Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Po terapii mówi językiem terapeuty.

Przeglądasz 8 wpisów - od 11 do 18 (z 18)
  • Autor
    Wpisy
  • 2wprzod1wtyl
    Uczestnik
      Liczba postów: 1177

      @Dda93, idąc drogą komunikacji bez przemocy, ktòrą propagował Rosenberg to jakakolwiek obelga, rozkaz itp. nawet jak w tej konkretnej sytuacji poskutkuje zdjęciem nogi z pedału gazu  w dłuższym okresie wywoła nie doprowadzi do zrozumienia.

      Oddzielną kwestią jest czy ktoś tego typu podejście traktuje w kategoriach utopii czy wręcz odwrotnie  faktycznie ufa w skuteczność takiej komunikacji.

      Sam Rosenberg mimo, że poświęcił praktycznie całe życie przytacza przykłady ze swojego życia w ktòrych mimo wiedzy i doświadczeniu gdzieś w dyskusji nie zastosował tej metody (emocje itp). Jednak w zdecydowanie przeważającej mierze gdy udawało mu się nawiązać empatyczny kontakt z rozmòwcą był osiągany efekt na poziomie zrozumienia swoich potrzeb.

      Dlatego tym bardziej ktoś kto ledwie liznął pbp  pewnie na początek zastosuje metodę raz na sto. (zagra wiele elementòw).

      Na początku jest to trochę sztuczne i możemy mieć poczucie wstydu jednak z czasem podobnie jak w terapii plomba uelastycznia się, wchodzi w nawyk.

      I teraz wracając do przykładu… pòjście w reprymendę typu 'po co tak pędzisz? przed kim się popisujesz? itp. mimo wszystko nie dotrze do zrozumienia potrzeb. (może poskutkować zmniejszeniem prędkości, ale nie doprowadzi do zrozumienia potrzeb)

      Cały komunikat sprowadza się do tego, że przedstawiamy drugiej stronie co czujemy i jaką mamy potrzebę (zamiast obelgi, oceny czy rozkazu)i właśnie w relacji jest tak, że druga strona poprzez empatię wsłuchuje się i może uwzględnić naszą potrzebę.

      No bo wyobraź sobie, że mòwisz kierowcy o tym, że się boisz jechać z prędkością 200 i mòwisz o potrzebie bezpiecznego dotarcia i prosisz o zwolnienie a on Cię wyśmiewa no to w takim momencie zgodnie pbp można z empatią wyczuć drugą osobę czym się kieruje. (w bliskiej relacji staramy się zrozumieć potrzeby drugiej strony i konfrontujemy z naszymi). Może być też sytuacja, że mamy do czynienia np. z psychopatą, ale gdy tak nie jest to w zdrowej relacji nie robimy sobie krzywdy a więc w tej sytuacji nie 'jaramy’ się tym, że bliska nam osoba czuje strach jadąc z nami samochodem (bo wyprzedziło nas 10 auto i ego nie pozwala, albo chcemy w ten sposòb zakomunikować, że się grzebał i teraz trzeba pogonić, albo szukamy podziwu – tylko, że właśnie zamiast odgrywać się poprzez szybką jazdę by np. w ten sposòb przekazać, że jesteśmy źli, bo ktoś długo się szykował i np. nie zdążymy na jakieś spotkanie znacznie korzystniej dla relacji jest powiedzieć co czujemy , że jesteśmy źli (ale najpierw spostrzeżenie) niż w taki sposòb to demonstrować)

       

      • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 lat, 3 miesięcy temu przez 2wprzod1wtyl.
      • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 lat, 3 miesięcy temu przez 2wprzod1wtyl.
      • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 lat, 3 miesięcy temu przez 2wprzod1wtyl.
      dda93
      Uczestnik
        Liczba postów: 674

        Jeśli chodzi o empatię w komunikacji, w relacji, w związku – jestem zdecydowanie na tak. Zwłaszcza jeśli działa ona w obie strony.

        Natomiast gdy jedna ze stron obwieszcza „liczą się tylko moje prawa i potrzeby, więcej nic”, robi się to moim zdaniem bierno-agresywne. I jest to znak, że u jednej ze stron empatia właśnie poszła w kąt.

        Pedziwiatr
        Uczestnik
          Liczba postów: 3

          Bardzo ciekawe i merytoryczne to, o czym tu piszecie. Jestem DDA i jestem w terapii. Mąż bardzo anty psychologom, badaniom, książkom, rozwojom własnej osobowości i pracy nad sobą. Jesteśmy mocno napiętnowani dzieciństwem ja przez to, że wychowywałam się w domu z alkoholikiem, nie wiem co to dziecińswo, jestem nadobowiązowa i stawiałam dobro innych nad swoje, cały czas stawiałam siebie w roli opiekuna wszystkich dookoła. Mąż pochodzi z rodziny, gdzie mama była mocno nadopiekuńcza, cała rodzina wzbudzała w mężu niską samoocene. Jak łatwo się domyśleć nasz związek nie jest udany – tworzymy toksyczną dla obu stro parę.  To tak po krótce. Już od dłuższego czasu uczę się siebie, wyrażania własnych potrzeb i stawiania granic w związku. Mąż kompletnie nie chce ze mną rozmawiać i piętnuje to, że jestem w terapii. Podobnie ja The Lift – jedynie co powiedział, że strasznie się zmieniłam, że mi to szkodzi i jestem egoistyczna.Widzę u siebie to co opisujecie – to co pisze Truskawek i może trochę The Lift. Po przeczytaniu postów mam obawy przed reakcjami stanowczymi, za mocnymi i w ogóle terapią. Bardzo ciężkie jest, że mąż kompletnie nie rozmawia ze mną o swoich uczuciach a ja po wielu krytykkach nie mam już ochoty rozmawiać o swoich uczuciach tylko robię swoje. Staram się niestety budować życie bez niego. Widzę, że nie wiele nas łączy a bliskości tak naprawdę już nie ma żadnej. Mam okropny mętlik w głowie po tym co tu przeczytałam. Czy robie dobrze z terapią i stawianiem na siebie.

          truskawek
          Uczestnik
            Liczba postów: 602

            Ja brałem się za terapię żeby poprawić związek, ale ostatecznie dziewczyna nie chciała się otworzyć i wybrałem siebie zamiast takiego związku. Są dni, że mnie to rozstanie boli, ale ostatecznie nie żałuję wyboru.

            Niestety nie znam sposobu, żeby wpłynąć na kogoś innego co ma zrobić ze swoim życiem. Czasem jest tak jak u mnie albo tak jak obecnie u ciebie, ale czasem partner zaczyna też coś robić ze sobą – znam takie pary, które po terapii nadal są ze sobą i lepiej się dogadują.

            Pytanie po co szłaś na terapię. Domyślam się, że z czymś ci było bardzo źle w życiu, więc jeśli nie będziesz się zajmować sobą, to pewnie wróci to, co było wcześniej i też nie ma gwarancji, że mąż będzie zadowolony.

            Ja traktuję terapię jako zaproszenie dla drugiej osoby, żeby też coś u siebie zmieniła i żeby wyjść z zaklętego kręgu. Nawet jeśli tego nie przyjmie, to przynajmniej sobie można poprawić życie.

            Jakubek
            Uczestnik
              Liczba postów: 981

              Ktoś już o tym wspomniał. Właśnie doszedłemw książce Rosenberga „Komunikacja bez przemocy” do fragmentu o emocjonalnym uwalnianiu się. Trzeba przejść przez trzy etapy:

              1 etap. Emocjonalne zniewolenie/uwikłanie, w którym rezygnujemy ze swoich potrzeb, a zaspokajamy potrzeby innych. Najważniejsze dla nas jest uszczęśliwić innych – wmawiamy sobie, że to daje nam szczęście.

              2 etap. „Tupet!”. Etap nasycony gniewem i odkrywaniem, że też mamy własne potrzeby i chcemy je zaspokoić. Zaczynamy je zaspokajać, nie licząc się z innymi ludźmi. U niektórych ten etap może przyjąć formę komunikatu: „Odpierdol się!”.

              3 etap. Emocjonalne wyzwolenie. Zaczynamy uczyć się, jak zaspokajać swoje potrzeby z poszanowaniem potrzeb innych osób. Bez krzywdzenia i umniejszania innych.

              Widzę, że u mnie zachodzą te procesy. Idę w nich do przodu i zmieniam siebie, chociaż wobec różnych osób w różnym tempie. Terapia niewątpliwie pomaga. W jakimś sensie jest szkołą relacji.

              Ostatnio, jak zwykle, siedliśmy z terapeutą w fotelach  naprzeciw siebie, a on założył wygodnie nogę na nogę. Też chciałem tak ułożyć nogi, ale pomyślałem, że nie będę powtarzał jego ruchów. Nie chciałem, żeby pomyślał, że naśladuję go – co wyglądałoby na moje podporządkowanie. Siedziałem więc niewygodnie, aż w końcu pomyślałem, że to głupie. Powiedziałem więc, że początkowo też chciałem tak założyć nogi, ale on zrobił to pierwszy i to mnie zablokowało. Pogadaliśmy o tym. W normalnych powszednich relacjach nie ma przestrzeni na takie rozkminy.

               

              • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 lat, 3 miesięcy temu przez Jakubek.
              The_Lift
              Uczestnik
                Liczba postów: 3

                @Pedziwiatr

                Tu nie chodzi o to, że stawia się granice i robi „swoje”. To mogą być cechy bardzo przydatne i porządane. Kwestia tylko, że niekoniecznie dla Tego partnera. Poznaliście się z takimi cechami charakteru jakie wtedy mieliście. Gdy zmienia się osobowość to druga osoba czuje się zmieszana.

                Często na tym forum czytam, że obydwie osoby mają się zmienić. Tylko, że nie ma czegoś takiego jak tylko dobra zmiana. Zawsze są też te negatywne konsekwencje przemian, pewne niedoskonałości powinni pozostać w każdym z nas, bo to wszystko składa się na naszą osobowość.

                Pedziwiatr
                Uczestnik
                  Liczba postów: 3

                  Truskawek po co poszłam na terapie?? Złożyło się na to kilka rzeczy. Od lat pracuje nad sobą by poukładać i poznać siebie. Odbyłam wiele samotnych podróży w dzikie zakątki  gdzie wszystko było obce, ludzie, kultura, rośliny, jedzenie, wiele mówi, że ryzykowałam życie, czytam, uprawiam medytacje. Myślałam, że poukładałam sobie w głowie i odnalazłam równowagę. Zawodowo bardzo się spełniam, spełniałam marzenia, praca stała się moją pasją i nie wymaga wysiłku. Związałam się z obecnym mężem – na początku wielka miłość, zgaszona ciągłymi powatarzającymi sytuacjami – brak możliwości polegania na partnerze, ciągłe jego rzucanie/ tracenie pracy, korzystanie z wygód, które daje, brak poczucia bezpieczeństwa, jego beztroskie i nieodpowiedzialne zachowanie(sama również moim zachowaniem sprawiałam  i doprowadzałam do takich sytuacji – jak wiecie tak mają DDA) – teraz to wiem i widzę. Niestety coraz częściej czułam, że mieszkam ze starszym synem, nastolatkiem.  Dodatkowo 4 lata temu zostałam szczęśliwą mamą i to właśnie obserowanie pięknego, normalnego, zdrowego życia – dziecka, które jest kochane, którego akceptuje się takim jaki jest, bezwarunkowo obdaża miłością, uwagą otowżyło mocno zamkniętą i schowaną pod ogromną skorupą szafę – bólu, poczucia niesprawiedliwości, ogromnego żalu, straty, poczucia bycia nieakceptowanym takim jakim się jest, schowania głboko swoich potrzeb, poczucia bycia sterowanym. Na początku rozmawiałam o tym z mężem – o tych moich odczuciach, wielkim bólu – zostałam niestety odrzucona, wspomniał tylko ze zniecierpliwieniem, że wymyślam sobie problemy i wzdychał. Oprócz odczuć bólu zranienia i braku poczucia bycia kochaną wśród bliskich zobaczyłam powtażające się w związku, w rodzinie i w moim życiu zachowania – przeszłość i życei w rodzinie dawnej złączyła się z teraźniejszością

                  Dodatkowo przez przypadek trafiłam na zajęcia rozwojowe, gdzie częścią zadań było ćwiczenie z ustawień Hellingera – brałam udział w nim jako  osoba odgrywająca role (kompletnie nie wiedziałam o co w tym chodzi i nie znałam co to jest). Była scenka zwykłego dnia z rodziną, ja byłam jakimś chłopakiem, który został odstawiony na bok. To co we mnie się zadziało – ból fizyczny, gniew, złość, krzyk, niemoc, okropny płacz – nie wiedziałam co się ze mna dzieje. Przez kilka tygodni odczuwałam jeszcze ból –  To wszystko dało mi jasno do myślenia, że nie chce tak żyć. Chce zamknąć przeszłość, pogodzić się z nią i nie chce by miała wpły na moje życie obecne. Chce być zdrowa, podejmować moje własne decyzje, nie być uwikłana we współuzależnienie (do tej pory to widzę u siebie), chce być wolna i odszukać naprawdę siebie. Zrozumiałam,że można uciekać, podróżować, ryzykować, jednak tego co się schowało kiedyś w środku, co było dla nas bardzo bolesne, od traum z dzeiciństwa bez przepracowania się nie ucieknie.

                  Ciężko podjąć mi obecnie decyzję o rozstaniu z mężem, choć wiem, że bez jego pracy nasz związek nie ma prawa przetrwać – łączy nas obecnie jedynie/a może aż kochający synek. Wiele rzeczy muszę jeszcze sobie poukładać by podjąć właściwą decyzję, tak by najmniej było to bolesne dla synka.

                   

                  Jakubek  – ja jestem na 2 etapie i mam nadzieję, że szybko z niego wyjdę. Obecnie jestem prawie rok już w terapii, jednak czuję, że potrzebuję właśnie wsparcia ludzi, którzy wyszli na prostą, którzy pomimo dorastania w rodzinie z alkoholikiem poskładali się, zbudowali nowe zdrowe życie na nowo. Mają udane związki, już nie są sterowani współuzależnieniem. Czy to się tak da?

                  W pewnej chwili terapii czułam się strasznie chora, potwornie, wtedy kiedy uświadomiłam sobie, że ja postępuję tak nadal jak ta mała dziewczynka, która cieszy się dniami kiedy ojciec był trzeźwy i zapomina o tych wszystkich krzywdach dookoła. Powiedziałam o tym terapeutce.

                  Ona zapytała „Czy lepiej jest wiedzieć czy ma się raka i leczyć, czy nie wiedzieć.” Odpowiedziałam, że właśnie nie wiem.

                  Trochę długo napisałam, ale czułam potrzebę podzielenia się z Wami tym.

                  Czy Wy już macie poczucie zdrowienia? Czy jesteście zdrowi? Czy da się wysdrowieć?

                  • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 lat, 3 miesięcy temu przez Pedziwiatr.
                  dda93
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 674

                    Pedziwiatr, skoro, jak piszesz, jesteś na 2. etapie, może to nie być sprzyjający moment na podejmowanie spokojnych decyzji o dalekosiężnych skutkach.

                    Rozumiem, że bycie z partnerem, z którym niewiele nas łączy, jest torturą. Ciekawe jest wtedy udzielenie sobie odpowiedzi na pytanie „Co sprawiło, że postanowiliśmy być razem?”. Kiedy ja sobie na nie odpowiadam, naprawdę trudno mi zachować wobec siebie łagodność 😉

                    Co do wychowywania syna wyłącznie przez matkę – na pewno jest ona w stanie zadbać o potrzeby bytowe dziecka, nie zastąpi jednak obecności rodzica tej samej płci. Piszę te słowa nie żeby promować męskość, ale jako syn, który wychowywał się praktycznie bez ojca. Widzę też, jak kiepsko czasem mój syn znosi moją nieobecność w domu po moim rozstaniu się z partnerką.

                     

                  Przeglądasz 8 wpisów - od 11 do 18 (z 18)
                  • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.