Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › Pomoc?
-
AutorWpisy
-
Próbowałam dodać wczoraj post, ale się nie dało 🙁
Jutro rozmowa z psychologiem. Z jednej strony, nie mogę się doczekać, jakby to miało jakoś magicznie zdjąć ze mnie jakiś ciężar, a z drugiej… wiem przecież, że ta osoba nie ma takiej „mocy”, żeby mnie jakoś uratować od własnych myśli, więc mi przykro.
Robię trochę te ćwiczenia i faktycznie, trochę mi pomogły się urealnić, ale cały czas mam koszmarne gonitwy myśli, flashbacki i ogólnie poczucie takiego niebycia sobą. No i stres, bo w tej szkole, w której jestem, niedługo będzie coś w rodzaju egzaminu, a ja nie mam pojęcia, czy uda mi się przygotować. A jakaś część mnie chciałaby przygotować się jak najlepiej, zrobić wrażenie… czuję, że nie nadaję się do tego właśnie przez ten defekt, który mam przez to cholerne DDA. I straaasznie mnie to boli, chociaż dużo o tym mówię nawet ludziom w tej szkole i nauczycielom i niby wiem, że tak naprawdę nie ma presji. Ale ja czuję presję, bo mi zależy. To znaczy, jednej mnie zależy, bo była ambitna i lubi tę dziedzinę, druga ja próbuje zgasić te emocje, entuzjazm i stres. A trzecia ja po prostu czuje, że nie dam rady, i mi smutno.
Coraz bardziej też dociera do mnie, że te wszystkie beznadziejne zachowania, które przez lata miałam, i prawdopodobnie te dziwne, męczące emocje, to, jakim byłam odludkiem, to, że nie miałam życia i marzyłam o śmierci… to nie to, że istnienie jest koszmarne samo w sobie. To znaczy, ludzie ze zdrowych domów może czasem też się boją i martwią, ale ten mój stan to faktycznie kwestia wychowania, a raczej jego braku. Straszliwie źle to przeżywam. I ten dziwny kryzys, bo z jednej strony, rodzice mnie strasznie zranili (i w sumie nie tylko oni, reszta rodziny też, choćby przez brak działania, kiedy widzieli, że coś jest nie tak… chociaż, skąd mogli wiedzieć, że aż tak? I co mieli zrobić?) z drugiej strony… mam do nich taki sentyment, jakąś tęsknotę. Bo jednak w momentach, w których nie ranili, bywało fajnie. I czuję koszmarny mętlik w głowie. Nie mam pojęcia, jak to sobie ułożyć. Nie potrafię sobie też ułożyć tych moich tożsamości: ja – szalone, energiczne dziecko, ja – nieśmiała nastolatka z nerwicą natręctw, ja – nienawidząca siebie, autodestrukcyjna, ja – totalnie chaotyczna i zdysocjowana, nie przejmująca się konsekwencjami niczego, rozbijająca się młoda dorosła, na zmianę myśląca, że mam czas i że go nie mam. I teraz: ta ja, która siedzi w hostelu, jutro ma zajęcia, próbuje wrócić do dawnej pasji, chociaż wie, że ma małe szanse, próbuje choć trochę uszczknąć takiej normalności i boi się, że to już niemożliwe.
Właśnie… tak mnie dzisiaj tknęło… że prawdopodobnie mogłam żyć inaczej. To znaczy, mieć wokół siebie ludzi, którym na mnie zależy. Mieć wesołe wspomnienia z młodości. A nie mam nic. I nie wiem, czy da się jakoś to przetrawić. To, że właściwie zostałam ograbiona z życia i to w sumie bezpowrotnie, bo teraz najwyżej mogę mieć sporadyczne kontakty z ludźmi ze szkoły/pracy, ale nie potrafię zbudować wieloletnich relacji, które ma przeciętna osoba w moim wieku. Nie cofnę tej hiperświadomości, która już pewnie jest cześcią mnie na stałe. Nie wiem, czy można cofnąć te dziwne reakcje mojego organizmu, które wykształciłam podczas życia z rodzicami. Czy układ nerwowy można zmienić, skoro był nadwyrężany od dziecka?
Co mnie w takim razie czeka? Taka wegetacja, wspierana rozmowami z psychologiem, żeby nie czuć się tak zupełnie samotna i pooszukiwać siebie, że JESZCZE jakimś cudem za rogiem spotkam przyjaciół, związek, dom?
Trzydzieści lat – tych formujących, jakby nie patrzeć – straciłam. Nie wiem, co mogę na tym budować. I jestem wyczerpana martwieniem się. Moje funkcjonowanie jest dalekie od normalnego, zdrowego. A to już 30 lat. Chyba nie do odrobienia. Znasz kogoś, kto totalnie od zera po 30 stworzył życie takie, że nie czuje tego „upośledzenia”, którym go na starcie obdarowano? W sensie… nawet ciężko mi to jest opisać słowami, ale WIEM, czuję, że było możliwe zupełnie inne funkcjonowanie, inne życie. Inne postrzeganie rzeczywistości. Ale nie zostało mi dane. Zostałam samotną, dziwną, depresyjną dziewczyną i pewnie jako taka zostanę zapamiętana. Obawiam się, że teraz już zawsze będę jak taki lisek bez łapki. Byle wytrzymać dzień, byle wytrzymać tydzień, byle wytrzymać rok. Byle do śmierci. I ulga.
A chciałabym żyć. Nie czuć się jak taka żałosna szmata do podłogi, zamrożona jak na jakimś obrazie, bezwolna, bezsilna, nic nie warta. Co najwyżej ktoś się czasem pochyli, ktoś spojrzy, a ja czuję się odrobinę mniej samotna. Takie bare minimum. Zero poczucia wartości. Tylko wstyd i pustka, bo poza tymi negatywami nie widzę zbyt wiele. I ogromne poczucie straty. Wręcz ograbienia. Rodzina nie pozwoliła mi w pewnym sensie na budowanie mojego życia, musiałam się martwić nimi, ich relacjami i obsługiwać ich krzywdy oraz te, które oni we mnie wywołali. Nie wiem, czy jest jakieś życie przede mną. A na wegetację się nie chcę zgodzić. Co więcej, nie jestem w stanie zaakceptować teraźniejszości. A przypuszczam, że bez tego dysocjacja i związany z tym chaos w życiu się nie skończy. A ja nie wiem, kim jestem, trochę jestem dla siebie obca. Jakaś trzydziestolatka, której musi ciągle ktoś pomagać. To nie ja. Ja to gdzieś ta nastoletnia, obolała, ale jednak mająca teoretycznie jakąś przyszłość dziewczyna. Rozżalona, ale jeszcze nie wyszła w świat, jeszcze może mogła coś zrobić, czegoś dokonać. Być szczęśliwa.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 3 tygodni, 2 dni temu przez
olkar.
No to rozpakujmy tę kulę żalu i strachu po kawałku – to jest filmik babki, która poszła na studia w wieku 35 lat, bo wyszła z sekty, gdzie nie miała takich marzeń i te lata straciła:
http://www.youtube.com/watch?v=Q8Dq_p8QoqY
Oczywiście, że znam takie osoby. Koleżanka z terapii niedawno mi napisała, że ma dużo radości i wdzięczności za swoje życie – tak po prostu, a nie „jak na DDA”. Różne osoby, które znam, poszły na terapię właśnie w tym wieku albo i później i widzę, jak się zajmują teraz swoim życiem, a nie straconymi latami.
To, że ci nie pasuje takie życie jak dotąd, to moim zdaniem cenne paliwo do zmian. Bez tego trudno cokolwiek zrobić, bo niby po co, jeśli można się przyzwyczaić, a zmiany wymagają wysiłku? A to, że już zaczęłaś, jest także cenne – ty już przecież nie zaczynasz „od zera”, no chyba, że zapomnisz ile cię kosztowało to, co zrobiłaś do tej pory. Ale nie zrobiłaś tego z nudów, tylko wbrew poczuciu bezradności.
Mechanizmów można się nauczyć nowych, a mózg cały czas jest plastyczny, bo zmieniają się warunki, a my nadal żyjemy. Nie zapomniałem starych mechanizmów i czasem ich używam automatycznie albo świadomie, ale to już nie jest nawet większość, więc niespecjalnie się nimi przejmuję. Raczej rozwijam te nowe mechanizmy i to jest dla mnie zupełnie inny komfort życia. Czuję różne rzeczy, ale nie mam już poczucia, że nic nie mogę zrobić ani że muszę się trzymać przeszłości.
„to nie to, że istnienie jest koszmarne samo w sobie. To znaczy, ludzie ze zdrowych domów może czasem też się boją i martwią, ale ten mój stan to faktycznie kwestia wychowania, a raczej jego braku.”
No właśnie! To jest już cenny próg, za który wyszłaś – jesteś w stanie zakwestionować te przytłaczające emocje i wyobrażenia. One cię bardzo męczą, ale ty jesteś od nich niezależna, myślisz samodzielnie, a nie tylko schematycznie. I bardzo ważne uzupełnienie: to nie tylko ludzie ze zdrowych domów – ja też czasem się boję i martwię, ale już nie jestem w takim stanie, który przeżywasz. Ja jestem z podobnego domu jak ty, jako DDD znam doskonale te mechanizmy i też byłem nie-wychowany, a raczej nauczony tylko przetrwania, bo na wiele więcej ne było miejsca. Istnienie jest teraz dla mnie raz lepsze, raz gorsze, ale praktycznie zawsze – moje. I to jest dla mnie wartość sama w sobie. Nieraz wolę popełnić błąd na własną odpowiedzialność niż wygrać coś zaciskając usta, żeby tylko nikomu się nie narazić.
Rodzice – emocje nie są od szablonu i rozdzielone do osobnych pudełek, można jednocześnie czuć żal i tęsknotę, miłość i nienawiść, i wiele innych uczuć też. Na terapii przyglądamy się jak było w domu i oddajemy odpowiedzialność za to opiekunom – my sami nie mieliśmy tu nic do gadania. Wtedy można wreszcie zrzucić z siebie ten ciężar, który nie jest naszą winą, i przyjrzeć się, jakich mechanizmów się wtedy wyuczyliśmy, żeby można było je powoli zmieniać. I z czasem to co kto czuje do rodziców i co chce z tym zrobić, to jest osobna sprawa i różne osoby które znam różnie sobie to poukładały, ale to nie jest najważniejsze, ważna jest nauka dbania o siebie zamiast dowalania sobie.
W dorosłości nie znika w nas ta dziecięca część, tylko rozwija się dorosły/dorosła, która nie wrzeszczy na to obolałe i zdezorientowane dziecko, tylko go słucha, proponuje i decyduje z szacunkiem do tego dziecka. Dziecko w zamian ma szansę odpocząć wreszcie i pobyć spontaniczne tak, żeby się nie wpędzać w problemy. Bo dorosła o to zadba. Ja najpierw miałem doświadczenie takiego właśnie wewnętrznego dziecka, ale z czasem nie mam poczucia, żebym się składał z osobnych części, tyko jestem już ja cały, który ma różne mechanizmy, zdolności, potrzeby itp. Nie ma już drugiego, trzeciego i kolejnego „mnie”, choć pamiętam jak miewałem dysocjacje i jakie to było wykańczające.
„Jutro rozmowa z psychologiem. Z jednej strony, nie mogę się doczekać, jakby to miało jakoś magicznie zdjąć ze mnie jakiś ciężar, a z drugiej… wiem przecież, że ta osoba nie ma takiej „mocy”, żeby mnie jakoś uratować od własnych myśli, więc mi przykro.”
Tęsknota i nadzieja to już coś innego niż wstyd i pustka, a tak to tu słyszę u ciebie. Ja też sądzę, że nie uratuje cię od twoich myśli – ale mnie też nikt od niczego nie uratował, tylko towarzyszył w mojej drodze. To ja wszystko zrobiłem, żeby poprawić swoje życie i żadna magia tu nie nastąpiła, tylko że ona nie jest w ogóle potrzebna. Ważne jest wsparcie, zrozumienie, czas i uwaga na start tego nowego etapu życia, i doświadczenie jak to robić skutecznie i z szacunkiem dla cierpiącego człowieka.
A z drugiej strony ważne jest przynajmniej bazowe zaufanie i gotowość do próbowania, bo tego za nas nikt nie zrobi. I na szczęście – w ogóle nie musi. To jest do nauczenia teraz, skoro wcześniej nie mieliśmy okazji. Ja wręcz w pewnej chwili poczułem dużo szacunku dla dzieci, nawet tych z funkcjonalnych domów, bo one się muszą tego nauczyć co ja w ostatnich latach, i też miałem teraz bezpieczne warunki, a jednak to jest wysiłek i ja to doceniam.
Robisz ćwiczenia, rozmawiasz z terapeutką, piszesz tutaj, dzielisz się swoimi emocjami… To jest ten właśnie wysiłek i to już jest coś, co masz zrobione. To już naprawdę nie jest od zera.
Daj znać jakie masz wrażenia po jutrzejszej rozmowie. To jest też urealnianie – że jakoś reagujesz na to, co słyszysz od kogoś z zewnątrz, a nie tylko na to, co myślisz w kółko w środku. Jaka jest dla ciebie? Szybka, wolna, coś cię w niej zaskakuje, coś jest znajomego? To jest jakaś realna relacja, którą budujesz. To już jest jakieś nowe doświadczenie i warto z niego korzystać ile się da, bo to jest naprawdę.
Więc: rozmowy nie było, nie mogę się zgadać z psycholożką. Ale docelowo chcę się z nią łączyć, chociaż obawiam się, że nie pomoże zbyt wiele.
Ciągle chodzą mi po głowie myśli, o straconym czasie, straconym dzieciństwie i nastoletnich latach (o dziwo, czasami mam właśnie takie miłe flashbacki, że aż robi mi się przykro-nostalgicznie-magicznie, i chciałabym do nich wrócić.
Jakbym miała wypisać, co mi w sumie przeszkadza w mojej egzystencji na ten moment, to:– kontakty z ludźmi. Niby jestem odważniejsza, niż na przykład 15 lat temu, ale jakoś czuję, że to właśnie trochę na siłę, byle nie być znów zupełnie sama, byle znów nie czuć tego odrzucenia i nie żałować potem po latach (chociaż i tak potem siedzę sama tygodniami i wiem, że w sumie wcale nie mam bliskich ludzi),
– dbanie o podstawowe rzeczy: nie potrafię zorganizować się tak, żeby wcześnie wstawać, jeść coś zdrowego, szczerze mówiąc, mam nawet problem czasem z umyciem zębów. Takie dbanie o siebie jest trudne, jakby nie zależało mi sobie (bo siebie nie znoszę),
– ten dziwny lęk i wstyd, i ciągłe napięcie, ciągłe introspekcje i ciągle zmieniająca się percepcja rzeczywistości, generalnie jednak większość życia przeżywam w mojej głowie,
– ten żal! Jako dziecko/nastolatka marzyłam o innym, fajnym życiu, które w końcu nie nadeszło. I teraz do mnie dociera, że już nigdy go nie będzie. I chyba przez to nie potrafię też odnaleźć się jako osoba dorosła, tak jakby zaakceptować rzeczywistości, zaadaptować się. Bo wciąż chciałabym, żeby nadeszły te fajne nastoletnie, beztroskie lata, przyjaźnie, kolonie szaleństwa z przyjaciółmi, bezpieczny, zadbany dom. Nijak nie potrafię się zmusić, żeby zaakceptować, że to się już NIGDY nie stanie. Że już zawsze będzie tylko to, co jest. I odlatuję ciągle myślami, bo nie chce żyć w tym, co mi zostało, skupiać się na tym, odczuwać tego. Teraz dodatkowo chodzę do szkoły, gdzie jest masa młodszych ludzi, i czuję taki ból, że mają swoje fajne, młodzieńcze życie. A ja nie miałam i nie będę mieć. I jakoś bym się chętnie podpięła, ale nie mam pojęcia jak. Chyba się nie da. Okej, próbowałam ostatnich 10 lat zrobić sobie życie towarzyskie, ale nie wychodzi mi to za dobrze.
– brak zdolności do zapewnienia sobie stabilności finansowej – prawdopodobnie ma związek z poprzednim punktem.
– ciągły lęk przed robienie czegoś, po którym zaczynam się złościć na siebie, bo wiem, że będę potem żałować, że tego nie zrobiłam, ale potem już presja jest tak duża, że i tak tego zazwyczaj nie zrobię. I ważne rzeczy, i sprzątanie. Wszystko.
– poczucie, że coś musi być na 100 procent albo wcale. Trochę taka nerwica natręctw chyba. Miałam za dzieciaka, niby przeszła, ale nie jestem pewna,
– brak zdecydowania. Totalny. Co do każdej prawie rzeczy, kończąc na decyzjach typu gdzie mieszkać,
– branie się za rzeczy, z których nie potrafię się później wywiązać.
– ciągle poczucie jakiegoś takiego obrzydzenia do siebie samej, właśnie może wstydu? Trudno to wyjaśnić, obiektywnie wiem, ze nie jestem jakaś totalnie obrzydliwa, ale to czuję,
– nieumiejętność oderwania się od czynności, jak na przykład czytanie o CPTSD ostatnio, albo od własnych przemyśleń, przez co praktycznie nie jestem w stanie normalnie funkcjonować.
– nie umiem racjonalnie rozporządzać finansami.
– jakiś taki problem z tożsamością? Nie wiem, kim jestem, czego chcę, nie czuję swojego JA, nie czuję się kobietą,
– poddaję w wątpliwość każdą moją myśl, opinię, decyzje i intelektualizuje to.
– co chwila mój tok myślowy jest jakoś przerwany, nawet nie wiem, jak to opisać… chyba właśnie dysocjacja. Ze strachu, żeby nie pomyśleć za dużo? W ogóle nie postrzegam niczego normalnie, czuję się jak taka mała, przerażona dziecinka bez domu i korzeni, którą zaraz spotka coś złego, która musi udawać kogoś innego, żeby przetrwać. I wszystko wokół wydaje mi się takie… jakby przygaszone, przyciemnione.
– dziwne objawy fizyczne: mój głos jest taki jakiś dziwny, niepełny, niemój (fakt, w domu mama ciągle kazała być ciszej, bo tata cośtam. Nadal trochę to robi. Teraz jednak już widzę, że to nie jest normalne, chociaż nadal ciężko mi stwierdzić, czy np. w zdrowej rodzinie wszyscy muszą milczeć, bo tata ogląda telewizję? Czy np. normalny ojciec wchodziłby w rozmowę z dziećmi, czy też je uciszał, bo on chce oglądać? I różnych takich rzeczy pewnie jest więcej, gdzie nie mam pewności: wiem, że coś było dla mnie ciężkie, ale może innych też to spotykało i poniekąd to oczywiste, że każdy ojciec by tak reagował?
Z innych objawów to czasami jakieś przytkanie ucha, częste dziwaczne bóle głowy, sztywność w plecach, w ogóle takie poczucie oddzielenia od otoczenia,– meeeeega zazdrość innym, którzy nie mieli aż tak ch*jowo. I zastanawianie się, jak oni widzą świat. I dotarło do mnie ostatnio, że przez moją super czujność? (nie wiem, jak to nazwać) i te dysocjacje na prawdopodobnie TOTALNIE inaczej odbieram świat niż przeciętny człowiek. Wszystko widzę przez pryzmat strachu i napięcia. Wszystko jest trochę jak za mgłą i wszystko analizuję i skanuję. Chyba czasem też trochę po to, żeby jakoś się uniewinnić, nie czuć się aż tak gorsza. A przecież kiedyś chyba tak widziałam „z siebie”, byłam uczestnikiem, a nie obserwatorem – chociaż fakt, kiedyś sama celowo o tym marzyłam, pamiętam, jak siedziałam kiedyś w klasie marzyłam o tym, żeby móc „unosić się” w pewnym sensie nad klasą, nie musieć być uczestnikiem tego, tylko właśnie obserwatorem – pewnie dlatego, że było mi ciężko,
– ciągła niepewność: które z uciążliwych rzeczy to wina złego „wychowania”, a które to było/jest faktycznie jakieś moje lenistwo, zaniedbanie.
– ciągły lęk, że jak już coś zrobię, to pewnie zostanie to odrzucone, więc po co robić? Ale nie chce żałować potem, że nie zrobiłam. I tak to wygląda.
– jakieś takie dziwne wrażenie, że wszystko wokół odnosi się do mnie. Czasami się na tym łapię. Czasem mam wrażenie, że np. prowadzący czytał moje wiadomości, a potem się do nich odnosi podczas zajęć. Łapie się na tym, mam świadomość, że to mało realne. No ale mam tak czasem.
– niezdolność do cieszenia się życiem, sytuacjami.
Pewnie mogłabym wymieniać tak w nieskończość, więc na razie stanę na tym. W każdym razie – jestem naprawdę nerwowo wyczerpana, ale fakt, staram się nazywać te emocje podobnie do tego, co napisałeś, i już miewam przebłyski zza tej dysocjacji. Takie sekundy czucia się tu i teraz. Ale jak z tego zrobić życie tu i teraz, to nie mam pojęcia.
Chyba przeczytam tę listę tej psycholożce.
Świetny pomysł z tym przeczytaniem listy terapeutce – łap ją i wyciśnij ile możesz! Takie materiały są cenne w ogóle, bo pozwalają sobie zacząć porządkować. zwłaszcza jak odrywasz się od rzeczywistości. Co zapisane to już jest wyraźne i łatwiej z tym coś zrobić konkretnego. Cieszę się też, że się zatrzymałaś – nie da się poruszyć wszystkiego na raz, a ty najwyraźniej masz siłę na powstrzymywanie obsesyjnych myśli, to się bardzo przydaje, żeby z czasem coraz bardziej dbać o siebie.
Przy okazji – rozumiem, że to jest lista problemów, ale widzę też, że zauważasz też potencjalne możliwości zmiany: skoro pamiętasz, jak świadomie zmieniłaś się z uczestniczki swojego życia w obserwatorkę (tak działa rola niewidzialnego dziecka właśnie i faktycznie ma nas właśnie chronić, a z tym uciszaniem to od razu wyraźnie widać, że to nie był twój zupełnie własny pomysł…), to teraz możesz powoli zmienić kierunek i znowu stać się uczestniczką. Wtedy marzyłaś o takiej zmianie, teraz też trochę łapiesz realności, ale masz wątpliwości co dalej – to jest proces, w każdą stronę.
Intelektualizacja to także moja jedna z mocniejszych form obrony. Jak mam kontakt z emocjami, to także jedna z moich mocnych stron, że potrafię analizować, ale tym razem wreszcie uwzględniając swoje potrzeby. Ja odkryłem taki jeden fajny trick, że napuszczam tego swojego wewnętrznego krytyka nie na to, czego bym chciał, tylko na swoje czarnowidztwo. To daje mi zajęcie, więc mniej zajmuję się podważaniem swoich myśli, a bardziej krytycznie patrzę na swoje strachy i wyłapuję różne nieścisłości i nieprawdopodobieństwa. Oczywiście to nie zastąpi kontaktu z emocjami i raczej to stosuję uzupełniająco, bo pewnie da się zaintelektualizować na śmierć z czymkolwiek, a przecież nie o to chodzi.
Skoro marzysz o fajnych nastoletnich latach, to w zasadzie chodzi tylko o jedną zmianę w podejściu: żebyś zbudowała sobie fajne aktualne lata. No bo co mi przyjdzie z fajnych nastoletnich lat, skoro jestem już dorosły? A to znaczy, że dużo więcej mogę niż nastolatki i nie muszę być wcale sztywny. Fajne wspomnienia nie zastąpią i życia tu i teraz. Wolę mieć fajne życie bez wspominania niż odwrotnie. I też jestem bardzo nieufny jeśli idzie o nostalgię, bo moje były tylko po części fajne.
Słuchasz jakichś podcastów?
Ostatnio nie, właściwie 5 dni w tygodniu jestem w jednym mieście a dwa dni w drugim, ciągle w jakimś dziwnym biegu i niewiele daje radę zrobić – co jest w sumie dziwne, bo mam czas w ciągu dnia na inne rzeczy, ale totalnie nie umiem się do niczego zabrać, dysocjowanie zajmuje mi zbyt wiele czasu. Tragedia. Potwornie uciążliwe. Bardzo dużo czasu po prostu marnuję. Może czegoś posłucham w najbliższym czasie.
Ciągle czuję się jakoś… dziwnie, nierealnie. Jakby życie, świat dział się obok. A ja jestem zawieszona w jakiejś czarnej dziurze.
Masz jeszcze może jakieś wskazówki, rady dla osoby DDA? Jak sobie pomóc i ułatwić, oprócz tych ćwiczeń na emocje?
Podcasty są o tyle dobre, że można je słuchać nawet robiąc coś innego. Co ważne to i tak się przebije, nie trzeba śledzić akcji… 🙂
No właśnie dlatego się zapytałem, bo wydaje mi się, że na razie najważniejsze, żebyś wyszła z zamkniętej bańki prześladujących cię myśli i zaczerpnęła jak największy łyk powietrza z zewnątrz. Wszystkie osoby DDD, jakie znam, które poprawiły sobie życie, korzystały z zewnętrznego wsparcia – ze mną włącznie. A przedtem latami i dekadami kombinowałem jak sobie poradzić sam i to nigdy mnie nie doprowadziło do najważniejszego – do kontaktu ze swoimi emocjami.
Dlatego tak ci kibicuję, żebyś nie darowała sobie tej terapeutki, z jaką masz szansę w tej chwili choć trochę pogadać. Dobrze, że tu piszesz. Jeśli możecie się z siostrą powspierać, to też coś. A podcasty specjalistów to też żywi ludzie, choć nagrani. Książkę też nadal mocno polecam, ale to jest mniej spontaniczne i żywe, więc możesz zostawić na potem.
Mam pomysł, że możesz posłuchać tyle podcastu ile akurat dasz radę (one są gęste i długie, nie trzeba wszystkiego na raz, można po trochu) i pisać tutaj co o tym myślisz – co cię przekonuje, co zaskakuje, czego nie rozumiesz albo jest ci obce. To byłaby dróżka wyjścia poza swoją głowę i odnoszenie się do tego, co wiadomo o DDA/DDD, a nie krążenie wokół lęku. Lęk to oczywiście nie jest jakieś zabronione uczucie, tylko jesteś nim już zmęczona i zajmuje prawie całe miejsce, i chyba przez to brakuje ci na inne emocje. Możesz dzięki temu w dowolnej chwili wyjść z ciemnego lasu i skupić się na tym, co mówią ludzie znający nasze problemy.
Hej. Piszę po kilku dniach przerwy.
Mam za sobą mega stresujący tydzień. Ale chyba nawet satysfakcjonujący: ludzie chwalili moje skille po takich przeglądach w szkole, ktoś powiedział, że jestem w jego top, ze dwie osoby, że są moimi fanami 🙂 i ktoś jeszcze, że mam talent. Cieszy mnie to, ale jest ta część mnie, która ciągle cierpi. Mam ku temu powody: wiem, że ta droga, którą chcę iść, nie jest dla mnie tak otwarta, jak bym chciała. Przez problemy rodzinne i związaną z tym traumę mogę co najwyżej być late bloomerem i raczej nie zrobię wielkiej kariery, co mnie potwornie boli. Ale nie wiem, czy mogę pozbyć się tego potwornego lęku.
Ale dociera do mnie coraz bardziej, jak potwornie zniszczyli mi życie rodzice. I prawdopodobnie totalnie nieświadomie. Zaczynam rozumieć, jak totalnie zrąbaną percepcję siebie i świata miałam przez lata – i w sumie nadal mam. Zaczynam rozumieć dziwne reakcje ludzi na mnie – że jestem inna, ktoś kiedyś nazwał mnie dzikiem. Ostatnio miałam taką dziwną sytuację, w której próbowałam zrobić trochę głupi swoją drogą żart z kolegi z grupy do dziewczyn z innej grupy. Żart ich nie rozbawił, za to jedna – dość wyszczekana – powiedziała do drugiej coś w stylu „żebrak”. To pewnie była szydera ze mnie. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dociera do mnie, że faktycznie ludzie mogą mnie tak widzieć – przez moje zachowania, którymi próbuje „zyskać sobie sympatię” ze strachu. (Tej samej dziewczyny chamskie zachowanie połowicznie udało mi się zlać w piątek, z czego jestem trochę dumna. Ale boli mnie fakt, jak totalnie muszę być nieświadoma jeszcze wielu rzeczy o rzeczywistości. O tym, ile traciłam przez wiele lat wpojonej nienawiści do siebie. O tym, jak bardzo się przejmuję zdaniem innych o mnie. O tym, jak nie umiem się bronić. O tym, jak sztucznie i dziwnie postrzegałam rzeczywistość, jakby ten świat totalnie nie był „dla mnie”. To wszystko było oczywiście pewnie wynikiem traumy z dzieciństwa. Ale teraz potwornie się boję, że już nie dam rady zbudować świata dla siebie. Bo za późno na budowanie przyjaźni. Za późno na słabość. Mam 30 lat i generalnie nie mam nic. Zero kariery, długi, samotność. Niechęć do życia wśród ludzi. I te dziwne traumatyczne reakcje, przez które faktycznie czuję się jak żebrak, jakby nie było MNIE.
Ciągle marzę o tym, żeby umrzeć, ale chyba daję sobie jeszcze jakiś margines. Zresztą, nie mam odwagi nic zrobić.
Chyba potrzebuję jakichś słów otuchy. Że po tym całym życiu praktycznie w chorobie da się żyć jeszcze szczęśliwie. Wyjść z tego gówna.Kurczę. Muszę dodać, że powoli moja percepcja rzeczywistości się zmienia i jest to bardzo dziwne, jestem ciekawa, czy Ty @truskawek też coś takiego przeszedłeś? Jakby faktycznie świat był „szerszy”, a ja nie była jakimś niewolnikiem i ofiarą. Dziwne, nie umiem się w tym odnaleźć. No i ciągle mnie mierzi myśl o tym, ile straciłam. Że ciągły, latami przeżywany lęk i nienawiść do siebie nie były normalne. Inni ludzie w tym czasie bawili się, budowali relacje, rozwijali się. I że w sumie nie wiem, co dalej. Ale faktycznie chyba zabiorę się za te podcasty.
Zastanawiam się, czy uda mi się zbudować faktycznie jakieś fajne życie jeszcze.Ja przez lata, a właściwie dekady sobie poszerzałem, ale – jak to teraz widzę z perspektywy – najbardziej mi przeszkadzał fakt, że próbowałem zrobić to sam, bo nie wiedziałem co mi jest ani do kogo się zwrócić, ale też ne byłem gotowy, bo nie stałem w obliczu utraty czegoś ważnego. Jak mój związek był zagrożony, a właściwie ja, a nie sam związek, bo pewnie by tak trwał dalej, ale ja się w nim dusiłem, to dopiero to się zebrało wszystko razem i poszedłem po pomoc. Oczywiście tak intelektualizując i tak poczyniłem różne fajne zmiany, ale nie dało się zrobić najważniejszego – skupienia się na emocjach.
Jedno drugiego nie wyklucza – jesteśmy ofiarami cudzych decyzji i okoliczności, tam nie mieliśmy nic do gadania, ale teraz możemy wziąć odpowiedzialność i teraz nie musimy się rozsiadać na byciu ofiarą. Ale oczywiście każda zmiana jest trudna. Rola ofiary jest po prostu wygodna i załatwia ileś rzeczy, dlatego tak trudno ją opuścić. Zmiana odruchów wymaga skupienia i energii, którą trzeba specjalnie na to zebrać, a nie mamy jej wiele z początku, poza tym zwalnia z odpowiedzialności i niektórzy ludzie także będą od nas mniej wymagać itp. Jest wiele takich powodów. Warto sobie więc sprawdzić co nam daje, a co odbiera – dziś, a nie w dzieciństwie, bo wtedy były bardzo inne warunki. Zaskoczenie, niepewność, nieufność i lęk są zupełnie zrozumiałe i nic w tym złego. To jest proces i naciskanie na siebie „co ja z siebie robię ofiarę, powinienem już być dorosły i samodzielny!” też nie pomaga. Jak w każdym maratonie chodzi o to, żeby się ruszać, ale nie na siłę, bo się tylko szybko zmęczy i tyle z tego wysiłku, że się człowiek zniechęca, bo nic z tego nie wynika. To jakby człowiekowi prosto z kanapy kazać biec 10 km, tak bez przygotowania… Wsparcie z zewnątrz pozwala regulować ilość wysiłku i kierunek, żeby się nie zapętlić w swojej głowie ani nie wypalić.
To może spróbuj obejrzeć pierwszy odcinek i popisz co ci się z tego kojarzy, to będzie konkret. Nie wiem czy zauważyłaś, ale im ogólniej piszesz, tym mroczniej, a im bardziej konkretnie, tym lepiej i więcej nadziei na zmianę. To jest też o tyle łatwiejsze, że to jest jakieś zadanie, a na początek trudno się przestawić z zadaniowości na słuchanie emocji. I jest w twoim tempie i za darmo, a jednak to jakieś wsparcie z zewnątrz, coś, na co sami raczej byśmy nie wpadli, bo niby jak…
Odsłuchałam to:
I faktycznie aż się zdziwiłam, bo dużo rzeczy tam było o mnie. Bałam się trochę i nadal boję jakichś ogólników w tych podkastach, ale widzę, że to jednak mnie dotyczy. Tylko teraz: mam wrażenie, że raczej w tych materiałach nie znajdę jakichś porad, sposobów wychodzenia z tych złych uczuć. Czy polecasz któreś odcinki jako takie faktyczne pomocne nie tylko informacyjnie? Bo w sumie to że miałam skopane dzieciństwo i byłam zaniedbana emocjonalnie to już wiem. Ale ciekawa jestem, czy coś w tych podkastach jest o tym, co konkretnie mogę zrobić.
Słuchałam też tego o „korzyściach” po wyjściu z traumy. Ogólnie – te podkasty są dość pokrzepiające, chyba przez to, że czuję, że nie jestem jakimś dziwnym przypadkiem, tylko takie rzeczy są, zdarzają się. Są tacy ludzie jak ja. Ale cały czas czuję ten żal i lęk i wstyd. I tych rzeczy chciałabym się pozbyć i wreszcie poczuć, że żyję, że mogę mieć kontrolę nad moim życiem i że nie musi się zaraz stać „coś złego” (bo ciągle w sumie mam takie przeczucie).Co jeszcze dostrzegam, a czego pewnie przeciętny człowiek nie czuje – że ciągle mam to poczucie jakby jakiejś tajemnej kontroli nade mną ze strony rodziny? Pewnie też kwestia finansowej zależności, ale w każdym razie mam dziwne poczucie jakbym nie należała do końca do siebie. Nie była wolna. Syndrom sztokholmski?
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 3 tygodni, 2 dni temu przez
-
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.