Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › Pomoc?
-
AutorWpisy
-
Dziękuję za ten podcast! Będę pewnie słuchać kiedy nadarzy się okazja.
„jak gdzieś się trochę uspokajasz, to otwiera się jakiś inny lęk” – wręcz mam wrażenie, że mój mózg wytwarza nowe lęki. Żebym czasem się nie uspokoiła. Bo nie może być dobrze. Nie wiem, może to jakieś uzależnienie od adrenaliny albo dopaminy. Przemęczona tym jestem.
Co do tych spotkań – póki co, było tylko jedno, więc na dobrą sprawę nic nie zaczęłyśmy, a pani psycholog nie ma teraz za bardzo wolnych terminów. Ale ma dać znać. Jeśli nie ogarnę jej w ciagu najbliższych paru dni, to skontaktuję się z kimś innym z tej fundacji, chociaż nie wiem, czy przebrnę znowu przez opowiadanie o tym wszystkim i tę histerię ;.;
Najbardziej, oczywiście, chciałabym terapię grupową i indywidualną równocześnie. Ale do tego muszę mieć jakieś „stałe” miejsce do życia. A nie mam pojęcia, gdzie będę chociażby w lipcu, a co dopiero za dwa-trzy lata, kiedy doczekałabym się terapii na NFZ. To kolejna rzecz, która mnie obciąża – że chcę pomocy, ale wiem, że nie mogę jej sobie zapewnić przez totalny brak zdecydowania co do moich preferencji, planów, nawet tego, gdzie chcę mieszkać. Masakra. Ale domyślam się, że to też objaw DDA.Okej, dzisiaj rozmawiałam z psychologiem.
Stwierdziła, że jestem spokojniejsza. To fakt, ale i tak nadal mam masę lęku. Mówiła coś w stylu, że mam prawdopodobnie PTSD, i że byłam/jestem w trybie przetrwania, czy coś takiego. Że z dysfunkcyjnego środowiska wyszłam do „normalnego”, ale obcego mi świata (to akurat powiedziała po tym, jak powiedziałam jej, że właśnie jeszcze w domu jakoś się trzymałam, a jak wyjechałam, to się posypałam. Mówiła jeszcze. że mi pomoże, na ile będzie mogła. I że dam radę. To pocieszające. Trochę, bo i tak czuję, że marzenia spełnić będzie mi mega trudno – gdybym chociaż wiedziała na 100 procent, czego chcę…
Ale faktycznie, czuję większy spokój. Trochę mniej napięcia. Chyba samo to, że mogę porozmawiać z kimś, kto nie unieważnię tego, co czuję, i mniej więcej „zna się” na rzeczy, mi pomaga. Gorzej, że ciężko z terminami do niej, ale będę próbowała.
Zastanawiam się, na ile może mi się udać wyjść z tej koszmarnej dysocjacji, ale domyślam się, że to już kwestia tego, na ile poukładam swoje życie… bo pewnie dysocjuję przez to, że rzeczywistość jest „nie taka”, inna, niż bym chciała. I żeby być od tego wolna, musiałabym mieć życie, które będzie mi dawało szczęście.A tak ogólnie, to znów dużo notowała. I mówiła, że jej przykro, że przez coś takiego przechodziłam, czy coś w tym stylu.
Mam nadzieję, że znajdzie dla ciebie te terminy.
Mnie się wydaje, że najważniejsze w tej chwili jest, żebyś coś robiła nawet małego, ale na bieżąco. Bez dużych marzeń da się żyć, ale zmiana przekonań i nawyków nie dzieje się z dnia na dzień. To jest jak trening sportowy – efekty widać dopiero na zawodach, ale na zawody można się wybierać albo nie wybierać, a bez treningu nie ma żadnych efektów. Warto czytać, słuchać, pisać, gadać – cokolwiek akurat jesteś w stanie. Sam robię codziennie małe ćwiczenie z nazywania emocji, choć teoretycznie już dawno nie muszę, bo się tego nauczyłem i wyćwiczyłem latami, ale to na pewno mi nie szkodzi i zawsze łatwiej jest kontynuować niż jakby co zaczynać od nowa.
Rozmowa to spora rzecz, byle to było właśnie z mówieniem wprost i przynajmniej nie zaprzeczaniem, powierzchowne gadki mogą działać dokładnie odwrotnie. Czy masz kogoś, z kim jesteś w stanie tak rozmawiać?
Straciłam cały długi wpis, ale w sumie… to nie jest jakaś tragedia.
Odpowiadając w skrócie na pytanie: na ten moment to głównie ta psycholog, Ty i moja siostra, która w zasadzie też ma problemy emocjonalne, więc głównie nakręcamy się w żalu i rozpaczy. Z innymi próbuje rozmawiać, ale to niewiele daje.Czytam też dużo na reddicie wypowiedzi osób z CPTSD i dysfunkcyjną rodziną. To mi trochę pomaga zaakceptować, że to nie moja wina.
Ale szczerze? Od tak dawna czuję się źle, że tracę nadzieję, że się mogę czuć lepiej. Jezu, ja nawet nie wiem, co to znaczy być sobą i czego tak właściwie chcę, bo moja osobowość ukształtowała się pod ojca alkoholika i mamę, którą chciałam się „opiekować” (i widzę, że nadal mnie do tego ciągnie). Czy moje marzenie o aktorstwie jest moje, czy to pragnienie bycia wreszcie szanowana i kochaną? Czy chcę mieć partnera i rodzinę, czy w sumie mnie to nie obchodzi? Co ja naprawdę lubię, a do czego się zmuszam, żeby czuć się w porządku człowiekiem? A co, jeśli nie zdążę poznać odpowiedzi na te pytania?
Myślę, że z siostrą możecie spróbować porobić proste ćwiczenie, tzw. komunikaty typu „ja”. Tego się uczyłem na terapii w pakiecie z wieloma innymi rzeczami, ale to jest bardzo prosta rzecz do wyjaśnienia, choć pewnie z początku trudna w wykonaniu. Chodzi o to, że standardowo marudzenie i wiele innych strategii polega na tym, że się mówi o kimś, o świecie, o życiu itp. itd., a w tej formie mówię co ja czuję, a nie co ktoś/coś mówi/robi/powinien itp. Tu jest więcej:
centrum-psyche.com.pl/komunikaty-typu-ja-asertywna-komunikacja/
Sama widzisz – to nie jest żadna skomplikowana magia, ale dużo zmienia. Jak ktoś opowiada co czuje, to mogę tego długo słuchać z zainteresowaniem, ale jak słyszę ogólniki albo co ja powinienem, to się zwykle odcinam emocjonalnie i mnie to drażni. Zobacz jak sama odbierasz jak ktoś tak mówi, bo inaczej trudno może być zrozumieć po co to w ogóle zmieniać.
Bez siostry też możesz sobie to poćwiczyć, bo to swego rodzaju emocjonalne abecadło i przydaje się w każdej komunikacji, ale jeśli ona też zechce, to możecie się zacząć wzajemnie wspierać zamiast pogrążać. Tak mi się wydaje. Warto spróbować i w sumie raźniej jest ćwiczyć z kimś, zwłaszcza jeśli obie osoby mają podobne problemy.
Do tego przyda się też pewnie jakaś lista emocji – wszystko jedno jaka, bo nie ma jednej ustalonej i są różne koncepcje, a w praktyce i tak 5-10 się powtarza najczęściej, więc powinno być o tyle łatwiej:
psychologiacodziennosci.pl/2023/02/02/emocje-czym-sa-jakie-moga-byc-i-po-co-nam-one/
Sama też możesz sobie nazywać emocje powiedzmy raz dziennie – zatrzymujesz się i sprawdzasz. Jak nie wprost, to drogą eliminacji („to nie jest strach ani ekscytacja, zaskoczenie też nie, to może wstyd albo zazdrość?”). Są w sieci instrukcje jak prowadzić dzienniczek uczuć, ale moim zdaniem lepiej jak najprościej na początek, bo dla DDA to jest trudne, bo zupełnie nieintuicyjne.
Z jednej strony ważne jest to, co się samodzielnie robi, nawet małego, ale też potrzeba trochę wiedzy, żeby w głowie sobie po trochu układać i się zastanawiać nad czymś, co pozwala wyjść poza zaklęty krąg swoich lęków. Dlatego ci polecam ten podcast jako natychmiastową odtrutkę – może jeden odcinek dziennie albo np. co 2-3 dni, jeśli to za dużo nowego na raz, albo podzielić sobie ten odcinek ma kawałki i codziennie taki kawałek posłuchać. Ważne, żeby posłuchać kogoś, kto się tym zajmuje profesjonalnie i ma doświadczenie. Nie warto czekać na jakiś specjalny moment – możesz spróbować natychmiast.
Na razie wszystkie problemy, o których wspominasz, pasują mi do problemów jakie znam u siebie albo ogólniej jako problemy DDA. To są bardzo ważne pytania, ale skoro do tej pory nie masz na nie odpowiedzi, to powtarzanie ich dalej w kółko też pewnie nic nie zmieni, bo niby skąd? Polecam trochę je zostawić z boku (bo i tak przecież nie znikną, nie ma obaw 🙂 ) i skupić się na tych ćwiczeniach i na słuchaniu i czytaniu terapeutów, którzy się tym zajmują.
„zatrzymujesz się i sprawdzasz” – to akurat u mnie nie zadziała, bo jestem tak zdezorganizowana, że nie mogę się zatrzymać, cała moja egzystencja to zatrzymanie w jakimś dziwnym pobudzeniu/zamrożeniu.
I tak czuję, że moje posty tutaj mogą być inne i w pewnym sensie dziwne, bo nie są takie ogólne, tylko pisane trochę w tym dziwnym trybie walki, ucieczki czy czego tam jeszcze. Jak tu coś piszę to czuję się jak tonący, który woła o pomoc. Albo jakby coś się paliło, a ja wołam, żeby ktoś ugasił pożar. Próbuję walczyć z tym uczuciem, ale to nic nie daje, może właśnie powinnam pozwolić sobie czuć to wszystko? A może lepiej poczekać z tym i zgłosić się do szpitala i tam przepracowywać te dziwne odczucia?
W każdym razie, próbowałam dzisiaj trochę nazywać te uczucia, ale wyszła ich cała lista. Więc nie wiem, czy dobrze zrobiłam, ale chyba czułam wszystko, co się da. A może rzucałam na oślep tymi uczuciami i potem sobie potwierdzałam, że tak, to to. Nie wiem. Nic już nie wiem.Wiem tyle, że naprawdę odkąd wyjechałam z domu rodzinnego to się totalnie posypałam. Wcześniej było źle, moja rzeczywistość była okropna. Wyjechałam i stwierdziłam, że chcę zacząć od nowa, nie być tym smutnym człowiekiem, tak jakby… wymazać przeszłość? No i się zaczęło. Dysocjacje, derealizacja, jakieś dziwne rzeczy. Ciągną się w sumie do dzisiaj, a może jest coraz gorzej? I panicznie się boję, że nie będzie już lepiej. Że właśnie będę czuć taki „error” w komunikacji i nawet ta psycholog mi nie pomoże.
Strasznie jestem tym wszystkim zmęczona. Ale dobra, wyjścia nie mam. Będę próbować.
Odsłuchałam wczoraj jednego odcinka, ale widzę, że to są takie rzeczy raczej dla ludzi, którzy nie mają w sobie takiego pożaru, raczej rzeczy ogólnie informujące, a ja chyba potrzebuję jakiejś ostrej interwencji. Ale w miarę możliwości będę słuchać.
W ogóle, dziękuję, że odpisujesz. Że to czytasz, choć pewnie czasem to już „too much”.
Jejku, właśnie tak jakoś do mnie dotarło… że ja w ogóle nie cieszę się życiem. To dla mnie taka jakaś udręka. I strasznie mnie to boli. Że tyle się zmarnowało.
Naprawdę, doceniam, że tu zaglądasz. Miłego wieczoru.No, też mam takie wrażenie, że potrzebujesz szybkiej pomocy, żeby się w ogóle trochę zatrzymać właśnie. Nie wiem, może warto iść do psychiatry, żeby trochę ten pożar przygasić? Psychoterapia w trakcie farmakoterapii wydaje mi się mało sensowna, bo z jednej strony się człowiek próbuje uspokoić, a z drugiej właśnie grzebie w tym, co go boli, żeby oczyścić tę ranę. Znajoma właśnie tak zrobiła, że najpierw dostała leki, a jak już odzyskała nieco równowagi, to poszła na psychoterapię i to jej bardzo fajnie poszło.
Ale ta wiedza to abecadło, możesz ją sobie sączyć choćby po to, żebyś widziała ile z tych rzeczy jest typowe dla nas wszystkich DDD, czyli zdjąć z siebie trochę tego poczucia winy i samotności. To potem i tak w kółko wraca, bo człowiek się uczy przez ćwiczenie.
Cieszę się, ze spróbowałaś nazywać emocje. Bardzo możliwe, że masz wielki chaos z nimi, albo że jeden przykrywają inne, ale też nie ma co oczekiwać, że po pierwszym treningu będę już efekty. Na tym etapie to raczej oswajanie się pewnie. Jeśli dziś się nie zatrzymasz, co zrozumiałe, to może odrobinę zwolnisz. To już będzie ważne na przyszłość.
Nie dziwi mnie w ogóle, że to ci się tak zaostrzyło po wyjściu z domu. Bo było kijowo, ale stabilnie, świetnie znałaś te reguły, nawet jeśli ci się nie podobały. A odpowiedzialności za siebie nikt cię pewnie nie uczył, tymczasem teraz ci się wszystko zwaliło na głowę bez żadnego przygotowania. Współczuję ci, słyszę, że to dla ciebie ogromny ciężar.
Przy okazji to pokazuje jak takie wielkie, efektowne zmiany niekoniecznie dają efekty takie, jak stopniowa praca od podstaw. Mogą nawet człowieka całkiem zniechęcić i pogrążyć w rozpaczy, że wobec tego nie ma chyba ratunku. Dlatego myślę, że teraz ważne jest dla ciebie wsparcie z zewnątrz, żebyś mogła zaczerpnąć łyk powietrza zamiast dusić się ciągłym strachem. A jednocześnie możesz powolutku sobie słuchać i czytać, bo to jest budowanie solidnych fundamentów na przyszłość, żeby potem na tym się móc oprzeć i budować swoje życie z własnego wyboru i biorąc za nie odpowiedzialność.
Trudno, żebyś w takiej sytuacji się cieszyła życiem, a wcześniej pewnie nie było lepiej, tylko bardziej przewidywalnie. Mogę tylko powiedzieć, że mnie się w końcu udało dojść do robienia swojego z zadowoleniem i też już stabilnie.
Trzymaj się i pisz jak potrzebujesz.
Dzisiaj w sumie nic odkrywczego. Może posłucham jeszcze trochę podcastu. Generalnie od jakiegoś czasu tylko czytam wypowiedzi ludzi o PTSD i szukam jakiejś nadziei. Trochę mi… lżej. Jakby dotarło do mnie, że to wszystko, co czuję, jest efektem traumy.
Ale czuję straszny lęk. Mega się boję, że nie „nadrobię” życia (chociaż to też dość względne… może bardziej „nie spełnię mojego potencjału”? Nie nadrobię straconych szans?)Że NAPRAWDĘ nie będę szczęśliwa. Że nie czekają mnie dobre rzeczy.
I jest mi mega samotnie. Po prostu czuję straszny żal i bardzo chciałabym czymś lub kimś go ukoić. Ale jestem sama.
Nie mam chyba na ten moment nic więcej do napisania. Chyba tylko… chciałabym, żebyś napisał, że będzie lepiej. Że da się z tego dołka wyjść. Chociaż nie wiem, czy doświadczyłeś czegoś takiego. Czuję się jak wrak, krótko mówiąc, ale staram się jakoś tego nie czuć, bo się boję tracić życia na jeszcze więcej żalu. Ale i tak nic konstruktywnego nie robię. Wczoraj w nocy stwierdziłam, że chyba po tej szkole (jak się skończy) zgłoszę się do szpitala psychiatrycznego. Zobaczę, jak się będę czuć.
Chyba głównie czuję tak naprawdę lęk i wstyd. I żal. To tak w sumie w temacie tego nazywania uczuć.
Chciałabym poczuć się bezpiecznie. I nie roztrząsać przeszłości. I umieć kochać siebie.Oczywiście, że da się z tego i z innych dołków wyjść. Wydawało mi się, że już to napisałem, ale jak nie, to teraz napiszę: większość życia mnie dręczyły ze 3 warstwy lęku i warstwa wstydu na wierzchu – tak przynajmniej to sobie zwizualizowałem w czasie terapii. A dziś tak nie jest. Taki ciągły lęk czuję chyba tylko w nocy, w ciągu dnia od kilku lat już nie, więc mam nadzieję, że w nocy też to przejdzie w końcu, ale generalnie to jest już fajne życie, w którym kieruję się swoimi potrzebami i chęciami, a nie tym, co niby powinienem. A ponieważ to już tyle trwa, to mogę też potwierdzić, że to nie jest tylko jakiś lepszy dzień czy nawet miesiąc, tylko coś trwałego, na czym mogę się oprzeć. Dołek jest za mną, teraz mam normalne życie, z różnymi emocjami, oczywiście czasem także z lękiem i wstydem, ale przychodzą i odpływają, a nie trzymają jak tegoroczna zima…
Nic na szczęście nie trzeba nadrabiać – to nie jest potrzebne, żeby na stałe żyć poza dołkiem. Wystarczy oczyścić rany z dzieciństwa i uczyć się innych sposobów obchodzenia się z emocjami i z ludźmi. Nie mam dziś żadnej potrzeby wracania, nadrabiania ani naprawiania niczego, po prostu nie siedzę w tym, bo zajmuję się aktualnymi swoimi potrzebami.
Skoro tak dobrze ci idzie nazywanie swoich emocji (to dobry fundament!), to mogę ci jeszcze zaproponować ćwiczenie bliższe temu, co ja robię – złap dowolny moment w ciągu dnia, najlepiej teraz, i sprawdź jak się z tym czujesz. W tej chwili opisujesz ogólniki, a to wcale nie pomaga się wyrwać z błędnego koła żalu. I to mogą być dowolnie drobne wydarzenia, w zasadzie im bardziej konkretne, tym lepiej, bo to tylko ćwiczenie. Na przykład: „zobaczyłam wiewiórkę i czuję zaskoczenie”, „robię obiad i czuję niechęć”, „maluję paznokcie i czuję ekscytację”, „przytulam się do poduszki i mam poczucie bezpieczeństwa”, „czytam o PTSD i czuję ulgę”, „zobaczyłam pizzę z ananasem i czuję wstręt”, „zrymowało mi się zdanie i czuję rozbawienie”, „usłyszałam jak ktoś gra na pianinie i czuję zazdrość”, „stoję w kolejce i czuję nienawiść” – i tak dalej w tym bardzo prostym schemacie.
Im więcej i im prościej, tym lepiej, bo to jest urealnianie, czyli coś, co może być przyjemne albo nieprzyjemne, łatwe albo trudne, ale da się z tego coś zrozumieć i czegoś nowego się uczyć. Jak się zostaje na poziomie „czuję żal”, to nie da się tego z niczym powiązać ani sprawdzić, i to nawet jest prawda, ale nic z niej nie wynika. No, może tylko poczucie, że tak jest „zawsze” i lęk, że to się nigdy nie kończy, więc pewnie już tak zostanie. Ale jeśli to będzie coś w rodzaju „uciekł mi autobus i czuję żal”, to jest zupełnie co innego, to już jest otrzeźwiający konkret.
Tak samo z tym, czy czekają cię jakieś nieokreślone „dobre rzeczy”. Ale jakie są dla ciebie dobre konkretnie? Może wypicie kawy, może spacer, może – tak jak już pisałem – podróże albo poezja? I dalej, jeszcze konkretniej – jakie? kiedy? w jakiej ilości? z kimś czy sama? Dla mnie wiele „dobrych rzeczy” dla innych ludzi budzi niechęć, lęk albo wstręt, dlatego ważne jest, żebym nazwał swoje, bo ludzie (także DDD!) nie są od jednej sztancy i mają różne upodobania, cechy, zdolności itp.
Spróbuj sobie odpowiedzieć na kilka takich pytań dziennie, nie musi być tego dużo, bo może się okazać trudne, bo dla nas to nieintuicyjne, żeby łapać kontakt z rzeczywistością, bo żeby przetrwać lepiej było nieraz od niej uciec. Ale teraz po trochu można się z nią oswajać, skoro ta ucieczka kończy się kręceniem się w kółko. I w tym jest nadzieja – ja tak właśnie o tym myślę.
-
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.