Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Pomoc?

Przeglądasz 10 wpisów - od 41 do 50 (z 97)
  • Autor
    Wpisy
  • truskawek
    Uczestnik
      Liczba postów: 647

      Bardzo się cieszę, że złapałaś za konkret, obejrzałaś i napisałaś!

      Tych odcinków jest już całkiem sporo i polecam całą serię. Kolejność nie jest sztywna, bo to nie jest cykl wykładów, tylko rozmowy o różnych aspektach życia DDA/DDD, więc może idź po tym jak cię jakiś temat zainteresuje, a potem resztę. Ponieważ najważniejsze wydaje mi się, żebyś wyszła poza dotychczasowe widzenie świata (czego już sama doświadczasz, jak ci się poszerza), to na razie warto to chłonąć i pisać tutaj, sobie w dzienniczku, rozmawiać z siostrą itp. itd. Tak, żeby ci było bezpiecznie, ale żebyś nie została na pastwę automatycznych ogólnikowych myśli, typu że „wszystko jest bez sensu”, „nigdy nie będzie lepiej” itp., bo jak się nic nie robi, to one same napływają (bo są tak mocno wyuczone).

      Jak chcesz trochę więcej, to przypominam ci o tej książeczce „DDA – czy to ja?”, bo w odróżnieniu od rozmów na podkaście to jest właśnie spójna treść, która jest wprowadzeniem do tego, z czym się mierzymy, i na końcu jest rozdział co z tym można zrobić. I moim zdaniem nie warto przeskakiwać, bo to ma sens w kontekście całego wyjaśnienia.

      To, co już zaczęłaś robić – pisać, słuchać, pytać, sprawdzać – to już jest konkretne działanie, choć pewnie zupełnie nie masz tego wrażenia. Ale sama widzisz, że masz już jakieś małe, ale widoczne dla ciebie zmiany. Doskonale pamiętam, jak sam nie wiedziałem co mam robić już siedząc na sesji terapii grupowej. No bo już znalazłem, zapisałem się, przyszedłem, siedzę – i co dalej? Tymczasem nie potrzeba było w zasadzie nic więcej niż to powtarzać. Czasem zaryzykować, czasem kogoś posłuchać… Bo to nie chodzi o „robienie”. Problem DDD nie polega na tym, że za mało robią, żeby się lepiej czuć, tylko, że nie zostaliśmy nauczeni kontaktu ze swoimi uczuciami, zaufania do siebie i otwierania się przed innymi w bezpieczny dla siebie i innych sposób. A to się właśnie ćwiczy, najlepiej z innymi w bezpiecznych warunkach, a rozumienie nie załatwia sprawy, a może nawet odciągać w kierunku „jak już to wiem, to nie ma co się nad sobą rozczulać, tylko robić”, co akurat pogłębia problem, a nie pomaga go zmniejszyć.

      Tak samo jeśli chodzi o pozbywanie się uczuć – nas uczyli, że uczucia są jak kompas, więc zamazywanie niektórych kierunków nie spowoduje, że będziemy lepiej sobie radzić w życiu. Chodzi jedynie o to, żeby uwzględnić też inne emocje, a nie tylko żal, lęk i wstyd. A jak już są, to je wysłuchać, poczuć i pozwolić przepływać i zrobić miejsce na kolejne emocje. I dobrze to robić właśnie pod okiem terapeuty, czyli jakby trenera, który ci oczywiście trochę wyjaśni, ale co ważniejsze – pomoże uwolnić te zamrożone emocje i pokaże inne wzorce komunikacji z ludźmi. Da ci miejsce na poszukanie co jest twoje. Zada pytania o rzeczy, które wydają ci się oczywiste. I pokaże ci różne pułapki na bieżąco, żebyś mogła je ominąć zamiast się centralnie władować. Naprawdę mam nadzieję, że taką pomoc dla siebie znajdziesz.

      Zdaję sobie sprawę, że to pewnie i tak cię będzie niepokoić, że nie ma jednej magicznej czynności, którą wystarczy zrobić i będzie spokój. Tak samo jak nie ma jednej konkretnej rzeczy dla osoby, która chce przebiec maraton, a właśnie usiadła na kanapie z pozycji leżąc – to już jest zmiana, ale zmuszanie się do biegania bez przygotowania może prędzej wywołać kontuzję niż świetną formę. Taka analogia mi się nasuwa. I właśnie już zaczęłaś ćwiczyć na miarę swoich możliwości i zaczynasz widzieć efekty – i o to ci chyba chodzi, nie?

      olkar
      Uczestnik
        Liczba postów: 51

        To teraz w sumie już nie w temacie DDA, chociaż sytuacja, w której jestem, jest pewnie efektem tego „wychowania”.
        Takie bardziej osobiste sprawy: mam mega dołek. Za późno „wzięłam się w garść” i ta droga, o której pisałam, jest dla mnie prawdopodobnie zamknięta. Dzisiaj na zajęciach prowadząca swoimi komentarzami i poradami dała mi do zrozumienia, że w zasadzie to, co teraz robię, jest bez sensu. Nie złośliwie, ale jednak to zabolało. I szczerze mówiąc, nawet nie wiem, co z tym faktem zrobić, bo to trochę prawda. A z drugiej strony coś mi mówi „to tylko jej opinia!” I przeraża mnie to, że może mieć rację. Że powinnam zrezygnować z czegoś, co jest dla mnie tak ważne. I próbować szukać siebie w czymś innym, z tym poczuciem porażki. I świadomością, że nie będę chciała mieć do czynienia z nikim i niczym, co dotyczy tej drogi. A może trochę przeraża mnie też to, że będę musiała „zejść na ziemię” i przestać marzyć. Heh, mam właśnie łzy w oczach. Chyba faktycznie żyłam złudzeniami i teraz nie wiem, co dalej. Trochę popaliłam mosty, plus jestem w takim wieku, że ciężko mi myśleć o czymś nowym. Totalnie nie wiem co dalej i to tak konkretnie, życiowo. Wiem tyle, że ta prowadząca trochę podburzyła moje marzenie. Coś, na co w zasadzie zdobyłam się po latach wątpliwości i obaw. I teraz w zasadzie okazuje się, że nic z tego nie będzie. Naprawdę czuję się jak debil. W dodatku bezradny. I smutny. I przerażony. Jezu, jak ja sobie znajdę miejsce w życiu?

        olkar
        Uczestnik
          Liczba postów: 51

          W zasadzie może nawet nie tyle dała do zrozumienia, żebym zrezygnowała, co po prostu że to prawie niewykonalne. I kurczę, jakaś część mnie się z tym zgadza, ale to by wymagało zaakceptowania tego i pewnie zapadnięcia się w sobie i rezygnacji. A dopóki wierzę, jakoś mam jeszcze rozpęd do czegokolwiek.

          truskawek
          Uczestnik
            Liczba postów: 647

            Jeśli fakt, że ktoś ci czegoś nie zakazał, tylko zasugerował, powoduje, że jakiś ważny dla ciebie plan ci się wali, i doprowadza na skraj rezygnacji, to dla mnie zupełnie jasne, że nie da się tego wyjaśnić samą sytuacją. Tę kruchość wobec przeszkód ktoś ci musiał mocno zaszczepić.

            I tu widać jak ważne jest zaopiekowanie się tymi emocjami – jak zrobisz w zgodzie z tymi obawami, to poczucie żalu jeszcze się powiększy, jak się uprzesz, to w środku i tak będziesz umierać ze strachu albo poczucia winy. A nawet jeśli osiągniesz cel, to pewnie uruchomi się syndrom oszusta: „tak mi się tylko udało niechcący, ale jak ktoś się dowie, że ja naprawdę nic nie umiem, to będzie dopiero katastrofa”…

            Dlatego powtarzam, że to nie chodzi o robienie czegoś konkretnego, bo pod spodem lęk i tak wszystko zatruwa, nawet sukcesy (im większe, tym większy strach, że to się zawali). A zadbanie o siebie wymaga czasu na sprawdzenie i zaufanie sobie, nie da się tego spowodować samym chceniem, a tym bardziej chęcią ucieczki od rzeczywistości. To naprawdę nie jest sprint z gotowymi rozwiązaniami.

            olkar
            Uczestnik
              Liczba postów: 51

              Okej, jestem po rozmowie z psychologiem. Znów mi odrobinę lżej, tak dość powierzchownie, ale jednak. Chyba samo to, że ktoś „interesuje się” moimi problemami jest fajne i miłe. Uspokoiłam się trochę. Nadal wisi nade mną mnóstwo spraw, ale czuję się już odrobinę mniej „odklejona”. Za to dopada mnie smutek i lęk, i przytłoczenie, i poczucie niemocy.

              Posłucham chyba jeszcze czegoś, jeśli znajdę. I odpocznę. Mam kilka dni „wolnych”, może sobie poukładam coś w głowie. Czuję w zasadzie ciągle zmęczenie. Psycholożka wyjaśniła mi trochę, dlaczego. Przykro mi trochę, że powiedziała, że ten wstyd i strach nie znikną, ale można nauczyć się działać mimo tego, czy coś takiego. Taka wizja życia nadal niezbyt mi się podoba, bo to nadal przetrwanie, a nie życie.

              Ma mi pomóc z poukładaniem bieżących spraw, a potem pewnie psychoterapia.

              Dociera do mnie powoli smutna myśl, że… tak naprawdę nie będzie lepiej i jedyne, co mogę zrobić, to nauczyć się jakoś „przemęczyć” resztę życia we względnym poczuciu małego dyskomfortu. Nie chcę takiej wegetacji.

              Dotarło do mnie też ostatnio, że ja nie byłam i nie jestem nieśmiała, chociaż tak myślałam. Ja po prostu czułam potworny lęk przez to, co się wokół działo. To aż dziwne, i upiorne, jak pomyślę, w jakiej żyłam rzeczywistości, podczas gdy inni żyli w czymś totalnie innym. A żyliśmy obok siebie. I potwornie niesprawiedliwe. Dlaczego NIKT NIC nie zrobił? Przecież ludzie musieli widzieć, że coś jest grubo nie tak – zdolna, inteligentna dziewczyna, a tak zastraszona i osamotniona. Raz nauczycielka wysłała mnie do pedagoga szkolnego i w zasadzie też nic to nie zmieniło. A moje życie gniło. Chciałabym funkcjonować normalnie, ale obawiam się, że to się nie uda, bo zbyt wiele wiele rzeczy zostało zniszczonych i zaniedbanych.

              Ale dziękuję, że piszesz, odpowiadasz. Jakiś suchy ląd.

              • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc, 1 tydzień temu przez olkar.
              truskawek
              Uczestnik
                Liczba postów: 647

                Z tym wstydem i strachem jest tak jak z bólem fizycznym. Jeśli sobie nabiłaś siniaka, to jak sądzisz – nigdy już sobie nie nabijesz kolejnego siniaka? I czy ciągle się zamartwiasz tym, że nie jesteś odporna na siniaki? „Nie znikną” w sensie możesz je czuć w przyszłości, ale chodzi o to, żeby przestało boleć bez przerwy. W tej chwili masz siniak na siniaku i to jest okropne, ale jak się tym zaopiekować, zaleczyć, to potem już pojawiają się tylko czasami i to jest zupełnie inny komfort życia. Byłem tam gdzie ty, a jestem tu, gdzie te emocje nadal istnieją, ale nie zatruwają mi ciągle życia. To nie ja się kręcę wokół nich, tylko one są moimi kompasami. To jest właśnie to, jak rozumiem pełne życie, w żadnym wypadku nie nazwałbym tego wegetacją.

                W tym co piszesz nie widzę dosłownie nic co by wskazywało, że nic lepszego cię nie czeka. W kryzysie szukasz wyjścia, korzystasz z pomocy z zewnątrz, nie rezygnujesz mimo przeszkód, widzisz realne zmiany po kawałku, odkrywasz ile problemów nie jest twoją winą, no i faktycznie widzę jak szybko rośnie ci kontakt z rzeczywistością – to wszystko rzeczy, które i mi pomogły poprawić sobie życie, więc myślę, że idziesz w dobrym kierunku. Jedyne co się temu przeciwstawia, to częsty lęk i bezradność, które cię zalewają, ale jednak cię nie utopiły i robisz swoje. Do tego właśnie służy terapia, żeby wylać zrozumiały żal i wściekłość za to, jaki los cię spotkał, żeby ci ciągle nie wchodził w paradę, i żebyś mogła bardziej o siebie zadbać.

                To nie przypadek, że rozmowa z psychologiem czy to jak tu sobie piszemy daje ci ulgę. Właśnie tego nam zabrakło w trakcie dorastania i tym potrzebujemy się wreszcie trochę nakarmić. Moja potrzeba kontaktu i akceptacji pozostaje duża, ale nie paraliżuje mnie już przed zajmowaniem się swoimi sprawami nawet jeśli nikt mnie w tym nie wspiera ani nie słucha. Jestem już dorosły i potrafię zadbać o kontakt oraz sam dla siebie jestem tym dobrym rodzicem, i to daje mi dużo spokoju, stabilności, satysfakcji i radości. I to nie jest żadna magia, tego się można nauczyć, tylko potrzeba trochę zainteresowania i doświadczenia z zewnątrz na początek. A właśnie z tego korzystasz.

                olkar
                Uczestnik
                  Liczba postów: 51

                  A czy Ty też miałeś taki ogromny problem z podjęciem decyzji o ścieżce zawodowej? Z jakiegoś powodu totalnie mnie to rozwala, czas ucieka mi między palcami, a ja tylko rozważam, która decyzja będzie lepsza, a którą tak naprawdę chcę podjąć? W zasadzie nie wiem, co mnie aż tak przeraża, chyba poczucie jakiejś nieodwracalności, że jak już się w coś wpakuję to nie będzie odwrotu, i że mogę potem żałować. Też trochę jakbym nie chciała żeby mnie coś określało? Takie dziwne abstrakcyjne rzeczy, ale rujnuje mi to też życie i szanse na jakąkolwiek normalność. 🙁

                  truskawek
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 647

                    Nie, u mnie to się samo ułożyło akurat.

                    Ja w tym słyszę silny lęk przed odpowiedzialnością. Skoro nie zostałaś do tego przygotowana, to mnie to w ogóle nie dziwi. To nie znaczy, że czegoś nie wiesz albo nie umiesz. To niepewność, bo brakuje przekonania, że sam mogę coś ogarnąć i zdecydować, ponieważ mam wbite do głowy przez wielokrotne doświadczenia z domu, że mam się nie wychylać i tylko realizować polecenia dorosłych i zajmować się potrzebami innych, a swoimi ewentualnie na końcu.

                    Nie nauczyliśmy się też konsekwencji – to znaczy nam niby mówiono o konsekwencjach i odpowiedzialności, ale głównie w kontekście kary za błąd (to były takie straszaki), natomiast jak nawet coś zaczynaliśmy, to ostatecznie okazywało się i tak nieważne, bo niestabilnym opiekunom się coś zmieniło akurat albo się nie spodobało. To skąd możesz mieć przekonanie, że jak coś wybierzesz i włożysz w to wysiłek, to nagle się wszystko znowu nie wyrypie do góry nogami? A ja się już zdążyłem przyzwyczaić do tego, że jak robię coś co chcę, co sobie wybrałem, przez jakiś czas, to są najpierw małe efekty, a potem coraz większe. A jak zmienię zdanie, to mogę coś potem zmienić, a nie tylko brnąć twardo jak taran ze strachu, żeby nie zburzyć planu, a tak właśnie robiłem.

                    Zmniejszył mi się lęk przed decyzjami, staram się więcej własnych rzeczy planować, zamiast dawać się nieść przypadkowi (bo zauważyłem, że jak unikam decyzji, to włączają się automatyczne mechanizmy z domu), i zwiększyła mi się elastyczność w realizacji tych planów.

                    olkar
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 51

                      Mam w sumie trochę przemyśleń…

                      tak się zastanawiam: ile z tego, co mi się wydaje, że było takie tragiczne, naprawdę było tak tragiczne, a ile mogłam sobie wymyślić jako wymówka swojej niedbałości? (Z drugiej strony – gdyby nie jakieś kwestie faili wychowawczych, nie doprowadziłabym się przecież celowo do takiego punktu, w jakim teraz jestem. Byłam znacznie bardziej obowiązkowym człowiekiem w przeszłości. Chyba mnie po prostu dorosłość przerosła.

                      A druga rzecz, znacznie bardziej chyba pozytywna: miałam dzisiaj kilka przebłysków takiego jakby szczęścia, bycia tu i teraz. Trochę jakby mi się zresetował umysł. Dziwne, zazwyczaj mam poczucie, jakbym nie zasługiwała na szczęście, jakby to było coś z innego wymiaru? Nie dla mnie? Trwało chwilę i zaraz musiałam oczywiście z tego wypaść i zacząć na głos analizować i w ogóle, ale przez kilka momentów miałam takie poczucie wolności i szczęścia, trochę jakbym była znów dzieckiem bez traum. Dziwne.

                      Kolejne przemyślenie: mam dziwne odczucia wokół właśnie mojej percepcji, związane z wyjazdem z domu na studia. Jakby… nie zawsze to czuję, ale łapie się na tym, że widzę teraz, że życie faktycznie nie musiało być takie wąskie i ograniczone i z góry mega ciężkie i smutne, jak miałam wrażenie mieszkając z rodzicami. Jestem w szoku, jak pomyślę, że być może to nie musi być taki survival, tylko właśnie dużo różnych opcji, możliwości, a nie takie krótkoterminowe przetrwanie. I zastanawia mnie, na ile zmieniło mi się to przez wyprowadzkę, na ile trauma przechodzi już po tylu latach i różnych sposobach złapania „normalności”, a na ile po prostu dorosłam i te możliwości dostrzegam, widzę, że to nie jest tak, że tak bardzo się nie da (to znaczy, trochę faktycznie się nie da, bo np. nie mam środków żeby się wyprowadzić za granicę, ALE domyślam się, że są jakieś sposoby, jakby się bardzo uprzeć. W sensie, nie jest tak, że są jakieś niewykonalne rzeczy poza moim zasięgiem do końca życia. Że właśnie nie jest tak liniowo, jak jakaś klątwa. Miałam właśnie taki przebłysk, zaczęłam myśleć o potencjalnym życiu i realizowaniu się za granicą. I aż mnie dziwi, jak mogę w jednej osobie mieć tyle różnych punktów widzenia, które właściwie zmieniają mi się kilka razy w ciągu dnia – raz jestem pełna optymizmu i czuję wolność, a raz tę udrękę, wstyd i niemożność. Oczywiście, stanem domyślnym jest ten pesymizm i chęć zakopania się pod kocem, ale te przebłyski dają mi takie poczucie „a może?”

                      Kolejna myśl: ciągle jednak się martwię. Kotłują mi się takie smętne, żałosne myśli. O tym, ile krzywdy było. O tym, ile zmarnowałam możliwości. O tym, że nie mam pojęcia, czego tak naprawdę chcę, a takie dylematy to można mieć jako dziecko, a nie 30 letnia kobieta (swoją drogą, totalnie się tak nie czuję. Jestem dzieckiem w ciele kobiety. Przerażające. Często właśnie czuję taką nieadekwatność. Jakby to ciało nie należało do mnie). No i kupa wstydu i napięcia. I lęku, że dalej tak będzie. Albo że to odczuwanie szczęścia to samooszukiwanie, złudzenie. Ja się chyba boję cieszyć. Bo zaraz przyjdzie rozczarowanie. I w ogóle, mam wrażenie że wskakują mi tak totalnie znikąd takie lęki totalnie wyniesione z domu, jakbym się momentami przełączała w taki tryb, że oczekuję tych odczuć, które miałam w domu, np lęku przed zachowaniem ojca albo mamy.
                      I Jezu, totalnie się boję, że resztę życia przeżyję w takim stanie. Już i tym pisałam zresztą, ale naprawdę potwornie mi z tym. Co, jeśli ta okropna samotność i poczucie przegranej nigdy mnie nie opuszczą? Takie osoby pewnie też są.

                      truskawek
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 647

                        Bardzo się cieszę z tego przebłysku szczęścia. I w zasadzie wszystkie twoje intuicje są mi bliskie. To też pokazuje, że przenikliwość i trafność obserwacji nie zastępuje zaopiekowania emocjami.

                        No pewnie, że cię przerosła dorosłość, skoro nie byłaś do niej przygotowana. I faktycznie nie znam DDA, który by stwierdził, że chciałby mieć te problemy.

                        Szczęście to jedna z wielu emocji w życiu i nie trzeba jej jakoś magicznie zdobywać, natomiast dostaliśmy tyle poczucia winy, że uciekamy od przyjemnych rzeczy, bo potem była nagła zmiana i rozczarowanie – więc dla bezpieczeństwa lepiej nie przeżywać szczęścia i nigdy nie opuszczać gardy, lepiej być zawsze gotowym na cios…

                        Życie faktycznie nie wygląda specjalnie liniowo i różne rzeczy się w nim wydarzają. DDA nie są na to przygotowane, bo ta rozmaitość odbiera poczucie bezpieczeństwa, a my wynieśliśmy z domu bardzo wąski zestaw reakcji. Dlatego nadal uczę się elastyczności, bo widzę już możliwości i wiem, że to mi da więcej poczucia bezpieczeństwa i lepsze decyzje w przyszłości.

                        Trauma raczej wątpię, żeby sama przeszła, niekoniecznie dlatego, że nie można o niej zapomnieć, tylko raczej dlatego, że ciągle wraca, bo mamy te same mechanizmy. A jak w kółko to samo się robi, to i efekty są w kółko podobne. Opuszczenie domu pewnie pomaga, o ile się nie wejdzie z kolei w podobny związek, o co łatwo, bo mamy te same mechanizmy itd. Jeśli jednak się nie wejdzie albo trafi się na inne otoczenie, to jest większa szansa na zmianę.

                        Ja dopiero od kilku lat się czuję dorosły, znam to poczucie, że jak ja coś powiem, ale ktoś temu zaprzeczy, to będę się chciał dostosować, właśnie jak dziecko. Tak jak mówisz – odgrywanie roli takiej jak w domu wobec rodziców.

                        I oczywiście widzę jak cię wycieńcza lęk przed samotnością, smutkiem, bezradnością – i pewnie też przed lękiem, bo to się tak nakręca. Ale mnie bardziej ciekawią inne pytania: a co jeśli zmieniłabyś życie? Co byś zrobiła gdybyś częściej czuła się szczęśliwa? Jak byś się czuła gdybyś odniosła sukces zawodowy? Co byś wtedy robiła w momentach kryzysu, które każdemu się czasem zdarzają?

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 41 do 50 (z 97)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.