Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › Pomoc?
-
AutorWpisy
-
Cześć.
Piszę w nadziei, że ktoś mi odpisze, ale jeśli chociaż ktoś przeczyta, będę wdzięczna.
Jestem DDA, tuż po 30.
Kompletnie sobie nie radzę.
Z człowieka, który się dobrze „zapowiadał” – jedne z najwyższych ocen itp., uważana za „inteligentną, zdolną” stałam się wrakiem.
Nie byłam w stanie dokończyć żadnych studiów. Nie zbudowałam żadnych długotrwałych relacji, pomimo wielu ku temu okazji.
Myślałam do tej pory, że jakoś sobie poradzę, ale jednak nie. Jestem na skraju i to pod każdym względem.
Mam beznadziejną pracę na słabej umowie, zupełnie nieprzyszłościową, ale niewymagającą fizycznie, chociaż totalnie źle się w niej czuję. Trudno mi na ten moment wyobrazić sobie siebie w jakiejkolwiek innej pracy, mój mózg zresztą wszystko sabotuje jako „nie dość” odpowiednie albo zbyt przytłaczające – próbowałam różnych prac i fatalnie mi szło, przypuszczam że non stop byłabym krytykowana lub za chwilę zwolniona.
Nie mam własnego mieszkania i prawdopodobnie nigdy nie będę mieć. Nie znoszę tego miejsca, ale wiem, że to jedyna sensowna i najbezpieczniejsza opcja na ten moment.
Nie mogę w tej chwili iść na terapię, kursuje do połowy czerwca między miastami, na online mnie nie stać.Przytłacza mnie wstyd, rozpacz i wściekłość.
Próbowałam wcześniej terapii, ale była nieregularna przez brak funduszy. Nie wiem, czy pomogła, może trochę naprowadziła, ale głównie chyba uświadomiła, jak jest źle, i jak wielu lat terapii jeszcze potrzebuję.
Nie daję rady z emocjami. Nie potrafię pogodzić się z tym, że moje życie tak wygląda, że jestem w takim punkcie.
Praktycznie cała najbliższa rodzina „coś” osiągnęła – pokończyli studia, zarabiają, miewają związki, żyją. Ja tylko przeżywam swój żal i lęk. Czuję się na ich tle jak gówno, chociaż wiem też, że mieli łatwiejszy start w życie i prawdopodobnie nic nie zniszczyło ich na starcie tak, jak mnie. Ale ta świadomość nie pomaga, bo widzę przecież, że lepiej im się wiedzie, więc boli.
W ogóle widzę, że coraz trudniejszy jest dla mnie kontakt z ludźmi. Jakby złość i żal sprawiały, że mam problem w przebywaniu w otoczeniu ludzi i nawiązywaniu z nimi relacji. Szczególnie trudno mi patrzeć na dzieci i dzieci z rodzicami 🙁
Właściwie wpadłam w jakąś spiralę rozpaczy, która zaczęła się po pierwszych niepowodzeniach ze studiami, na które poszłam, byle na coś iść, byle (tak teraz myślę) uciec z domu. Na zmianę próbuję coś zmienić w życiu – kogoś poznać, w coś się zaangażować – i zaraz potem wpadam w dziwne stany beznadziei, wściekłości i derealizacji.
Od dziecka właściwie czułam się jak gówno i byłam potwornie samotna. Prawie żadnych koleżanek, jako nastolatka nikogo nie zapraszałam, praktycznie w ogóle się z nikim nie spotykałam, miałam tylko wymyślanie postaci i teatr amatorski, który się zaraz rozpadł (wcześniej taniec, na który też niedługo chodziłam). Ratunkiem było uciekanie w jakieś wyobrażenia, marzenia, intelektualizacje, analizowanie. Marzyłam, że będę „kimś”, że „jeszcze udowodnię, pokażę”. Albo że ktoś mnie uratuje. Że ktoś mnie zabierze (szczególnie zazdrościłam kuzynce, córce siostry mamy, to był taki „lepszy świat”, chciałam, żeby ciocia jakoś mnie adoptowała, coś w tym stylu. Wtedy jeszcze nie widziałam, że różnica między nami jest ogromna także finansowo – kuzynka żyła, żyje i na 99% będzie żyć na o wiele wyższym poziomie i ona dobrze zdaje sobie z tego sprawę, zaniechała kontaktów z nami już dawno temu, ja też ich nie chcę, bo po co, skoro to boli. Całe życie czułam się jakby w jej „cieniu”). Że będzie lepiej. Teraz widzę, że to donikąd nie prowadzi. Nikt mnie nie ocali. Nawet nie wierzę, że terapia może mi pomóc. Czasem (coraz częściej) chciałabym u*mrzeć. Niby wiem, że z różnych sytuacji ludzie wychodzili. Ale ja po prostu nie daję sobie rady i nie widzę wyjścia.Obawiam się, że resztę życia tak właśnie przewegetuję. W idiotycznych pracach, w poczuciu zmarnowanego życia, czując się gorsza od całej rodziny. Już właściwie czuję się przegrana (a jedyne, co mi pomaga, to zaprzeczanie sobie w myślach i wymyślanie, że jak to, przecież się odbiję, będę kimś! Jeszcze rodzina zobaczy! A zaraz potem wraca ten upiorny stan i realizacja: ch*ja osiągnę, już po ptakach. Masz prawie 31 lat, nie masz grosza przy duszy, nie masz studiów, potrzebujesz wiecznie pomocy, nie masz przyjaciół. Przegrałaś życie).
Bolą mnie wszystkie stracone okazje i te, które na bieżąco tracę. Boli mnie to, że nigdy nie miałam i nie będę mieć normalnych relacji w rodzinie. Że nie mam fajnych wspomnień „z młodości” – może jakieś nieliczne, ale raczej też okraszone jakimś cierpieniem lub lękiem, albo zakończone jakimś dramatem.
Ostatnio widzę, że kolejnym problemem jest narastająca wściekłość na rodzinę. Na Mamę. Jestem dla niej naprawdę okropna i niewdzięczna, a wiem, że mi pomaga. Ale to silniejsze ode mnie.
Piszę chyba po to, żeby porozmawiać z kimś, kto może… miał podobnie? Rozumie, co czuję? Kto też miał potworny żal i znalazł się w punkcie bez wyjścia, a potem udało mu się od tego dna odbić?
Chyba po prostu potrzebuję wsparcia. Rozmowy.Wiem, że najważniejsze, co tu mogę zrobić, to terapia, ale jak pisałam – na ten moment to praktycznie niemożliwe, chyba, że trochę dorobię, ale wtedy praktycznie wszystko wydam na terapię.
Dodam, że nawet pisząc to, czuje wstyd, że to piszę. Że nie powinnam. Ale naprawdę nie radzę sobie ze sobą. Właściwie to nienawidzę siebie i sobą gardzę. Praktycznie każdy dzień jest walką i udręką. Czuję, że w tym wieku już powinnam być silna i samodzielna, a ostatnie tygodnie to nawracające napady lęków, które budzą mnie w nocy i płaczu, że życie jest tak złe i nie widzę ucieczki. Czuję, że zmarnowałam życie, a czas ucieka – na żalu, rozpaczy, planach ratowania reszty życia, które spełzają na niczym. A rodzina się starzeje, ja się starzeje, szanse na ułożenie sobie tego życia chociaż minimalnie zadowalająco maleją. Prawdopodobnie stracę relacje ze wszystkimi, bo tak są dla mnie na ten moment trudne. A potem będę żałować, jak zresztą wszystkiego, co robię. Paniczny lęk przed decyzją -> decyzja -> żal. Wątpliwości co do wszystkiego.
Moja egzystencja właściwie sprowadza się walki ze zrujnowaną samooceną, permanentną derealizacją i poczuciem niesprawiedliwości. Potrzebuję pomocy, ale czuję, że nie mam nikogo. Chciałabym kogoś obchodzić. Chciałabym mieć lepsze wspomnienia. Lepsze życie. Lepszą przyszłość. Lepiej funkcjonować.
Mam wrażenie, że tak naprawdę WCIĄŻ czekam na ratunek.
W sumie mogłabym tak pisać w nieskończoność 🙁 Jeśli ktoś chciałby coś napisać, wesprzeć – będę bardzo wdzięczna.
Trzymajcie się.
Hej, olkar!
Cieszę się, że sobie pozwoliłaś opowiedzieć o sobie. Na mnie duże wrażenie zrobiło, że napisałaś, że się wstydzisz – mnie nazywanie emocji na bieżąco przyszło późno, ale to mi się wydaje bardzo ważna rzecz, ez której trudno się połapać co się dzieje i dokąd chcę iść dalej,
Ja poszedłem na terapię 10 lat temu, bo sypał mi się związek, i okazała się to bardzo korzystna decyzja. Związek sam zakończyłem, bo dziewczyna nie była gotowa nawet zacząć się otwierać, a ja i tak dobrze na tym wyszedłem – co oceniam z tej długiej perspektywy. Ale wiem, że dopóki nie zaczęło mi się palić pod tyłkiem, to bym nie poszedł na żadną terapię, bo dawało się wytrzymać. Słyszałem też o ludziach regularnie dojeżdżających do innego miasta.
Motywacja to podstawa, a z własnego – ale i innych ludzi dokoła – doświadczenia widzę, że desperacja całkiem nieźle się na początku sprawdza. Potem jest miejsce na coś dobrego, ale faktycznie na początku trudno uwierzyć, że w ogóle może być lepiej (może innym, ja jestem oczywiście „beznadziejnym przypadkiem” – wiadomo), więc na sięgnięcie po pomoc jest miejsce dopiero, jak człowiek się okropnie przestraszy jakiejś straty i czuje, że nie ma już nic do stracenia. Oczywiście dla różnych ludzi to będą różne rzeczy, czasem mogą wyglądać na błahe, ale wtedy nie ma większego znaczenia jak to wygląda. Mam nadzieję, że i tobie się coś takiego otworzy, bo choć to nie jest przyjemne, to moim zdaniem jedyne naprawdę skuteczne, żeby o siebie solidnie zadbać.
Nie wiem czego tak bardziej konkretnie potrzebujesz poza wygadaniem się (w sumie po to jest to forum), ja w każdym razie mogę ci powiedzieć, że da się lepiej żyć i nie topić się w strachu i poczuciu winy, które pamiętam od zawsze. I że ta pomoc z zewnątrz wydaje mi się bardzo ważna, bo też wiele razy widziałem u kogoś, jak miał sensowny pomysł i zaczął o siebie dbać, ale bez wsparcia albo siły się szybko wypalały, albo nachodziły wątpliwości i dobry pomysł się skompromitował, a poczucie gorzkiego zawodu tym bardziej utrudniało jakiekolwiek zmiany na przyszłość. Samo działanie bez pomocy nie wystarczy, zresztą sama piszesz o tym błędnym kole decyzji i żalu.
Jako DDA/DDD oczywiście nie masz do siebie zaufania i czujesz się beznadziejna, to tak właśnie działa. Także poczucie, że jest za późno – dopiero teraz widzę, że to nie była żadna kosmiczna mądrość o przemijaniu, tylko zwyczajnie ogromny lęk, i że mogę próbować tyle ile zechcę, zamiast z góry zakładać co się „na pewno” nie uda. Żal do rodziny to też coś – przynajmniej nie walisz w siebie na 100%, dopuszczasz w ogóle, że możesz czegoś nie chcieć i nie lubić zamiast się bezwiednie zapadać i poddawać innym olewając swoje granice. To pewnie też etap (tak jak z tym poczuciem, że się pali pod tyłkiem, co w pewnej chwili mi przeszło, ale miałem już wtedy inną motywację). Teraz dużo mniej uwagi poświęcam swojej rodzinie, bo tego tak bardzo nie potrzebuję, ale jak potrzebowałem, to bardzo się przydało, żeby w ogóle zakwestionować czego się nauczyłem w domu rodzinnym, żeby powoli poluźnić te automatyczne zachowania i zacząć wyrabiać sobie nowe zwyczaje, które mi lepiej służą.
Dzięki za odpowiedź.
Dzisiaj już w ogóle jest tragicznie, mam wrażenie, że pewnie prześpię cały dzień. W nocy się budziłam z żalem. Najgorsza jest chyba ta samotność. Bo chociaż potrafię powiedzieć przykre uczucia np. Mamie, to wiem, że to i tak nic nie da. I nadal czuję złość. Jestem zła, bo nic się nie zmieni, i dlatego, że tyle lat życia się zmarnowało. Tych fundamentalnych. Kiedy powinnam poznawać ludzi w bezpiecznym środowisku, mieć przyjaźnie, przeżycia, rozwijać się, ja siedziałam w pokoiku i uciekałam w świat wyobraźni albo płakałam. Nikt mi tego nie odda i co gorsze, nie za bardzo da się to nadrobić. Jestem tym załamana i przerażona.
Mam wrażenie, że przy ludziach „odgrywam”, że jest okej. Że jest spoko. A w środku mnie aż dusi.
Ostatnio co jakiś czas zaczynam po prostu płakać. Nie mam już siły.
Nie widzę żadnej nadziei, że będzie lepiej. Nie wiem, czy znajdę jakąś pracę, która pozwoli mi żyć jak człowiek.
Nie wiem, czy będę kiedyś czuć się w porządku, a nie tylko „byle wytrzymać” i schować się pod kołdrą.
No a właśnie, lata mijają. Zamiast budować relacje, żeby nie być sama, wpadam w spiralę żalu, złości, lęku i ruminacji. Albo piszę post tutaj, co w sumie już jest lepsze.
@truskawek, mógłbyś napisać, co najlepszego wyniosłeś z terapii? Jakieś myśli, słowa terapeutki, które najwięcej zmieniły? Chodziłam na terapię wcześniej, bardzo nieregularnie, bo hajs. I mam wrażenie, że musiałabym chodzić tak naprawdę do śmierci, żeby mając te 75 lat wreszcie móc powiedzieć, że trochę mi lepiej. 🙁Zdecydowanie myślę, że pisanie posta na tym forum jest lepsze niż kręcenie się w kółko po cichu. Przynajmniej możesz gdzieś powiedzieć jak jest naprawdę, a od tego się zaczyna, że nie trzeba udawać.
Ja byłem na terapii grupowej i zebrałem wiele różnych rzeczy, ale najmocniejsze doświadczenie było gdy terapeutka nagle mnie pytała jak się czuję. Na bieżąco to było tak straszne, że całkiem mnie odcinało, ale na dłuższą metę mi pokazało, gdzie siedzi najgrubszy problem i że to nie jest takie nieuchwytne, bo da się wywołać prostym i niegroźnym pytaniem. No i zacząłem ćwiczyć nazywanie co czuję na bieżąco i to mi sporo dało, choć wcześniej nie rozumiałem co to niby miałoby zmienić. Ale dla innych osób w grupie przełom dawały inne rzeczy, więc nie sądzę, żeby to był uniwersalny sposób. Zresztą to nie była jedyna ważna rzecz, jaką wyniosłem i ważny był czas, jaki tam spędziłem szukając, słuchając i sprawdzając.
Moja terapia trwała 2 lata i oczywiście to nie był koniec zmian, raczej przez ten czas zebrałem dosyć narzędzi i pewności, że dalej sobie po kawałku rzeźbię co chcę i jak mi się wydaje. Trochę lepiej było mi już w trakcie terapii. Najtrudniej było mi w pierwszym roku, kiedy – obrazowo mówiąc – ściągaliśmy plasterki z niegojących się ran, bo coraz więcej widziałem problemów i to było przygniatające wrażenie, że gdzie się nie ruszyć to coś jest nie tak, ale w drugim roku już się coraz więcej tego udawało oczyścić i przestało się to tak paprać, a przy okazji już rozumiałem schematy i byłem w stanie słuchać swoich emocji na bieżąco i za nimi podążać, zamiast się zastanawiać jak zwykle co „powinienem” zrobić.
Po terapii nie było już jakiś szczególnych zmian i wydarzeń, ale jakoś po 3 latach poczułem, że jestem już naprawdę dorosły i od tej pory jest mi dużo lepiej, a nie tylko trochę, bo skupiam się na tym co chcę (i oczywiście lepiej lub gorzej to wychodzi, bo nie ma jakichś magicznych formułek jak zawsze wygrywać), dużo mniej mam obaw i nie czekam aż tak czy ktoś to zaakceptuje.
Ponieważ to się dzieje stopniowo, to mnie to teraz nie dziwi, ale jak by mi ktoś powiedział przed terapią, że tak będzie, to bym chyba nie uwierzył. Ale wtedy mi wystarczyło, że po prostu nie miałem żadnego lepszego pomysłu i chciałem coś zrobić, nie zastanawiałem się co konkretnie się poprawi.
Dzięki @truskawek za okruchy nadziei.
Nadal mi fatalnie i jestem przerażona, boję się że już zawsze tak będzie, że zawsze będę samotna, smutna, biedna. Że utknęłam tu gdzie jestem na zawsze. Że nic już nie osiągnę. Że nie znajdę sił. Że nic nie wymyślę, co mi pomoże ułożyć życie. Że ten koszmar będzie trwał. Że moja głowa dalej będzie się nade mną znęcać. Że zawsze będę czuć lęki. Że nie przeżyję już niczego dobrego ani fajnego. Że zawsze będę tylko patrzeć i zazdrościć tym, którzy nie musieli tak cierpieć, którzy mieli w życiu łatwiej.
Mam straszną potrzebę kontaktu, dlatego nie dziwcie się proszę, że tu ciągle piszę. Potwornie się boję i to że ktoś tu może mi odpisać jest trochę uspokajające.
Dziękuję.
Jest mi to bardzo znajome jak się czujesz. W zasadzie w pewnym momencie terapii uświadomiłem sobie, że to nawet nie jest ciągły strach o coś, ale ze 3 warstwy strachu – nie taki paniczny, ale taki ciągły, już nawet nie pamiętam czego dotyczyła każda z tych warstw, ale tylko jedna chyba była o przyszłość, a na wierzchu jeszcze warstwa wstydu. Jakby takie grube, wielowarstwowe futro. Ciężko się z tym żyło.
Dopiero od tych kilku lat jak się czuję dorosły, to stwierdziłem, że chyba wreszcie nie ma żadnej z tych warstw. To znaczy – oczywiście czasem się boję, ale to się w ogóle kiedyś kończy i potem mam inne emocje. Tak jest w dzień, w nocy nadal chyba mam dużo strachu, ale jak już wiem, że on się może kiedyś po prostu skończyć, to i mniej się tym nocnym niepokojem przejmuję.
W ostatnich tygodniach przeżywam jakiś duży kryzys i dopiero sobie przypomniałem jak to się przeżywa. Z jednej strony kiepsko, kryzys nigdy nie jest przyjemny, ale z drugiej – skoro przez tyle miesięcy obawy nie przeszkadzały mi w zwyczajnym decydowaniu co chcę a czego nie chcę, że aż zapomniałem o nich i nie obawiałem się, że wrócą (czyli strach, że się będę bał… takie błędne koło), to znaczy, że już zyskałem te miesiące na normalne życie, a co więcej – prawdopodobnie teraz będzie mi łatwiej do tego wrócić.
I w sumie to najgorszy dla mnie jest chyba ten strach, o którym napisałaś: „że zawsze będę czuć lęki”. Jak jego nie ma, to już jest luźniej, bo nawet jak się boję, to na bieżąco i o jakieś konkretne rzeczy, to mi nie zatruwa całego czasu – jest chwila na oddech, zadbanie o siebie i realne myślenie. No i straszne jest poczucie beznadziei i bezradności, że to się nigdy nie skończy. Nawet teraz, jak powoli mi ten kryzys mija, mam trochę tego poczucia, choć całe nowe doświadczenie pokazuje mi, że jak najbardziej może się skończyć i znowu mogę nawet o tym zapomnieć na długie miesiące. Ale teraz mam już przećwiczone i przegadane jak sobie radzić z kryzysami, no i wiem, że to nie jest jakaś złudna obietnica nierealnego szczęścia, tylko coś, co już znam z własnego życia. Daję sobie czas, bo nie potrzebuję już wsparcia z zewnątrz, poza zwykłymi rozmowami z bliskimi ludźmi, wiem, że wystarczy, że będę dbał o siebie i stopniowo to przejdzie – niestety nie tak szybko, jak bym chciał (wiadomo – najlepiej od razu!), ale na szczęście nie tak długo, jak się tego zawsze bałem.
Mnie w terapii na pewno paradoksalnie pomogło to, co wyniosłem z domu – przyjmowanie, że inni wiedzą co robią i mogę po prostu regularnie przychodzić i słuchać, jak nie będę wiedział co robić. I faktycznie, opuściłem tylko jedne zajęcia, a i to tylko z powodu wyjazdu na urlop. Zawsze znajdzie się jakaś cecha, która pomaga, choć na początku faktycznie wszystko wygląda na niemożliwe, a ja nie wiem jak niby mogę sobie coś poprawić. Druga taka ważna rzecz, która mi pomogła nie zrezygnować, choć nie wiedziałem co z tego będzie, to autentyczna ciekawość – no dobra, jest do dupy, mam kryzys, ale w sumie przeżycia są zawsze ciekawe, jak się czegoś nie nauczę, to chociaż posłucham innych ludzi, i to na żywo. Przynajmniej nie będę tkwił w bagnie bez ruchu, coś się będzie działo i dla mnie to już atrakcja. Jak już nie miałem nic do stracenia, to mogłem uczestniczyć w czymś, co kto inny zorganizował, i mieć do czynienia z ludźmi jak mówią wprost co przeżywają, zamiast udawać.
Nie zmieniłem się w kogoś innego i nie stałem się odporny na strach, ale to już przestało być najważniejsze, stało się jedną z wielu emocji, które przychodzą i odchodzą, i które mogę traktować jak kompas, więc nie warto się żadnego z nich pozbywać. Teraz mam ze strachem tak, jak z pobieraniem krwi na badanie: to jest nieprzyjemne, ale przez resztę dnia nie siedzę i nie przypominam sobie ciągle tego momentu, a w następne dni zajmuje się w ogóle czym innym i nie drżę kiedy znowu będzie kłucie.
Wczoraj miałam rozmowę z psychologiem, możliwe że będę kontynuować tę spotkania. Zrobiło mi się jakoś lżej, chociaż w sumie faktycznie nic się nie zmieniło. Nadal jestem co chwila przerażona, ale chyba myśl, że będę miała z kim porozmawiać i BYĆ MOŻE będzie lepiej, trochę mnie pociesza.
Jedną z najbardziej dręczących mnie rzeczy na ten moment jest rozpamiętywanie przeszłości, tego jak mogłoby być, a nie jest. Tego, że jedyne życie, jakie mam, w zasadzie zmarnowałam. Nie na własne życzenie, ale w ostatecznym rozrachunku to nie ma większego znaczenia. Nikt mnie z tego nie uratuje, nie cofnie czasu, nie naprawie przeszłości. Możliwe, że najbliższych parę lat (lub resztę życia) spędzę w kiepskich warunkach, na pożyczkach, w pracach, które mnie nie satysfakcjonują, w biedzie i żalu, że wyszło jak wyszło. Nie wiem, co z tym zrobić.
Ale pomogło mi trochę, że psycholog powiedziała, że nie muszę spełniać oczekiwań rodziców ani być zawsze perfekcyjna (czy jakoś tak).
Chociaż cały czas mam poczucie gdzieś z tyłu głowy, że w sumie to jej praca, ja tak naprawdę nie mam większego znaczenia, trochę jakby była automatem, który po prostu powie mi coś, bo to jego program. Nie wiem, czy to zrozumiałe… Takie uczucie, że w sumie to nie jest na serio. Że ciągle brak tego poczucia spokoju, no bo to nie ten ojciec, mama, ktokolwiek bliski, przyjaciel? Tylko formalna relacja, gdzie ktoś spełnia swój obowiązek, więc nie wiem, czy ta pomoc jest szczera (przykładowo, wyobraźcie sobie panie na infolinii w jakimś punkcie usługowym czy recepcji. Wiadomo, że będą mile, ale jeśli moim głównym i zasadniczym problemem jest brak kogoś naprawdę bliskiego, to ich miłe zachowanie tego nie zastąpi).
To takie refleksje na dzisiaj. Z pozytywów właśnie to, że chyba poczułam trochę nadziei (choć obawiam się, że złudnej), i to, że mam dzisiaj troszkę więcej sprawczości. Załatwiłam jedną ciągnąca się od dawna sprawę, więc trochę mniej mi źle.
Z negatywów to, że od poniedziałku wybieram się w jedno miejsce i nie mogę się wybrać. Obym jutro rano była w stanie, bo suma summarum tracę na tym, bo nie ma mnie na zajęciach, za które zapłaciłam, no i czuję się jak nieudacznik.
Pozdrawiam Was.
Hej, olkar – o, to świetne wieści, bardzo się cieszę!
To jest dla mnie zupełnie zrozumiałe, że cokolwiek by się nie stało, to zawsze się odpala mechanizm z domu, który człowieka marginalizuje. Nawet by było dla mnie dziwne, gdyby było inaczej na początku, bo to jest właśnie ostateczny efekt wychowania w dysfunkcyjnym domu i dokładnie nad tym się pracuje w terapii.
Zgodnie z zasadą, że jak ktoś w ręce trzyma młotek, to wszędzie widzi gwoździe, DDA/DDD wszędzie widzi, że jest beznadziejny jako człowiek/facet/babka/pracownik/dziecko/szef/podróżny/… i w dowolnej innej roli – więc oczywiście także jako pacjent/klient (różne szkoły terapii różnie to nazywają). Co naturalnie jest dosyć bezsensowne, jak się chwilę zastanowić, no bo przecież właśnie idziesz po pomoc z tym, ale schemat, że „coś jest ze mną nie tak” działa automatycznie i z początku bardzo silnie, dokładnie tak jak o tym mówisz. Więc poczucie, że jestem „złym pacjentem” i poczucie, że „skoro trafiłem na terapię, to chyba nie ma dla mnie ratunku” jest dokładnie tym, czego można się spodziewać po każdej osobie na tym miejscu.
Ja już jestem w stanie sobie z łatwością wyobrazić takie reakcje, bo albo samemu mi się pojawiają, albo słyszałem je u kogoś: „dobrze ci to wyszło” – „to przypadek…”, „świetnie wyglądasz” – „ale tylko dzisiaj…”, „nauczyłaś się czegoś ważnego” – „ale musiałam się długo do tego przygotowywać”… Ja już wiem, że nie istnieje taka rzecz, której DDA/DDD odruchowo nie podważy, zawsze się coś znajdzie. Ale to też pozwoliło mi się wyluzować, kiedy ktoś inny wpada w panikę i nie próbuję przekonywać, że właśnie jest dobrze, bo po pierwsze i tak zawsze coś wyskoczy podejrzanego albo złego, a po drugie – potrzeba czasu i miejsca, żeby ktoś nabrał zaufania i najgorsze co można zrobić, to negować jego przerażenie i niepewność.
Ale też nie ma co się tym przerażać, bo to jest taki mechanizm i tyle, a nie prawda objawiona jak bardzo jest źle. Nasze emocje są nastawione na obronę w każdych warunkach, bo tego się nauczyliśmy, żeby przetrwać – no i przetrwaliśmy, a teraz czas trochę to wyregulować, żeby nie tylko jakoś wegetować, tylko zacząć po trochu żyć po swojemu. Z czasem ten mechanizm przestaje być taki dokuczliwy, a ja nieraz już w ogóle o nim nie myślę.
Tak, że ani mnie to nie dziwi, ani dla terapeuty tym bardziej nie powinno to ulegać wątpliwości jak bardzo się możesz czuć niepewnie. Jeśli w którymś momencie będziesz miała siłę powiedzieć jej jak się czujesz jako pacjentka, to super (bo to jest konkret, który łatwiej zauważyć i nad tym pracować, a i tak pojawia się w wielu innych sytuacjach), ale jeśli nie (bo mówienie komuś na bieżąco, co się czuje, może być przerażające i wręcz niewyobrażalne), to też się nic złego nie stanie. To raczej taka ogólna wskazówka na przyszłość co możesz zrobić, zwłaszcza jeśli się zakałapućkasz i nie będziesz wiedziała co teraz możesz zrobić.
Na początek ważne, żebyś mogła chwilę odetchnąć, sprawdzić jak się masz z tą osobą, na ile jej ufasz, a na ile nie (bo nieufność też jest standardem u nas), „wymościć” sobie trochę miejsca i po kawałku rozmawiać co cię gryzie – nic ponad to. Dla swojego bezpieczeństwa możesz też sprawdzić jakie ma kwalifikacje – jeśli jest profesjonalna, to nie powinna mieć z tym problemu.
Z mojego doświadczenia są dni, kiedy idzie łatwiej, i takie, kiedy nawet nie masz pojęcia co powiedzieć – albo planujesz powiedzieć coś, a nagle ten plan się sypie, bo coś innego znienacka się stało i całkiem wytrąciło cię z równowagi. To nie jest ciężka i powtarzalna praca jak w fabryce przy taśmie, ale mnie wydaje się ważna regularność, bo trudno jest szybko zaufać komuś obcemu ze swoimi najgorszymi problemami, a bez odrobiny zaufania nie da się wiele emocjonalnie dotknąć i poruszyć. To jak stawianie fundamentów – leje się mnóstwo betonu, trwa to długi czas, a efekty ledwo wystają nad powierzchnię, ale bez tego trudno postawić solidny dom.
Co do tego, że to jej praca – fakt, ale masz prawo oczekiwać, że tę pracę wykona dla ciebie dobrze. Trudno jednak taką pracę wykonywać bez żadnego zaangażowania, empatii i zainteresowania drugim człowiekiem, ja sobie tego nie umiem nawet wyobrazić. Tak mi się jeszcze kojarzy, że na swojej terapii sobie pomyślałem, że sytuacja jest faktycznie sztuczna, ale emocje są zawsze prawdziwe – i tak coś będziesz przeżywać, a to jest najważniejsze. Oczywiście ta druga osoba też ma znaczenie (na ile ją zaakceptujesz i jak się z nią czujesz), ale widziałem już jak przyjaciółka zrobiła na terapii swoje, chociaż nie bardzo się zgrała z terapeutką, bo tak się uczepiła nadziei na zmianę, że to faktycznie zadziałało.
I też doskonale rozumiem, że chciałoby się, żeby było zajebiście od jutra, ale to jest maraton a nie sprint. Po wielu latach w domu rodzinnym także potrzeba czasu, żeby się trochę rozluźnić, przyjrzeć co jest grane i poćwiczyć nowe umiejętności, ale na szczęście nie trzeba kolejnych 20 czy 30 lat (a tym bardziej nie trzeba cofać czasu…), a sama już zaważyłaś, że pojedyncze korzyści widać praktycznie od razu. I to jest ważne, bo nawet odrobinę lepiej, to zawsze lepiej niż topienie się w beznadziei, a trudno coś robić, jak nie widać żadnych korzyści z tego. Fajna sprawa jest taka, że z czasem z tych drobinek robi się dużo i nie trzeba do tego żadnego nadludzkiego wysiłku, tylko w naturalny sposób przechodzi się z jednego etapu do kolejnego, i wtedy naprawdę czuć różnicę.
Dawaj znać jak się masz i co nowego (ciekawego, trudnego, przyjemnego…) zauważyłaś. Od siebie mogę powiedzieć, że przyjemnie mi się z tobą rozmawia, bo mówisz wprost – umiesz nazywać co cię boli i czego się boisz, ale też zauważasz co daje ci nadzieję na zmiany. Jesteś świadoma (w terapii między innymi się to pogłębia, to jest proces „urealniania”), no i w ogóle – coś faktycznie robisz! Zapewne uznasz, że to przecież nic wielkiego (np. „przecież każdy tak umie”) no i oczywiście „to nic nie zmienia” (patrz to co napisałem wyżej o odruchowej nieufności), ale z mojego doświadczenia to bardzo ważne i właśnie na tym możesz coś zacząć budować.
Powodzenia w drodze do siebie!
Dziękuję za odpowiedź.
Ja też lubię czytać Twoje wypowiedzi, mam wrażenie że jesteś myślącym, wrażliwym, łagodnym człowiekiem, ale wiadomo, to takie moje wyobrażenie na podstawie Twoich wypowiedzi. Oczywiście, i tak mam niedosyt, bo chciałabym przeczytać wśród Twoich zdań coś… Jakąś receptę na całe zło, które czuję. A to tak nie działa, jak widać. Ale jeśli chciałabyś tu kiedyś napisać, jak poradziłeś sobie z niektórymi utrudnieniami wynikającymi z bycia DDA, to ja chętnie będę czytać. Widzę, że bardzo mi brakuje takiej „sieci wsparcia”, totalnie nie umiem sobie jej zorganizować, pewnie w związku z tym, że nigdy mnie tego nie nauczono i nie miałam możliwości tego ćwiczyć 🙁
Dzięki, miło mi to słyszeć!
Oczywiście, że masz niedosyt i oczywiście, że chciałoby się już mieć spokój i żeby „wszystko było dobrze” – jak podchodziłem do terapii, to też taki cel mniej więcej widziałem. Bałem się tylko czy nie zostanę jakoś zmanipulowany, zmieniony wbrew swojej woli, a jednocześnie czy w ogóle coś się uda, bo brałem wszystko na głowę i nie umiałem sobie wyobrazić co to znaczy, żeby ją „odciąć”.
To nie tylko jest maraton, ale też ma etapy – to nie jest liniowa, przewidywalna zmiana. Tak jasno przedstawiam problemy z pierwszych etapów, bo są one w miarę wspólne i wyraźne, z czasem coraz więcej indywidualnych spraw zaczyna mieć znaczenie (bo można wreszcie zająć się sobą), i dlatego sporo powtarzam, żeby cię trochę uspokoić jak to mniej więcej może wyglądać z początku – jak człowiek się boi i nie zna czegoś, to wydaje mi się, że nie ma za bardzo sensu opowiadać o odległej przyszłości, tylko raczej ugruntować tu gdzie jest i co chce zrobić za chwilę. Dlatego trudno mi mówić o tym jak sobie radziłem z różnymi problemami – staram się nawiązywać do tego, co ty przeżywasz, bo wtedy to ma sensowny kontekst w ogóle – i dlatego zachęcam, żebyś mówiła co ci tam się nowego urodzi.
Faktycznie szukanie sieci wsparcia wydaje mi się bardzo dobrym pomysłem. Dla mnie w trakcie terapii to była grupa, więc miałem ten jeden problem z głowy. Ale skoro tu napisałaś, to też zaczęłaś ten problem załatwiać.
Ja już dużo napisałem na forum (można to sobie nawet przeglądać), ale wydaje mi się, że najprościej jednak jak będziesz coś mówić albo pytać na bieżąco, bo musiałbym pewnie napisać życiorys, żeby zebrać wszystko czego się nauczyłem… a i tak niekoniecznie byłoby to dla ciebie akurat przydatne. Możesz nadal pisać na forum (może jeszcze ktoś się odezwie), ale jeśli wolisz pogadać bezpośrednio i bardziej prywatnie, to możesz pisać na mojego mejla (truskawek@onet.pl).
-
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.