robia, innym tak po prostu wygodnie.
Co do autora artykulu…juz wiecej nie bede komentowac.Wczesniej staralam sie jakos go zmotywowac, ale na to wyglada ze on wcale motywacji nie chce, jemu jest wygodnie tak jak jest, bo w ten sposob nie musi za nic brac odpowiedzialnosci, winna jest matka alkoholiczka, on jes ten dobry, biedny, co sie stara jakos zyc i jakos matce pomagac.
Alkoholikowi mozna pomoc tylko w 1 sposob: olac go zupelnie, niech chleje, niech robi pod siebie, niech spi we wlasnych wymiocinach, gdy juz sie zeswini tak ze bardziej nie mozna, albo sie wkoncu przebudzi albo nie. Jezeli sie przebudzi – dobrze, jezeli nie – coz, trudno, taki byl jego (jej wybor), ktory trzeba uszanowac.A takie tlumaczenie ze sie probuje ale nie wychodzi czy ze cos nie przemawia, to takie dzieciece wymigiwanie sie: o widzisz ja bym bardzo chcial, tylko nie wiem po co, a ty niestety nie umiesz mnie przekonac, wiec bede w tym tkwil dalej.
Przypomina mi to moja matke: stwierdzila ze winna jej niewydolnosci jest jej wlasna matka, bo byla toksyczna i dawaj robila co chciala, a gdy przyszlo odpowiadac za jakas glupote zrobiona tlumaczenie bylo jedno: "niestety nie potrafilam inaczej, to nie moja wina ze jestem taka skolowana, to moja matka taka mnie zrobila"…
Kobieta 50 letnia tlumaczaca sie w ten sposob to jest kpina!
Autor postu jest tez na wlasciwej drodze….Czytając tego posta, zaczęłam się bać że coś się stanie. Taki strach mnie ogarnął jakiś.
Ktoś powiedział tak: pomyśl odwrotnie niż myślisz zawsze, a wygrasz. Trzeba spróbować. A jakby Ci ktoś powiedział że jesteś super facetem, że na to co robisz czekają inni, że bez Ciebie ten padół nie będzie taki sam.. będzie gorszy, że inni czekają na ciebie. Załamanie przychodzi i odchodzi, ale to nie powód żeby kończyć wszystko bez sensu. Tak uważam. Bo czasem następują nieoczekiwane "zwroty akcji", coś zaskakuje i zaczyna kręcić się w przeciwnym kierunku. W lepszym kierunku. Koralowa ma rację, zrób pierwszy krok i wyprowadź się. Może nie jestem przekonywująca,ale mam niejedno za sobą. Poza tym zejście z tego świata bywa niekiedy nieskuteczne. Coś takiego też trzeba brać pod uwagę. Zawsze wydaje się, że to bezbolesne, łatwe i wszystko szybko zakończy. Nieprawda. To koszmar, milion razy gorszy gorszy niż ten który właśnie przeżywasz.ps.. ten poprzedni post to była odpowiedź na pierwszy post BartDead
Zuzanna31 zapisz:
„Urwac kontakty zupelnie moze byc trudne, ale nie rozumiem dlaczego wyprwadzenie sie mialoby takie byc. Ja widze to tak: dorastasz i wyfruwasz z gniazda, a jesli tego nie robisz , tzn jeszcze nie dorosles. Czasem jednak to rodzice nie pozwalaja dorosnac, wiec zeby to zrobic, trzeba sie wyprowadzic, ale na to potrzeba silnej woli: jedni w koncu sie buntuja i to robia, innym tak po prostu wygodnie. ”Albo nie mają pieniędzy na kupno/wynajęcie samodzielnego locum. Poza tym, jeśli autor zaczął opiekować się matką mając lat 7, prawdopodobnie wytworzył się między nimi silny związek emocjonalny. Co z tego, że się wyprowadzi, i tak będzie najprawdopodobniej przybiegał albo dzwonił co chwilę sprawdzić, czy matce nic się nie stało. Miała parę poważnych wypadków, jak pisze, więc czułby się winny, gdyby coś się wydarzyło, jest przecież jej opiekunem. Jedynym, jak się wydaje. Gdyby coś się stało, czułby pewnie, że znowu zawiódł. Więc stara się jak może – nie zawieść. Ze szkodą dla siebie, ale z tego błędnego koła wyjść jest piekielnie trudno.
„Co do autora artykulu…juz wiecej nie bede komentowac.Wczesniej staralam sie jakos go zmotywowac, ale na to wyglada ze on wcale motywacji nie chce, jemu jest wygodnie tak jak jest, bo w ten sposob nie musi za nic brac odpowiedzialnosci, winna jest matka alkoholiczka, on jes ten dobry, biedny, co sie stara jakos zyc i jakos matce pomagac. ”
O ile mogę sądzić na podstawie jednego posta, to jednak nie myślę, żeby tak było. Wydaje mi się, że autor faktycznie jest pod ścianą.I wcale nie jest to ściana pozorna.
„Alkoholikowi mozna pomoc tylko w 1 sposob: olac go zupelnie, niech chleje, niech robi pod siebie, niech spi we wlasnych wymiocinach, gdy juz sie zeswini tak ze bardziej nie mozna, albo sie wkoncu przebudzi albo nie. Jezeli sie przebudzi – dobrze, jezeli nie – coz, trudno, taki byl jego (jej wybor), ktory trzeba uszanowac. ”
Racja. Ale nieznajomy alkoholik, to jednak co innego, niż rodzic.
„A takie tlumaczenie ze sie probuje ale nie wychodzi czy ze cos nie przemawia, to takie dzieciece wymigiwanie sie: o widzisz ja bym bardzo chcial, tylko nie wiem po co, a ty niestety nie umiesz mnie przekonac, wiec bede w tym tkwil dalej.
Przypomina mi to moja matke: stwierdzila ze winna jej niewydolnosci jest jej wlasna matka, bo byla toksyczna i dawaj robila co chciala, a gdy przyszlo odpowiadac za jakas glupote zrobiona tlumaczenie bylo jedno: "niestety nie potrafilam inaczej, to nie moja wina ze jestem taka skolowana, to moja matka taka mnie zrobila"…
Kobieta 50 letnia tlumaczaca sie w ten sposob to jest kpina!
Autor postu jest tez na wlasciwej drodze….”Tylko zauważ, że autor od dzieciństwa nie miał żadnych swoich spraw. Nic kompletnie, bo już jak był mały musiał pędzić do domu zaopiekować się matką. Zadnego zapraszania kolegów, no bo jak? Zadnego rozwijania zainteresowań, bo jak? Najłatwiejszy był komputer – dawał się pogodzić z domową rolą autora. Wakacje, wycieczki? O ile znam się na alkoholikach to wątpię. A jeśli były, to kończyły sę pewnie wstydem i udręką. O ile mogę się domyślać, chłopak nie ma nic w garści, kompletnie nic i nawet nie wie, jak zacząć coś mieć i czy w ogóle warto. Trudno, żeby w tej sytuacji cokolwiek go cieszyło, wciągało, o budowaniu włsanej rodziny nie mówiąc. Kiedy żyjesz pod jednym dachem z alkoholikiem, nie jesteś pewna dnia ani godziny – nigdy nie wiesz, co zastaniesz po powrocie do domu, więc pędzisz do tego domu żeby zapobiec jakiemuś nieszczęściu. No, ja na przykład w stanie wojennym, kiedy nie było tak prosto jak dziś z kupowaniem wszystkiego wróciłam kiedyś późnym wieczorem z wykładów i okazało się, że mój tatuś po pijanemu rozwalił ciężką popielniczką…. miskę klozetową. To może się wydawać komiczne, ale za bardzo nie było, bo najbliższe WC było w knajpie o kilkaset metrów od domu. W dodatku ojciec poszedł w cug i kilka dni go nie było, a ja kompletnie nie wiedziałam, gdzie szukać kogoś, kto załatwi nowy sedes. W sklepie – to można było pomarzyć, albo stać kilka dni w kolejce, jak się trafiło że "mieli rzucić klozety". Więc rajd po knajpach i szukanie ojca, kóry znał jakieś "złote rączki", które miały dostęp do sklepów i "spod lady" mogły kupić. W końcu zmusiłam go do naprawy tego, co zniszczył, ale przez kilka dni tak musiałam się organizować, żeby w domu nie musieć korzystać z toalety. Może gdybym była w domu, sama bym wyrzuciła niedopałki i problemu by nie było. Albo przychodził w nocy pijany i smażył sobie jajka, tylko że jajka rozbite wylądowały na podłodze, a patelnia na odkręconym, ale nie zapalonym gazie. Więc zawsze kiedy wracał nad ranem, budziłam się i jak byłam pewna, że już zasnął, wstawałam i sprawdzałam wszystko. Albo zastawałam w domu wesołe towarzystwo różnych pań i panów, którzy w ogóle nie przejmowali się, że ja np. następnego dnia mam egzamin. Tak to wygląda, i trudno w takch warunkach w jakikolwiek sposób myśleć o sobie i budowaniu swojego życia poza tym jednym – jak uniknąć niebezpieczeństwa.
Pozdrawiam.Zuzanna31 zapisz:
„Urwac kontakty zupelnie moze byc trudne, ale nie rozumiem dlaczego wyprwadzenie sie mialoby takie byc. Ja widze to tak: dorastasz i wyfruwasz z gniazda, a jesli tego nie robisz , tzn jeszcze nie dorosles. Czasem jednak to rodzice nie pozwalaja dorosnac, wiec zeby to zrobic, trzeba sie wyprowadzic, ale na to potrzeba silnej woli: jedni w koncu sie buntuja i to robia, innym tak po prostu wygodnie. ”Albo nie mają pieniędzy na kupno/wynajęcie samodzielnego locum. Poza tym, jeśli autor zaczął opiekować się matką mając lat 7, prawdopodobnie wytworzył się między nimi silny związek emocjonalny. Co z tego, że się wyprowadzi, i tak będzie najprawdopodobniej przybiegał albo dzwonił co chwilę sprawdzić, czy matce nic się nie stało. Miała parę poważnych wypadków, jak pisze, więc czułby się winny, gdyby coś się wydarzyło, jest przecież jej opiekunem. Jedynym, jak się wydaje. Gdyby coś się stało, czułby pewnie, że znowu zawiódł. Więc stara się jak może – nie zawieść. Ze szkodą dla siebie, ale z tego błędnego koła wyjść jest piekielnie trudno.
„Co do autora artykulu…juz wiecej nie bede komentowac.Wczesniej staralam sie jakos go zmotywowac, ale na to wyglada ze on wcale motywacji nie chce, jemu jest wygodnie tak jak jest, bo w ten sposob nie musi za nic brac odpowiedzialnosci, winna jest matka alkoholiczka, on jes ten dobry, biedny, co sie stara jakos zyc i jakos matce pomagac. ”
O ile mogę sądzić na podstawie jednego posta, to jednak nie myślę, żeby tak było. Wydaje mi się, że autor faktycznie jest pod ścianą.I wcale nie jest to ściana pozorna.
„Alkoholikowi mozna pomoc tylko w 1 sposob: olac go zupelnie, niech chleje, niech robi pod siebie, niech spi we wlasnych wymiocinach, gdy juz sie zeswini tak ze bardziej nie mozna, albo sie wkoncu przebudzi albo nie. Jezeli sie przebudzi – dobrze, jezeli nie – coz, trudno, taki byl jego (jej wybor), ktory trzeba uszanowac. ”
Racja. Ale nieznajomy alkoholik, to jednak co innego, niż rodzic.
„A takie tlumaczenie ze sie probuje ale nie wychodzi czy ze cos nie przemawia, to takie dzieciece wymigiwanie sie: o widzisz ja bym bardzo chcial, tylko nie wiem po co, a ty niestety nie umiesz mnie przekonac, wiec bede w tym tkwil dalej.
Przypomina mi to moja matke: stwierdzila ze winna jej niewydolnosci jest jej wlasna matka, bo byla toksyczna i dawaj robila co chciala, a gdy przyszlo odpowiadac za jakas glupote zrobiona tlumaczenie bylo jedno: "niestety nie potrafilam inaczej, to nie moja wina ze jestem taka skolowana, to moja matka taka mnie zrobila"…
Kobieta 50 letnia tlumaczaca sie w ten sposob to jest kpina!
Autor postu jest tez na wlasciwej drodze….”Tylko zauważ, że autor od dzieciństwa nie miał żadnych swoich spraw. Nic kompletnie, bo już jak był mały musiał pędzić do domu zaopiekować się matką. Zadnego zapraszania kolegów, no bo jak? Zadnego rozwijania zainteresowań, bo jak? Najłatwiejszy był komputer – dawał się pogodzić z domową rolą autora. Wakacje, wycieczki? O ile znam się na alkoholikach to wątpię. A jeśli były, to kończyły sę pewnie wstydem i udręką. O ile mogę się domyślać, chłopak nie ma nic w garści, kompletnie nic i nawet nie wie, jak zacząć coś mieć i czy w ogóle warto. Trudno, żeby w tej sytuacji cokolwiek go cieszyło, wciągało, o budowaniu włsanej rodziny nie mówiąc. Kiedy żyjesz pod jednym dachem z alkoholikiem, nie jesteś pewna dnia ani godziny – nigdy nie wiesz, co zastaniesz po powrocie do domu, więc pędzisz do tego domu żeby zapobiec jakiemuś nieszczęściu. No, ja na przykład w stanie wojennym, kiedy nie było tak prosto jak dziś z kupowaniem wszystkiego wróciłam kiedyś późnym wieczorem z wykładów i okazało się, że mój tatuś po pijanemu rozwalił ciężką popielniczką…. miskę klozetową. To może się wydawać komiczne, ale za bardzo nie było, bo najbliższe WC było w knajpie o kilkaset metrów od domu. W dodatku ojciec poszedł w cug i kilka dni go nie było, a ja kompletnie nie wiedziałam, gdzie szukać kogoś, kto załatwi nowy sedes. W sklepie – to można było pomarzyć, albo stać kilka dni w kolejce, jak się trafiło że "mieli rzucić klozety". Więc rajd po knajpach i szukanie ojca, kóry znał jakieś "złote rączki", które miały dostęp do sklepów i "spod lady" mogły kupić. W końcu zmusiłam go do naprawy tego, co zniszczył, ale przez kilka dni tak musiałam się organizować, żeby w domu nie musieć korzystać z toalety. Może gdybym była w domu, sama bym wyrzuciła niedopałki i problemu by nie było. Albo przychodził w nocy pijany i smażył sobie jajka, tylko że jajka rozbite wylądowały na podłodze, a patelnia na odkręconym, ale nie zapalonym gazie. Więc zawsze kiedy wracał nad ranem, budziłam się i jak byłam pewna, że już zasnął, wstawałam i sprawdzałam wszystko. Albo zastawałam w domu wesołe towarzystwo różnych pań i panów, którzy w ogóle nie przejmowali się, że ja np. następnego dnia mam egzamin. Tak to wygląda, i trudno w takch warunkach w jakikolwiek sposób myśleć o sobie i budowaniu swojego życia poza tym jednym – jak uniknąć niebezpieczeństwa.
Pozdrawiam. -
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.