Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › nie wiem co dalej.
-
AutorWpisy
-
"Kiedy żyjesz pod jednym dachem z alkoholikiem, nie jesteś pewna dnia ani godziny – nigdy nie wiesz, co zastaniesz po powrocie do domu, więc pędzisz do tego domu żeby zapobiec jakiemuś nieszczęściu"
Wiem jak to wyglada, bo przez 16 lat mieszkalam z ojcem alkoholikiem i matka wspoluzalazniona. Wszedzie powtarza sie ten schemat i dopoki sie kisisz w tym sosie nie wiesz ze moze byc inaczej. Trzeba wyjsc do ludzi z innego srodowiscka zeby to zrozumiec. Niestety moja matka przez 16 lat patrzyla jak ojciec sie nade mna znaecal, dopiero gdy trafilam do szpitala, przeprowadzono mi badania w ktorzych wykazano nerwica depresyjna z tendencjami samobojczymi moja matka cos zrobila, ale tylko dlatego iz jezeli nie zostalabym odizolowana od ojca terapia nie przynioslaby zadnych rezultatow.
Dopiero po odejciu od ojca moja matka pokazala co ona potrafi w sensie jak bardzo potrafi pasozytowac na innych i jak bardzo jest nieudolna. Wczesniej byla ta biedna kochana mamusia pokrzywdzona.
Tak czy inaczej,w zyciu koniecznie jest dokonywanie wyborow: albo ty , albo inni.Wiem ze wybranie siebie, a nie innych moze byc trudne, ale trzeba takiego wyboru dokonac, zeby sie ratowacy.
dzięki za wpisy..
—
dwie rzeczy mnie aktualnie denerwują:
– na moje prośby, by usunięto ten wątek administracja NIC nie odpisała, czyli nie da rady.
– konstrukcja forum(stary/dziwny silnik) najwyraźniej uniemożliwia zdjęcie subskrybcji, czyli, każdy post oznacza info na malia i kolejne zastanawianie się, wejść, nie wejść, czytać, nie czytać, odpisać, nie odpisać, fatalna pułapka.Edytowany przez: BartDead, w: 2009/10/18 10:14
..
Edytowany przez: BartDead, w: 2009/10/18 10:12
Do Zuzanny31 – źle oznaczyłam cytaty, teraz próbuję poprawić, tylko nie wiem, jak to działa – mam wrażenie, że poprawki się dopisują, a nie nadpisują, więc sorki za duble. Prośba do admina, żeby w razie czego dubla usunął.
Zuzanna31 zapisz:
” Trzeba wyjsc do ludzi z innego srodowiscka zeby to zrozumiec. ”
Tylko że ludzie z innego środowiska na ogół takich pokaleczonych dziwolągów nie akceptują i trzymają się od nich z daleka. Owszem, jeśli dziwoląg może coś załatwić, to walą drzwiami i oknami, ale kiedy sama potrzebujesz pomocy – nie ma nikogo. Kiedyś o swojej sytuacji powiedziałam promotorce mojej pracy magisterskiej – żeby jej wytłumaczyć, że nieprzytomna przychodzę na zajęcia nie z powodu SWOICH imprez. Kiedy zaczęłam opowiadać, przerwała mi: "ja o takich brudach nie chcę słuchać". Od tamtej pory starałam się trzymać z daleka od ludzi z innego środowiska.
” Niestety moja matka przez 16 lat patrzyla jak ojciec sie nade mna znaecal”
Z Twoich wpisów wynika, że Twoje poczucie własnej wartości jest mniej więcej na swoim miejscu. Wydaje się, że umiesz oddzielić siebie od rodziców, nie wchodzisz w rolę ich opiekunki, i to Cię ratuje.
” Dopiero po odejciu od ojca moja matka pokazala co ona potrafi w sensie jak bardzo potrafi pasozytowac na innych i jak bardzo jest nieudolna. Wczesniej byla ta biedna kochana mamusia pokrzywdzona. ”
KLasyka gatunku. Dlatego, że taka jest i łatwo znajduje sobie usprawiedliwienie w swoich przeżyciach ze swoją matką, pozwalała Cię krzywdzić.Dobrze, że widzisz ją taką, jaka jest naprawdę.
” Tak czy inaczej,w zyciu koniecznie jest dokonywanie wyborow: albo ty , albo inni.”
Ba, to się łatwo mówi, ale kiedy przychodzi co do czego i okazuje się, że poza życiem, które miałaś nie masz nic i nie masz dokąd pójść i w dodatku masz głębokie przekonanie, że za co się nie weźmiesz to Ci nie wyjdzie i nie dasz rady, i w dodatku ryzykujesz utratę obecnej, choćby marnej egzystencji, ale jednak nie w rynsztoku to jakikolwiek ruch jest niemożliwy. To długa droga i niezłą trzeba stoczyć walkę z samym sobą, a wynik jest bardzo niepewny.
Pozdrawiam.
Edytowany przez: DeTreo, w: 2009/10/18 10:03
„Sorry, ale to jest tylko na Twoje własne zyczenie. Lubisz się nad soba użalać dlatego nic nie zmieniasz, przyzwyczailes sie (tez tak mam). ”
Ojj!!Ojj!! Jaka to ja jestem nieszczesliwa,nierozumiana. Jestem Misiem z naderwanym uchem.Zycie jest bezsensu,ja jestem bezsensu i w ogole bez sensu tez jest bez sensu,beznadziejna beznadziejnosc tez jest beznadziejnie beznadziejna.
Chyba ten post spodoba sie Forowiczom i nie zostanie uznany za lukrowany i cukierkowy.Prezraza mnie to,jak ludzie bedacy na wolnosci,wolni i dorosli z pozoru,sa w mentalnym wiezieniu swojego dziecinsta,tak przyzwyczaili sie do depresji,cierpienia i uzalania sie nad soba,ze nie wierza w ta,ze zycie moze byc spelnione i szczesliwe.Posty od SZCZESLIWYCH osob nie ciesza sie tu powodzeniem, uznawane sa za sztuczne i przeslodzone.Natomist posty uzalaczy,rozkoszujacych sie swoim cierpieniem sa bardzo popularne…Jak to pieknie licytowac sie,kto jest bardziej biedny, nieszczesliwy i pokrzywdzony przez los .Oj!!.Oj!!
Chyba uzalacze,zatruwacze zycia bliskim,swoim zadupialym i cuchnacym dupocentryzmem powinni przeczytac ksiazke Eichrenberga-POMOZ SOBIE.!!!!!!!!!DAJ SWIATU ODETCHNAC.!!!!!!!
Zgadzam sie z Donatta i Zuzanna.To czy jestescie szczesliwi to jest Wasza decyzja.I musicie ja podejmowac codziennie rano po wsatniu z lozka,czy chce byc szczesliwa(y) i wziasc zycie w swoje rece, czy chce byc ofira uzalaczem,czarnowidzem,czekajacym ,kiedy tylko zycie i ludzie znowu kopnie mnie w dupe i delektowac sie efektem, samo spelniajacej sie przepowiedni.
Ktos madry i dojrzaly przytoczyl tu kiedys bajke o orle,wychowanym z kurami,ktoremu bylo trudno udowodnic to,ze nie jest kura ,tylko orlem.No coz, podejrzewam,ze moj post zostanie uzanany za herezje.
Zycze milego cierpienia i owocnego uzalania sie nad soba.
Wiesz, ludzie mają różne biografie i różne problemy w życiu. Jeżeli Twoją największą traumą z dzieciństwa było niedostanie lalki barbie na piętnaste urodziny od tatusia, to rzeczywiście Tobie zmanierowany pseudobuddysta Eichelberger czy bajki i orłach i kurach de Mello mogły pomóc, ale innym wcale nie muszą.
BartDead zapisz:
”
– gdy ok. 2 kl. L.O szukałem pomocy, pani psycholog na moje twierdzenia, że nie mogę przecież pozwolić, by coś mojej matce się stało powiedziała – czemu nie?”No, powiedziała dość obcesowo – trudno kupić tak przekazaną myśl, ale…być może wiedziała świetnie, że nie o siniaki tu chodzi. Nie wiem, czy czytałeś Susan Forward "Toksyczni rodzice". Autorka pisze o dziewczynie, której ojciec groził, że jeśli nie zrobi tego, co on sobie życzy, to on popełni samobójstwo. Oczywiście – ponieważ w życiu jej się nic nie układało leczyła się, chodziła na terapię, trenowała odwrót od utrwalonych schematów i gdy ojciec kolejny raz wyskoczył jej ze starą śpiewką, spokojnie odpowiedziała: "To Twoja sprawa, co zrobisz". Kiedy to przeczytałam po raz pierwszy, wydało mi się to upiorne i niemożliwe do przyjęcia. Dzisiaj wiem, że taka jest jedyna odpowiedź na szantaż.
Zresztą Forward opisuje też inną historię, bardzo do Twojej podobną. Oczywiscie, groźba możliwości popełnienia samobójstwa przez rodzica to nie to samo, co realne zagrożenie dla jego życia – jak w Twoim przypadku. Czy też w moim – bo ja mam właśnie w tej chwili sytuację taką, że kiedy ojciec znowu zadzwoni że nie ma opału, zamarza, nikt mu nie pomaga i żebym go zabrała, najlepiej do siebie, bo on sobie przecież nie da rady (przerabiałam to już latem) – to będę musiała powiedzieć NIE. I najwyżej podam mu telefon do lokalnej opieki społecznej. Może mam większą motywację, bo mam o co walczyć. Będzie musiał SAM swój problem rozwiązać, mimo że jest stary i rzeczywiście schorowany. Raz dałam się wpuścić – po śmierci jego żony i po udarze zabrałam go do swojego domu. Przeżyliśmy z moim przyjacielem trzy miesiące koszmaru. Na szczęście ojciec postanowił wrócić do swojego domu, bo u nas nie dość swobodnie mógł pić, no i wtedy jeszcze miał pieniądze na dalsze picie. Teraz przepił już wszystko, co miał i nie ma skąd wziąć na wódkę. Gdybyśmy się zgodzili znowu go zabrać- wyciągałby pieniądze od nas bez żadnych skrupułów i piłby na okrągło – codziennie szła flaszka 0.7. Więc muszę powiedzieć "stop", choćby to oznaczało, że ojciec albo zostanie bez jedzenia i ogrzewania, albo trafi do jakiegoś przytułku. Niestety, nie znalazł się nikt wcześniej, kto ojcu pozwoliłby sięgnąć dna. Zawsze znalazła się jakaś pomocna dłoń, dzięki której mógł pić rujnując życie otoczeniu a sam nie ponosząc żadnej odpowiedzialności. Tak samo postępuje Twoja matka – dzięki Tobie ma zapewne komfort picia bez wielkich starań o cokolwiek. Rozmyślasz, czy warto ciągnąć ten wózek dalej. No dobra, przypuśćmy, że swój zamiar realizujesz – a co wtedy z matką? Jak sądzisz – dałaby sobie radę bez Ciebie, czy nie? I czy Ciebie by to interesowało?” i wygląda to tak samo, ciągle tak samo. ona nie chce żyć i ja nauczony jestem nie chcieć żyć.”
No właśnie, ale przecież Ty nie jesteś nią. Za to, kiedy żyje się z taką osobą, to naprawdę wszystkiego się odechciewa. Mój stary po śmierci żony powtarzał bez przerwy, że on "chce wreszcie zdechnąć". Za setnym razem, zamiast oczekiwanych wyrazów współczucia odpowiedziałam "no to wreszcie zdechnij i nie zawracaj mi tyłka". Od tamtej pory skończyło się, że on chce zdechnąć, ale zaczął, że on i tak zdechnie za miesiąc czy dwa, więc żebym dla niego zrobiła to czy tamto.Ja na to, żeby mi dał na piśmie, że za miesiąc, góra dwa zdechnie. Od tego czasu o zdychaniu mowy już nie ma wcale. Ale na to, żeby mnie było stać na ryzyko powiedzenia tego, co powiedziałam, pracowałam wiele lat.
” gaz, gaz też już przerabiałem, zgasł ogienek a ja dziwnym trafem wróciłem w porę…ciekawe, kto by miał kłopot, ile rodzin, gdyby stało się to 2 godziny potem, gdy mama chciałaby w chwilowym przebudzeniu zapalić fajeczkę(BLOK). stałem przed tą kuchenką i przez moment zastanawiałem się ,czy zakręcać, nie zakręcać? ”
Słuchaj, a pomyśl o odwrotnej sytuacji – To Ty sobie codziennie beztrosko odlatujesz , nie patrząc, gaz czy nie gaz, wiedząc, że w lodówce w razie czego coś do jedzenia wyszperasz a i pieniądze na wódkę z jakiegoś kąta wyciągniesz. Jak sądzisz – czy Twoja matka robiłaby dla Ciebie to, co Ty robisz dla niej? Twój ojciec? Dziadkowie? Ktoś inny?
„- tym, którzy dają schematyczne rady powiem krótko – żeby zrozumieć, o czym tu mowa, musiałbym im napisać książkę, co jest mozliwe, ale podanie tych danych mogłoby być bardzo zła idea w przypadku osoby, która skojarzyłaby to z konkretnymi osobami i miałaby niezła zabawę.
więc książki nie napiszę.”Gdybyś literacko to opakował, przecież nie musiałbyś dokładnie opisywać tych osób, albo nieco przemieszać fakty i osobowości? Piszesz tak, że chce się czytać, więc mogłoby wyjść nieźle.
„- po obliczeniu, ile zostałoby mi na życie po wynajmie czegokolwiek wyszło mi , że około 200 pln.
nie znam dnia ani godziny utraty aktualnej pracy(na czarno, bo przecież przy zerowej samoocenie nie szukam NICZEGO logicznego), więc myślę, że dom przy lesie to raczej osobliwa abstrakcja, a właściwie jakikolwiek wynajem to abstrakcja skracając myśl.”No właśnie, przy zerowej samoocenie. No i nic Ci się nie da powiedzieć, że np. masz dobre pióro, bo i tak to odrzucisz. Gdybym była kiedyś taka mądra jak dzisiaj, to naprawę swojego życia zaczęłabym właśnie od zastanowienia się, czy naprawdę jestem tak nic nie warta, jak twierdzą tzw. "najbliżsi". Zrobiłabym sobie listę tego, co umiem a nie tego, czego nie potrafię. To chyba Mark Twain powiedział bardzo rozsądnie, że rozczarowania trzeba palić, a nie balsamować.
Dziwne, bo jak życie stawiało mnie pod ścianą, to radziłam sobie w sytuacjach, w jakich inni siadali i płakali – tak to teraz widzę. Wtedy nie uważałam, żebym robiła coś szczególnie trudnego, ot, powstał problem no to trzeba sobie poradzić. Ale i tak uważałam, że jestem do niczego. Do pewnego momentu szukałam byle jakiej pracy, bo sądziłam, że lepsze posady nie są dla mnie. W sumie to samo życie mnie zmusiło do większego wysiłku, bo stwierdziłam, że z oferowanej pensji nie wyżyję i muszę zawalczyć o awans. Zawalczyłam – i skutecznie. Potem traciłam pracę i znajdowałam nową, ale już z inną wiarą w siebie.Niedługo znowu będę musiała się zmobilizować i skoczyć głową w dół – bo znów szykuje się nóż na gardle, tym razem nie tylko dla mnie samej. To też niezła motywacja. Ale musi się udać, bo jeśli się nie uda – to lepiej o tym nie myśleć.
Nie znam Cię wprawdzie, ale wydaje mi się, że faktycznie nie masz po co szukać pracy jako podległy pracownk. Ty jesteś od dziecka przyzwyczajony do podejmowania wszystkich decyzji i – skoro do tej pory udało Wam się przeżyć i nie wylądować na śmietniku – znaczy, że te decyzje nie były głupie. Więc wydaje mi się, że nie wytrzymasz z szefem, który najprawdopodobniej od Ciebie będzie głupszy. Może jako free-lance znalazłbyś sensowne zlecenia? Na początek. Pisałeś wcześniej, że rozstałeś się ze swoją pasją, bo miałeś dosyć pomagania, choć byłeś znany w środowisku, to się z nim rozstałeś – na własne życzenie. A nie byłoby możliwe, żebyś wycenił czas, jaki poświęcasz na pomaganie innym? Nie znam oczywiście Twoich spraw, ale myślę, że jeśli zajmujesz się w ten czy w inny sposób komputerami, to możliwości zarobkowe masz większe, niż wielu innych ludzi.
Poza tym piszesz, że jesteś słaby i niedożywiony. To też ważna sprawa, a to pewnie mógłbyś zmienić, nawet przy ograniczonych możliwościach finansowych.Jeden ciepły posiłek codziennie to podstawa. W kiepskich czasach nauczyłam się przyrządzać ziemniaki na 120 sposobów kombinując z przyprawami :-). Zupy gotowałam na cebuli i margarynie albo kostce rosołowej (gotowych wtedy nie było), albo szłam do baru mlecznego choćby na pół porcji barszczu i naleśniki. Trzeba było wykrzesać z siebie trochę energii żeby o to zadbać, ale głód jest bardzo dobrą motywacją.
„Powiedzmy sobie szczerze, jasne jest, że nie jest moim celem znalezienie tu pomocy, czytanie opinii o mnie, czy zapewnienie rozrywki czytelnikom;
jeśli ktoś będąc w odrobinę lepszej sytuacji to przeczyta i podejmie decyzję, która odmieni jego życie, cieszę się.”No, mnie w każdym razie podrzuciłeś nieco materiału do rozmyślań o mojej sytuacji, a poza tym wrażenia estetyczne też nie bez znaczenia – świetnie napisany tekst – z dystansem, na spokojnie, zwięzły – tego się często nie spotyka.
Pozdrawiam.
BartDead zapisz:
”
– gdy ok. 2 kl. L.O szukałem pomocy, pani psycholog na moje twierdzenia, że nie mogę przecież pozwolić, by coś mojej matce się stało powiedziała – czemu nie?”No, powiedziała dość obcesowo – trudno kupić tak przekazaną myśl, ale…być może wiedziała świetnie, że nie o siniaki tu chodzi. Nie wiem, czy czytałeś Susan Forward "Toksyczni rodzice". Autorka pisze o dziewczynie, której ojciec groził, że jeśli nie zrobi tego, co on sobie życzy, to on popełni samobójstwo. Oczywiście – ponieważ w życiu jej się nic nie układało leczyła się, chodziła na terapię, trenowała odwrót od utrwalonych schematów i gdy ojciec kolejny raz wyskoczył jej ze starą śpiewką, spokojnie odpowiedziała: "To Twoja sprawa, co zrobisz". Kiedy to przeczytałam po raz pierwszy, wydało mi się to upiorne i niemożliwe do przyjęcia. Dzisiaj wiem, że taka jest jedyna odpowiedź na szantaż.
Zresztą Forward opisuje też inną historię, bardzo do Twojej podobną. Oczywiscie, groźba możliwości popełnienia samobójstwa przez rodzica to nie to samo, co realne zagrożenie dla jego życia – jak w Twoim przypadku. Czy też w moim – bo ja mam właśnie w tej chwili sytuację taką, że kiedy ojciec znowu zadzwoni że nie ma opału, zamarza, nikt mu nie pomaga i żebym go zabrała, najlepiej do siebie, bo on sobie przecież nie da rady (przerabiałam to już latem) – to będę musiała powiedzieć NIE. I najwyżej podam mu telefon do lokalnej opieki społecznej. Może mam większą motywację, bo mam o co walczyć. Będzie musiał SAM swój problem rozwiązać, mimo że jest stary i rzeczywiście schorowany. Raz dałam się wpuścić – po śmierci jego żony i po udarze zabrałam go do swojego domu. Przeżyliśmy z moim przyjacielem trzy miesiące koszmaru. Na szczęście ojciec postanowił wrócić do swojego domu, bo u nas nie dość swobodnie mógł pić, no i wtedy jeszcze miał pieniądze na dalsze picie. Teraz przepił już wszystko, co miał i nie ma skąd wziąć na wódkę. Gdybyśmy się zgodzili znowu go zabrać- wyciągałby pieniądze od nas bez żadnych skrupułów i piłby na okrągło – codziennie szła flaszka 0.7. Więc muszę powiedzieć "stop", choćby to oznaczało, że ojciec albo zostanie bez jedzenia i ogrzewania, albo trafi do jakiegoś przytułku. Niestety, nie znalazł się nikt wcześniej, kto ojcu pozwoliłby sięgnąć dna. Zawsze znalazła się jakaś pomocna dłoń, dzięki której mógł pić rujnując życie otoczeniu a sam nie ponosząc żadnej odpowiedzialności. Tak samo postępuje Twoja matka – dzięki Tobie ma zapewne komfort picia bez wielkich starań o cokolwiek. Rozmyślasz, czy warto ciągnąć ten wózek dalej. No dobra, przypuśćmy, że swój zamiar realizujesz – a co wtedy z matką? Jak sądzisz – dałaby sobie radę bez Ciebie, czy nie? I czy Ciebie by to interesowało?” i wygląda to tak samo, ciągle tak samo. ona nie chce żyć i ja nauczony jestem nie chcieć żyć.”
No właśnie, ale przecież Ty nie jesteś nią. Za to, kiedy żyje się z taką osobą, to naprawdę wszystkiego się odechciewa. Mój stary po śmierci żony powtarzał bez przerwy, że on "chce wreszcie zdechnąć". Za setnym razem, zamiast oczekiwanych wyrazów współczucia odpowiedziałam "no to wreszcie zdechnij i nie zawracaj mi tyłka". Od tamtej pory skończyło się, że on chce zdechnąć, ale zaczął, że on i tak zdechnie za miesiąc czy dwa, więc żebym dla niego zrobiła to czy tamto.Ja na to, żeby mi dał na piśmie, że za miesiąc, góra dwa zdechnie. Od tego czasu o zdychaniu mowy już nie ma wcale. Ale na to, żeby mnie było stać na ryzyko powiedzenia tego, co powiedziałam, pracowałam wiele lat.
” gaz, gaz też już przerabiałem, zgasł ogienek a ja dziwnym trafem wróciłem w porę…ciekawe, kto by miał kłopot, ile rodzin, gdyby stało się to 2 godziny potem, gdy mama chciałaby w chwilowym przebudzeniu zapalić fajeczkę(BLOK). stałem przed tą kuchenką i przez moment zastanawiałem się ,czy zakręcać, nie zakręcać? ”
Słuchaj, a pomyśl o odwrotnej sytuacji – To Ty sobie codziennie beztrosko odlatujesz , nie patrząc, gaz czy nie gaz, wiedząc, że w lodówce w razie czego coś do jedzenia wyszperasz a i pieniądze na wódkę z jakiegoś kąta wyciągniesz. Jak sądzisz – czy Twoja matka robiłaby dla Ciebie to, co Ty robisz dla niej? Twój ojciec? Dziadkowie? Ktoś inny?
„- tym, którzy dają schematyczne rady powiem krótko – żeby zrozumieć, o czym tu mowa, musiałbym im napisać książkę, co jest mozliwe, ale podanie tych danych mogłoby być bardzo zła idea w przypadku osoby, która skojarzyłaby to z konkretnymi osobami i miałaby niezła zabawę.
więc książki nie napiszę.”Gdybyś literacko to opakował, przecież nie musiałbyś dokładnie opisywać tych osób, albo nieco przemieszać fakty i osobowości? Piszesz tak, że chce się czytać, więc mogłoby wyjść nieźle.
„- po obliczeniu, ile zostałoby mi na życie po wynajmie czegokolwiek wyszło mi , że około 200 pln.
nie znam dnia ani godziny utraty aktualnej pracy(na czarno, bo przecież przy zerowej samoocenie nie szukam NICZEGO logicznego), więc myślę, że dom przy lesie to raczej osobliwa abstrakcja, a właściwie jakikolwiek wynajem to abstrakcja skracając myśl.”No właśnie, przy zerowej samoocenie. No i nic Ci się nie da powiedzieć, że np. masz dobre pióro, bo i tak to odrzucisz. Gdybym była kiedyś taka mądra jak dzisiaj, to naprawę swojego życia zaczęłabym właśnie od zastanowienia się, czy naprawdę jestem tak nic nie warta, jak twierdzą tzw. "najbliżsi". Zrobiłabym sobie listę tego, co umiem a nie tego, czego nie potrafię. To chyba Mark Twain powiedział bardzo rozsądnie, że rozczarowania trzeba palić, a nie balsamować.
Dziwne, bo jak życie stawiało mnie pod ścianą, to radziłam sobie w sytuacjach, w jakich inni siadali i płakali – tak to teraz widzę. Wtedy nie uważałam, żebym robiła coś szczególnie trudnego, ot, powstał problem no to trzeba sobie poradzić. Ale i tak uważałam, że jestem do niczego. Do pewnego momentu szukałam byle jakiej pracy, bo sądziłam, że lepsze posady nie są dla mnie. W sumie to samo życie mnie zmusiło do większego wysiłku, bo stwierdziłam, że z oferowanej pensji nie wyżyję i muszę zawalczyć o awans. Zawalczyłam – i skutecznie. Potem traciłam pracę i znajdowałam nową, ale już z inną wiarą w siebie.Niedługo znowu będę musiała się zmobilizować i skoczyć głową w dół – bo znów szykuje się nóż na gardle, tym razem nie tylko dla mnie samej. To też niezła motywacja. Ale musi się udać, bo jeśli się nie uda – to lepiej o tym nie myśleć.
Nie znam Cię wprawdzie, ale wydaje mi się, że faktycznie nie masz po co szukać pracy jako podległy pracownk. Ty jesteś od dziecka przyzwyczajony do podejmowania wszystkich decyzji i – skoro do tej pory udało Wam się przeżyć i nie wylądować na śmietniku – znaczy, że te decyzje nie były głupie. Więc wydaje mi się, że nie wytrzymasz z szefem, który najprawdopodobniej od Ciebie będzie głupszy. Może jako free-lance znalazłbyś sensowne zlecenia? Na początek. Pisałeś wcześniej, że rozstałeś się ze swoją pasją, bo miałeś dosyć pomagania, choć byłeś znany w środowisku, to się z nim rozstałeś – na własne życzenie. A nie byłoby możliwe, żebyś wycenił czas, jaki poświęcasz na pomaganie innym? Nie znam oczywiście Twoich spraw, ale myślę, że jeśli zajmujesz się w ten czy w inny sposób komputerami, to możliwości zarobkowe masz większe, niż wielu innych ludzi.
Poza tym piszesz, że jesteś słaby i niedożywiony. To też ważna sprawa, a to pewnie mógłbyś zmienić, nawet przy ograniczonych możliwościach finansowych.Jeden ciepły posiłek codziennie to podstawa. W kiepskich czasach nauczyłam się przyrządzać ziemniaki na 120 sposobów kombinując z przyprawami :-). Zupy gotowałam na cebuli i margarynie albo kostce rosołowej (gotowych wtedy nie było), albo szłam do baru mlecznego choćby na pół porcji barszczu i naleśniki. Trzeba było wykrzesać z siebie trochę energii żeby o to zadbać, ale głód jest bardzo dobrą motywacją.
„Powiedzmy sobie szczerze, jasne jest, że nie jest moim celem znalezienie tu pomocy, czytanie opinii o mnie, czy zapewnienie rozrywki czytelnikom;
jeśli ktoś będąc w odrobinę lepszej sytuacji to przeczyta i podejmie decyzję, która odmieni jego życie, cieszę się.”No, mnie w każdym razie podrzuciłeś nieco materiału do rozmyślań o mojej sytuacji, a poza tym wrażenia estetyczne też nie bez znaczenia – świetnie napisany tekst – z dystansem, na spokojnie, zwięzły – tego się często nie spotyka.
Pozdrawiam.
De Treo,
Piszesz: "
Ba, to się łatwo mówi, ale kiedy przychodzi co do czego i okazuje się, że poza życiem, które miałaś nie masz nic i nie masz dokąd pójść i w dodatku masz głębokie przekonanie, że za co się nie weźmiesz to Ci nie wyjdzie i nie dasz rady, i w dodatku ryzykujesz utratę obecnej, choćby marnej egzystencji, ale jednak nie w rynsztoku to jakikolwiek ruch jest niemożliwy. To długa droga i niezłą trzeba stoczyć walkę z samym sobą, a wynik jest bardzo niepewny."Ja to wszystko przeszlam i uwierz sama swoje zycie wybudowalam metoda PROB I BLEDOW, nie dostalam zadnych drogowskazow od nikogo, czesto przezywalam momenty samotnosci…a nawet sobie nie wyobrazasz jak mozna czuc sie samotnym w obcym kraju, gdzie takjakichs tam znajomych ale oczywiscie kazdy ma swoje zycie i na pewno nie bedzie wypelnial Ci pustki w Twoim, najgorsze byly swieta czy weekendy: nawet nie wiesz jak czesto wluczylam sie sama po pustych ulicach miasta bez celu, jak czesto brana bylam za prostytutke, tudziez dostalam od kogos po twarzy za cos tam. Czesto sama chodzilam do roznych lokali: jedno piwo, drugie, zabieralam sobie rozne ksiazki zeby miec co robic w przypadku gdyby nie udalo mi sie kogos poznac….chcialam tylko moc z kims pogadac ale i tak bylam brana za taka co "szuka" przygody.
Poznani ludzie pochodzili z innego swiata: o egzystencji podobnej do mnie nie mieli zielonego pojecia: w wiekszosci to byli ludzie wyksztalceni, posiadajacy dobry zawod, mase roznych hobby, podrozujacy po swiecie i prowadzacy specyficzny tryb zycia; ja ich obserwowalam, slchalam, podziwialam i wewnatrz siebie tez tak chcialam zyc. Duzo poznanych osob, potrafilo rowniez mnie docenic: a to za blyskotliwosc, a to za inteligencje, a to za praktycznosc, a to co cos innego…i tak powolutku zaczelam dochodzic do wniosku ze chyba nie jestem takim gownem jak wczesniej myslalam.
Wiec postanowilam powalczyc. Wcale nie bylo latwo, swojej drogi szukalam na oslep, sporo popelnilam bledow, mialam wzloty upadki, nikt nie dal mi recepty na nic, po porazce sie podnosilam a po kazdym sukcesie rosla moja wiara w moje wlasne mozliwosci.
Ty mi piszesz o moim poczuciu wartosci: ja sobie je sama wypracowalam i juz nikt nie sprwi ze uwierze ze jestem nic nie warta czy ze do niczego sie nie nadaje: mnie wystarczy popatrzec gdzie bylam kiedys gdzie jestem teraz, i wszsytko staje sie jasne.
Dopoki nie zaryzykuje sie pierwszego kroku doputy bedzie sie tkwilo w gownie: W zasadzie nie ma sie niczego do stracenia: Jezeli sie nie uda – bedziesz w tym samym gownie w ktorym bylas. A jezeli sie uda …
Piszesz ze wyprowadzenie sie nie jest takie latwe, nie wszyscy maja piniadze. Tlumaczenia. Jesli sie chce to sie prace znajdzie, bedzie sie robilo cokolwiek zeby tylko zarobic pieniadze…i poza tym…zawsze mozna dzielic mieszkanie z innymi ludzmi, wowczas kosztuje to mniej. Wystarczy tylko CHCIEC.De Treo,
Piszesz: "
Ba, to się łatwo mówi, ale kiedy przychodzi co do czego i okazuje się, że poza życiem, które miałaś nie masz nic i nie masz dokąd pójść i w dodatku masz głębokie przekonanie, że za co się nie weźmiesz to Ci nie wyjdzie i nie dasz rady, i w dodatku ryzykujesz utratę obecnej, choćby marnej egzystencji, ale jednak nie w rynsztoku to jakikolwiek ruch jest niemożliwy. To długa droga i niezłą trzeba stoczyć walkę z samym sobą, a wynik jest bardzo niepewny."Ja to wszystko przeszlam i uwierz sama swoje zycie wybudowalam metoda PROB I BLEDOW, nie dostalam zadnych drogowskazow od nikogo, czesto przezywalam momenty samotnosci…a nawet sobie nie wyobrazasz jak mozna czuc sie samotnym w obcym kraju, gdzie takjakichs tam znajomych ale oczywiscie kazdy ma swoje zycie i na pewno nie bedzie wypelnial Ci pustki w Twoim, najgorsze byly swieta czy weekendy: nawet nie wiesz jak czesto wluczylam sie sama po pustych ulicach miasta bez celu, jak czesto brana bylam za prostytutke, tudziez dostalam od kogos po twarzy za cos tam. Czesto sama chodzilam do roznych lokali: jedno piwo, drugie, zabieralam sobie rozne ksiazki zeby miec co robic w przypadku gdyby nie udalo mi sie kogos poznac….chcialam tylko moc z kims pogadac ale i tak bylam brana za taka co "szuka" przygody.
Poznani ludzie pochodzili z innego swiata: o egzystencji podobnej do mnie nie mieli zielonego pojecia: w wiekszosci to byli ludzie wyksztalceni, posiadajacy dobry zawod, mase roznych hobby, podrozujacy po swiecie i prowadzacy specyficzny tryb zycia; ja ich obserwowalam, slchalam, podziwialam i wewnatrz siebie tez tak chcialam zyc. Duzo poznanych osob, potrafilo rowniez mnie docenic: a to za blyskotliwosc, a to za inteligencje, a to za praktycznosc, a to co cos innego…i tak powolutku zaczelam dochodzic do wniosku ze chyba nie jestem takim gownem jak wczesniej myslalam.
Wiec postanowilam powalczyc. Wcale nie bylo latwo, swojej drogi szukalam na oslep, sporo popelnilam bledow, mialam wzloty upadki, nikt nie dal mi recepty na nic, po porazce sie podnosilam a po kazdym sukcesie rosla moja wiara w moje wlasne mozliwosci.
Ty mi piszesz o moim poczuciu wartosci: ja sobie je sama wypracowalam i juz nikt nie sprwi ze uwierze ze jestem nic nie warta czy ze do niczego sie nie nadaje: mnie wystarczy popatrzec gdzie bylam kiedys gdzie jestem teraz, i wszsytko staje sie jasne.
Dopoki nie zaryzykuje sie pierwszego kroku doputy bedzie sie tkwilo w gownie: W zasadzie nie ma sie niczego do stracenia: Jezeli sie nie uda – bedziesz w tym samym gownie w ktorym bylas. A jezeli sie uda …
Piszesz ze wyprowadzenie sie nie jest takie latwe, nie wszyscy maja piniadze. Tlumaczenia. Jesli sie chce to sie prace znajdzie, bedzie sie robilo cokolwiek zeby tylko zarobic pieniadze…i poza tym…zawsze mozna dzielic mieszkanie z innymi ludzmi, wowczas kosztuje to mniej. Wystarczy tylko CHCIEC. -
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.