Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Pomoc?

Przeglądasz 10 wpisów - od 81 do 90 (z 97)
  • Autor
    Wpisy
  • olkar
    Uczestnik
      Liczba postów: 51

      Generalnie baaaaardzo się staram myśleć pozytywnie i w ogóle, ale szczerze mówiąc, to dla mnie ogromny wysiłek i czuję, że się oszukuję. Jakąś godzinę temu zasnęłam i nagle się obudziłam z tym poczuciem przerażenia rzeczywistością. Po chwili przeszło. Ale domyślam się, że właśnie to uczucie było jednym z nielicznych prawdziwych, takich spoza moich mechanizmów obronnych. Bo w sumie mam powody, żeby być przerażona. Boję się nadchodzących świąt. Nie mam pojęcia, co zrobić, a co nie zrobię, będę się męczyć. Nie wiem, co dalej z moimi sprawami zawodowymi. Nie wiem, jak naprawić tę samotność i poczucie winy. Obok siedzi grupa ludzi, chyba z Francji, i czuję potworny ból. W ogóle chyba moje całe życie to jest próba oszukania siebie, że nie jest tak źle, kiedy naprawdę jest tragicznie. Nie mam nikogo naprawdę bliskiego. Udaję cały czas, że jest okej, bo nie chcę sprawiać problemów, bo chce zminimalizować złość innych i „grać” dobrze, że jest okej, że umiem się dogadać z ludźmi, że nie jestem przerażona itp. Przede wszystkim chyba oszukuję siebie. Nie mam pojęcia, jak to rozwiązać. I poza tym mega się boję, że te uczucia smutku i przegranego życia spadną na mnie i mnie rozwalą, i pozostawią totalnie bezradną.

      Chcialabym zeby istniał jakiś guzik, lek, zaklęcie, które ściąga te maski. Ale znowu, jak je ściągnę, okaże się, że jestem beznadziejna i nie do polubienia.
      Właśnie się zaczęłam zastanawiać, kto mówił, że jestem beznadziejna… obawiam się, że to z domu.

      Ale to bez znaczenia chyba, bo i tak nie wiem, jak siebie zaakceptować po tylu latach samotności, nienawiści do siebie i wtopach towarzyskich (łagodnie mówiąc, bo zachowywałam się jak patuska, chociaż chciałabym myśleć o sobie lepiej).

      • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 tygodni, 3 dni temu przez olkar.
      olkar
      Uczestnik
        Liczba postów: 51

        Więc generalnie tak, trochę widzę życia dookoła mnie. Ale zmęczenie, poczucie niższości, wstydu, winy, samotności i zmarnowanego życia skutecznie mnie niszczy.

        • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 tygodni, 2 dni temu przez olkar.
        • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 tygodni, 2 dni temu przez olkar.
        olkar
        Uczestnik
          Liczba postów: 51

          Po prostu chciałabym być kimś innym. Mieć życie od nowa, bo z tego życia to już nie wiem, czy cokolwiek będzie.

          olkar
          Uczestnik
            Liczba postów: 51

            Zaczynam wątpić, że kiedykolwiek będę się jakoś normalnie czuć. To chyba zawsze będzie już tylko takie przetrwanie i uciekanie w siebie. Bardzo żałuję, że tak się to wszystko zaczęło i pewnie też dość smętnie się skończy. Totalnie nie umiem żyć po tym „wychowaniu”.

            truskawek
            Uczestnik
              Liczba postów: 647

              Zaczynam wątpić, że kiedykolwiek będę się jakoś normalnie czuć.

              Mnie się wydaje, że raczej jest odwrotnie – domyślnie nie wierzysz, ale czasem zaczynasz w to wątpić. Tak?

              Po prostu chciałabym być kimś innym.

              A kim konkretniej byś chciała być?

              Więc generalnie tak, trochę widzę życia dookoła mnie. Ale zmęczenie, poczucie niższości, wstydu, winy, samotności i zmarnowanego życia skutecznie mnie niszczy.

              Tak właśnie wygląda proces zmiany, że jest coś starego i coś nowego, zmieniają się tylko proporcje.

              Ale znowu: moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie – wstyd, żal itp. są generalnie, a trochę nadziei dopiero czasami zaczyna kiełkować. Więc to nie jest tak, że coś było fajnie i się nagle wali, tylko dopiero zaczyna być trochę fajnie na tle beznadziei trwającej pewnie całe życie. Dla mnie to ważne, żeby sobie nie wkręcić szkodliwego i nieprawdziwego przekonania.

              truskawek
              Uczestnik
                Liczba postów: 647

                Generalnie baaaaardzo się staram myśleć pozytywnie i w ogóle, ale szczerze mówiąc, to dla mnie ogromny wysiłek i czuję, że się oszukuję.

                Ja o tym myślę tak, że zupełnie nie chodzi o żadne myślenie pozytywne ani negatywne, ani tym bardziej o żadne „w ogóle”. Nie wiem czy zauważyłaś, ale im więcej ogółów, tym masz mniej konkretnie i jest bardziej strasznie, bo nie da się tego sprawdzić.

                Chcialabym zeby istniał jakiś guzik, lek, zaklęcie, które ściąga te maski. Ale znowu, jak je ściągnę, okaże się, że jestem beznadziejna i nie do polubienia.

                Guzik by chyba niczego nie zmienił, bo widzę, że sama umiesz ściągać maski, tylko że DDA z automatu oceniają siebie bezlitośnie, więc wystarczy dowolny pretekst, żeby sobie dowalić. I zamiast kontaktu z rzeczywistością znowu wchodzi walenie w siebie, tylko tym razem pod nową maską „taka jestem naprawdę”. A tu w ogóle nie chodzi o ocenianie siebie – ja na przykład przestałem to robić i słucham co czuję i czego potrzebuję, a nie szukam etykietek jaki niby jestem.

                Wiem, że to się dzieje automatycznie, ale właśnie dlatego chcę zwrócić twoją uwagę w którym kierunku warto ćwiczyć, a za czym nie warto iść.

                I jeszcze coś: „ściąganie masek” kojarzy mi się z takim jakby zrywaniem. To oczywiście jest bolesne samo w sobie, bo dzieje się gwałtownie. To tak, jakby nagle się rozebrać na mrozie – w zasadzie można, tylko po co, żeby się natychmiast rozchorować? Warto raczej ściągać po trochu i delikatnie, i co ważne – sprawdzać za każdym razem jak się z tym czujesz, i jeśli jest trudno, to zadbać o złagodzenie i zostawić resztę na później, a nie zdzierać dalej nie bacząc na skutki. Zdejmowanie różnych przekonań i kwestionowanie ich nie jest celem, tylko jednym z narzędzi, żeby nauczyć się dbać o swoje realne i bieżące potrzeby.

                Ale to bez znaczenia chyba, bo i tak nie wiem, jak siebie zaakceptować po tylu latach samotności, nienawiści do siebie i wtopach towarzyskich (łagodnie mówiąc, bo zachowywałam się jak patuska, chociaż chciałabym myśleć o sobie lepiej).

                Tak samo po latach cierpienia jak po minucie załamania – wsłuchiwać się w swoje potrzeby i uczyć się je rozpoznawać, a potem w miarę możliwości je zaspokajać. Po każdym mniejszym czy większym kryzysie, które przeżywam, robię to samo.

                Może ci się przyda na początek jakby tłumaczenie z języka ocen na język uczuć i potrzeb. Jak byś wyraziła  „zachowywałam się jak patuska” w języku twoich uczuć i potrzeb?

                truskawek
                Uczestnik
                  Liczba postów: 647

                  Jest mi… dziwnie. Ciągle jeszcze nie czuję się dobrze, docierają do mnie nowe… uświadomienia? Każdego dnia czuję się trochę inaczej, w zasadzie kilka razy dziennie.

                  No i właśnie tak jest z ludzkimi uczuciami, w zasadzie to mniejsze lub większe emocje przepływają przez nas bez przerwy! Upadł mi długopis – drobna irytacja, za długi wykład – nuda, słońce za oknem – zachwyt, itp. To znaczy tylko tyle, że nie jesteś robotem…

                  Tylko, że my nie byliśmy nauczeni ani ich dostrzegać (tylko zamiatać pod dywan), ani reagować na nie (zaspokajając potrzeby, które za nimi stoją), więc nic dziwnego, że jest ci „dziwnie”.

                  Ale chyba coraz bardziej się reguluję. Nie wiem, czy to ma jakieś duże znaczenie, biorąc pod uwagę to, że i tak nie widzę za bardzo swojej przyszłości i nie wiem, czy jeszcze cokolwiek fajnego uda mi się przeżyć.

                  Moim zdaniem to ma ogromne znaczenie, i to właśnie w obliczu tego fatalizmu. Jeśli możesz się regulować w konkretnych rzeczach, to i więcej uwagi na nich skupiasz i mniej jest miejsca na banie się nieokreślonej przyszłości. Przynajmniej ja tak to widzę.

                  Obawiam się, że potrzebowałabym do tego ludzi. Jakiegoś grona bliskich osób, którym ufam, które mnie nie skreślą, z którymi mam regularny kontakt na żywo. Nie wiem, czy uda mi się to zorganizować.

                  Ta intuicja jest mi bliska, też tak mi się wydaje. Ale to równoległa rzecz do dbania o siebie tu i teraz – warto o takim celu pamiętać, ale on nie unieważnia bieżącej samoregulacji.

                  Ale cały czas czarno widzę przyszłość i to już chyba jest po prostu realizm.

                  Szczerze wątpię… Po pierwsze realizm to kontakt z rzeczywistością, a przyszłość to nie jest żaden fakt, bo jeszcze nie istnieje i mamy tylko jej wyobrażenie, a poza tym to brzmi jak czarnowidztwo, czyli lęk. A lęk to uczucie, i tylko to jest realne, że się boisz, a nie przyszłość.

                  Jest też kilka spraw, które powinnam zgłosić odpowiednim instytucjom, ale wiem, że jestem z tym sama, więc boję się za to zabrać.

                  To mi się wydaje też ważne, że nie bierzesz na siebie więcej, niż jesteś w stanie unieść w danej chwili. Na niektóre rzeczy czas dopiero przyjdzie jak się wzmocnisz, wtedy będziesz mogła na bieżąco zdecydować co chcesz z nimi zrobić.

                   Chciałabym móc mocniej złapać się czegoś „na zewnątrz”, właśnie „poza moją głową”, ale chyba nie jestem jeszcze w sto procent gotowa. Chyba muszę poczuć się dość stabilnie ze samą sobą…

                  Może zbyt odlegle widzisz to wychodzenie poza swoją głowę? Bo ja miałem na myśli właśnie to, że tu piszesz albo że słuchasz podcastów o CPTSD. A jak tam w ogóle rozmowy z terapeutką?

                  Walczę też z tą myślą… że nigdy nie będę miała tego fajnego, normalnego dzieciństwa.

                  No tak, to rzeczywiście prawda, bo przeszłość już się stała. Ale poprawa życia nie wymaga odmłodzenia ani przeżycia jeszcze raz tego samego, tylko lepiej. Kluczowe jest słuchanie siebie, regulowanie emocji, zaspokajanie potrzeb, próbowanie nowych zachowań z ludźmi, nabywanie wiedzy itp., a to jak najbardziej da się zrobić na bieżąco i taka jaka jesteś.

                  Jako dziecko i nastolatka uciekałam w wyobraźnię, i w sumie przez to chyba ominęło mnie prawdziwe życie.

                  Ja też to robiłem, doskonale to pamiętam. Ale nic mnie nie ominęło, tylko takie wtedy miałem to życie, nauczyłem się pewnych rzeczy, żeby przetrwać – i faktycznie przetrwałem, więc teraz mam okazję uczyć się innych rzeczy i mieć inne życie.

                  Ale teraz ciężko jest przestać uciekać w siebie. I to też mnie przeraża, że właśnie tyle życia mnie omija przez te derealizacje, dysocjacje i życie wyobrażeniami. I mega mnie męczą te fale wstydu. Chyba od myślenia o przeszłości.

                  Też tak sądzę. Widzę, że masz bardzo dużo trafnych intuicji, podziwiam to.

                  Wydaje mi się, że o ile przeszłość jest nieco bardziej konkretna niż przyszłość, to nadal jest jednak pewnym wyobrażeniem, wspomnieniem, a więc jest mnie realna niż teraźniejszość. Oczywiście nie chodzi o to, żeby na siłę przestać o niej myśleć, ale jak zacząłem się bardziej zajmować teraźniejszością, to mam mniej miejsca i mniejszą potrzebę do zajmowania się przeszłością.

                  A jeszcze z pozytywów – uczę się stawiać granice. Śmieszne, ale nawet trochę działa. Dociera do mnie jednak, jak bardzo mało sprawczości czuję w moim życiu. Jak mało odpowiedzialna jestem – pewnie właśnie przez problemy z regulacją emocji, ciągły lęk i ruminacje.

                  No właśnie, mam takie same przekonania. Stawianie granic jest też jedną z podstawowych rzeczy poprawiających życie.

                  I też nie jest banalne. Okazało się na przykład, że stawianie granic, których nie jestem w stanie utrzymać, tylko pogarsza sytuację, bo druga osoba (bardzo rozsądnie!) uczy się, że jak coś zapowiadam, to się nie spełnia. Ale jeśli nie blefuję, bo najpierw sprawdziłem czego chcę i na co jestem gotowy, a na co nie, to po jakimś czasie to naprawdę zaczyna działać!

                  I tego też się uczę po kawałku, to nie jest jakiś egzamin, że go zdam albo nie zdam, tylko rozwijanie umiejętności – im dłużej ćwiczę, tym lepsze mam efekty, ale lepsze nawet małe efekty niż żadne i pozwalanie innym ludziom na wchodzenie mi na głowę – i wcale niekoniecznie ze złej woli, gdy nie mówię co mi przeszkadza.

                  Chciałabym nawiązać w końcu jakąś prawdziwą więź z ludźmi.

                  Wierzę, że po trochu możesz to znaleźć – a raczej zbudować, bo to nie dzieje się samo. I moim zdaniem właśnie w tym kierunku idziesz dbając o siebie po trochu i nie poddając się ani przemożnemu lękowi przed przyszłością, ani równie wielkiemu żalowi za przeszłością.

                  olkar
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 51

                    O matko… żeby nie wchodzić w szczegóły… chyba odreagowywałam to całe dzieciństwo. Jakieś agresywne zachowania i nieumiejętne przeprosiny, narzekanie, generalnie takie odpychające zachowanie. Dużo picia i utraty kontroli. Nie wiem, chyba się bałam, że tej prawdziwej, nudnej mnie nie polubią i wyrzucą. Tak jakby… nie pozwalałam (i chyba nadal) nie pozwalam sobie do końca czuć tego, co bym chciała czuć. I już widzę powód – nigdy nie mogłam czuć tego, co naprawdę czułam, bo albo to byle unieważniane, albo po prostu nic by nie dało i okazywanie tego co czuję spotkałoby się z karą.

                    Tak sobie myślę, że nawet widzę pewne wzorce moich zachowań właśnie wyniesione z dzieciństwa i przeniesione na innych ludzi… tak jakby żadne tak naprawdę moje ostatnie przeżycia nie były tu i teraz, tylko cały czas nakładanie przeżyć z przeszłości na aktualne sytuacje i ludzi.

                    Po rozmowie z psychologiem dzisiaj dociera do mnie naprawdę jak wiele straciłam… i że naprawdę to nie są rzeczy do odrobienia. Bo nie będzie już w tle tej beztroski. Nie będzie dziecięcych kolonii. Nie odrobię poczucia pewności siebie wśród ludzi, bo WIEM, jak było, że tych ludzi wokół nie było. Będę już zawsze jakimś sztywnym dziwakiem – ewentualnie pijaczką-wariatką – widzę, jak ludzie na mnie reagują, i w sumie nawet nie wiem, czy już w gronie ludzi, którzy taką mnie znają, mam szansę jakoś sobie odrobić szacunek. I tak jak całe dzieciństwo marzyłam, że będzie kolejny etap, w którym zacznę od nowa, tak już teraz czuję, jakie to bezsensowne i złudne. Ale innej opcji nie widzę, bo na ten moment czuję że i tak ludzie, którzy się ze mna zadają, pewnie zadają się ze mną z litości. I widze, że jestem jakąś tam ostatnia opcja. I naprawdę nie wiem, jak iść z tym dalej – może olać ludzi? Skupić się na sobie (tylko jak? Jak próbuje to robić, to mi totalnie nie wychodzi. Ja nawet nie wyobrażam sobie, że jest przede mną jakaś przyszłość). Łapać ludzi za mordę i wymagać szacunku? Czuję teraz, że naprawdę życie osoby z takiego domu jest po prostu prze*rane. Nie mam siły budować czegoś, co powinno się budować przez lata i to ze wsparciem ludzi wokół.

                    Wstyd mi potwornie za to, jakie jest i było moje życie. I wiem już, że innego nie będzie. Jeszcze się czasem oszukuje, że nie jest tak źle, że przecież jakieś tam znajomości i pseudozwiazki miałam, były jakieś wyjazdy, jakieś mikroosiagniecia. Ale prawda jest taka, że wszystko się zepsuło i jestem z niczym, z masą niepodjętych decyzji i gniotącego (dosłownie, fizycznie) żalu. Nie wiem, czy kiedykolwiek nauczę się szanować i kochać siebie. Nie wiem, co zrobić, żeby tak było. Po latach dorastania w poczuciu, że nic mi się nie należy i nie jestem dla nikogo ważna nie potrafię być ważna nawet dla siebie. W zasadzie chyba powinnam przyznać przed sobą, że już zawsze będzie trochę źle. Zawsze będę się potykać o rzeczy, które dla innych są normalne. Zawsze będę mieć fleszbeki. Generalnie na 99% moje życie to będzie zawsze takie pół życie, towar dziesiątej jakości, bo takie dostałam karty. Na starcie ktoś stwierdził, ze uprzykrzy mi życie i sprawi, żebym widziała wszystko przez filtr tego, że miałam gorzej i że życie to cierpienie. Domyślam się, że inni tak nie mają. I nie wiem, jak się z tym pogodzić. Chyba się nie da. Mam w sobie tak dużo złości za to, co mnie spotkało… i w zasadzie nic z nią nie mogę zrobić. Olali mnie właściwie wszyscy ludzie na mojej drodze. To będzie pewnie mega kontrowersyjne w tle tego, co się ostatnio działo, ale zaczynam rozważać, czy jeśli moje życie i to jak je postrzegam się nie poprawi, to może powinnam rozważyć e*tanazję? Jeszcze trochę popróbuję z życiem, ale jeśli to dalej będzie taka udręka tonącego w basenie (a propos – podobno w dzieciństwie prawie utonęłam, tak się mną cudownie zajmowano), to może do tego powinnam zmierzać. Jakoś zdobyć środki i mieć tę opcję w zanadrzu, chociaż jak pomyślę, że już pół życia w sumie za mną, to może resztę też jakoś przemęczę? Chociaż chyba lepiej umrzeć w otoczeniu chociaż lekarzy niż samotnie jako staruszka?

                     

                    Miałam trochę nadziei, że będzie lepiej. Ale jak dociera do mnie, jak bardzo jest źle – i jak dużo musiałam siebie oszukiwać, żeby w ogóle przetrwać – to czuję, że nie mam jednak siły.
                    To życie nie będzie już zbyt dobre. Oby było jakieś kolejne. To aktualne to jedno wielkie rozczarowanie.

                    Jutro powiem o tym chyba psycholozce. Tyle, ile zdążę. Ale już chyba przestaje czegokolwiek oczekiwać. Po prostu zostałam niewinnie skazana na piekło.

                    olkar
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 51

                      Dociera do mnie powoli, że prawdopodobnie było gorzej, niż myślałam. Że mój mózg serio robił wszystko, co możliwe, żebym przetrwała. I teraz totalnie nie wiem, jak wyjść z tego stanu do jakiejś normalności. I nawet nie wiem, czy to możliwe, bo właśnie – co do tego dzieciństwa, o którym ciągle mówię – ja widzę, że cały czas żyję tamtym czasem, tamtym poczuciem niespełnienia, i wiem że teraz moja docelowa grupa wiekowa to ludzie… dla mnie dość nudni. W większości. Bo ja bym chciała dziecięcą beztroskę, nocowanki, jakieś nie wiem, granie w gry, takie niewinne rzeczy. I może też z tego wynika ten mój problem z socjalizowaniem się. Bo ludzie w moim i zbliżonym wieku są zazwyczaj mentalnie w innym miejscu. Chociaż nie wiem też, czy to nie jest jakieś moje wyobrażenie, w rzeczywistości niektórzy ludzie dalej mają zainteresowania z dzieciństwa, po prostu ja czuję, że coś jest nie tak.
                      Tak w ogóle to powiem Ci, że podziwiam, że tak optymistycznie na to wszystko patrzysz, nie wiem, może już przeszedłeś ten etap histerii? A może też miałeś po prostu trochę inne przeżycia i w innej jesteś sytuacji. W każdym razie, mnie póki co rozwala każde nowe „uświadomienie” tego, jak było źle i jak to wpłynęło na moją rzeczywistość i potencjalną przyszłość.

                      truskawek
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 647

                        Dociera do mnie powoli, że prawdopodobnie było gorzej, niż myślałam. Że mój mózg serio robił wszystko, co możliwe, żebym przetrwała.

                        Hm, no to chyba dobrze, że cię ochronił i to skutecznie, skoro nadal żyjesz i kontaktujesz, nie? Chyba, że masz do siebie pretensje, że się znalazłaś w takiej sytuacji, w której musiałaś sięgnąć do takich mechanizmów – no ale czy to akurat twoja wina?

                        Bo ja bym chciała dziecięcą beztroskę, nocowanki, jakieś nie wiem, granie w gry, takie niewinne rzeczy. I może też z tego wynika ten mój problem z socjalizowaniem się. Bo ludzie w moim i zbliżonym wieku są zazwyczaj mentalnie w innym miejscu. Chociaż nie wiem też, czy to nie jest jakieś moje wyobrażenie, w rzeczywistości niektórzy ludzie dalej mają zainteresowania z dzieciństwa, po prostu ja czuję, że coś jest nie tak.

                        Słuszna uwaga – żeby się dowiedzieć czego chcą inni ludzie i jakie mają zainteresowania, to trzeba z nimi rozmawiać. Na tym także polega urealnianie.

                        Ale z drugiej strony – czy nie możesz sama takie rzeczy robić? Ja byłem na przykład w kinie sam na animacji dla dzieci, gdzie poza mną były same rodziny – i niby kto miałby mi zabronić to zrobić? Wczoraj z kolei miałem duży stres i się objadłem i opchałem słodyczami, bo dałem sobie na to pozwolenie, żeby się tak nie męczyć, i zadziałało – dzisiaj już jest mi lepiej. Albo któregoś razu zrobiłem sobie wagary z pracy i poszedłem do kina mimo obaw i poczucia winy, właśnie żeby się tak nie katować i spróbować zrobić coś spontanicznego i zabawnego, skoro akurat chciałem i nic realnie na tym nie ucierpiało, bo nie było nic pilnego do zrobienia. A co ty byś chciała porobić spontanicznie?

                        Tak w ogóle to powiem Ci, że podziwiam, że tak optymistycznie na to wszystko patrzysz, nie wiem, może już przeszedłeś ten etap histerii? A może też miałeś po prostu trochę inne przeżycia i w innej jesteś sytuacji.

                        Naprawdę myślisz, że optymistycznie? Nie wiem, ja w ogóle nie myślę w tych kategoriach. Sprawdzam co czuję, czego chcę i czy jestem na to gotowy, i nie zajmuję się ocenianiem, bo ani tego nie potrzebuję, ani nie widzę w tym nic korzystnego (bo łatwo byłoby mi wpaść w paranoiczne ocenianie wszystkiego). Niechętnie myślę o optymizmie, bo po co mam sobie napompować balonik oczekiwań, a o pesymizmie jeszcze gorzej, bo po co mam siebie katować? Za mało tego miałem w życiu czy co?… Wolę sprawdzać jak jest i jak ja się z tym mam.

                        Wiele razy w życiu wpadałem w panikę, miałem różne kryzysy itp. Pewnie nie miałem dokładnie takich przeżyć jak ty, ale wszyscy DDD/DDA się męczą, bo mamy takie same potrzeby jak wszyscy inni ludzie, tylko nie dostaliśmy narzędzi, żeby je realizować wprost i bezpiecznie dla siebie i otoczenia.

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 81 do 90 (z 97)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.