Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Pomoc?

Przeglądasz 10 wpisów - od 71 do 80 (z 97)
  • Autor
    Wpisy
  • olkar
    Uczestnik
      Liczba postów: 51

      O rany, dziękuję za odpowiedź.

      Życie nie skończyło się w dzieciństwie – jejku, dobrze to czytać. Chyba taki mam mindset trochę. Jakby się skończyło.

      W ogóle właśnie mam to dziwne poczucie, jakby moje życie miało się zaraz skończyć. Ciekawe, czy to też od DDA.

      I że właściwie upływający czas to jakiś terror. Boli mnie każdy tydzień, miesiąc i rok. Nie rozumiem tych uczuć.

      Od dziecka miałam jakieś takie poczucie, że muszę zrobić wszystko jak najwcześniej. Osiągnąć coś jak najszybciej. Jak najmłodziej. Być najmłodszą sławną … aktorką, pisarką. I chyba to poczucie upływającego czasu też dlatego mnie boli.

       

      Jejku, ale dobrze, że tu jesteś i odpowiadasz. Tak naprawdę z nikim do tej pory nie mogłam pogadać, kto by przeszedł podobne stany lub ogólnie „znał temat” (i nie był psychologiem).

       

      Co do tego teatru – nie wiem, może to też jakaś potrzeba docenienia, którego czułam, że nie dostaję? Ale z drugiej strony, chęć bycia docenionym to jedna z wielu potrzeb. Więc może to nie jest coś zbędnego.

       

      Ciekawi mnie… czego bym chciała, jaką decyzję bym podjęła, jakby nie to DDA? Czy byłoby jakoś inaczej?

      Pewnie moje relacje z ludźmi byłyby inne, bo to był i jest w sumie nadal główny fail mojego życia. Totalna samotność. To pewnie też wpłynęłoby jakoś na moje decyzje zawodowe.

      Rany, ale jestem zmęczona. Przez ostatnich kilka tygodni przekopałam się w myślach i emocjach przez większość życia, do którego mam dostęp psychicznie.

      Pozostaje mi mieć nadzieję, że podejmę w końcu jakieś życiowe decyje, których nie będę podważać ani żałować.

       

      A tak w ogóle to – tak, w sumie to chciałabym wielką karierę, pieniądze, fajne mieszkanie/dom, może rodzinę. Czy to racjonalne i sensowne? Nie wiem. Ile z tego się uda? Cholera, nie wiem.

      Martwi to, że TERAZ nie jest zadowalająco. I na tym teraz właśnie ucieka mi życie. Które mnie nie zadowala.

      • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 tygodni, 1 dzień temu przez olkar.
      truskawek
      Uczestnik
        Liczba postów: 647

        Życie nie skończyło się w dzieciństwie – jejku, dobrze to czytać.

        Skoro to do ciebie trafia, to świetnie – zapisz to sobie i powtarzaj ile potrzebujesz. Oczywiście to nie jest jakiś magiczny amulet chroniący przed zwątpieniem, ale jedna z cegiełek, z których możesz wybudować swoje dalsze życie, żeby ci się chciało i podobało.

        Uczenie się polega na powtarzaniu, dlatego nie wystarczy raz coś usłyszeć i warto sobie to powtarzać. Dlatego ćwiczę nazywanie uczuć codziennie od lat – i nadal wcale nie planuję kończyć, choć już przecież umiem…

        Rany, ale jestem zmęczona. Przez ostatnich kilka tygodni przekopałam się w myślach i emocjach przez większość życia, do którego mam dostęp psychicznie.

        No pewnie! Trudno oczekiwać, żeby w kilka tygodni skutecznie ogarnąć kilkadziesiąt lat. Powoli – jak się robi przebudowę, to najpierw trzeba trochę rozebrać, żeby móc budować wreszcie coś trwałego.

        Przy okazji podejrzewam, że zmęczenie ci towarzyszy od dawna, a nie dopiero teraz, tylko się odcinałaś i parłaś do przodu za wszelką cenę. To jest nowa umiejętność do opanowania: wyłapywanie zmęczenia kiedy się pojawi i potraktowanie go poważnie, nie jako głupią wymówkę leniwego, nieodpowiedzialnego dzieciaka, tylko realny wskaźnik, że kończy się paliwo, że są oznaki zużycia i w związku z tym warto zwolnić, zatrzymać się, podreperować to i owo, bo to grozi brakiem sił w ważnej chwili albo fatalną decyzją.

        Oczywiście poczucie zmęczenia jest przykre, ale za to odpoczynek może być już całkiem przyjemny – tylko pytanie, czy masz na to zgodę, skoro byłaś naciskana na działanie niezależnie od twojej woli i sił? To też coś do nauczenia się po trochu. Jeśli będziesz bardziej wyczulona na zmęczenie, to oczywiście częściej będziesz miała takie przykre momenty, ale w zamian jak będziesz częściej odpoczywać, to rzadziej będziesz miała poczucie totalnego wyczerpania (które przecież trwa o wiele dłużej  niż tylko chwilę i doprowadza do rozpaczy), bo nie będziesz pozwalała, żeby w ogóle do tego doszło. A przy okazji będziesz miała większe poczucie sprawczości, bo to twoja decyzja kiedy nadeszła pora odpoczynku i na co przeznaczyć odzyskaną energię. To jest też część odpowiedzi na pytanie skąd masz wziąć siłę i motywację…

        Ciekawi mnie… czego bym chciała, jaką decyzję bym podjęła, jakby nie to DDA? Czy byłoby jakoś inaczej?

        Gdybyś była inaczej wychowana, to byłabyś kim innym, na wiele różnych sposobów. Ale chciałbym zwrócić twoją uwagę w innym kierunku: ciekawi mnie, co zechcesz wybrać w dalszym życiu? Co się zmieni, jak zaczniesz decydować? Czym będziesz się kierować najmocniej, a co odrzucisz?

        Jejku, ale dobrze, że tu jesteś i odpowiadasz. Tak naprawdę z nikim do tej pory nie mogłam pogadać, kto by przeszedł podobne stany lub ogólnie „znał temat” (i nie był psychologiem).

        Dzięki, bardzo przyjemnie mi to słyszeć i czuję satysfakcję, że coś z tego sobie bierzesz!

        I znowu chciałbym ci coś pokazać z mojej perspektywy: to, że tu się dzielę swoimi doświadczeniami, wynika z mojej potrzeby, której zaspokajanie wyrobiłem sobie w domu – żeby w taki sposób budować swoje wątłe poczucie wartości i mieć jakąś sprawczość w bezsilności wobec rodzinnego chaosu. Na tym właśnie polega typowa rola ratownika. Ale to wyczerpuje i na dłuższą metę nie daje spokoju, bo zawsze trzeba coś naprawiać, ciągle styka się z cierpieniem i problemami, nie da się nigdy odpocząć i się cieszyć z życia. W dodatku wpycha to drugą osobę w rolę ofiary, która sobie sama nie poradzi, i ta pomoc ma swoją (ukrytą!) cenę dla obu stron. Na terapii starałem się tego jakoś pozbyć, no bo przecież to jest mechanizm z domu, który mnie ogranicza… Aż doszedłem do tego, że nie da się tego pozbyć, i w sumie nie trzeba nawet, bo problem nie w samym pomaganiu, tylko w tym, że biorę odpowiedzialność za kogoś, niepokoję się i irytuję, czy na pewno ktoś robi to, co mówię, oczekuję wdzięczności i podziwu, ale nie mówię tego wprost, itd.

        Więc w końcu zamiast próbować się bezskutecznie pozbyć tej potrzeby, zacząłem szukać, jak mogę robić to, czego się nauczyłem, nie wchodząc w cudzą odpowiedzialność, jak się wycofywać, kiedy ktoś robi inaczej (albo właśnie czegoś nie robi), jak podziękować wprost, jeśli ktoś to docenia, i jak budować swoje poczucie wartości i sprawczości także na inne sposoby, żeby nie wisieć na jednej osobie. Czyli z jednej strony się zmieniłem, ale z drugiej – robię to samo co wcześniej, czego zostałem nauczony i co wyćwiczyłem przecież z konieczności, a nie z własnej woli.

        I to są właśnie tego typu zmiany… Zupełnie nieoczywiste, mnie to zajęło wiele miesięcy, zanim znalazłem takie rozwiązanie. I tak właśnie myślę o twoich potrzebach aktorskich. Można je spełniać na różne sposoby i mam nadzieję, że też znajdziesz taki sposób, który da ci satysfakcję i poczucie wartości, ale cię przy okazji nie wyniszczy. Co ważne, te zmiany zaczynają się od tego punktu, gdzie właśnie jesteś i jakie masz potrzeby i zdolności teraz, a nie od magicznego wyzerowania się do stanu sprzed dzieciństwa!

        Martwi to, że TERAZ nie jest zadowalająco.

        To bardzo przydatne słowo. Teraz nie jesteś dzieckiem. Teraz nie jesteś zależna od rodziców. Teraz możesz sprawdzać, ryzykować i decydować. Jutro nie, bo nie nadeszło i możesz na nie tylko czekać (i wtedy da się marnować czas). Wczoraj tym bardziej nie, bo już minęło (i na próbach odwrócenia tego także można tracić czas). I dlatego bieżący kontakt z rzeczywistością jest tak ważny.

        I że właściwie upływający czas to jakiś terror. Boli mnie każdy tydzień, miesiąc i rok. Nie rozumiem tych uczuć.

        Czas tylko płynie. To co boli, to twoje pragnienia, lęki i inne rzeczy, na które nie miałaś zgody w domu. To jest w tobie, a nie w zegarze, tylko do tej pory byłaś od tego poodcinana, aż przestałaś wytrzymywać to napięcie.

        Mnie się wydaje, że bardzo dobrze rozumiesz te uczucia, bo nie raz sama sobie odpowiadałaś zanim w ogóle zdążyłem nabrać powietrza. XD Tylko samą wiedzą nie da się ich „załatwić”, jak jakiś problem umysłowy. Jak zdasz sobie sprawę, że jesteś bardzo głodna, zmęczona albo śpiąca, to przecież nie mija nagle tylko dlatego, że to wiesz, prawda? Dopiero jak się najesz, odpoczniesz albo wyśpisz. I te uczucia ciągnące się z domu dopiero wymagają zaopiekowania i wylania w bezpiecznych warunkach. Rozumienie ich tylko pomaga to zrobić, ale w żadnej mierze nie zastępuje zajęcia się nimi.

        olkar
        Uczestnik
          Liczba postów: 51

          Ale chciałbym zwrócić twoją uwagę w innym kierunku: ciekawi mnie, co zechcesz wybrać w dalszym życiu? Co się zmieni, jak zaczniesz decydować? Czym będziesz się kierować najmocniej, a co odrzucisz?

           

          Właśnie sobie teraz myślę o różnych takich rzeczach i kolejnych kilka olśnień doznaję. Że kurczę, ostatnie lata (czyli w zasadzie prawie połowa życia, haha) to było naprawdę takie tylko przetrwanie, i patrzenie jak mijają kolejne dni, byle oszukać samą siebie, że żyję. I że to naprawdę nie jest proste w ogóle opuścić ten stan. Zaczęłam myśleć jakoś poważniej o tym, jakbym miała teoretycznie robić coś związanego z filmem, zaczęłam myśleć o jakichś zagranicznych szkołach i dotarło do mnie, że naprawdę musiałabym się ZAANGAŻOWAĆ, być w tym naprawdę, bo tak dysocjując przecież nic nie stworzę. I że panicznie się boję nawet próbować. I że, kurczę, ja naprawdę nie mam pojęcia, co chce robić. Mam wrażenie, że teoretycznie mogłabym robić wiele różnych rzeczy, w szkole w miarę dawałam radę. Na pytanie „no ale co lubisz robić” ciężko odpowiedzieć, jak się właściwie próbowało tylko przetrwać przez większość życia. Być może każdą z tych rzeczy bym mogła lubić. Zresztą, mówi się, że praca niekoniecznie musi być pasją i można robić to co się lubi po pracy… w ogóle nie wiem, może te dziedziny, które mnie interesują, interesują mnie dlatego, że właśnie mam te braki z dzieciństwa. I może samo robienie ich nie będzie fajne, tylko jara mnie perspektywa bycia podziwianą za robienie ich? I nie wiem do końca, czy to jest tak, że ja sobie stwarzam problemy i nie powinnam tyle myśleć i szukać tylko kontynuować to co zaczęłam i iść w to i nie narzekać (dziwne, jakoś jak o tym myślę to widzę jakby członków rodziny xd) bo skoro z jakichś powodów akurat tak wybierałam to po co narzekać?
          I czuję też, jak moja percepcja egzystencji się ciągle zmienia. Totalnie dziwne. Czasem czuję się właśnie wolna i obecna, a czasem znów coś trzyma mnie w pewien sposób.

          Ale właśnie, chyba wciąż jestem trochę w tym tybie „przetrwania”, co jest totalnie utrudniające to zanurzenie się w życie. Ale też jest to chyba zrozumiałe, bo skoro moje życie wciąż jest chaotyczne i nie mam wizji przyszłości – ani nawet wiary w nią!- to jak mam się czuć bezpiecznie i stabilnie? I to takie trochę zamknięte koło.
          Tak totalnie szczerze mówiąc, przez większość czasu mam ochotę przeleżeć resztę życia w łóżku. Tu się czuję najbezpieczniej. Choć wcale nie komfortowo. I znów słyszę głosik „leń!”, który jest kimś z rodziny. A ja się czuję jak sparaliżowana. Bo z drugiej strony chciałabym być tym działającym, funkcjonalnym człowiekiem. Totalnie się boję przeżyć życie tak minimalnie, i obudzić się w wieku 70 lat bez grosza przy duszy i bez poczucia jakichś osiągnięć (które chyba definiuję trochę jako takie bycie docenionym, robienie czegoś lepiej niż inni w danej działce, bycie wyróżnionym?) Już nawet pomijając osiągnięcia, co jeśli całe życie przeżyję w jakichś ciężkich, meczących mnie pracach bez grosza przy duszy? Ale chyba właśnie odcięłam się od życia, bo było mi zbyt źle. I teraz nie wiem, jaka jest rzeczywistość i nie wiem, jak to układać.
          Chyba jednym z większych moich problemów jest poczucie jakiejś blokady, że czegoś nie mogę, a jak to zrobię, to będą jakieś konswekwencje, zostanę ukarana? I panicznie się boję popełnić błąd i potem żałować. Miałam kiedyś ostrą nerwicę natręctw i chyba to poczucie lęku przed zrobieniem czegoś źle jest z tym związane, ale pewnie lęk był pierwszy (bo jak nie wiesz, za co dostaniesz opierdol, to potem się wszystkiego boisz).

          I kurczę, znów mnie smuteczek dopadł trochę, bo dociera do mnie ile straciłam takich normalnych doświadczeń międzyludzkich. Teraz jako dorosła nie będę mieć właśnie tej beztroski w tle i przeraża mnie to. Nie będę też miała normalnych doświadczeń bliskości z rodziną (i jak patrzeć na życie innych, którzy je mają? Mam nawet problem z kontaktem z dziećmi, bo automatycznie czuję złość i panikę, kiedy są w moim otoczeniu. A moja aktualna praca jest związana z kontaktem głównie z dziećmi, i jest to potwornie męczące, bo nie czuję tego kontaktu z nimi).
          W zasadzie trochę się czuję, jakbym urodziła się dorosła, bo chyba czułam od dziecka na jakimś poziomie, że muszę sobie radzić sama, a ci ludzie w moim domu to nie są do końca bliskie mi osoby.
          Co się zmieni, jak zacznę decydować? Cholera, nie wiem. Pewnie będę bardziej na ziemi, ale też bardziej zawstydzona. Dzięki odcinaniu się od rzeczywistości nie muszę przeżywać tych nieprzyjemnych uczuć.
          Chyba najbardziej boję się tego żalu i wstydu. Że mnie dopadną i zmiażdżą. I że nie będzie nic poza tym. I tego nieprzyjemnego odczucia, że inni inaczej doświadczają rzeczywistości, że życie jest dla nich zawsze NAPRAWDĘ. A ja przez większość czasu byłam i pewnie jeszcze trochę będę w jakimś innym wymiarze, i ciężko jest z niego wyjść, bo nic wokół mnie też nie jest tak, żebym czuła się dobrze. I tu znowu pytanie: a jak bym chciała? No i pas, bo nie potrafię powiedzieć, nawet się BOJĘ czegoś chcieć, bo pewnie zostanie to odrzucone, wyśmiane, zniszczone.

          Boję się też tego, że faktycznie jestem w kiepskim miejscu życiowo: beznadziejna praca, mam 30 lat, zero woli życia i poczucie przegranej. I chciałabym umieć się cieszyć czymś dookoła mnie, ale nie mogę, i to też mnie wkurza.

          Taka tam porcja przemyśleń na dzisiaj. O tyle dobrze, że mogę się trochę pocieszyć, że znalazłam się w takim miejscu nie z własnej winy, tylko przez brak odpowiedniego środowiska.

          • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 tygodni temu przez olkar.
          truskawek
          Uczestnik
            Liczba postów: 647

            I nie wiem do końca, czy to jest tak, że ja sobie stwarzam problemy i nie powinnam tyle myśleć i szukać tylko kontynuować to co zaczęłam i iść w to i nie narzekać (dziwne, jakoś jak o tym myślę to widzę jakby członków rodziny xd) bo skoro z jakichś powodów akurat tak wybierałam to po co narzekać?

            Skoro wyniosłaś z domu różne automatyczne zachowania, która nie pasują do rzeczywistości poza rodziną, to oczywiście wynikają z tego problemy dla ciebie. A szukanie co „powinnaś” w niczym nie pomaga, bo właśnie to jedno z tych przekonań. No bo kto niby miałby ci powiedzieć co właściwie „powinnaś” i gdzie to jest napisane? Same tajemnice i zero konkretów.

            Dla mnie to ściema, którą mi wciśnięto, i którą nie chcę się już kierować. Można stracić życie na zgadywaniu tego zamiast zająć się tym, co czujesz, czego potrzebujesz i na co jesteś gotowa.

            W zasadzie trochę się czuję, jakbym urodziła się dorosła, bo chyba czułam od dziecka na jakimś poziomie, że muszę sobie radzić sama, a ci ludzie w moim domu to nie są do końca bliskie mi osoby.

            Doskonale to pamiętam – poczucie, że nigdy nie byłem dzieckiem, bo zawsze oczekiwano ode mnie, że będę dorosły i odpowiedzialny. Tak samo z tym, że rodzina to nie są dla mnie bliskie osoby. I teraz już wiem, że właśnie dlatego musiałem dorosnąć dużo później, bo nikt mnie tego nie nauczył, kiedy byłem dzieckiem, i musiałem sobie radzić sam.

            O tyle dobrze, że mogę się trochę pocieszyć, że znalazłam się w takim miejscu nie z własnej winy, tylko przez brak odpowiedniego środowiska.

            Mnie było z początku trudno to puścić i ciągle odruchowo szukałem co ja powinienem był zrobić, żeby się wychować inaczej. Ale też w którejś chwili nie znalazłem nic takiego i uznałem, że faktycznie to zawalił ktoś inny, bo właśnie bycie dzieckiem polega na tym, że się nie jest w stanie kontrolować życia samodzielnie.

            Boję się też tego, że faktycznie jestem w kiepskim miejscu życiowo: beznadziejna praca, mam 30 lat, zero woli życia i poczucie przegranej. I chciałabym umieć się cieszyć czymś dookoła mnie, ale nie mogę, i to też mnie wkurza.

            Jak cię coś wkurza, to ewidentnie jest wola życia. Jak czegoś chcesz, za czymś tęsknisz, to też tak samo. To są twoje motywacje do zmian.

            olkar
            Uczestnik
              Liczba postów: 51

              Miałam dziwną sytuację dzisiaj, dość stresującą. I nagle dotknęła mnie rzeczywistość jeszcze bardziej. Nie wiem, czy uda mi się utrzymać ten stan. Ale dziwne uczucie. Przez kilkanaście lat miałam depresję, dysocjację i różne takie. Tak sobie myślę że ja w ogóle nigdy naprawdę nie żyłam. I to takie nowe. Zaczynam się zastanawiać, z jakiego w sumie powodu tak mnie odcięło nagle. Pewnie stres o te studia, wielka presja, chęć zmiany życia. Trudno mi to racjonalnie wytłumaczyć. Szkoda tylko, że to zajęło tyle lat… wciąż w sumie czuję jakiś rodzaj wstydu gdzieś w głębi, tym razem to już za moje zaniedbania i to, jak bardzo jestem w tyle. Ciekawa jestem, co będzie dalej, ale też przerażona wizją tego, że nie uda mi się poukładać tego życia tak, żeby być zadowolona. I że jak wyjdę z tego odcięcia, to dotrze do mnie NAPRAWDĘ jak bardzo jest źle i się posypię.
              Ale faktycznie, rzeczywistość jest znacznie bardziej rzeczywista, jeśli mogę tak powiedzieć. Teraz patrzę wstecz i zastanawiam się, jak musiało mi być serio źle, skoro stałam się na przestrzeni lat TAK dysfunkcyjna – i trochę nie dowierzam, bo przecież żyłam, jakoś wypełniałam obowiązki. Może też kwestia zmian w mózgu związanych z czasem. A może to, że teraz faktycznie zaczyna do mnie docierać, że ZAGROŻENIA już nie ma. Albo to, że wyszłam z tego zamkniętego środowiska. Ale naprawdę aż mi się nie chce wierzyć, że byłam w takim dziwnym stanie w zasadzie 18 lat.

              Dociera do mnie, że faktycznie ja bardzo potrzebowałam opieki i akceptacji w domu, choć wmawiałam sobie, że nie, że jestem ponadto, liczy się tylko rozum xD i przez to totalnie mnie ominęły jakiekolwiek relacje z ludźmi, w ogóle cokolwiek przyjemnego w otaczającym świecie. Totalnie nie mogę zrozumieć moich rodziców. Dlaczego zdecydowali się sprawić, żeby życie mnie bolało? Albo to w sumie nie była decyzja. Nie umieli inaczej, co właściwie ich nie usprawiedliwia. Bo widzą jak jest i nic nie zmieniają.
              Nigdy się nie dowiem, jak to jest mieć ojca, którego nie trzeba się bać, ani matkę, którą nie trzeba się emocjonalnie „opiekować”. Nigdy. I w to jest mega trudno uwierzyć i zaakceptować. No bo nie będzie innego życia. I to poczucie bycia sierotą, ale w sumie nie sierotą, bo oni są, formalnie moi rodzice, ale faktycznie trochę obcy ludzie. To poczucie życia na skraju szaleństwa, bo jak to wytłumaczyć komuś, kto tak nie miał? Że miałam rodziców, nawet razem robiliśmy różne rzeczy i w ogóle, ale w sumie wiem, że jest jakiś głęboki brak.

              Jak nie czuć dzikiej zazdrości, że są ludzie, którzy mieli tę więź? Którzy się nie bali? Jak w ogóle mieć relacje z ludźmi, jeśli czujesz taką niesprawiedliwość? 🙁 jak się cieszyć?

              Przykra myśl, jakby nie patrzeć, że straciłam tyle lat samorozwoju, doświadczeń, w ogóle wszystkiego. I do końca życia będę pewnie co jakiś czas czuć, że jestem gdzieś w tyle. Trochę jakbym spędziła 30 lat w więzieniu, tyle że od urodzenia, i nie wiem, jak funkcjonować.

              Chyba to uczucie mnie najbardziej rozwala tak naprawdę. Że mogło być inaczej, że zasługiwałam na uwagę, że mam mnóstwo zdolności, ale postanowiono to olać. Prawdopodobnie mogłam z łatwością skończyć kilka kierunków studiów, ale coś mi ciągle mówi, że coś jest we mnie nie tak, coś złego? Że sobie nie poradzę, więc lepiej nie próbować wielu rzeczy, a jak już je robię, to w takim stresie i odcięciu, że nie wiem, co się dzieje. Że właśnie jest jakaś magiczna „powinność”, tylko właśnie, nie wiem jaka, więc się męczę z tym dziwnym ciężarem wewnątrz, nie mogąc iść w żadną stronę. Jakby w pewien sposób czuję, że powinnam oddawać decyzyjność innym? Rodzicom szczególnie? Też pewnie dlatego, że mnie dalej wspierają, ale to idzie tak głęboko, że nie potrafię nawet właśnie wyrzucić rzeczy, których nie potrzebuję. No, to może też trochę z powodu spodziewanego żalu i chęci odzyskania, kiedy będzie to niemożliwe (tak bardzo intelektualizuję moje uczucia, że jestem w stanie wyobrazić sobie, co będę czuła, i się tego uczepić :)) Być może ten brak decyzyjności to też wynik braku takiej stabilnej „siebie” przez to, że życie było ciągłym stresem i reagowaniem? Rany, nie wiem już. Niesamowite, mogę spać do oporu, a i tak jestem wykończona. Ale mam zamiar doprowadzić się w końcu do stanu życia, a nie takiej wegetacji.

              Takie jeszcze pytanie do Ciebie – żeby się pocieszyć – czy myślisz, że da się ułożyć sensowne życie, zaczynając właściwie od zera w wieku 30 lat? Wiem, nie jesteś wróżką ani nic z tych rzeczy, ale pewnie masz jakiś nieco szerszy obraz rzeczywistości niż ja na ten moment. Bo ja to widzę tak dość katastroficznie, że zmarnowałam wiele szans i teraz to już nie wiem, piekło, kara, wegetacja.

              Chciałabym, żeby życie przestało mnie tak stresować i przerażać. Żeby decyzje to były decyzje, a nie właśnie takie tylko reagowanie, jak już jest ostatnia szansa i wszystko się sypie.

               

              Trochę się poużalałam, ale chyba tego potrzebuję, widzę, że mi to trochę pomaga.

              truskawek
              Uczestnik
                Liczba postów: 647

                Decyzje są fajne, bo dają poczucie sprawczości, i pewnie chciałoby się od razu tam wskoczyć, żeby „wszystko było już normalnie”, ale mnie się zdaje, że teraz jest bardziej czas właśnie na wylewanie żalów, na orientację gdzie jesteś, czego chcesz, a czego nie chcesz, i przede wszystkim – co czujesz na bieżąco. I na odpoczynek, żeby się wreszcie trochę wzmocnić, zamiast dalej biec do akcji i się nadal tylko wyczerpywać. Znam ten strach, że jak się zatrzymam, to właśnie wpadnę w jakąś nicość, wegetację, ale nic takiego się nie stało, to było mi bardzo potrzebne, żeby nie gnać nadal w kółko jak ten chomik…

                Akurat w mojej grupie większość ludzi przyszła na terapię właśnie w takim wieku, gdzieś po 30., więc wiem, że jak najbardziej się da, bo to widziałem. Ale w każdym wieku można sobie coś zmieniać, tu nie ma limitów ani czasu, ani kierunku. Z tym, że to i tak nie jest przecież od zera, bo ciągle żyjesz i jakiekolwiek zmiany będziesz chciała wprowadzać, to w swoim życiu tu, gdzie właśnie jesteś. I to jest w ogóle najlepszy punkt, bo jest realny, w przeciwieństwie do tych idealnych, bo tam cię przecież nie ma i to jest fantastyka…

                Mam nadzieję, że słuchasz sobie czegoś równolegle do swoich refleksji, żeby się nie zakręcić we własnych myślach, bo na pewno już setki razy wszystko sprawdzałaś, i z tego labiryntu nie widać wyjścia. Skądś się musisz nauczyć opiekowania sobą, dostać wsparcie i uwagę, której nie dostałaś wcześniej, i to ostatecznie można dać sobie samemu (bo tak teraz mam), ale im więcej dostaniesz z zewnątrz, tym łatwiej przejść przynajmniej te początkowe etapy. Jeśli możesz, to spróbuj się odnieść nie tylko do własnych myśli, ale też co usłyszałaś albo przeczytałaś.

                A sama możesz też odłożyć na chwilę myślenie i sprawić sobie jakąś małą przyjemność – coś, co lubisz, ale zwykle nie myślisz, bo nie ma czasu, bo masz zajętą głowę, bo nie ma specjalnej okazji itp. To wbrew pozorom jest też ważna umiejętność, bez tego dbania o siebie każdy wysiłek staje się jakąś walką i prowadzi do zniechęcenia, wyczerpania, bezradności i żalu – nawet ten, który lubisz. Jeśli odpoczywanie i przyjemności wydają ci się stratą czasu, to nic dziwnego – właśnie tak się zagoniłaś do ślepego rogu, bo nikt cię nie nauczył, że nie masz nieskończonej energii i chęci, i trzeba je regularnie (a nie tylko raz do roku albo raz na miesiąc, jak już nie będziesz miała siły…) uzupełniać, żeby życie nie wydawało się koszmarem.

                olkar
                Uczestnik
                  Liczba postów: 51

                  Coraz więcej rzeczy na mnie spada. Aż się boję, w jakie stany mogę wpaść, jeśli zacznę grzebać głębiej.

                  Wszystko przytłacza mnie coraz bardziej i czuję potworne poczucie winy. I coraz więcej smutku i żalu.

                  Tak bym chciała mieć normalne, szczęśliwe życie. Boję się, że jeśli dokopię się do jakichś potwornych wydarzeń, to już totalnie się posypię, i co wtedy? Nawet się boję niektórych rzeczy mówić psychologowi.
                  Dzisiaj na zajęciach znów ogarnęło mnie zwątpienie. Porozmawiałam z dwiema osobami i było mi przez chwilę lepiej. Ale wystarczy, że popatrzę na siebie z dalszej perspektywy, na moje życie, na dalsze opcje – których nie widzę, bo widzę przyszłość jako jakiś koszmar – i znów czuję ten ciężar.
                  Boję się, że terapie nie pomogą. Że to będzie zawsze takie życie „pod”. Że nie nadrobię tych „kroków rozwojowych”, że nikt nie będzie mnie traktował poważnie. Że będą zawsze mnie zjadać wyrzuty sumienia. Czuję, że wiele problemów sprawiłam sobie sama, odreagowując traumę.

                   

                  Podcastu posłucham, jak będę w stanie w ogóle czegoś słuchać. Jestem trochę rozstrzęsiona.
                  Zastanawiam się, czy naprawdę z takich koszmarnych stanów da się wyjść. Myślę, że jednak jeszcze wcale nie dotarłam do prawdziwej siebie. Ona jest gdzieś bardzo głęboko. Przed tymi wszystkimi ranami.
                  A czasem czuję zwątpienie i podważam siebie – a może ja to wszystko wymyśliłam? Bo za dużo oczekiwałam? Może to nie tylko wina takiego a nie innego wychowania? Czy dziecko może być „zbyt”?
                  W dodatku dociera do mnie, że przypadkiem zrobiłam chyba coś, czego się mega wstydzę i nie wiem, jak to naprawić. Nie chcę poza tu szczegółow, ale strasznie mnie to dręczy i chyba nie będę zbyt szybko w stanie się tym podzielić nawet z psychologiem.

                  • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 3 tygodni, 4 dni temu przez olkar.
                  • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 3 tygodni, 4 dni temu przez olkar.
                  truskawek
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 647

                    Bardzo się cieszę, że rozmawiasz z ludźmi. Im więcej złapiesz konkretów, tym lepiej – sama widzisz jak działa próba patrzenia na siebie z dystansu i przewidywania dalekiej przyszłości. Jakbym znów zaczął to robić, to myślę, że byłoby mi ciężko, bo jak coś jest niejasne, to włącza mi się automat z domu, który każe się wszystkiego bać ot, na wszelki wypadek. To mi nie zniknęło, tylko już się nauczyłem, że nie muszę się tym katować. Zacząłem od małych rzeczy i teraz coraz łatwiej mi planować, ale wolę ograniczone plany, ale konkretne, niż wielkie pytania, które mnie przygniotą i nie zrobię nic, tylko bym się męczył.

                    Te kroki rozwojowe są czymś, czego uczą się dzieci – naprawdę nie jest to jakiś specjalny list z Hogwartu, że nie wszyscy mogą się tam dostać. 😉 My po prostu robimy to później i na własną prośbę, a nie dostaliśmy z góry. Ta nauka to faktycznie wysiłek i nie jest wolny od zwątpienia – ale szczerze mówiąc, nadal bym wybrał cały ten wysiłek niż piekło lęków, niejasności i samotności, którego doświadczałem długimi tygodniami i miesiącami. To, jak piszesz jak się męczysz, jest mi właśnie bardzo bliskie. A poza wysiłkiem to także zgoda na dbanie o siebie, a to już bardzo przyjemne.

                    Nie wszystko da się zrobić na raz i oczywiście, że najpierw trzeba kogoś poznać, żeby w ogóle zaufać, i że najpierw załatwia się te łatwiejsze rzeczy, zanim się dojdzie do trudniejszych. Nic w tym dziwnego ani złego, to w sumie oznaka dbania o swoje bezpieczeństwo, żeby natychmiast wszystkiego z siebie nie wylać i myślę, że każdy terapeuta jest na przygotowany. Bo jak naprawdę nie chcesz czegoś powiedzieć, to nikt tego z ciebie nie wydusi i ja tez nie mówiłem wszystkiego, czego się wstydzę, bo to w ogóle nie jest cel, żeby wszystko powiedzieć. To zależy od ciebie i w tym trzeba uwzględnić indywidualne tempo. Ja na przykład mam wolne tempo i mnie kilka miesięcy terapii by nie wystarczyło, bo tego się nie da wymusić.

                    Sama widzisz, że trochę zaczynają odpuszczać lęki z domu, i właśnie na tym się buduje kolejne kroki. Pewnie, że przyjemnie by było przez to nie przechodzić, tylko od razu być zadowoloną, ale wtedy i tak byś weszła w stare skrypty przy pierwszych problemach, które każdy miewa w życiu. Poczucie się na chwilę lepiej to jedno i też jest potrzebne (to tak a propos odreagowywania traumy), ale nauka nowych zachowań jest bardziej trwała, bo przydaje mi się codziennie, a nie zawsze czuję się zadowolony i spokojny. Dotąd mogłaś się tylko pocieszać i nic dziwnego, że to robiłaś – ja też to robię nadal, bez mechanizmów obronnych nie da się wytrzymać i nie chodzi o to, żeby się ich pozbywać, tylko rozszerzyć ich zestaw o nowe zachowania.

                    Pod spodem gdzieś nie są wcale traumy, tylko twoje pragnienia i właśnie takie wewnętrzne dziecko (wszystko jedno czy się to czuje dosłownie, czy tylko metaforycznie). Jeśli czujesz, że za czymś bardzo tęsknisz, to właśnie stamtąd dochodzi i przebija się przez automatyzmy. Więc nie trzeba tego tworzyć – a już na pewno nie od zera – tylko wysłuchać i już jako dorosła pozwolić to realizować po kawałku. Dać sobie na to przyzwolenie. To się wydaje proste, ale jak np. pozwolisz sobie odpocząć albo się pobawić, to już to umiesz, a problemem jest tylko poczucie winy, że przecież „nie wolno” – i nad tym się pracuje, żeby trochę poluzować kołnierzyk i sprawdzić, że poczucie winy nie zamyka wszystkiego.

                    truskawek
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 647

                      Hej, jak tam u ciebie? Masz jakieś widoki na świat poza swoją głową?

                      olkar
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 51

                        Hej, dzięki że pytasz.

                        Jest mi… dziwnie. Ciągle jeszcze nie czuję się dobrze, docierają do mnie nowe… uświadomienia? Każdego dnia czuję się trochę inaczej, w zasadzie kilka razy dziennie. Ale chyba coraz bardziej się reguluję. Nie wiem, czy to ma jakieś duże znaczenie, biorąc pod uwagę to, że i tak nie widzę za bardzo swojej przyszłości i nie wiem, czy jeszcze cokolwiek fajnego uda mi się przeżyć.
                        W chwilach takiego spokoju myśli czuję, że mam jednak cały czas potrzebę bycia kimś innym. I nie wiem, czy to kiedyś zniknie, nie wiem, co się musi stać, żebym do końca zeszła do rzeczywistości i zaakceptowała, uznała, że jestem „dosyć”. Obawiam się, że potrzebowałabym do tego ludzi. Jakiegoś grona bliskich osób, którym ufam, które mnie nie skreślą, z którymi mam regularny kontakt na żywo. Nie wiem, czy uda mi się to zorganizować.

                        Poza tym wysłuchałam obejrzałam kilka filmów o CPTSD i też mi chyba w tamtym momencie pomogło.
                        Ale cały czas czarno widzę przyszłość i to już chyba jest po prostu realizm.
                        Dużo myślę też o znajomościach, które, łagodnie mówiąc, z*ebałam swoim dzikim, psychopatycznym zachowaniem. Niektórych z nich chyba nigdy nie naprawię. Jest też kilka spraw, które powinnam zgłosić odpowiednim instytucjom, ale wiem, że jestem z tym sama, więc boję się za to zabrać.
                        Męczy mnie też sprawa mieszkania, w którym jestem, a nie za bardzo się tam widzę, ale inne opcje też nie są lepsze. I tak mi mija życie w tym dziwnym stanie czekania na jakieś lepsze jutro. Plus taki, że zaczynam czuć więcej kontroli i robię powoli jakieś kroki, żeby to wszystko ogarnąć. Czasami jednak nachodzą mnie wyrzuty  sumienia i potworny lęk. Chciałabym móc mocniej złapać się czegoś „na zewnątrz”, właśnie „poza moją głową”, ale chyba nie jestem jeszcze w sto procent gotowa. Chyba muszę poczuć się dość stabilnie ze samą sobą… a póki co mój mózg sabotuje wszystkie próby poczucia się pewnie. Być może ma powody, bo dużo rzeczy w życiu zaniedbałam.
                        Walczę też z tą myślą… że nigdy nie będę miała tego fajnego, normalnego dzieciństwa. Jako dziecko i nastolatka uciekałam w wyobraźnię, i w sumie przez to chyba ominęło mnie prawdziwe życie. Ale teraz ciężko jest przestać uciekać w siebie. I to też mnie przeraża, że właśnie tyle życia mnie omija przez te derealizacje, dysocjacje i życie wyobrażeniami. I mega mnie męczą te fale wstydu. Chyba od myślenia o przeszłości. I zastanawiam się, jak bardzo pewne wydarzenia wpłynęły na mnie tak, że już zawsze będę przez to trochę uszkodzona. W ogóle czuję się trochę tak jakbym właśnie… wypadła z nurtu życia. Jest taki cytat jednego pisarza (po angielsku) i to chyba trochę oddaje moje odczucia:

                        https://www.azquotes.com/quote/625611

                        A jeszcze z pozytywów – uczę się stawiać granice. Śmieszne, ale nawet trochę działa. Dociera do mnie jednak, jak bardzo mało sprawczości czuję w moim życiu. Jak mało odpowiedzialna jestem – pewnie właśnie przez problemy z regulacją emocji, ciągły lęk i ruminacje.

                        Chciałabym nawiązać w końcu jakąś prawdziwą więź z ludźmi.

                        • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 tygodni, 3 dni temu przez olkar.
                      Przeglądasz 10 wpisów - od 71 do 80 (z 97)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.