Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › pewność
-
AutorWpisy
-
wiem, jest coś takiego, że w dzieciństwie brakowało nam poczucia bezpieczeństwa – dni były nieprzewidywalne i nic nie było pewne. to zapewne zostaje w psychice pod postacią jakiegoś perfidnego lęku.
od pewnego czasu nawiązałam relację z kimś. nie wiem, czy to jest przyjaźń, bo dla mnie to słowo jest ogromne i nie wiem, jak nazwać to, co się dzieje. uznajmy, że to jest bardzo dobre kumpelstwo. takie od serca.
tylko że ja mam problem z poczuciem "pewności". wiem, mam w sobie okrutny lęk przed porzuceniem i stąd zapewne patrzę na każdy gest i oglądam każde ważne słowo ze wszystkich stron. to nie jest nieufność – bo ja ufam, naprawdę. problem polega na tym, że ja nie czuję pewności relacji – w sensie trwałości więzi. nie czuję, że mam kogoś. że on jest, będzie, że nie muszę się bać, że mnie zostawi.
po drugiej stronie ta pewność jest – i związana z nią swoboda – wiedzą, że ja jestem, że lubię jak cholera, że nic się nie dzieje.
a dla mnie każdy dzień jest jakby od nowa budowaniem relacji. najgorzej, jak się długo nie widzimy, wtedy stwarzam dystans i musimy jakby wszystko budować od nowa.
czemu ja nie jestem pewna? jeśli obie strony chcą i realizują to kumpelstwo – spotykamy się, gadamy, spędzamy razem różnie czas, czemu ja nie czuję, że to jest stałe? że nic mi się z tym nie stanie? a nawet jeśli się stanie – nie umrę! poradzę sobie i tak!
czemu uzależniam się od ludzi, zawierzam im siebie, jakbym się na nich uwieszała jak rzep. czemu nie czuję się nigdy bezpieczna w relacjach? tylko wszystko dla mnie jest jakby palcem po wodzie pisane? czemu nie wierzę w zapewnienia, które stają się faktem?
nie mam fundamentów. wiem. nie ufam sama sobie, stąd trudno mi zaufać innym. nie potrafię dać, nie umiem wziąć. tylko to jest takie cholernie trudne. straszliwie się boję, że znając mnie, ktoś ma nade mną władzę – narzędzia, by mnie skrzywdzić, wiedzę, którą może wykorzystać. jakbym zakładała z góry, że nic się nie może udać. że wszyscy czegoś chcą, tylko sprytnie to kamuflują.
moja terapeutka się czasem pyta – co musiałoby się stać, żebym uwierzyła. a ja nie wiem.
tylko to męczy. bo czasem ta druga strona się zniechęca – pyta: jak mam ci udowodnić? a ja wzruszam ramionami. nie potrafię uwierzyć w to, że można "chcieć" mnie za nic.
Odpowiedź jest w Tobie, ale nie wystarczy wiedzieć "hasłami" – "wiem, jest coś takiego, że w dzieciństwie brakowało nam poczucia bezpieczeństwa", "nie mam fundamentów", trzeba to odnieść do wydarzeń z przeszłości i emocji jakie wywołują, poczuć. Zobaczyć bezsens przekonań jakie te wydarzenia wywołały.
barcelona zapisz:
„a dla mnie każdy dzień jest jakby od nowa budowaniem relacji. najgorzej, jak się długo nie widzimy, wtedy stwarzam dystans i musimy jakby wszystko budować od nowa.”
jakże prawdziwe 🙁pszyklejony – masz rację, ale to nie jest proste – i wiem, że nie miało takie być. czasem tylko mnie to tak łamie, że nie mam siły tego udźwignąć. wiesz, ja się cały czas (od przeszło roku) babram terapią, ale jest ona tak szarpana, że dużo rozdrapane, a chyba nic nie zabliźnione. a sama nie do końca potrafię, albo i odwagi mi brak na "życie" – brać je garściami takie, jakie jest. wolę uciąć, niż posmakować. ale dzięki za Twoje słowa. pomyślę.
mase – ano ;(
-
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.