Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Pomoc?

Przeglądasz 10 wpisów - od 61 do 70 (z 97)
  • Autor
    Wpisy
  • olkar
    Uczestnik
      Liczba postów: 51

      Ok, miałam nadzieję że może wiesz, gdzie znajdę wersję online.
      Kurczę, mam coraz więcej skilla patrzenia na moje reakcje z boku i aż czuję, jak koszmarnie jest to dysfunkcyjne. I zastanawiam się, jak się tego pozbyć, zważywszy na to, że już nie dostanę tego naturalnie, na drodze wychowania. Przykładowo: nie potrafię pozbywać się rzeczy, jestem z rodziny zbieracza i potwornie mnie to męczy. Częściowo też pewnie chodzi mi o to, że czuję że zmarnuje pieniądze, jeśli pozbędę się czegoś. I że w jakiś sposób zranię moją matkę, która kłóciła się z ojcem o rzeczy, które chciał wyrzucić. Ale naprawdę nie wiem, jak zwalczyć to przywiązanie do przedmiotów. W zasadzie mam to chyba od dziecka, tylko wtedy miałam tych przedmiotów mniej.
      Mam w sumie też do Ciebie pytanie: pisałeś, że dopiero od niedawna czujesz się dorosły. Myślę, że to uczucie nie bycia dorosłą sprawia większość moich życiowych problemów. Czuję jakby nie było mi wolno podejmować decyzji, bo zrobię coś źle i będę strasznie żałować. Czy jakieś praktyki/ćwiczenia pomogły Ci wypracować to poczucie bycia dorosłym?

      truskawek
      Uczestnik
        Liczba postów: 647

        Poza terapią grupową – pod koniec dodatkowo indywidualną – która sama w sobie była wielką praktyką z domieszką teorii, potem tylko niemal codziennie robiłem swoją wersję dzienniczka uczuć, bo uświadomiłem sobie, że z tym mam największy problem (i nadal to robię). Pracę z wewnętrznym dzieckiem też pewnie można nazwać ćwiczeniem. Reszta to po prostu wcielanie tych praktyk w życie po trochu, rozmawianie z innymi ludźmi którzy też poszli na jakieś terapie albo podobnie jak ty byli ciekawi co to jest w ogóle. Żadnej drogi na skróty nie poznałem. Na początku tylko „magicznym dodatkiem” była motywacja, a potem – cierpliwość i wytrwałość.

        Jeśli chodzi o przywiązanie do przedmiotów – ale po co właściwie coś w sobie (znowu) zwalczać? Ja mam już dosyć walki ze sobą, całe życie to robiłem i już nie chcę. Możesz konkretnie wybierać, czy dany przedmiot chcesz zatrzymać czy zaryzykować pozbycie się. Ja na przykład tak miałem z książkami: część oddałem lub wyrzuciłem i aż się spociłem z niepokoju, ale część sobie zostawiłem z różnych powodów. Ale to były konkretne decyzje. Pewnie bym się i pozbył więcej, ale już za dużo niepokoju, więc sobie nie dokręcałem tej śruby, bo to siebie postawiłem w centrum, a nie plan pozbycia się czegoś. I ostatecznie to właśnie ta zmiana priorytetów (postawienie siebie w centrum mojego życia) dała mi poczucie dorosłości, a nie pozbycie się albo nabycie czegoś, bo to już robiłem wcześniej i czułem się tak samo źle niezależnie od efektu.

        olkar
        Uczestnik
          Liczba postów: 51

          A czy wciąż chodzisz na terapię?

          Ja mam jutro rozmowę z psycholożką, nadal nie właściwa terapia, ale jakoś pomaga mi właśnie ten kontakt z kimś spoza mojej głowy (i spoza mojego najbliższego kręgu, chociaż czasem rozmowa z rodziną też pomaga, ale bardziej traktuję to często jak obowiązek – chyba.)

          No właśnie, to też męczące masakrycznie. To poczucie, że nawet nie potrafię w 100 procent stwierdzić, czy coś naprawdę myślę, czy coś naprawdę czuję. Jakbym doszukiwała się fałszu w sobie. Próbowała siebie podważyć. Też pewnie wynik dzieciństwa.

          W ogóle chyba powoli się uzależniam, na samą myśl o przeczytaniu Twojej odpowiedzi lub napisaniu czegoś czuję ulgę i też nie jestem pewna, czy to w porządku? Może będę pisać trochę rzadziej w najbliższym czasie, spróbuję sobie trochę radzić poza tym miejscem.
          Ale! Właśnie widzę pewne zmiany w myśleniu u siebie. Ostatnich parę dni spędziłam praktycznie skupiając się na sobie i odpoczywając i obraz rzeczywistości robi się coraz bardziej rzeczywisty, choć też przykry i bolesny. Dysocjacja była o tyle pomocna, że czasem w tych stanach czułam tylko adrenalinę i dopaminę i chęć eksploracji i doświadczania, niezbyt rozważnie, ale wtedy się to nie liczyło, chciałam żyć, odbić sobie pustkę dorastania. A teraz coraz bardziej dotykam ziemi i szczerze mówiąc, coraz więcej tych przyziemnych, smutnych uczuć mnie dotyka. I też nie wiem znowu: czy to są rzeczy wyniesione z domu, ten smutek i poczucie pustki, czy to tak po prostu jest i każdy domyślnie się tak czuje? No i łapie mnie poczucie winy, za to że nic właściwie nie robię – no, próbuję wygrzebać się z dysfunkcyjnego stanu i zdecydować, co tak naprawdę chce robić, ale to w ogóle nie jest produktywne.

          Tak też sobie myślę… że ta potrzeba osiągnięcia czegoś nie jest tylko i wyłącznie wynikiem takiego a nie innego wychowania. Chyba po prostu też miałam taką potrzebę od dziecka, zawsze lubiłam tworzyć, robić coś fajnego, działać. I boli mnie, że być może nigdy się to nie uda. Bo jestem za stara i nie bardzo mam możliwości. Bo brakuje mi „paliwa” i jestem totalnie zagubiona.

          Tak sobie patrzę i myślę, jak wiele kreatywności się we mnie zdusiło przez lata. Pewnie głównie przez poczucie nie bycia docenionym i bycia bezwartościowym.

           

          Okej, nie użalam się już na ten moment. Zastanawiam się tylko, co zrobić, żeby jeszcze trochę tego potencjału gdzieś użyć. I skąd czerpać motywację do działania.

           

          W sumie jestem ciekawa, czy na przykład Ty miałeś jakiś plan na życie? Wyobrażenie, jak je przeżyjesz? Ja mam wrażenie, że faktycznie moje problemy psychiczne uniemożliwiły mi stworzenie tego obrazu życia. Oczywiście, potwornie się boję, że zmarnowałam już tyle czasu i w moim wieku nie zrealizuję wielu rzeczy.  Ale może chociaż to spotkanie jutro pomoże mi cokolwiek ułożyć, chociaż oczywiście, nierealistyczne marzenia będą pewnie utrudniać mi zaplanowanie czegoś wykonalnego. Najgorzej, że w sumie nie potrafię nawet obiektywnie stwierdzić, co jeszcze jest w moim zasięgu. Bo może faktycznie jestem dość bystra, żeby nie wiem, studiować coś super ambitnego? A może mam szanse na karierę w tej dziedzinie, w której chcę teraz? A może nie mam szans i się oszukuję? I znów stracę czas? Jeeeeezu.

          truskawek
          Uczestnik
            Liczba postów: 647

            Terapię indywidualną zakończyłem kiedy tylko skończyła się grupowa. Mogłem ją kontynuować, ale na bieżąco już miałem wystarczająco rzeczy nowych, które chciałem po prostu sprawdzić jak wyjdzie stosowanie ich w normalnym życiu. Potem jeszcze tylko ze 2 razy wróciłem z jakimś bieżącym problemem, bo akurat bardzo byłem niepewny co się dzieje i co robić, ale już stoję na własnych nogach i nie mam nic tak trudnego, żeby mnie tak zatkało.

            No tak, niepewność praktycznie wszystkiego i związany z tym niepokój to standard u DDD. Mnie trochę w tym pomogła myśl, że co jeśli się pomylę co czuję albo zapomnę powiedzieć coś ważnego? No nic, bo jak coś jest ważne, to nie da się tego zapomnieć albo pomylić, bo mnie dręczy i właśnie z tym przychodzę. A ponieważ to nie jest jedyna rzecz, która mnie męczy, to wystarczy się zajmować tym, co akurat mi teraz wyskoczyło na wierzch. Spokojna głowa, problemów mamy pod dostatkiem… XD

            Ja w ogóle nie widzę tego jako uzależnienia, tylko realizację potrzeby rozmawiania wprost o swoich sprawach. Ludzie są istotami społecznymi i potrzebują kontaktu z innymi. Oczywiście można to obchodzić, ale wtedy dopada nas samotność, lęk i zapętlamy się w swoich przeżyciach. Dobrze mieć w życiu (nie tylko DDA i nie tylko w trakcie terapii) siatkę wsparcia, czyli nie tylko jedno miejsce czy jedną osobę, na której się opiera cały kontakt z ludźmi (partner w związku ma wtedy przekichane…), więc też myślę, że warto próbować nie tylko tu.

            Nam na terapii mówili, że z urodzenia ma się tylko temperament, a całej reszty się uczymy w domu. Poczucie winy, dysocjacja, poczucie pustki (ja w tym słyszę samotność, rozpacz i bezradność), chęć „odbicia sobie” (czyli ratowania czegoś, a nie po prostu – osiągnięcia czegoś, co teraz potrzebuję), szukanie ratunku w czymś „produktywnym” to nie jest coś, co się bierze z powietrza, choć nie musimy pamiętać jak to się działo. Ja na przykład nie pamiętam jak się uczyłem chodzić albo mówić, ale robię to płynnie, i dlatego mam wrażenie, że zawsze to umiałem…

            A jaki masz właściwie potencjał? W sensie co o tym myślisz i czy pamiętasz skąd ci się to myślenie wzięło? Wiesz – znowu: mały konkret daje więcej wiedzy o sobie i nadziei na zmianę niż najbardziej rozbuchane ogólniki.

            A także: a jak byś chciała wyrażać swoją kreatywność? I co ci w tym teraz przeszkadza?

            Motywacja to jest to, co cię naprawdę porusza. Dla mnie to był z początku lęk przed utratą związku. A potem to, że tam siedzieli co tydzień ludzie, których mogłem posłuchać, a w końcu to, że coś sobie na nowo poukładałem w głowie i że mogę tego używać. Więc to było i coś, od czego chciałem uciec, i coś, do czego chciałem dążyć. Co ciebie naprawdę porusza, co jest dla ciebie tak ważne, że trudno ci o tym zapomnieć albo zrezygnować?

            Ech, muszę się zastanowić, bo nigdy o tym nie myślałem… Nie miałem planu na życie. Nawet nie umiałem sobie wyobrazić, że coś mogę zaplanować, bo to i tak nie miało dla mnie sensu, robienie czegokolwiek nie było jakoś atrakcyjne. Wydaje mi się, że marzyłem tylko o miłości i akceptacji, ale nikt mi tego nie chciał dać, zaopiekować się mną i pytać czego chcę. Szczęśliwie miałem swoje różne hobby i akurat praca z komputerami (jedna z rzeczy, którą lubiłem) okazała się potrzebna, więc nie musiałem specjalnie kombinować, tylko w to wszedłem i kwestia pracy sama się rozwiązała. Ale i tak nie wymyśliłem co chcę osiągnąć w życiu. Chyba jak dorosłem i przestałem mieszkać z rodziną to miałem kilka lat, kiedy się kompletnie zagubiłem i robiłem jakieś podstawowe rzeczy, ale kontakty z przyjaciółmi po studiach się rozluźniły, a ja nadal nie widziałem co mam robić i jaki jest sens życia właściwie. Więc pewnie ten późny związek, który trochę realizował moją nadzieję, że z kimś będzie mi ciekawiej i zastąpi moje własne plany, tak mnie przeraził gdy się okazało, że dziewczyna interesuje się swoimi zadaniami i mnie traktuje głównie jako wsparcie, i po kilku latach to się wcale nie poprawia, choć bardzo starałem się nią zajmować (w roli ratownika nieświadomie liczyłem na wzajemność w końcu, a to coraz bardziej wyglądało, że wcale nie nadejdzie). W każdym razie z kimś nie dostałem tego, o czym marzyłem, a sam nie miałem zielonego pojęcia co zrobić z tą smutną dorosłością – tak tylko to samo do śmierci?… Przygnębiało mnie to.

            To w ogóle nie chodzi o obiektywność. Każdy – nie tylko DDA – ma swoje filtry i przez nie patrzy na świat. Można mieć różne filtry, mogą się zmieniać, ale zawsze jakieś są. Im więcej i starszych doświadczeń, tym są silniejsze, więc jak ktoś miał szczęście i miał wsparcie i funkcjonalną rodzinę albo miał okazję już potem w życiu nauczyć się sobą opiekować, to dba o siebie i realizuje jakieś tam swoje cele, a jak nie miał szczęścia i rodzina była dysfunkcyjna, a potem też nie nauczył się innego patrzenia i innych strategii, to ciągle zgaduje jakie powinny być te cele i co zrobić, żeby zasłużyć na akceptację, miłość, uwagę, milczy jak zaklęty o tym czego by chciał, podważa swoje potrzeby i próbuje zniknąć itp. itd. To wszystko jest subiektywne i nawet terapeuta nie wchodzi do mojej głowy, tylko zna schematy DDA i może je łatwiej wyłapywać, oraz dać na bieżąco tę uwagę i akceptację, jakiej nam wcześniej zabrakło.

            I znowu chodzi o konkrety: a co to dla ciebie (zupełnie subiektywnie, w tej chwili) znaczy „ambitne”? Skąd masz poczucie co jest realistyczne a co nie, jakie doświadczenia ci się przypominają, które to mogły ukształtować? W jakim celu miałabyś siebie oszukiwać? Ile czasu zmarnowałaś, kiedy był ten właściwy wiek, i skąd wzięło ci się to przekonanie? Nie chodzi o dokładność odpowiedzi, tylko o w ogóle zadawanie sobie takich podstawowych pytań, które są dla nas tak „oczywiste”, bo mamy od dawna takie filtry, że nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby to im się krytycznie przyjrzeć, a nie ocenianiu swojej wartości, bystrości itp. To jest zejście do piwnic, do samych fundamentów naszych przekonań i przejrzenie ich. Na co dzień nie ma takiej potrzeby, bo jest jak zwykle i można robić co się tam robi, ale kryzys to moment, kiedy już „to co zwykle” nie wystarcza. I właśnie tak te swoje filtry można po trochu (powoli i nie wszystkie na raz) zmieniać. A to one kształtują nasz świat i to, co robimy.

            Powodzenia jutro i mam nadzieję, że ten kontakt z rzeczywistością pozwoli ci zacząć słuchać co ci tam w duszy faktycznie gra, a co zawsze było oczywiste i nie warte uwagi (bo coś trzeba było robić natychmiast, tylko nie wiadomo co…).

            olkar
            Uczestnik
              Liczba postów: 51

              Rozmawiałam dzisiaj z psycholożką.

              Coraz więcej łapię tej świadomości, i to jest coraz bardziej bolesne.

              Chyba tak naprawdę boję się tej prawdy. Psycholożka powiedziała coś takiego, że właśnie ja się cały czas nie zgadzam z rzeczywistością, a chyba powinnam przyjąć, że było jak było i jest jak jest.

               

              Dotarło do mnie również, że faktycznie sporo gówna w moim życiu to były moje decyzje i moja odpowiedzialność. Chciałabym usłyszeć/przeczytać, że to był wynik traumy i tak dalej, braku wsparcia, bezpieczeństwa. Ale i tak to były moje decyzje. I muszę ponosić ich konsekwencje.

              Jestem przerażona, naprawdę przerażona przyszłością. Bardzo się boję, że nie ogarnę dorosłego życia. Że ten brak emocjonalnej regulacji nie pozwoli mi złapać stabilizacji w życiu. Że nie dam rady się sama utrzymywać. Że skończę jako bezdomna. Że zawsze te flashbacki będą mnie męczyć. Że nie zaakceptuję siebie takiej, jaka jestem – czyli efektu traumy. Że będą mnie dalej dręczyć wyrzuty sumienia. Że znów ktoś będzie mnie ranił. Że całe życie to będzie ten przeklęty krąg lęku i upadku i samoobwiniania.

               

              Coś ambitnego… hmm, coś, co jest prestiżowe? Daje poczucie ważności? Daje bezpieczeństwo. Hajs. Jest trudne intelektualnie?

              Właściwy wiek to jak najszybciej 🙂 No, na zrobienie jakiejś super kariery w TV na przykład, to już raczej za późno. A jeszcze te 10 lat temu, gdybym nie dysocjowała i się nie bała, to może mogłabym. Fakt, że próbuje zrobić „coś” w tym kierunku. Ale fakty „realne” są też takie, że trochę późno na jakieś znaczące osiągnięcia w tej dziedzinie. Skąd to wiem? 1. Jedna z nauczycielek mi powiedziała, ta, co o niej pisałam ostatnio, że z racji wieku itp. może mi być ciężko w tym formalnym nurcie. 2. Realia są faktycznie takie, że ludzie zaczynają bardzo młodo, trochę jest to taki kult młodości. A jak chodzi o inne kariery, to też w zasadzie im wcześniej zaczniesz, tym lepiej. No i w pewnym wieku korzystanie z pomocy finansowej to już totalny obciach i tragedia, naprawdę bym tego nie zniosła. A zanim się ustawisz w jakiejś branży, to też zajmie kupę czasu.

              Na resztę odpowiedzi nie mam chwilowo siły, przepraszam. Mogę napisać w zasadzie tyle, że BOJĘ SIĘ. Nawet pisanie tutaj mnie przeraża, trochę jakbym robiła przez to sobie krzywdę? Bo nie powinnam o swoich problemach tutaj pisać. Że może za bardzo jestem teraz ufna. Psycholożka powiedziała też, że mój organizm jest w stanie ciągłego zagrożenia, a ja na to, że w mojej sytuacji inaczej się nie da. I szczerze, nie mam pojęcia, czy i jak to naprawić, pewnie stabilne dochody by mi dużo pomogły, ale znowu: to jest zobowiązanie i mega się boję, że podejmę je tak ze strachu, że znów tam będzie źle, że nie jestem gotowa. Że będę robić coś, czego nie chcę. I tak dalej.

              W sumie to… wiem, co chcę robić. Chcę być aktorką. Ale nie tylko ja chcę, no i ja już jestem leciwa dość – to znaczy, w sumie ja tak nie myślę, ale biznes to biznes. I może się okazać, że się nie uda. Więc powinnam planować też coś innego. Ale to już tyle żonglowania i organizacji, że na tym się wywalam i wpadam w panikę. Plus obwiniam się, że jednak nie zaczęłam wcześniej.

              W sumie to chyba nawet zabawne, że przy tym całym pie*dolniku, który mam w głowie, tych lękach, jara mnie zawód, w którym się tak utarło, że trzeba być odważnym i pewnym siebie. Nawet prowadzący był chyba zaskoczony tym faktem.

              A takie pytanie do Ciebie jeszcze: co robiłeś w chwilach największej życiowej niemocy (jeśli takie miałeś)? Jak zmotywować się do działania, kiedy co chwila mnie odcina ze strachu i niepewności?

              truskawek
              Uczestnik
                Liczba postów: 647

                Jeśli coś tu piszesz i czujesz, że robisz sobie tym krzywdę, to najwyraźniej przekraczasz jakieś swoje granice. Dla mnie bardzo ważne, że to wyczuwasz i że o tym napisałaś. Szczerze mówiąc gdybyś nawet napisała tylko to, to już czułbym się z tym bardzo bezpiecznie, bo to jest pierwszy krok do budowania tych granic, a to jest kluczowe dla odzyskania spokoju.

                Samo to, że cię o coś zapytałem jest raczej wskazówką ode mnie, gdzie warto szukać, a nie obowiązkową ankietą do wypełnienia. I nawet jeśli sobie na coś z tego odpowiesz, to nie musisz tu pisać wszystkiego i możesz sprawdzić, jak wtedy się z tym będziesz miała.

                Jak szedłem na terapię, to wydawało mi się, że powinienem mówić wszystko, ale już w jej trakcie zorientowałem się, że wcale nie muszę, bo to jest tylko taki mój mechanizm do wymuszania bliskości (jak ja się bardziej otworzę, to może druga osoba też to zrobi). I że to nie zawsze działa, za to ja – kosztem naruszania własnych granic – próbuję złapać jakąś sprawczość, ale czuję potem niepokój, który mnie męczył. To także było zrzucanie z siebie odpowiedzialności za to, co mówię, na drugą osobę – ona miała coś z tym zrobić, niezależnie czy ją to faktycznie otwiera czy może jest dla niej jakoś trudne, a ja przecież „tylko byłem szczery”. Teraz mówię tyle, ile jest dla mnie bezpieczne, chyba, że zdecyduję się zaryzykować, i nadal mogę rozmawiać o ważnych rzeczach, ale już bez tego niepokoju. Moje ćwiczenie z dzielenia się na bieżąco tym, co czuję, z kilkoma bliskimi osobami, też na pewno mi w tym bardzo pomogło,

                Jeśli coś cię jara, to może być właśnie twoja motywacja. Na żalu i strachu nie da się nic zbudować, można je tylko przeżyć i pozwolić im odpłynąć (tak jak z żałobą po śmierci kogoś bliskiego), a napęd mogą dać na krótko. Natomiast wszystko, co cię napędza, za czym tęsknisz, co uwielbiasz, co sprawia ci radość, bez czego nie możesz żyć itd., to jest zdrowy fundament, na którym można stopniowo stawiać kolejne piętra. Bardzo się cieszę, że tak jasno potrafisz to znaleźć i określić.

                Oczywiście, że miałem chwile niemocy. Kiedyś trwały nawet tygodniami i miesiącami. Bez żadnych niespodzianek – zajadałem, spałem, uciekałem w czytanie, potem komputer, a także w wyobrażenia erotyczne i romantyczne (kiedyś wydawało mi się to bardzo różne, a teraz już nie), zamykałem się w sobie i przestawałem się odzywać do ludzi… I nadal jak jest mi bardzo trudno, to robię podobne rzeczy, bo one nie są zabronione i są moim ostatnim bastionem ochrony, choćby dlatego, że są mi dobrze znane i pozwalają wyłączyć się i jechać na automacie, żeby przetrwać i się jakoś zregenerować.

                Różnica jest tylko taka, że dużo rzadziej dochodzi do tak silnych kryzysów, bo nauczyłem się na bieżąco słuchać siebie i realizować swoje potrzeby. Ostatnio nawet zaczynam dbać o siebie kiedy nie mam żadnego kryzysu, po prostu dla radości i chęci życia – bo po co mam czekać nawet na mały kryzys, jak może do niego nie dojść, a ta radość jest wtedy pełna, a nie w cieniu lęku albo cierpienia? Ale wszystko po kolei – to jest już dalszy etap dbania o siebie, a najpierw potrzebowałem odkryć i powylewać swoje żale i posprawdzać inne sposoby załatwiania problemów, niż to znałem z domu.

                olkar
                Uczestnik
                  Liczba postów: 51

                  Dzisiaj w końcu się przemogłam i zadzwoniłam do dziekanatu w sprawie wznowienia studiów. Na ten moment jest już raczej za późno na ten semestr – i tak bym nie dała rady być naraz i tu, i w innym mieście – ale strasznie mi przykro, że to się tak ciągnie, i znów czuję się jak porażka.

                  I tu się pojawia kolejny dziwny aspekt – nie wiem, czy w książkach o tym jest – to dziwne uczucie rozdzielenia tego, czego naprawdę chcę od tego, co zostało mi narzucone.

                  Tak naprawdę jakąś część mnie niezbyt mnie obchodzą te studia – no, wiem, lepiej je dokończyć, niż nie – ale i tak wpadam w żal, że nie udało mi się tego domknąć w jakimś normalnym terminie. Przy czym w sumie poszłam na nie z braku laku trochę, to nie był mój dream. Może trochę byłam zaciekawiona. I tak dalej. I tak z każdą decyzją właściwie. Boli mnie to rozdzielenie, że nie wiem właściwie, co myślę na dany temat i przez to tkwię w miejscu. Bo z jednej strony to, a z drugiej tamto, itd.

                  I kurczę, chociaż czasem mam momenty, że już myślę, że oooo, już dotykam rzeczywistości, to jednak zaraz mnie z niej wyrzuca. Przypuszczam, że po prostu zniesienie faktu, że taka jest prawda, że damage is done, że nie będzie powtórki, że będę się prawdopodobnie męczyć jeszcze ileś lat… jest niemożliwe i po prostu mnie wyłącza.

                  I to mnie zastanawia. Choćbym nie wiem jak starała się myśleć pozytywnie, odczuwać uczucia, pocieszać siebie, to czuję, jakbym była za jakąś ścianą. W innej rzeczywistości, w piekle. Chyba naprawdę po prostu się boję zaakceptować. Przyjąć do wiadomości i do świadomości COŚ.

                  Kurczę, nawet nie potrafię powiedzieć, co to jest. Czy to jest właśnie ten żal, żałoba? Za tym, co mogło być? Za troską i opieką? Tak po prostu czuję, że jest COŚ, chyba to przerażenie? I wstyd. Wyniesione gdzieś z wczesnego dzieciństwa. Nie potrafię totalnie pozbyć się tego uczucia i mam wrażenie, że już się nie uda. Że to faktycznie będzie takie przetrwanie do śmierci, budowanie wokół tego.

                  Aż mnie zadziwia, że faktycznie te wszystkie lata z rodzicami byłam w stanie radzić sobie w szkole (chociaż też psychicznie było ciężko).

                  Nie chcę po raz setny pytać o to samo, ale chyba i tak to zrobię, bo czuję się potwornie osamotniona…

                  Czy da się to jakoś wyleczyć? To dziwne uczucie pustki i bólu. Mam wrażenie, że dopóki będę to coś czuć, to moje problemy nie znikną. Bo chyba to jest to centrum mojej „choroby”. Może dobrze, że do tego dotarłam, ale nie mam pojęcia, co z TYM zrobić.

                  Boże. Czuję się tak dziwnie. Tak… pusto.

                  Cały świat jest jakiś dziwny.

                  Jak przestać czekać na ratunek?

                  Jak poukładać te wszystkie sprawy, które się posypały?

                  Czy zdołam stworzyć jakieś fajne, dobre relacje, bez tego dziwnego uczucia bycia oszustem z tyłu głowy?

                  Czy przestanę sobie wyrzucać, że tyle rzeczy zepsułam i zmarnowałam?

                  Czy przestanę czuć wśrod ludzi, że jestem gorsza i nie pasuję?

                  Czy wreszcie zacznę czuć, że zasługuję?

                  Czy przestanę czekać w napięciu, bo zaraz może sie wydarzyć coś złego?

                  Czy przestanę mieć ciągle te ruminacje?

                  Czy przestanę mieć poczucie winy?

                  Czy da się po prostu osiągnąć stan umysłu, w którym „żyjesz”, jesteś „W” życiu, a nie gdzieś obok, poza, za szkłem, analizując? Tym bardziej, jeśli tyle lat życia w zasadzie się „wycięło”? Da się czuć, że jest okej, normalnie, bez tego poczucia niepokoju, że coś złego się dzieje?

                  Czy da się zaakceptować to, że nie miałam normalnych 30 lat jedynego życia? Że nie miałam grupy przyjaciół, szkolnych miłości, nie miałam i pewnie już nie będę mieć normalnej relacji z rodziną? Że być może własnej rodziny też nigdy nie będę mieć?

                  Co, jeśli z tyłu głowy zawsze będzie to poczucie straty?

                   

                  Czuję, że jestem w jakimś dziwnym miejscu.

                  Trochę jakbym właśnie wyszła z tego koszmarnego snu, ale nie wiem, co ja tu robię i po co. Uciekłam, udało mi się. Ale nie wiem, co dalej. I chciałabym zniknąć, bo to za dużo.

                   

                  Przepraszam, jeśli to za dużo. Po prostu nie daję chyba rady. Musiałam to wypisać.

                   

                  Chciałabym życie od nowa. A tak się nie da.

                  Nie wiem, jak budować na tym, co mam. Gdybym chociaż miała dość dużo kasy, żeby się intensywnie terapeutyzować. Przeraża mnie to, że większość wspomnień, jakie mam, to smutek. I cierpienie. I strach.

                  A najgorsze jest to, że to ma swoje konsekwencje. Bo przez brak odpowiedniego wsparcia nadal nie funkcjonuję normalnie. Nie mam przyjaciół. Nie mam pieniędzy. Nie wiem, co z pracą. I to dziwne uczucie zejścia z toru życia.

                   

                  Boję się, że nie ułożę już tego tak, jak bym mogła. To dziwne uczucie, że „coś poszło nie tak”. I faktycznie, tego się już nie da naprawić.

                  Okej, na ten aspekt mogę popatrzeć w sumie tak, że ludzie przechodzą też przez rozwody. Różne nieszczęścia.
                  Gorzej, że moje nieszczęście pozostawiło mnie trochę niesprawną i niezdolną do normalnego życia.

                  Dobrze, że mogę chociaż to tutaj zapisać. Popłakałam się przy tym.

                  Jestem tak bardzo w tym samotna. Tak bardzo potrzebuję kogoś bliskiego.

                  Czuję, że tyle mnie ominęło pozytywnych doświadczeń. I wiem, nie da się tego odrobić, nadrobić i w ogóle. Co stracone, jest stracone. Ale żebym chociaż wiedziała, jak sobie to życie ułożyć dalej…

                  A co, jeśli nie uda się z teatrem? Czy dam radę być szczęśliwa w jakiejś prostej pracy, bez osiągnięć, bez samorozwoju?

                  truskawek
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 647

                    Aż mnie zadziwia, że faktycznie te wszystkie lata z rodzicami byłam w stanie radzić sobie w szkole (chociaż też psychicznie było ciężko).

                    No tak, nauczyliśmy się spinać tyłek i dzięki temu byliśmy w stanie wiele wytrzymać. Ale to jest potwornie obciążające (jak sama zauważyłaś), bo nie uwzględnia naszych potrzeb i granic. I jak kończy się bacik, to zostaje żal, wyczerpanie i zagubienie.

                    Dobrze, że mogę chociaż to tutaj zapisać. Popłakałam się przy tym.

                    Jak dotykasz żalu, to on wypływa, dobrze, że teraz możesz. Mam tylko nadzieję, że będziesz miała w tym procesie opiekę, żeby się na tym nie zatrzymać i żebyś mogła odbudować więzi z innymi ludźmi i zbudować zaufanie do siebie takiej, jaka jesteś – a nie dopiero takiej, jaka powinnaś być.

                    Czy da się po prostu osiągnąć stan umysłu, w którym „żyjesz”, jesteś „W” życiu, a nie gdzieś obok, poza, za szkłem, analizując? Tym bardziej, jeśli tyle lat życia w zasadzie się „wycięło”? Da się czuć, że jest okej, normalnie, bez tego poczucia niepokoju, że coś złego się dzieje?

                    Tak, da się i ja tak teraz mam.

                    Co, jeśli z tyłu głowy zawsze będzie to poczucie straty?

                    Nie mam tego zawsze z tyłu głowy, czasem o tym myślę, ale mnie to już nie przeraża, bo poza stratami mam też zyski i jest ich więcej. Poczuję żal, wściekłość, nienawiść, a potem zajmuję się swoim dalszym życiem.

                    Czy da się to jakoś wyleczyć? To dziwne uczucie pustki i bólu. Mam wrażenie, że dopóki będę to coś czuć, to moje problemy nie znikną. Bo chyba to jest to centrum mojej „choroby”. Może dobrze, że do tego dotarłam, ale nie mam pojęcia, co z TYM zrobić.

                    Syndrom DDA to nie jest choroba, tylko sposób życia, którego zostaliśmy nauczeni, ale tak samo da się nauczyć innych sposobów. Wydaje mi się, że ty potrafisz się uczyć. Jeśli będziesz miała motywację i cierpliwość, to się w kocu nauczysz, to nie jest żadna magia, tylko proces.

                    Kurczę, nawet nie potrafię powiedzieć, co to jest. Czy to jest właśnie ten żal, żałoba? Za tym, co mogło być? Za troską i opieką? Tak po prostu czuję, że jest COŚ, chyba to przerażenie? I wstyd. Wyniesione gdzieś z wczesnego dzieciństwa.

                    No tak, żal za utratą czegoś bardzo cennego, za czasem, za więzią, za opieką i troską, za zdobyciem umiejętności ułatwiającymi życie poza domem. I nie tylko z wczesnego dzieciństwa – wychowanie trwa przecież długimi latami.

                    I tu się pojawia kolejny dziwny aspekt – nie wiem, czy w książkach o tym jest – to dziwne uczucie rozdzielenia tego, czego naprawdę chcę od tego, co zostało mi narzucone.

                    To, czego naprawdę chciałaś, było dla ciebie zagrożeniem, bo nie było na to przyzwolenia w domu, więc trzeba było jakoś to skitrać, żeby nie stać ciągle w tym rozkroku. Wydobywanie tego na światło dzienne i stawanie za tym jest oczywiście trudne, bo strzeże tego strach, że znowu stanie się coś złego, jak będziesz o siebie dbała, ale też jest to wykonalne.

                    A co, jeśli nie uda się z teatrem? Czy dam radę być szczęśliwa w jakiejś prostej pracy, bez osiągnięć, bez samorozwoju?

                    To jest twoja własna droga, ale wydaje mi się, że teatr jest różny – jest zawodowy i jest amatorski. Po to ludzie mają hobby, żeby nie ograniczać się tylko do pracy i rozwijać się tam, gdzie akurat potrzebują. I pytanie jakich osiągnięć potrzebujesz, żeby cię to spełniało, a co wcale ci do szczęścia nie jest potrzebne – im bardziej konkretnie to sobie określisz, tym lepiej.

                    I to mnie zastanawia. Choćbym nie wiem jak starała się myśleć pozytywnie, odczuwać uczucia, pocieszać siebie, to czuję, jakbym była za jakąś ścianą. W innej rzeczywistości, w piekle. Chyba naprawdę po prostu się boję zaakceptować. Przyjąć do wiadomości i do świadomości COŚ.

                    Nie chodzi o jakieś myślenie pozytywne w sensie udawania, że jest dobrze, tylko o kontakt z rzeczywistością i swoimi potrzebami. Oczywiście, że trudno zaakceptować straty, ale życie nie składa się z samych strat i nie skończyło się w dzieciństwie – to jest twardy fakt i warto się temu uważnie przyjrzeć.

                    olkar
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 51

                      Okej, po napisaniu tego odrobinę się uspokoiłam.

                      Ale poczucie straty masy czasu. Masy życia. Coraz bardziej to do mnie dociera i to boli. Nie wiem, czy jest na to jakaś rada.

                      Muszę zacząć z miejsca, w którym jestem, z tym, co mam.

                      A i tak nie mam pewności, że mi się uda.

                      Dociera do mnie, że ten stan, w którym byłam przez ostatnich 12 lat, to był naprawdę ostry koszmar. Nawet nie za bardzo jestem w stanie traktować to poważnie. Bo chyba byłam trochę… niepoczytalna?

                      Masakra.

                      Dopiero teraz do mojego mózgu dociera, że życie jest NAPRAWDĘ.

                      Rany.

                      Ile mogłam zrobić w tych 12 lat? Nawet nie chcę myśleć. Czułam, że niewiele.

                      Okej. Nie chcę się pogrążać w żalu, ale w końcu chyba czuję się prawdziwa.

                      Ja. W mieszkaniu. Sama.

                      Bez niczego.

                      Spojrzałam w lustro i „przywitałam” siebie ze łzami w oczach. To chyba jeden z najdziwniejszych dni mojego życia.

                      Nie wiem, co dalej. Wiem, że chcę coś zrobić. Boję się, że się nie uda. Ale chyba nie mam wyjścia. Wstecz się nie da.

                      Ale faktycznie, czuję się mega źle z tymi wszystkimi zmarnowanymi szansami. Jednak myślenie o tym nie pomoże.

                      Co dalej? Za cholerę nie wiem.

                      Czuję, że jestem nikim. Chcę to zmienić.

                      truskawek
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 647

                        Okej. Nie chcę się pogrążać w żalu, ale w końcu chyba czuję się prawdziwa.

                        Cudownie, witaj w realnym świecie! Bardzo się cieszę, że łapiesz kontakt ze sobą. Ja mam teraz tak prawie cały czas – wiadomo, czasem wpadam w różne automaty, ale potem wracam do siebie za każdym razem, nie zostaję w nich na stałe.

                        Co dalej? Za cholerę nie wiem.

                        Na tym polega też radość z życia, że wreszcie nie masz wszystkiego zaplanowanego z góry, mnóstwo się może wydarzyć i wiele możesz zrobić.

                        I tak naprawdę już zaczęłaś coś robić i już jesteś na tej nowej drodze: piszesz, słuchasz, wychodzisz po pomoc zamiast czekać aż sama nadejdzie, zatrzymujesz potoki żalu, żeby cię nie zalały w całości i łapiesz konkrety… Oby tak dalej!

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 61 do 70 (z 97)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.