Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Pomoc?

Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 29)
  • Autor
    Wpisy
  • olkar
    Uczestnik
      Liczba postów: 14

      Dobry wieczór (pisząc to czuję się, jakbym kłamała, bo wcale nie jest dobry…)

      Dzisiejszy post to trochę bardziej żalpost, mianowicie… Czuję się tragicznie, ciągle myślę o tym, że życie mogło być łatwiejsze i LEPSZE, gdyby nie bycie DDA. I okej, można sobie mówić: chodź na terapię, ciężko pracuj. Ale wiem, że tej nierówności między gorszym a lepszym startem nikt mi nie odda i będzie się to ciągnąć latami. Totalnie sobie nie radzę z tym poczuciem niesprawiedliwości i przypuszczam, że pani psycholog też nie będzie w stanie nic konstruktywnego tutaj zaradzić – no bo ona nie zmieni mojego statusu ani nie zaopiekuje się mną. Zastanawiam się, czy w ogóle rozmawianie z nią będzie miało sens, jeśli tak naprawdę mam sporo powodów żeby przypuszczać, że moje życie będzie już tylko spadaniem…

      truskawek
      Uczestnik
        Liczba postów: 616

        Właśnie sobie myślałem o tobie…

        Zastanawiałem się w czasie terapii nad swoją krzywdą jako DDD i zacząłem porównywać swoje życie właśnie do wyobrażenia osoby z rodziny funkcjonalnej i zaskoczyło mnie co mi wyszło. No bo co nas różni? Czy jak jesteś z rodziny funkcjonalnej to nigdy się nie boisz? Nie chorujesz? Nikt bliski ci nie umarł? Nie doświadczasz przemocy? Nie doświadczasz biedy? Itp. itd. Doszedłem do wniosku, że nic z tych rzeczy – różni nas jedynie to, że ja się topię w lęku, bo nie umiem wziąć odpowiedzialności za swoje życie i nie wiem jak bezpiecznie się otwierać przed ludźmi i stawiać im granice. A tego da się nauczyć, tylko zamiast w domu rodzinnym, to na terapii, ale nikt się z tym nie urodził, tylko ja to robię teraz, kiedy wreszcie mogę. I faktycznie tak się stało, moje życie się dzięki temu znacznie poprawiło, a nie pogorszyło.

        A to poczucie niesprawiedliwości i żal właśnie można ukoić. Nie trzeba w tym celu cofać czasu ani zmieniać statusu, natomiast chodzi o to, żeby je móc wyrazić i żeby ktoś to wysłuchał i zaakceptował – to wszystko. Oczywiście to nie jest banalne, ale jak najbardziej wykonalne. Nadal czasem nachodzi mnie żal, złość, wściekłość i nienawiść za ten stracony czas i cierpienie, jakie przeżyłem, ale nie zajmuje to większości mojego czasu i uwagi, bo już spuściłem te przytrzymywane ciągle emocje. To dlatego miałem wrażenie, że nigdy się nie kończą, a nie dlatego, że była ich niekończąca się ilość. Na terapii nauczyłem się wyrażać emocje, mieć z nimi kontakt i pozwolić im przepływać, zamiast się na nich rozsiadać i w kółko mielić, jak tego zostałem nauczony w domu.

        kgs
        Uczestnik
          Liczba postów: 1

          Ciężki tydzień….

          Mój ojciec był alkoholikiem. Miał wzloty i upadki, ale kochałam go bo widziałam jak sam męczył się z tą chorobą. Przynajmniej nikogo nie udawał. Umarł w 2009, akurat w czasie, gdy zdołał podnieść się po porażce.

          Moja matka była współuzależniona. Ale to jej nie nawidzę za stosunek do mnie i mojego rodzeństwa. Nie mogę znieść jej widoku ani żadnego słowa.

          Od kiedy ojciec umarł jest z nią co raz gorzej.

          Czasami mam poczucie, że nie wykończył mnie na nerwy ojciec alkoholik, to zrobi to matka wariatka.

          Rozmowa z nią to jak rozmowa ze ścianą, chyba że temat dotyczy jej samej. Nikt nie ma  tak źle w życiu jak ona. Nikt nie jest bardziej chory niż ona. Nikt nie był dłużej wdową niż ona…. Itp itd.

          Umiera średnio co miesiąc. Bez przerwy wymyśla nowe dolegliwości. Musimy być na każde żądanie. Musimy przychodzić wtedy kiedy nas zaprasza, nawet jeśli mamy inne plany. Musimy ją kochać bo jest naszą matką. Rości sobie prawo do wchodzenia z butami w nasze życie bo jest naszą matką. Bo uciemiężona przez męża alkoholika wychowała i wykształciła nas swoją ciężka pracą.

          Może przy tym nas obrażać i deptać nasze uczucia. No i ona wie wszystko najlepiej…

          My (ja z siostrami) musimy być przykładnymi żonami i matkami, czytaj: mamy prać sprzątać gotować i pilnować swoich mężów. Bo o męża trzeba dbać.

          Musimy mieć dzieci, nie wolno nam się rozwodzić, bo co rodzina powie.

          Miałam nadzieję, że po śmierci mojego ojca wreszcie zacznie cieszyć się życiem. Były dobre momenty, ale po tylu latach jest obecnie osobą apodyktyczną, wredną i nie chodzącą na żadne ustępstwa.

          Tłumaczyłam ją przez te wszystkie lata. Bo też miała ojca alkoholika, pochodziła z wielodzietnej rodziny w której się nie przelewało. A mimo to zawsze sobie radziła. Gdy twierdziła, że ma depresję, poradziłam jej wizytę u psychiatry, profesjonalną pomoc.
          To usłyszałam, że jestem wyrodną córką która wysyła ją do lekarza od czubków.

          Obecnie mam ciężki czas, gdyż uciekł piesek którego wzięłam dla niej ze schroniska.

          Myślałam, że piesek pomoże jej w zatarciu pustki w jej życiu, tak jak pomógł mi, gdy okazało się że nie mogę mieć dzieci (zresztą po dziś dzień czuje jej pretensje o to że ich nie mam, a przecież mogłam adoptować).

          Szukam go prawie tydzień. Jeżdżąc, chodząc, pytając i rozwieszając ulotki. Jestem wycieńczona psychicznie (gdyż obwiniam siebie o to, że zostawiłam pieska u niej a ona go nie dopilnowała) i fizycznie.

          Przekonywałam siostry, że mama da sobie z nim radę. A teraz nie widzę krzty smutku na jej twarzy gdy jesteśmy same…

          Prośba o danie mi przestrzeni zakończyła się awanturą, bo „jej też ciężko, a po jej śmierci na pewno nie będę tak płakać jak za tym psem”

          Czuje, że znowu muszę wrócić do psychiatry po leczenie i na terapię…

          A do tego czasu musiałam tylko się z tym kimś podzielić.

          • Ta odpowiedź została zmodyfikowana , temu przez kgs.
          truskawek
          Uczestnik
            Liczba postów: 616

            @kgs: No tak, układanie sobie relacji z rodzicami nie jest łatwe, nawet jak ma się dużo świadomości. Cieszę się, że możesz o siebie znowu zadbać, powodzenia!

            olkar
            Uczestnik
              Liczba postów: 14

              Powodzenia @kgs! Rozumiem rozpacz w związku z pieskiem, też bym się tak czuła (nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. Kocham mojego pieska )

               


              @truskawek
              – miło wiedzieć, że ktoś o mnie myśli! Nawet, jeśli w zasadzie ten ktoś mnie w ogóle nie zna.

               

              Co do tego, czy osoby z niedysfunkcyjnych rodzin mają też problemy – pewnie, że mają, ale pytanie, czy mogły ich nie mieć, gdyby nie bycie DDA? W sensie, czy to nie właśnie fakt, że coś jest w tej rodzinie zaburzone, sprawił, że jest kiepsko, a mogło być lepiej (przykład: widzę w mojej rodzinie, że te dzieci/dorośli, którzy są z rodzin dysfunkcyjnych serio cierpią w porównaniu do tych z „normalniejszych” rodzin). Fakt, branie odpowiedzialności… Ale boli i tak, że parę odnóg rodzinnych w bok i mogłabym mieć z głowy dozgonne zamartwianie się, czy będę mieć gdzie mieszkać, BA, nawet nie czułabym wyrzutów sumienia, że taka jestem roszczeniowa, bo to bym dostała z marszu (razem z innymi rzeczami typu brak poczucia bezwartościowości, świadomość, że mam bliskie osoby, na które mogę emocjonalnie liczyć itp.) No a teraz patrzę tak na te lepiej funkcjonujące rodziny i myślę: Jezu, jak oni mieli łatwo. To znaczy, z ich perspektywy pewnie wcale nie tak łatwo, bo też o coś muszą walczy, starać się, martwić itp. Ale życie na starcie odjęło im masę utrudnień, o których nawet nie mają pojęcia. I wcale nie napawa mnie to dumą, że „tak miałam ciężko, a mimo to dałam radę”. No, może w jakiś taki pogardliwy sposób tak, ale to sprawia, że czuję niechęć i złość na te osoby bardziej niż jakąś dumę. Może odrobinę. Ale to mnie od nich dystansuje.

               

              W ogóle strasznie się z innymi i ich „startami” porównuję i mega mnie to męczy, ale to chyba jakichś mechanizm, żeby nie obwiniać się tak bardzo, że do niczego nie doszłam – bo wiadomo, że kuzynka, która była rozpieszczana przez rodziców i oblewana hajsem (rodzice się rozstali, ale ojciec nie wypisał się ze swojej roli), miała swoje mieszkanko na studiach i w ogóle urodziła się w stolicy w rodzinie lekarzy miała kilkanaście razy łatwiej, żeby coś osiągnąć, niż ktoś, kto na zmianę starał się walczyć z dramatem w domu i pogrążał się w nihilistyczno-depresyjnych przemyśleniach i wiedział, że musi wyjechać, żeby w ogóle mieć szansę na cokolwiek… Więc trochę przestaję się karcić, jak sobie uświadamiam takie rzeczy, o których się nie mówi, bo to brzydki i nie wolno się porównywać, zazdrościć itp., a pieniądze nie są ważne i tak dalej. No ale poczucie braku osiągnięć i beznadziejnej życiowej sytuacji zostaje.

               

              No i druga strona tego jest taka, że mam takie poczucie, że po prostu moje CAŁE funkcjonowanie, myślenie, nawet to, że tu teraz piszę, że mam taką potrzebę, że jestem na tym forum, byłoby inne, gdyby nie to, gdzie się urodziłam i jak mnie chowano. I patrzeć dalej, moja przyszłość też mogłaby być inna, bo mimo wszystko przeszłość – charakter, jaki ukształtowałam, środki, które mam (a raczej nie mam), sieć kontaktów, których nie mam itp – sprawia, że moje życie jest i będzie takie, a nie inne. I to jest też baaardzo bolesne. Że nie ma ucieczki. Bo gdyby ktoś reagował od razu, kiedyś, kiedy byłam bardzo mała, gdyby ktoś coś naprostować, uratował, zmienił… Moja teraźniejszość i w jej skutku przyszłość byłaby inna. Może byłabym bardziej pewna siebie. Nie byłabym zbieraczem. Nie bałabym się wszystkiego, łącznie z podejmowaniem jakichkolwiek decyzji. Nie analizowała bym wszystkiego. Byłabym lubiana. Itp.

               

              Ta świadomość ostatnio mnie wykańcza.

               

              No i mega mi wstyd za moją depresyjną przeszłość. I potem kolejnych… Prawie 13! Straconych lat na walce o cholera wie co. A koniec końców nie mam swojego lokum, nie mam normalnej pracy, nie mam przyjaciół, nie mam kasy, nie mam relacji z rodziną, nie mam perspektyw. Ani nawet dobrych wspomnień. Mam tylko moją rozpacz i problemy z pamięcią (które coraz mniej mnie dziwią, bo skoro próbujesz wypierać wszystko, to nie dziwne, że nie możesz zapamiętać kawałka tekstu…) I nie wiem, co dalej.

               

              Mam nadzieję, @truskawek, że Cię ta epopeja-analiza życiowych startów nie przytłacza i nie widzisz tego, jakbym była roszczeniowa (o, i to kolejny mój problem – permanentny lęk przed krytyką i odrzuceniem, do tego stopnia, że tylko drżę że strachu, że znów zostanę sama, że ktoś nie będzie mnie lubił itp.)

               

              Masakra.

               

              Tak podsumowując ostatnie dni:

               

              – na plus jest to, że na zajęciach w szkole, do której jeżdżę, zaczęłam się bardziej angażować, i usłyszałam parę rzeczy, które troszeczkę minimalnie mnie uspokoiły, i że momentami mam przebłyski jakichś pozytywnych odczuć/jakiejś ulgi od ciągłego napięcia i lęku i gonitwy myśli, i że cały czas jest opcja tych spotkań online z psychologiem (to nie jest co prawda terapia, ale w ogóle powiedzenie komuś o tym, co się ze mną dzieje, kto się na takich sprawach poniekąd „zna”, trochę przynosi ulgę);

               

              – na minus to, że nadal moje życie nie jest lepsze, perspektywy się nie poprawiły, a czas ucieka, młodsza się nie robię i nie mam pojęcia, jak poprawić swoje życie. Pracy nadal nie znoszę, mieszkania nadal nie znoszę, ale nie mam lepszej opcji ani kasy. Nadal nie mam siły sprzątać. Boli mnie też myśl o relacjach z rodziną – czas ucieka, one nie są lepsze, niedługo zabraknie moich bliskich, a ja nie spędzam z nimi czasu, ale nie mogę, bo relacje są kiepskie i nie czuję siły na przebywanie z nimi dłużej, ale kiedyś będę żałować, że tego nie robiłam, a co jak może coś mogę zrobić, ale nie robię tego, a potem będę żałować? i tak dalej, i tak dalej, pętla się nie kończy (jak zresztą z innymi aspektami życia, jak zmiana miejsca zamieszkania, rozwój w innym kierunku, praca, potencjalny związek itp.) No i boli mnie upływ czasu tak personalnie, i brak relacji bliższych z ludźmi, i myśl o tym, że już pewnie tego nie nadrobię, i że moje wszystkie relacje są takie… Sztuczne. Ale trudno mieć prawdziwe relacje, jak się ma permanentną derealizację i dysocjację, czy co to właściwie ze mną się dzieje, że czasem nie czuję w ogóle, jakbym żyła :))

               

              Właśnie przed chwilą w ogóle naszła mnie myśl, że pisanie tutaj może być bez sensu? I że to też tracenie czasu. Życia. I to kolejna rzecz, o której pewnie będę myśleć jako o czymś negatywnym w moim życiu – że było mi źle zamiast dobrze, i żaliłam się na forum, zamiast mieć życie i tworzyć W KOŃCU miłe wspomnienia. Echhh.

               

              Anyway, dziękuję, jeśli dobrnąłeś do końca i nadal nie jesteś mną zirytowany.

              truskawek
              Uczestnik
                Liczba postów: 616

                Hej,

                Trochę mnie to przytłoczyło, bo bym chciał odpowiedzieć na wszystko, jak w rozmowie na żywo, ale właśnie złapałem się na tej panice i już mogłem zdecydować co z tym zrobić. Więc spróbuję raczej odpowiadać co ja w tym widzę co napisałaś niż tak detalicznie się odnosić do wszystkiego. I w efekcie panika i poczucie bezradności odpłynęły – to nie jest tak, że jak coś odruchowo czuję, nawet silnie, to już koniec i muszę uciekać albo za tym ślepo podążać.

                Nauczyłem się, że uczucia są i najwięcej problemów wywołuje próba ich unieważnienia. Więc jak czujesz żal, to naprawdę czujesz i nie trzeba tego za wszelką cenę usunąć – najlepiej od razu. Tak samo z zazdrością: tak czujesz i już. Na terapii jest czas się przyjrzeć jakie przekonania za tym stoją i zastanowić się, z czym się tak naprawdę nie zgadzam, tylko odruchowo mi się to kręci w głowie jak irytująca katarynka. Ale na sam początek jest uznanie, że w ogóle czujesz to co czujesz, żeby zatrzymać czy choćby tylko spowolnić natychmiastowe odruchy, które ci odbierają decyzje i przytłaczają.

                I faktycznie, na początek zmian jest tylko chwila ulgi, też to znam. Z czasem te chwile stają się dłuższe, zaczynają się łączyć z innymi chwilami itp. itd. Jeśli do tego dojdzie poznawanie emocji i schematów, to pomaga utrwalić ten kierunek, bo jak nie wiemy co się dzieje, to odruchowo robimy to, co zawsze, czyli czego się wyuczyliśmy w dysfunkcyjnym domu. Taką mam w ogól ostatnio refleksję, że nawet po terapii jest ważne, żebym stawiał sobie jakieś własne cele (choćby małe), bo tę pustą przestrzeń bez planów wypełni mi „samo” to, co znajome. Więc odruch chowania się jest dla mnie szkodliwy i nie ma tu co udawać, że mi nie zależy, albo bagatelizować, że dam radę, ja sobie poczekam itp.

                Jaka byś nie była, to masz prawo taka być na dzień dobry, zamiast przed tym ciągle uciekać. Tez mi tak brzmią przekonania, że całe życie, że jak było źle to zawsze będzie źle itp. – to jest taki mechanizm DDA/DDD, że łatwo się generalizuje. Terapia służy właśnie do tego, żeby przyjrzeć się szczegółom, nie rzucać się zawsze od krawędzi do krawędzi, bo to nam pierwsze przychodzi do głowy. Skoro coś pozytywnego złapałaś, to już nie jest całe życie złe – to jest już ten jeden kawałek poprawiony i na nim możesz budować kolejne takie pojedyncze klocki. Oczywiście to nie znaczy, że wszystko jest już dobrze, bo to też generalizacja i też nie pomaga. Chodzi o łapanie co jest realnie i konkretnie, a nie generalnie.

                Bo to tylko z pozoru jest takie jednolite, ale im głębiej się przyjrzysz, tym więcej zaskoczeń (a także nadziei) z tego wychodzi. Pewnie, że chciałabyś „mieć życie” – ale to dla każdego oznacza coś trochę innego. Ja na przykład uwielbiam gadać i łączyć kropki, ale dla kogoś innego życie to może być poezja, ruch, podróże albo cokolwiek innego. No ale jak podróże – to jakie? Ruch – jaki i jak często? Poezja – ale czytać czy pisać? I tak dalej. To jest proces poznawania siebie i swoich potrzeb, nazywania ich sobie, sprawdzania i stopniowe realizowanie tego, co jest możliwe. To jak życzenia świąteczne: „wszystkiego najlepszego” oznacza, ze ktoś cię w ogóle nie zna, nie obchodzisz go, albo boi się wychylić, ale nie da się tym kierować w życiu, bo to jest tak ogólne, że w sumie puste i nic nie warte.

                W ogóle jeśli chciałabyś trochę lepiej się zorientować co się z tobą dzieje, skąd się bierze i co z tym można zrobić, to polecam książkę „DDA – czy to ja”, którą napisali terapeuci DDA. Ona świetnie się nadaje właśnie na początek. Polecam też podcast tych autorów „Schodami do siebie” – tam są odcinki tematyczne, to nie jest taki logiczny ciąg jak w książce oczywiście, ale za to można sobie dobierać odcinki żeby się zastanowić nad jakąś bardziej konkretną rzeczą. Jest oczywiście jeszcze wiele innych tekstów i nagrań, ale możesz sama coś fajnego dla ciebie znaleźć. To są materiały wspomagające, nie zastąpią terapii i własnych działań, ale na początek człowiek nie ma się czego złapać, a to pomaga się trochę zatrzymać i po trochu docierać do swoich przekonań i mechanizmów.

                A jeśli idzie o poczucie sensu – kto niby ma ci powiedzieć, co dla ciebie ma sens? DDA to poczucie, że ktoś nam wszystko powie, ale tak z ręką na sercu, to coraz mniej mam ochoty, żeby ktoś mi dyktował co mam robić i jaki powinienem być. Jak odkrywam swoje potrzeby i je po kawałku realizuję, to sens widzę właśnie w tym. A to są różne potrzeby – i takie, żeby coś fajnego posłuchać, i takie, żeby tu się dzielić swoimi doświadczeniami, i wiele innych, od sensownego i smacznego jedzenia począwszy. Jak przy tym jeszcze dbam, żeby sprawdzać, co czuję na bieżąco, i nie próbuję się rzucać na 100% albo dla odmiany wszystko sobie odpuszczać, to już mi wystarcza, choć znam doskonale takie zapętlenie, o jakim piszesz. Warto było się pouczyć nowych podstaw w czasie terapii i po niej sobie już to rozwijać na tyle, na ile akurat mi się wydaje.

                Daj znać jak tam te spotkania online dokładniej, a jeśli sobie coś posłuchasz albo poczytasz, to co o tym sądzisz i jak na ciebie to działa. Z mojego doświadczenia już samo wyjście poza swój zamknięty świat daje trochę ulgi i ciekawości, a choćby tylko usłyszeć, że inni ludzie też tak mają – i po to także jest to forum, możesz z niego korzystać.

                Powodzenia!

                olkar
                Uczestnik
                  Liczba postów: 14

                  @truskawek dzięki! Spróbuję jakoś dorwać tę książkę.

                  Jestem ciekawa… czy przed terapią też miałeś takie dziwne odczucia, jak ciągle poczucie winy/wstydu (?), napięcia i takiego dziwnego uczucia… jakby ciągle coś było nie tak, jakbyś powinien robić coś innego? Że wszędzie jest nieokej, gdzieś mnie jakby „goni”, albo że rzeczywistość nie jest na serio, że trudno mi odróżnić swoje marzenia od realiów… plus ciągła chęć jakiegoś ulotnienia się, przespania reszty życia, nawet w sumie bez powodu… i ciągle takie analizowanie siebie, patrzenie na siebie z boku, myślenie o tym, że to wszystko i tak względne… itp. Bardzo mnie to męczy i zastanawiam się, czy to są jakieś objawy związane z DDA/D które pojawiają się też u innych osób z tymi problemami, czy to już jakaś moja cecha, depresja/psychoza/dysocjacja/coś 🙁

                  truskawek
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 616

                    No, dokładnie tak miałem przez większość życia, i to praktycznie w każdym detalu, o którym napisałaś…

                    Owszem, to są typowe objawy dorastania w rodzinie dysfunkcyjnej, choć bywają różne role i związane z tym różne strategie przetrwania – to co mówisz to rola tzw. niewidzialnego dziecka (ja u siebie znalazłem wszystkie te role, ale tę zdecydowanie w największym stopniu):

                    swiadomosc-zwiazkow.pl/role-dzieci-w-rodzinach-dysfunkcyjnych-dda-ddd/

                    O wstydzie jest np. artykuł na tym portalu (możesz sobie też poczytać inne artykuły, ale ich dawno nie przeglądałem):

                    http://www.dda.pl/toksyczny-wstyd/

                    Takie doświadczenia mogą oczywiście wywołać różne inne problemy i np. dysocjację też odkryłem jako jeden ze sposobów w jaki sobie próbowałem radzić z lękiem i bezradnością. Ale w moim wypadku wystarczyło, że się zająłem schematami DDD i od lat miałem dysocjację może raz, bo poziom lęku i wstydu znacznie mi się obniżył.

                    olkar
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 14

                      Jejku, to trochę mi ulżyło, że to nie jest (oby) coś, z czego nie da się wyplątać… chociaż nadal czuję, jakby była nade mną jakaś klątwa. Że co nie będę próbowała, to i tak nic z tego nie wyjdzie. No jakbym była przeklęta.
                      Strasznie się boję, że nigdy się nie dowiem, czego chcę, albo że będzie to już za późno, żeby cokolwiek faktycznie osiągnąć (można nie wiem, zamarzyć o byciu lekarzem, mając 80 lat, ale wtedy już się tego nie zrobi). Albo że jak osiągnę jakąś stabilność i samoświadomość emocjonalną, to się załamię jakoś tym, że życie w mojej rodzinie doprowadziło mnie do tego dziwnego stanu, z którego nie widziałam wyjścia… że mnie mogło tyle dobrych rzeczy ominąć. To znaczy, w sumie już wiem, że tak jest. Ale nie potrafię czuć się z tym okej. A chciałabym, żeby to było jakieś mgliste wspomnienie tylko, jak… nie wiem, jakaś szczepionka z dzieciństwa? A póki co rzutuje na mnie straszliwie to, co było i czego nie było.
                      Aż mi łzy zaczęły płynąć, jak to pisałam…

                      Totalnie nie wiem, jak się zebrać do kupy. Rodzina przykleiła mi łatkę lenia. Może faktycznie tak jest, chociaż jako dziecko dużo rzeczy lubiłam robić. Z czasem zaczęłam wszystkiego unikać i teraz doszłam do etapu, kiedy czasem oddychanie wydaje mi się zbyt trudne 🙁 taką niemoc też miałeś kiedyś? Lub może kogoś takiego znasz?

                      A wiesz może o jakichś sensownych grupach wsparcia online?

                      (Wybacz, jeśli piszę za dużo, za często i zawracam Ci głowę. Tak bardzo mi brakuje w realu bliskich osób i kogoś, kto by mnie zrozumiał, że wylewam emocje tutaj. Kurczę, naprawdę jestem potwornie wszystkim przytłoczona i mega się boję, że reszta mojego życia taka będzie. Albo w najlepszym wypadku spędzę resztę życia na terapiach i lekach. A co, jeśli tę depresję też wywołałam w sobie w pewnym sensie sama? Pogrążając się w samotności, nienawiści do siebie i smutku? Czuję się właśnie tak, jak napisałeś wcześniej: chciałabym, żeby ktoś mi odpowiedział na pytania. Chciałabym, żeby ktoś mnie uratował.)

                       

                      edit: u mnie też z tych ról chyba każda po kawałku. Przez to też ciężko mi jest stwierdzić, czy w ogóle to nie jest jakiś fałsz z tym syndromem DDA – bo przecież skoro wszystko się zgadza i pasuję do każdej z ról, to to nie może być na serio, albo raczej: nie może mnie dotyczyć…

                      • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 dni, temu przez olkar. Powód: dodatkowa myśl
                      truskawek
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 616

                        To poczucie „klątwy”, czyli żalu, strachu, bezradności, a nawet poczucia winy, jest właśnie charakterystyczne dla syndromu DDA/DDD.

                        Serdecznie ci polecam posłuchanie podcastu od początku, żeby się tak na szybko zorientować zamiast kręcić się w swojej głowie w kółko albo czekać czy ktoś ci odpowie na to czy inne szczegółowe pytanie – zobacz sobie z czym to się w ogóle je:

                        youtube.com/watch?v=UGcugsKnSlo

                        youtube.com/watch?v=NzQwnHlZ2po

                        Mam przekonanie, że nie ma znaczenia ile bym ci próbował odpisać na bieżąco, to nie wystarczy, bo jak gdzieś się trochę uspokajasz, to otwiera się jakiś inny lęk. Na tym to właśnie polega i z początku ważne tylko, że mówisz wprost co cię boli i szukasz co może ci dać choć trochę ulgi. Mnie sprawia przyjemność, że mogę sobie pogadać o ważnych rzeczach (bo lubię i mam taką potrzebę) i dbam o to, żeby nie wpaść w swoje mechanizmy.

                        Nie wiem czy miałem tak, że nie miałem siły oddychać, ale miałem tak, że byłem przerażony i nie widziałem żadnej przyszłości – wydawało mi się bardzo dziwne, że mam coś kiedyś robić, nie miałem na to pomysłu ani siły, miałem tylko nadzieję, że jakoś wytrzymam i może jakoś się uda. Na pewno za to miałem momenty, kiedy nie miałem siły i próbowałem spać, aż się wreszcie wyśpię, ale to się nie udało i tylko coraz gorzej się czułem, że tylko śpię i nic z tego życia już nie mam. I znam wiele takich osób, czasem widać od razu, a czasem się bardzo maskują.

                        O grupach online niestety nie mam pojęcia.

                        A co do tych ról i poczucia winy czy sama sobie tego nie zrobiłaś – przez pierwsze miesiące na terapii słuchałem co nam opowiadali, ale cały czas się zastanawiałem co powinienem był zrobić, żeby uniknąć tych cierpień. Aż dotarło do mnie, że nie miałem żadnych szans, bo jako dziecko nie miałem żadnego wpływu na to, w jakich warunkach żyłem i czy byłem bezpieczny. Te role tylko o tyle spełniły swoje zadanie, że przetrwałem i jakimś sposobem w końcu dotarłem na terapię, ale nic więcej nie mogły dać, wszystko jedno którą bym dostał albo próbował. Bo jak masz za krótką kołdrę, to możesz ją różnie naciągać, ale i tak nie wyśpisz się wygodnie. A to nie ty sobie tę kołdrę uszyłaś.

                        Powiedz może o czym w ogóle sobie gadasz z tą terapeutką online? Czy coś ciekawego, ważnego albo zaskakującego ci powiedziała, a może coś poczułaś innego niż dotąd? Bo to jest coś, co teraz możesz zacząć zmieniać realnie jako dorosła osoba, która nie chce tak żyć jak dotąd.

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 29)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.