Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Radykalne wybaczanie

Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 61)
  • Autor
    Wpisy
  • aniaDDA
    Uczestnik
      Liczba postów: 410

      Albo jestem jakaś wredna, zacięta czy coś, ale wciąż mam żal do rodziców, czuję do nich niechęć. Moja matka po usłyszeniu ode mnie prawdy o naszej rodzinie odwróciła się ode mnie, nie ma szans na rozmowę, a ja niestety mam poczucie winy, ze to jest starsza kobieta, ze powinnam do niej zadzwonić. Zmarnowała mi dzieciństwo, a ja mam poczucie winy, ze nie nawiązuję kontaktu, że nie dążę do porozumienia. Zawsze uważałam, że muszę mieć wpływ na wszystko, czego chcę, a tu nic się nie dzieje, jestem nieszczęśliwa z powodu tej sytuacji.
      Zgadzam się z Januszem, moi rodzice nic nie zrozumieli, a do tego matka się obraziła, resztą… zawsze byłam czarną owcą w rodzinie. Nie wybaczyłam, mimo, że mam swoje w miarę dobre życie, źle mi z tym. Nie wybaczyłam, bo nie ma ku temu podstaw, rodzice nic nie kumają. Ale przynajmniej jestem mądrzejsza niż kilka lat temu, gdy wierzyłam, że mogę naprawić nasze relacje, już nie jestem taka naiwna.

      Anonim
        Liczba postów: 20551

        Zbigniewie, a nie pomyślałeś, że jeśli pomimo swojej jak piszesz obszernej wiedzy nadal tkiwisz w depresji i się męczysz, to coś robisz po prostu niewlaściwie?

        Jeśli w cos wkładamy energię miesiacami i latami a nic w nas się nie zmienia ani w jedną ani w drugą stronę , po prostu w czymś tkwimy, to dla mnie coś nie gra, bo stagnacja jest oznaką braku ingerencji w drażliwą dziedzinę.

        Allice Miller napisala kiedyś coś takiego o przemocy, ale można to stosować do róznych dziedzin – jeśli zepsuł Ci się odkurzacz i ty go przez 10 lat kopiesz i On dalej nie dziala, to jakie jest prawdopodobieństwo że po kolejnym kopnięciu zadziala?

        Nie chcialabym by mi ktoś wybaczal radykalnie, bo nie chcialabym, by ktokolwiek zabrał mi szansę na rozwoj. To podejście które opisujesz coś daje, a moze zabiera – nie musimy sobie radzić z brakiem kontroli… z puszczaniem różnych przywiazań, z brakiem otwartości na kolejny dzień i to co przyniesie, nie musimy się dostosowywać na bierząco i uczyc różnych rozwiazań, bo mamy na wszystko gotowa receptę, bo po prostu wszystko bierzemy na siebie . Nie musimy też umieć wytrzymywac sytuacji w ktorych nie ma zgody miedzy osobami – wybaczenie staje się ucieczka ze strachu. Jeśli ktoś nie chce przyjąc kontroli i odpowiedzialności, to ja mam to zrobic? A po co? Co mi to przyniesie poza uspokojeniem strachu przed sytuacjami niejasnymi i strachu przed tym, że druga osoba będzie mi to wpychać na siłę ?

        Wolę by za jakis kawałek nikt tej kontroli nie przejmowal, od tego się świat nie zawali, a ja nie jestem śmietnikiem na to co komuś nie pasuje i od innych odpada – za dlugo bylam zmuszona do takiej roli. Wolę uczyć sie jak mam się skutecznie i asertywnie bronić.

        Zgadzam się z tym, że jesli ktoś nas krzywdzi to poniekąd sami sobie tego zyczymy, bo nie robimy nic by się bronić, ale to dotyczy tylko doroslości!!! Jakie masz możliwości wpływu na to co sie z Toba dzieje gdy jesteś całkowicie zaleznym berbeciem?

        Nawet jeśli niektorym radykalne wybaczanie pomaga, w co nie wątpię , ponieważ ludzie są rozni i mają rozne potrzeby i zdania to jednym konkretnym podejściem nie da się rozwiazać wszstkich kłopotów. Maslow kiedys powiedzial coś takiego – jeśli masz do dyspozycji tylko młotek, to wszyszystkich będziesz traktowal jak gwoździe… Jestem w stanie zgodzić sie z tym (ewentualnie), że w niektorych przypadkach radykalne wybaczanie moze pomóc, jednak stosując ten zabieg do wszystkiego i wszystkich, można sobie tylko zaszkodzć. Takie jest moje zdanie.

        A podsumując ten cały wywod, powiem że radykalne wybaczanie w wersji jaką Ty przedstawiasz , Zbigniewie, przypomina mi sytuację w ktorej ktoś nie wyrzuca śmieci i gromadzi je wszystkie w domu… tylko kwestią czasu jest to, że go te śmieci zaleja…

        Estera Milewska
        Uczestnik
          Liczba postów: 542

          Trudno mi wejść w ten temat, bo mój ojciec nie żyje, a za życia tylko raz żałował tego, co zrobił. Jednak nigdy nie zmienił postępowania. Nie uważam, żeby wybaczanie było czymś złym lub miało tłamsić jakieś uczucia. Nie można się też do niego zmusić. Ono po prostu przychodzi samo kiedy uwolnimy się od nienawiści. Ostatnio usłyszałam od księdza, że można wybaczyć, ale ciągle czuć żal. Jedno i drugie trzeba przeżyć. Myślę, że do wybaczenia potrzeba siły, jak pisał Danuel. Zgadzam się z jego wypowiedzią. Poza tym mam wrażenie, że pojawia się tu taki pogląd, iż wybaczenie oznacza powrót w tamto co było. Wybaczenie to jedno, a asertywność to drugie. Ale może źle zrozumiałam niektóre wypowiedzi.

          Carola
          Uczestnik
            Liczba postów: 402

            zbyszku, ja wiem o co Ci chodzi i wiem co chcesz przez to powiedziec, tylko ze ja chce to uslyszec jako glos kogos tz jego i tylko jego wewnetrzny glos. To co napisales czytalam juz dziesiatki razy, po pierwsze w ksiazkach a po drugie identyko od ludzi ktorzy ta droge wybrali. To jest jak nakrecana katarynka, ciagle jedno i to samo… nawet slowa i zwroty sa takie same obojetnie kto to pisze.

            Dlaczego mam wybaczac mojemu oprawcy zeby wyzbyc sie poczucia ofiary ? przeciez ja nie mam klapek na oczach i ofiara bylam, nie z wlasnej woli przeciez…. i wole poswiecic swoja energie na przegryzienie moich "krzywd" i przejscie do jakiego takiego zycia, niz uzerac sie ze zrozumieniem oprawcy, bo zeby wybaczyc trzeba zrozumiec, a ja nie rozumiem za cholere.

            Juz kiedys pisalam ze wybaczyla bym bez zastanowienia osobie ktora wjezdza w przystanek autem bo dzieciak wybiega mu na droge, albo jadac zaslabl … i pomimo ze jezdze na wozku inwalidzkim do konca zycia ten czlowiek nie jest dla mnie winny, to byl wypadek losowy poprostu. Ale nie wybacze nigdy komus kto wpieprza mnie w wozek inwalidzki tylko dlatego ze jechal po pijaku.

            ps Ten na gorze, tez nie wybacza do konca a raczej stosuje zasade bata i marchewki, w nagrode za dobre postepowanie dostaje sie niebo, a za zle jest sie ukaranym… no chyba ze pieklo jest plotka 😉

            yucca
            Uczestnik
              Liczba postów: 588

              Ania dda, dosjonale to rozumiem o czym piszesz. Mam ciotkę, siostrę matki , jest to moja JEDYNA rodzina. Nie odzywałam się do niej przez dwa lata i ciagle mnie to męczyło – pokłóciłysmy się, nie pierwszy raz zresztą. W końcu nie wytrzymałam i zadzwoniłam do niej, umówiłam sie na spotkanie w jakimś naiwnym przekonaniu ze się miedzy nami ułozy – wczesniej sie nie układało – NIGDY. Pierwsze co od niej usłyszałam na tym spotkaniu były pretensje, że się nie odzywałam, ze nie mówię jej co się ze mną dzieje, że Ona się przezmnie musi martwić i czuje sięniepotrzebna. To było dość dawna, póltora roku temu, wtedy poczułam się winna, ale teraz zapytałabym sie od jedno – czy ty do jasnej anielki nie masz telefonu, zeby zadzwonić i się dowiedzieć co u mnie, poprosić o spotkanie? Pewnie nie mogła bo to takie uwłaczające pokazać komuś, ze nam na nim zalezy…

              Wytrzymaj kobieto, trzymam za Ciebie kciuki, jesli Twoja matka bedzie chciała naprawdę otwarcie z Toba porozmawiać to znajdzie i numer telefonu i poruszy niebo i ziemie żeby sie z Toba spotkać. jeśli tego nei robi , to widocznie jeszcze za mało się martwi, żeby zaczać Ciebie szanować.

              zbigniewcichon
              Uczestnik
                Liczba postów: 89

                http://www.rzb.pl/tm1.html to co przemawia do Mnie w całej rozciągłości. Wiem że wszystko co mi się przydarza służy memu rozwojowi oświeceniu. Tez mi czasami trudno się z tym pogodzić ale wiem że pewne sprawy wymagają czasu to kwestia bezwładności.
                A rozwój i min. wybaczanie uważam za proces sprzątania "śmieci" które się zebrały w mym życiu, gdy zaczyna się sprzątać to podnosi się kurz itp. przez chwile może być nawet gorzej ale później jest czysto a wybaczanie traktuje też jako uwolnienie od starych wzorców. Wybaczam po to by już nikt nigdy mnie więcej nie "skrzywdził". To moja droga taką wybrałem. Droga ku światłu i miłości. Wierzę ludziom którzy dzięki RW
                ozdrowieli, wyleczyli się np. z raka Przemawia do mnie L.Hay książką : "Możesz uzdrowić swoje życie" a poznałem ją na terapii 8 lat temu. Terapii dla współuzależnionych. Dzisiaj mam świadomość że nie poszedłem wtedy dalej że zwolniłem zapomniałem na moment jak to wszystko funkcjonuje. Dzisiaj się budzę a ból depresję traktuję jako motywator to działania . Eh trudno opisać w kilku słowach to co czuję myślę. Z jednego "bagna" wyszedłem poradzę sobie i teraz ale już się nie zatrzymam. Niech miłość gości w Waszym życie bo ona jest najlepszym "lekarstwem"

                yucca
                Uczestnik
                  Liczba postów: 588

                  zbigniewcichon zapisz:
                  http://www.rzb.pl/tm1.html to co przemawia do Mnie w całej rozciągłości. ”

                  A dla mnie to filozoficzno – psychologiczna papka – dla mnie niestrawna – zlepek najróżniejszych kawałków wybranych z kilku nurtów filozoficznych i religijnych oraz psychologicznych. Powiem Ci, że napisałam sobie coś podobnego (bardziej w formie niż treści, choć nie do końca) gdy miałam 15 lat. Zreszta wszyscy sobie chyba coś takiego, choć może w mniej zorganizowanej formie tworzymy

                  Poczytaj sobie troche socjologicznej literatury wojennej (polecam wschodnią) – łagry, gułagi, zesłania a zobaczysz jak wielu ludzi żyło w takiej uładzonej utopii, tylko po to by się móc czegoś trzymać i się nie rozlecieć na kawałki, by umieć trzymać emocje na wodzy i nie zwariować z powodu ich natłoku. Dla większości z nich Stalin był takim właśnie bogiem, a NKWD takim zepsutym światem na który sami pozwalamy i mało kto wierzył, że Stalin kieruje czystkami, zsyłkami i ma gdzieś ludzi, mało kto łączył Stalina z NKWD… aż sie włos jezy na głowie gdy sobie człowiek uzmyslowi to podobieństwo i poszerzy rozważania o przyczyny, to co sie działo wcześniej…

                  To co podrzuciłes w linku to naprawdę moim zdaniem nic specjalnego – co drugi umęczony przez rodziców nastolatek ktory chce sobie pomóc pewnie probuje taki zlepek "pod siebie" stworzyć, by w całym umordowaniu mieć chociaż poczucie kontroli nad swoim zyciem. o wiele lepiej wmówic sobie że samemu się na coś pozwalało i kierowało (nawet nieświadomie) niż dostrzec że nie miało się wpływu na siebie i że wszystko moglo się zdarzyć i nadal może – ta świadomosc rodzi olbrzymi strach.

                  Jestem przekonana, że gdybym upowszechniła swoje własne rozważania z młodości po drobnych przeróbkach i zmianach, to ten tekst znalazłby jakąś rzeszę "fanów", choć niekoniecznie by komuś pomógł.

                  Jest tu i coś z buddyzmu i karmy i coś z biblii, troche katolickich aksjomatów , trochę podejścia franciszkańskiego, coś z Freuda i jego psychoanalizy oraz teorii podświadomości. Choć dość dawno przestalam się zajmować filozofią i szukaniem w niej rozwiązań i wskazówek.

                  I jeśli kogoś interesuje moje zdanie, to uważam, że takie papki moga być strawne a nawet na swój sposób pomocne, ale gdy się je tworzy samemu, opierając sie na wnikliwej lekturze najróżniejszej literatury poszerzonej o własne przezycia i przemyslenia, a nie korzysta z podanych "gotowców". No chyba, że nie chcemy nic pojąc i chcemy jakoś przezyc nasze życie jak zesłańcy kołymscy.
                  To na tyle jeśli chodzi o mnie, nie widzę dalszej potrzeby dyskutowania na ten temat.

                  Bronislavus
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 212

                    Ja rowniez mialem doswiadczenia z probami stworzenia sobie pewnej wizji swiata, w ktorej ja wybaczam i wszystko sie pieknie uklada, mam kochajacych rodzicow, rodzine etc. Klopot w tym, ze czasu nie da sie cofnac, co sie stalo to sie nie odstanie, a rodzicom myslenia nie zmienie i nie mam zreszta takiej potrzeby (no moze czasem bywa mi jeszcze zal, ze tak sie nie da, trudno). Na terapii w pewnym momencie zderzylem sie z suchym faktem: probowalem pominac tak istotne rzeczy jak zlosc, wscieklosc, zal, smutek malego dziecka, ktorym bylem kiedys, a ktore caly czas we mnie zyje i ktore zostalo skrzywdzone. To dziecko chce zostac wysluchane, chce byc traktowane z szacunkiem i powaga i chce abym sie nim opiekowal, co zreszta robie i widze, ze coraz lepiej nam sie zyje razem, choc bywa ciezko, wszak caly czas sie tego uczę… Byc moze jakies wybaczania pojawia sie na koncu terapii, nie wiem. Na ta chwile nie mam potrzeby wybaczania czegokolwiek i komukolwiek, natomiast mam potrzebe kontaktowania sie z moimi uczuciami, choc nie jest to latwe i czesto sie po prostu boje tego, co czuje, czesto uciekam, bo nie daje rady, ale to przeciez ludzkie i do tego daje sobie prawo. Nie chce byc budda, cudownie oswieconym, wybaczajacym, lagodnym i emanujacym uzdrawiajacym blaskiem i madroscia (choc jako, ze jestem prozny, to pewnie troche bym tak chcial ;-), wole byc zwyklym Bronkiem, czasem sie wkurzam, czasem sie smuce, czasem jestem wesoly i zwariowany, a czasem mam wszystkich wszystko gdzies, chce byc sam i chlipie sobie w misia, bo mam ochote ryczec! NIe chce byc doskonalym posagiem, chce zyc, ja zyje, oddycham, czuje… i to jest FAJNE!

                    aniaDDA
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 410

                      yucca, dzięki:) Moja mama nigdy nie była moją przyjaciółką, więc nic a nic nie tęsknię do rozmowy z nią, ale dręczy mnie jakiś żal, że mnie odrzuciła, tkwi we mnie jeszcze dziecko, które mówi:,,Skoro mama cię nie lubi, jesteś do niczego", chciałabym przestać tak myśleć, ale na razie jakoś nie umiem. Moja mama była zawsze najważniejsza w rodzinie, świat kręcił się wokół jej humorów, więc jak ma teraz wyciągnąć dłoń? po drugie, ona jest ideałem w jej mniemaniu, więc nie ma mowy o przeprosinach. Ta sytuacja odcięcia się jej ode mnie męczy mnie okropnie, więc ma rację ten, kto mówi, że bez przebaczenia nigdy nie osiągniemy spokoju i wolności, ale też ma rację Janusz, że muszą być spełnione warunki, które wymienił w pierwszym poście.
                      Zbigniewcichoń też ma rację, pod warunkiem, że będziemy szlachetni i na pierwszym miejscu będziemy stawiać innych, ale wiadomo, że człowiek jest ułomny ze swoimi problemami, uczuciami, których nie da się tak szybko wymazać.

                      starling
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 197

                        Ania, stawianie innych na pierwszym miejscu to szlachetność ? wg mnie to nieświadomość i kalectwo, kończące się zazwyczaj bardzo smutno, poczuciem zmarnowanego życia i pretensją do całego świata z naciskiem na pretensje do osób ktore się postawiło na pierwszym miejscu

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 61)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.