Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › Pomoc?
-
AutorWpisy
-
Ale mnie bardziej ciekawią inne pytania: a co jeśli zmieniłabyś życie? Co byś zrobiła gdybyś częściej czuła się szczęśliwa? Jak byś się czuła gdybyś odniosła sukces zawodowy? Co byś wtedy robiła w momentach kryzysu, które każdemu się czasem zdarzają?
Hm… trudne pytania. Nie bardzo umiem sobie to wyobrazić. Obawiam się, że próbowałabym sabotować wszystko, co dobre. W momentach kryzysu to pewnie próbowałabym jakoś to rozwiązać, porozmawiać z kimś – chociaż teraz widzę, że mam problem z napisaniem paru maili, a co dopiero jakieś wielkie rozmowy… Ale zakładając, że nie czułabym się już tak okropnie, to może bym mogła. A gdybym odniosła sukces zawodowy… jejku, żebym chociaż umiała się zdecydować, co właściwie chcę robić! też trudno sobie w tej chwili wyobrazić, chyba ulgę, ale też trochę żal, że tyle lat stresu na to poszło. Złość, że nie potrafiłam wcześniej. No ogólnie podobne chyba odczucia, jakie w sumie mam teraz dość często, tej złości na rzeczywistość, chociaż… chciałabym mieć fajne zarobki, poczucie bycia ważnym, kompetentnym. Móc oddać długi, nie bać się o jutro. Jejku, aż mi dziwnie, jak pomyślę, że mogłabym osiągnąć ten stan braku lęku o przyszłość. Czuję, jakby to było nierealne, poza moim zasięgiem. W pewnym sensie jest, bo dopóki nie zdecyduję się na jakąś opcję i nie będę w nią brnąć, to się nie wygrzebię z tego zamrożenia i dysocjacji. A masa ludzi tak właśnie pewnie żyje, i cieszy się życiem. Coś dla mnie abstrakcyjnego. Ale może wystarczy próbować? Znaleźć sposób, żeby się nie sabotować, i próbować.
Dzisiaj znów miałam kilka przebłysków. W pewnym momencie odpoczywając w ogóle miałam poczucie, jakbym przebiła się do jakiegoś innego stanu świadomości, takiego serio realnego i pod warstwami tego odklejenia. Poczułam lęk o siebie. Lęk o to, że mamy kiedyś nie będzie. Ale taki bardziej ludzki lęk, nie tę dysocjacyjną histeryczną paranoję. To było… prawdziwe.
Stwierdziłam, że będę wracać do swojego ciała. Spróbuję jakoś łagodniej się traktować, chociaż lata wrytej nienawiści, złości, wstrętu i pogardy a zarazem wysokich oczekiwań skutecznie to utrudniają.Widzę też ostatnio, że więcej z otoczenia do mnie dociera. Jakbym nie tylko słuchała, ale też słyszała. A kupę czasu tylko chyba „grałam”, że żyję – pewnie ze strachu, że znów powtórzę swój los z dzieciństwa i nastoletnich lat i znów będę tą zepchniętą za nawias.
Co jeszcze w sumie chciałabym dodać: boję się… wyjścia z tej dysocjacji. Bo wtedy będę musiała zejść na ziemię i naprawdę zaakceptować, w jak złej byłam i jestem sytuacji, i to, że nie wiem, jak się z niej wygrzebać i jeszcze przy tym żeby to nie było aż tak okropne.
Mam też pytanie do Ciebie – nie wiem, czy to odczuwałeś, ale pewnie większość osób z dysfunkcyjnych domów tak ma: jak poradzić sobie z żalem, że się nie miało normalnego wzrastania, że nie było prawdziwej więzi i w zasadzie nie da się tego już zrobić? Szukam o tym na reddicie, gdzie ludzie piszą o tym, że żałują straconej młodości i doświadczeń, które ich ominęły. Boję się, że nie przestanę nigdy czuć tego braku i bólu. Że mogło być inaczej, a teraz mam 30 lat i prawie żadnych naprawdę bliskich osób, kupa wydarzeń nie odrobienia, niby próbowałam być z ludźmi bliżej, ale swoim durnym zachowaniem wszystko psułam, bo tak bardzo chciałam być „fajna”. Nie wiem, jak sobie to wybaczyć, bo okazję na poznawanie ludzi takie naturalne, jak akademik czy szkoła to już za mną. I w zasadzie niewiele tych znajomości przetrwało w jakiejkolwiek formie.W ogóle dociera teraz do mnie, jak ja dziwnie to wszystko widzę: jako taką rozpaczliwą misję „nadrabianie utraconego życia”, zamiast normalnie, spontanicznie iść gdzieś z otwartością na innych. Przypuszczam, że to ten lęk przed samotnością. Jakby… całe moje istnienie sprowadza się to do wielkiego dołu żalenia się i zamartwiania, że zmarnowałam życie i nic dobrego mnie nie czeka i dzieje się tragedia. Aż się zastanawiam, jak w ogóle do tego doszło, że z funkcjonowania z dnia na dzień w coś takiego wpadłam. Ale pewnie zbierało się latami, tylko może ten wyjazd na studia i totalna niepewność wszystko rozwaliły.
No i dostrzegam ten fundamentalny chyba problem, który mam: ten ciągły lęk pod spodem, o którym już mówiłeś. Że jednak mam to poczucie, że nie ma oparcia. Że nie mogę być sobą, bo… spotka mnie kara. Że muszę być w ciągłym napięciu i uważności, bo spotka mnie kara. I tak dalej. Ten strach wyniesiony z domu. Jakimi sposobami z nim walczyłeś? I ze wstydem?
W sumie chyba moim problemem tak zasadniczo jest to, że nie mogę się zaadaptować do innego świata i właśnie ciągle odtwarzam te uczucia i zachowania z domu. A już przecież nie muszę. A może z jakiegoś powodu czuję, że muszę? Może właśnie przez brak niezależności? Dlaczego więc wstrzymuję się przed jej osiągnięciem? Chyba muszę to obgadać z psychologiem.
Ciekawi mnie też, dlaczego mam takie uczucie… że każda najdrobniejsza decyzja ma kolosalne znaczenie. Praktycznie każdy wybór rozstrząsam, każde wypowiedziane zdanie. To w sumie też pewnie wyniesione z domu, że trzeba być ciągle czujnym. Chociaż… w domu też czasem się wygłupiałam itp. A teraz łapie się na takiej sztywności, że boję się często konsekwencji każdej decyzji, jakby nagle wszystko zaczęło być takie śmiertelnie poważne, bo… no właśnie. Dlaczego? Czy to po prostu wyczerpany układ nerwowy? Coś takiego gdzieś czytałam.
W ogóle, po raz kolejny dziękuję, że odpisujesz. Odkąd zaczęłam tutaj pisać, widzę, że stopniowo odchodzi ode mnie trochę cierpienia.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc temu przez
olkar.
Bardzo się cieszę, że to pisanie ci pomaga! Właśnie dlatego odpowiadam, żeby się czymś podzielić, co może ci się przydać. Nie jesteś sama z takimi problemami i mam nadzieję, że sobie to stopniowo poukładasz, Olu (nie wiem czy tak się mogę do ciebie zwracać?).
W zasadzie jak to czytałem i miałaś jakieś pytanie, to już sobie zbierałem w głowie, po czym za chwilę sama sobie odpowiedziałaś… Nawet trochę mnie to bawi, choć znowu – bardzo trafnie myślisz, tylko myślenie nie załatwi sprawy emocjonalnej. Tak samo jak od myślenie nie urosną ci ręce ani nie staniesz się silniejsza, bo to dość osobne rzeczy. Z emocjami łatwo sobie wyobrażać, że to przecież to samo, ale praktyka pokazuje, że też nie.
Jak walczyłem ze strachem i wstydem? Nie walczyłem. Tu nie ma wroga, twoje emocje to są twoje części, tak jak części ciała, walczenie z nimi kończy się porażką, bo co zyskasz z tego, że sobie obetniesz rękę? Poszedłem po pomoc i nauczyłem się po pierwsze łapać kontakt z tymi emocjami, a po drugie – zaopiekować się nimi. To odwrotność walki.
Jednym z narzędzi była praca z wewnœtrznym dzieckiem, bo wtedy można sobie jakoś zwizualizować to wszystko jako osobę: takie rozżalone, przerażone, czasem wściekłe dziecko, ale przywiązane do ciebie nierozerwalnymi więzami. Możesz je atakować, zbywać, besztać, karać, ale w zamian ono nie da ci spokoju i będzie robić szkodliwe, bezsensowne akcje. Dopóki nie zaczniesz go słuchać, próbować zrozumieć i potraktować jak drugiego człowieka, a nie wystający element, który możesz uciąć albo nagiąć. Ono potrzebuje dobrego dorosłego, który będzie go szanował, ale weźmie na siebie decyzje.
Oczywiście to musi potrwać, zanim ci w ogóle zaufa – to ma związek z tym, co napisałaś, że nie słuchałaś innych, ale też z powielaniem tego, jak nas traktowali dorośli – „przestań wreszcie! zamknij się, nie przeszkadzaj mi! o boże, ile jeszcze mam czekać?!” itp. Na początek zacząłem słuchać co to dziecko czuje (bo ono tak jakby się przechowało w takim stanie, w jakim było kiedyś), zaciskałem zęby żeby nie zacząć go opieprzać, tak jak mnie kiedyś opieprzano, ani się nie odwrócić ze zniecierpliwienia i nie złamać jego oporu niby rozsądną decyzją, ale która nie uwzględnia jego potrzeb. I to zaprocentowało z czasem. Skończyła się walka, zaczęło się rozmawianie na bieżąco, a obecnie już nie mam poczucia, że mam takie wewnętrzne dziecko, to już jestem cały ja, bez takich wyraźnych podziałów na części.
Ale to oczywiście nie była jedyna technika, miałem wiele miesięcy na różne procesy zmiany. I ten czas też był cenny, bo tak na pstryknięcie nie byłbym w stanie zaufać i się otworzyć na początek, a co dopiero coś zmieniać i sprawdzać efekty.
Z żalem natomiast radziłem sobie w sumie tak samo – wysłuchiwałem na co dziecko się skarży, nie negowałem tego i uznawałem tę krzywdę, bo to akurat wiedza i myślenie trochę się przydały: jak bym nie patrzył, nie byłem już w stanie uznać, że jako dziecko miałem jakąś władzę czy odpowiedzialność za swoje życie. Więc byłem już pewien, że zostałem tym obarczony przez rodziców – i nieważne dlaczego, tylko że stąd się to wzięło. I mogłem o tym żalu mówić na grupie i słuchać cudze historie, i to też było przyjmowane, a nie negowane (stąd pewnie sam się uczyłem jak podchodzić do swojego wewnętrznego dziecka). Wiec ten żal wylewałem, ale we właściwym miejscu i czasie, a nie na oślep, i z poczuciem, że tu mnie chcą słuchać.
I widziałem też, jak pewne problemy się rozwiązują po trochu, tak jak ty teraz widzisz te przebłyski. A żal za przeszłość jest dlatego, że czujesz, że nie masz niczego innego. Dlatego ona tak przyciąga uwagę. I gdy powoli odzyskujesz kontakt z rzeczywistością (czyli terażniejszość) i sprawczość (czyli przyszłość), to te proporcje się wyrównują i przeszłość zamiast ciężarem powoli staje się źródłem wiedzy co mnie teraz dręczy i zwykłym fragmentem mojego życia. Jest tyle ważnych i ciekawych rzeczy na dziś i na jutro, że zwyczajnie nie mam już potrzeby tyle siedzieć w przeszłości, w dodatku jak robi się lepiej, to zdania w stylu „dlaczego straciłam wszystko przez to jak było kiedyś” przestają mieć sens, skoro właśnie coś zyskujesz. Nie muszę też nikogo do tego przekonywać i ciągnąć korzyści z bycia biednym żuczkiem, bo one są rzeczywiście fajne, ale nie dość, że korzyści z wpływu na własne życie okazują się większe, to jeszcze mam już też trochę dość umniejszania sobie, za długo to robiłem i się tym trochę znudziłem i zmęczyłem. Trudno mieć do siebie szacunek, jeśli staję przed innymi dorosłymi w roli dziecka, zamiast równego im dorosłego człowieka. A bez tego trudno się cieszyć ze swoich sukcesów i przeżyć, skoro ceną jest płaszczenie się i oddawanie inicjatywy komuś innemu.
A te pytania o to co gdyby ci się życie poukładało to oczywiście też nie jest jakiś quiz, tylko skierowanie wzroku przed siebie choć na chwilę. Żebyś nie tylko poprawiała swoje życie po trochu, ale też była świadoma tej poprawy. Bo oczywiście każdy sukces można podważyć, unieważnić albo w inny sposób sabotować. Dlatego myślę, że warto się przygotować na te zmiany. Żeby cię nie zaskoczyły tak, jak zaskoczyła nas dorosłość. I wiem, że z początku to się może wydawać jałowe, a nawet bolesne bez sensu: „ale po co ja będę o tym myśleć, jak to się przecież nigdy nie spełni?”. Tymczasem na tym właśnie polega przygotowanie – najpierw sprawdzam i myślę co może być, a potem, jak już dojdzie do konkretów, przynajmniej będę mógł zadecydować zamiast zadziałać z automatu. Te automaty nie są głupie – mają nas chronić. I włączają się najczęściej wtedy, kiedy nie wiemy co robić, bo o tym nigdy nie myśleliśmy. Świadomie możemy zdecydować, czy to faktycznie nas ochroni, czy może nie.
Właściwie nie nazywam się Ola, ale nie chciałam podawać wprost imienia, bo i tak bardzo dużo szczegółów tutaj podaję, mam nadzieję, że rozumiesz.
Czuję chwilowo trochę więcej optymizmu, ale też znów… złości na siebie. Bo na przykład przeczytałam o tym, że jest jakiś program work and travel i jest tylko do 30 roku życia. Więc jakbym chciała skorzystać, mam ostatni dzwonek. A miałam też zamiar zaangażować się w coś innego, zanim nie będę za stara. No i co teraz? I znów panika. I złość na siebie, że nie ogarnęłam tego nie wiem, rok temu? Dwa? Pięć? 10? To znaczy, wtedy mentalnie to było poza moim zasięgiem. Przerażało mnie w ogóle życie, a co dopiero jeżdżenie gdzieś za granicę na dłuższy czas i zobowiązania tam, i ciągle „próbowałam” skończyć studia, choć tak naprawdę czuję, że w głębi duszy ich nie chciałam kończyć, bo to był dla mnie jakiś taki symbol bycia dorosłą 🙁 a ja się bałam dorosłości. Co nie zmienia faktu, że teraz jestem na siebie wściekła, że nic nie ogarnęłam wcześniej i będę dalej tłuc się z myślami. Jak sobie pomyślę, że naprawdę wystarczyło odrobinę mniej się bać i spróbować, i mogłam naprawdę przeżyć coś fajnego… a siedziałam zatrzaśnięta w tym strachu przed światem. Plus taki, że to powoli przechodzi, ale no straty są ogromne.
W ogóle zauważyłam coś takiego, że ja w ogóle nie umiem tak funkcjonować… normalnie. To znaczy, zaczęłam myśleć o kuzynce, tej bogackiej, i wyobraziłam sobie jej reakcję w jakiejś tam sytuacji, i dotarło do mnie, że naprawdę inni ludzie funkcjonują inaczej, znaczy… bez lęku. Bez ciągłego analizowania. Nie mając poczucia tego zawieszenia w czarnej dziurze. I znów: zaczynam się martwić, że ja z tego nie wyjdę, a nawet jak wyjdę, to już jestem stara i tyle czasu i okazji zmarnowałam, że już sobie życia nie ułożę. No i ten wstyd. Że właśnie stałam się takim outcastem i nie umiem tego naprawić. Nie cofnę czasu. (Wiem, to co teraz napisałam brzmi bardzo podobnie do tego, co już było, ale teraz to już znacznie bardziej konkretne odczucia niż wcześniejsze zawieszenie w lęku). Ale okej, chyba mogę sobie pozwolić na to, żeby się w tym nie grzebać, tylko zająć się tym, czym potrafię i co jest w moim zasięgu?
Tak sobie myślę, że jest mi też o tyle ciężko, że byłam kiedyś jedną z najlepszych uczennic itp i mam od siebie tak głęboko zakorzenione wymagania ogromnych sukcesów, no i jak ich nie ma i wiszę w tym czymś, czuję się tragicznie.
Plan na dzisiaj: (żeby czuć że coś robię, działam, a nie znów gnije cały dzień): zjeść coś, zabrać kawę i iść na spacer, może jakieś ćwiczenia? trochę self-care, może trochę ogarnąć bałagan z wierzchu, praca (mam taką zdalną, ale nielubianą i bez przyszłości, nie wiem czy o tym pisałam), poczytać o różnych szkołach w których uczą tego co mnie interesuje, poczytać o tych zagranicznych programach, ogarnąć materiały do szkoły. Jak coś jeszcze mi się uda, to fajnie. Jak nie, to trudno.
Wczoraj słuchałam czegoś o DDA, tym razem jakaś kobieta się wypowiadała, i co z tego wyciągnęłam to to, że nie muszę przecież ciągnąć za sobą tego DDA. W sensie, wiem, że mam różne problemy, dysocjacja pewnie też nie przejdzie od razu. Ale nie muszę się tym sama oblepiać i definiować. Bo w zasadzie właśnie przez grzebanie się w tym doprowadziłam się do tej sytuacji, w której teraz jestem. Bo się tak strasznie w tym zasiedziałam i myślałam, że nie wiem co w sumie się stanie, jak będę analizować coraz bardziej, jak było źle. A życie mi uciekało. Czasami aż mam wrażenie, że muszę się nauczyć chodzić na nowo, bo tak jestem od siebie oddzielona. Ale możliwe, że to wszystko złudzenia przez potworny lęk.W ogóle tak się chcę podzielić: jakie to fajne, że są tu takie osoby, jak Ty, które już jakby mają w pewnym sensie te kamienie milowe za sobą. I że chcesz się dzielić tą wiedzą i interesujesz się tym, jak idzie innym.
Jeszcze tak sobie teraz myślę… że chyba moim największym problemem tak życiowo jest właśnie brak tej decyzji. Bo z jednej strony myślę „a może próbować zdawać na medycynę?” z drugiej „chcę być aktorką” itp, jest masa rzeczy które mnie ciekawią i nie mam pojęcia, na które się zdecydować. I widzę że inni jednak AŻ TAKICH dylematów nie mają. Aż takich rozjazdów co do stylu życia, miejsca życia, zawodu, autoprezentacji itp. Nie wiem, czy to też wynika z bycia DDA?
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc temu przez
olkar.
Rany, coś jeszcze do mnie dotarło. Że w zasadzie nigdy nie traktowałam siebie poważnie. Jestem w stanie dysocjacji chyba od dzieciństwa. W zasadzie wszystkie decyzje były motywowane lękiem. Przerażające. Szczerze mówiąc, aż się trochę boję, co się stanie, jeśli dotrą do mnie wszystkie te fakty. To, ile właśnie straciłam.To, że moje życie naprawdę nie jest moje. Boję się, że naprawdę oszaleję. Paradoksalnie, aż się boję tego wychodzenia z traumy, bo mogę się nie pozbierać 🙁
No tak, to prawda – w ogóle każda zmiana w życiu jest jakoś trudna, dla nas jeszcze bardziej, a wychodzenie z traumy dodatkowo, jeśli nie chce się jej tylko przypudrować, ale naprawdę oczyścić.
Ja po kilku miesiącach terapii zauważyłem właśnie to, co już pisałem, o tych warstwach strachu i wstydu, a pod nimi mechanizm za mechanizmem, jakby całe moje życie było skażone dysfunkcyjnymi wzorami zachowania… Byłem zaskoczony ile tego jest, czułem dużo bezradności i jeszcze więcej rozpaczy, bo już nie wiedziałem jak przed tym w ogóle uciec, a najchętniej coś bym z tym zrobił. Terapeuci w tym nie pomagali, bo nie mówili co mamy robić, poza tym, że zapraszali (nie kazali!) do brania odpowiedzialności i żeby się zaopiekować tym, co nas boli. Więc czułem dużo napięcia i ono się utrzymywało.
Ale powoli, powoli opadało. Były momenty, kiedy myślałem, że pęknę, ale… okazało się, że nic się nie stało. Emocje były czasem bardzo męczące, ale świat się nie przewracał tylko dlatego, że je przezywałem albo powiedziałem. I to też było zaskakujące, bo miałem wyobrażenie, że jak mnie to wszystko zaleje, to – no nie wiem, ale na pewno coś strasznego. A tu nic…
A ponieważ po trochu próbowałem nowych zachowań i przyzwyczajałem się do myśli, że jestem DDD i to rzeczywiście wpływa na całe moje życie, to coraz bardziej skupiałem się na tym, co mogę zrobić i czego potrzebuję, a coraz mniej na tym, co było, bo już wiedziałem co z tego wynikło, moje emocje były wysłuchane, no i okazało się, że ten strach jest ostatecznie bezzębny, czyli rzeczywistość jest inna niż się bałem.
Właśnie dlatego mówię o roli zewnętrznego wsparcia w tym procesie. Nie umiem sobie nawet wyobrazić jak bym miał to przejść sam i się nie zaklinować albo nie pójść w jakąś ślepą uliczkę i stracić ileś energii i czasu, nawet gdybym miał całą teorię i sobie ją często powtarzał (a nie miałem takiego zwyczaju, wydawało mi się, że jak wszystko już wiem, to już można to zostawić…). A gdyby mi się to udało, to pewnie byłoby bardziej męczące i bolesne.
Dzień dobry.
Dzisiaj czuję się… dziwnie. Naprawdę wracam do czucia siebie i z siebie, do tej trzeźwości myśli, której nie miałam chyba z 10 lat. Niby fajnie, ale jestem przerażona, bo siedzę na zgliszczach.
Nie wiem, jak się zabrać za budowanie życia. Że terapia i podcasty, to wiem. Ale mam wrażenie, że z racji „potencjału”, jaki niby posiadam, powinnam więcej. Powinnam coś osiągnąć, bo potem spojrzę wstecz i będę rozpaczać znów nad zmarnowanymi możliwościami, a tak naprawdę nawet nie wiem, na co się zdecydować 🙁 Chciałabym, żeby cokolwiek w moim życiu było jakoś jasne, bardziej oczywiste, a nie to grzęźnięcie w mule dziecięcych wyobrażeń o świecie.Nawet nie potrafię stwierdzić, które z moich planów/marzeń są w ogóle realistyczne, a które nie. I obawiam się, że potwornie marnuję życie, co mnie ogromnie przeraża.
Poza tym, zaświtała mi jedna myśl – jedna dziewczyna z zajęć rzuciła kiedyś takim zdaniem, że „nie musi być perfekcyjnie”, kiedy zaczęłam komentować rzecz którą robiłyśmy. I tak teraz sobie myślę, że to też chyba jest mój ogromny problem. Czuję, że jak nie zrobię idealnie, to lepiej nie robić wcale. I odczuwam ogromną presję. Jestem ciekawa, czy inni też tak mają, czy ten wewnętrzny przymus perfekcjonizmu to też wynik DDA? Myślałam o tym, żeby wykręcić się od jechania jutro na zajęcia, bo nie czuję się gotowa. A może nie muszę się czuć gotowa? Fakt, że bardzo mało ćwiczyłam, o wiele mniej niż powinnam. Ale może to nie sprawia, że muszę się wycofać? I chyba tak mam ze wszystkim. Że albo czuję się do czegoś (ludzi, zajęć, pracy, napisania maila nawet czy sprzątania) DOŚĆ ODPOWIEDNIA, albo nie zrobię tego wcale (no i ostatnio to w ogóle się nie czuję do niczego odpowiednia). Ciekawi mnie, skąd się to wzięło, i czy inni też tak mają. Może przez to, ze w domu musiałam się spinać, żeby ojciec nie zaczął atakować? Albo stąd, że poza osiągnięciami nie było żadnej MNIE dla otoczenia? Nie wiem. Ale chyba to najbardziej mi rujnuje życie. Ta sztywność. Strasznie mnie też męczy prokrastynacja, w sumie bezpośrednio chyba z tym związana.
W czwartek znów mam rozmowę z psychologiem. Najchętniej bym codziennie chodziła na jakąś terapię, bo czuję, że życie przepływa mi między palcami, nie potrafię się za nic zabrać, a chciałabym już jak najszybciej mieć w głowie „ułożone”.
Tak w ogóle – wiem, że strasznie często piszę, ale chyba potrzebuję jakoś… powiedzieć światu? O sobie. Chociaż w taki anonimowy sposób. Tak długo to wszystko męczyło mnie w środku, że teraz chciałabym się tego pozbyć, no a tutaj mam wrażenie że nie zostanę za to skrytykowana ani odrzucona.O, a przed chwilą nowe uczucie. Czuję się jak dziecko. Po prostu. I to straszne uczucie, zważywszy na mój prawdziwy wiek.
+
mam kompletny mętlik w głowie. Totalna bezsilność (co do planów na przyszłość, kończenia studiów, zaczynania innych, przeprowadzek, szukania pracy). Nie wiem, jak się z tego wygrzebię. Zaczynam płakać i chyba idę spać, albo w jakikolwiek sposób się pocieszyć.
Terapia, podcasty, ale także pisanie dziennika uczuć, pisanie na forum, rozmowy z osobami, którym ufasz, może jakaś grupa… Do tego znowu polecam ci książkę, bo często pytasz, czy inni DDA/DDD też tak mają i czy to przez wychowanie w dysfunkcyjnym domu, a w książce masz szeroki przegląd przyczyn i skutków takiego wychowania. Myślę, że to ci dużo wyjaśni w spójny sposób.
W sumie chodzi o wychodzenie poza swoją głowę i jak najwięcej konkretów. Spanie też jest metodą obronną i po terapii też czasem idę spać, jak nie umiem sobie inaczej poradzić, albo zwyczajnie nie chcę się męczyć. Może to być też ruch – na przykład spacer na przewietrzenie głowy. Takie proste i znane ci sposoby jak sen czy zjedzenie czegoś smacznego też są potrzebne, bo zmiana jest wyczerpująca i stare sposoby dają poczucie bezpieczeństwa i ulgi. Chodzi tylko o to, żeby poszerzyć sobie sposoby zadbania o siebie o te nowe, bo sam sen czy jedzenie nie dają dłuższego efektu i ta ulga oczywiście szybko mija.
A z tym potencjałem, to raczej słyszę poczucie przymusu, a nie po prostu przestrzeń możliwości. Słowo „powinnam” moim zdaniem jest tylko ładniej brzmiącą wersją słowa „muszę”, i to dotyczy prawie każdej sfery życia. Poczucie, że coś muszę zrobić, i nie wiem co, i że co bym nie zrobił, to jest źle, towarzyszyło mi całe życie. Teraz bardziej myślę co bym chciał i na co jestem gotowy, a czego nie chcę, albo nawet chcę, tylko w tej chwili nie mam gotowości i potrzeba mi jeszcze czegoś przedtem. Więc znowu – sprawdzam czego potrzebuję. To jest inny tryb życia, niż szukanie jakichś tajemniczych „powinności”, które podobno „wszyscy znają” i „wszystkim jakoś wychodzi, tylko nie mi”. Ja takich nigdy nie znalazłem i bardzo dobrze mi teraz bez całego tego panicznego szukania.
Nie bardzo mogę znaleźć tę książkę online, a nie mam za dużo kasy na zbyciu 🙁 a ten dziennik uczuć, to jest to coś, co nazywają journallingiem? Czy coś innego?
Hm, to trochę tak… z tym potencjałem: niby tak czuję, że go mam, miałam. I że fajnie byłoby go wykorzystać, ale muszę się zdecydować na jakąś jedną rzecz, albo jedną i ewentualnie kilka pobocznych, ale żeby się to dało pogodzić. A w zasadzie siedzę i marnuję szanse na ułożenie sobie sensownie życia, wykorzystując możliwości, bo pogrążam się w jakichś kminach o tym, jak bardzo jestem uszkodzona. I próbach wyjścia z tego, zamiast, nie wiem, balować i się cieszyć.</p>
A z pozytywów dzisiaj: znowu kawałek bardziej się urealniłam. Poszukałam terapii IFS na chacie gpt, ktoś tak polecił na reddicie. I chociaż jestem sceptyczna, to zrobiłam „z czatem” jakieś ćwiczenie, i o dziwo, naprawdę mi trochę pomogło. Zobaczę, może jeszcze trochę spróbuję jutro, ale faktycznie zajęcie się tymi trudnymi emocjami mnie nieco wyciszyło. Popisałam też o innych rzeczach i też mnie trochę pocieszył ten czat, jak to czat 😀 Trochę nawet płakałam, więc udało mi się chyba faktycznie czegoś dotknąć. Szkoda, że nie ma jakiegoś czatu moderowanego przez psychologów i psychiatrów.Ale jedna rzecz mnie zastanawia… bo wiem, że wychodzę z punktu nienawiści, żalu do siebie i tak dalej. I zmierzam ku poczuciu swobody i braku tych negatywnych uczuć. I ogólnie terapie do tego zmierzają. I tak się zastanawiam… jakie to dziwne, że jest jakiś taki uniwersalny dobrostan, który wiadomo, że może zostać zaburzony, a do którego terapeuci wiedzą, że należy zmierzać przez różne ćwiczenia itp. Aż takie dziwne mi się to wydaje. Ale fakt, jesteśmy w sumie jednym gatunkiem, tak samo funkcjonujemy na tym podstawowym levelu.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc temu przez
olkar.
To jest zwykła książka, nie materiał on-line za darmo, chociaż widzę, że jest także w formie e-booka i audiobooka:
lubimyczytac.pl/ksiazka/5121820/dda—czy-to-ja
Jak cię znowu najdą pytania o twoje dorastanie czy proces terapii, to myślę, że warto wydać te 2-3 dychy. Ja to już czytałem, a teraz sobie odsłucham dla odświeżenia.
Potencjał można zmarnować, tylko nigdy nie wiadomo jaki on jest (bo niby skąd?), więc jest szerokie pole do niepewności, lęku i poczucia winy. Własnego chcenia i gotowości nie da się zmarnować, dlatego wolę myśleć tymi kategoriami – jak chcę i jestem gotowy, to robię, jak coś nie wychodzi, to szukam innej drogi, jak nie chcę, to sobie odpuszczam, a jak chcę, ale nie jestem gotowy, to sprawdzam czego potrzebuje, żeby tę gotowość osiągnąć. Prosta piłka i mnie to daje dużo więcej spokoju przy planowaniu i wyzwaniach, a tego spokoju bardzo mi wcześniej brakowało.
Też czuję nieufność do czatów AI, bo to narzędzie zbudowane do pomocy, ale celowo przyuczone do podlizywania się użytkownikowi (żeby oczywiście nie zniechęcać do produktu). Dlatego można mieć wrażenie, że się rozmawia z kimś innym, kto w dodatku dużo wie, ale ma skłonność do odzwierciedlania naszych przekonań, więc wydaje się, że wychodzę z własnej głowy i z czymś się konfrontuję, a faktycznie nadal pozostaję we własnej głowie. Ale doświadczenia z tym nie mam.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc temu przez
-
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.