Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Religijność DDA

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 21)
  • Autor
    Wpisy
  • justyś
    Uczestnik
      Liczba postów: 187

      Witajcie!
      Mam do Was szczególnie teraz ważne dla mnie pytanie: jak to jest u Was z religijnością? Ja mam ogromną potrzebę wiary, a jednocześnie rozum i zaburzenia obsesyjno-kompulsywne mnie powstrzymują. Mam tendencję do przesady, moja nerwica mogłaby się pogłębić. Boję się religii i tego, że mnie zniewoli. A jednocześnie tęsknię za Bogiem Ojcem.
      Ponoć ten, kto miał w dzieciństwie zaburzone relacje z ojcem, będzie miał problemy w relacjach z Bogiem. Widzę już w tym stwierdzeniu jakiś sens, ale nadal to jest jakby za mgłą.

      Pozdrawiam serdecznie,
      Justyna

      fajeczka
      Uczestnik
        Liczba postów: 24

        Justyś,
        myślę, że to ważne pytanie i wcale nie tylko dotyczące DDA. Wiele osób jest "wierzących" bezrefleksyjnie, wielu jest ateistami, wielu ma wątpliwości i się miota. Nie trzeba być DDA, mieć nerwicy czy kompulsji by mieć wątpliwości i nie umieć znaleźć odpowiedzi na fundamentalne pytania.

        Ja z domu jestem katoliczką, w domu dość bezrefleksyjnie do tego podchodzono – trzeba chodzić, trzeba się modlić, obchodzenie świąt itd. ale bez rozmów na ten temat, bez zgłębiania tematu, często ja wiedziałam co ksiądz mówił na kazaniu, a oni nie itd. Co nie umniejsza mojej rodzinie – mimo, że to rodzina alkoholowa to wszyscy oni chcieli i w pewnym sensie są dobrymi ludźmi, starali się żyć i żyją wg. dekalogu.

        Mnie w pewnym momencie naszły wątpliwości, zaczęłam trochę drążyć, poczytałam też o innych religiach, pomyślałam o naszej. Ostatecznie jest tak, że raczej jestem ateistką lub agnostykiem, ale z całą pewnością neguję strukturę kościoła, spora część ich nauk jest dla mnie nielogiczna lub niektóre wartości są dla mnie nie do przyjęcia, więc uważałabym za hipokryzję nazywania się katoliczką jeśli nie przyjmuję wszystkiego czego kościół naucza (np. w perspektywie osoby z DDA nie do przyjęcia jest dla mnie chrześcijańskie poświęcenie bo moim zdaniem przekreśla ono moje uzdrowienie).
        Znałam 3 osoby mocno wierzące, były to bardzo szczęśliwe osoby bez względu na okoliczności, świadomość, że ktoś o wiele silniejszy nad nimi czuwa dawała im wiele radości bo zdejmowała z nich odpowiedzialność.

        Kiedyś czytałam o teologii feministycznej. TO bardzo ciekawe, bo odnosi się do tego co napisałaś. Ogólnie wszyscy zgadzamy się, że Bóg (w naszym przypadku chrześcijański, ale de facto każdy czyli jeden) nie ma płci – jest ponad to. Jednak gdy myślimy słowo Bóg – staje nam przed oczami wielki, gigantyczny starszy mężczyzna z brodą – ojciec. I dlatego też kobiety często nie są w stanie utożsamiać się z religią w ten sposób, w jaki to czynią mężczyźni, nie wspominając o tym, że rola kobiety w chrześcijaństwie jest żadna – żadnych funkcji w instytucji kościoła, a do wyboru ma tylko 2 scenariusze – albo Ewa albo Maria. Religia katolicka jest ona mocno patriarchalna (mało kto wie, że jeszcze kilkanaście wieków temu Boga przedstawiano jako kobietę rodzącą świat! – tak naszego Boga chrześcijańskiego), a teraz gdy feministki teologii piszą Biblię "kobiecą" tzn np. zmieniają zapis słowa "Bóg" na "Boga" (r. żeński) to jest w pewnym kręgach wielkie oburzenie, że to bluźnierstwo, a przecież Bóg/Boga to tylko słowo, umowne, przecież Bóg/Boga nie ma płci to rodzaj tego słowa nie powinien mieć znaczenia. Mogę Ci podesłać na maila bo chyba mam jeszcze gdzieś na kompie artykuły na ten temat.

        Co do mnie to jestem ateistką/agnostyczką, jeszcze nie załatwiłam tej sprawy. Dlatego też czuję np. wielki opór przed pójściem na mityng DDA , gdzie w 12 krokach jest dużo odniesienia do Boga, a same spotkania są organizowane w salach przy kościołach. Swięta obchodzę świecko, tzn z jednej strony bo muszę, bo wszyscy w rodzinie tak robią, więc ja też np. sprzątam, gotuję, robię zakupy itd. ale też dlatego, że to tradycja, która była obecna w moim życiu od zawsze i daje mi namiastkę dzieciństwa np. uwielbiam chodzić ze święconką do kościoła – ten półmrok, zapach, szepty, no coś wspaniałego. Poza tym czasem jeżdżę na grób Babci i mówię w duchu coś na kształt modlitwy, czasem też uczestniczę też w mszy za Babcię.

        pszyklejony
        Uczestnik
          Liczba postów: 2948

          Bóg jest Miłością.
          Laska wiary nie jest dana każdemu, szczególnie komuś, kto nie kocha siebie. Rozumem tego ogarnąć nie sposób, jednakże rozważania na tematy nam bliskie, czyli kim jesteśmy, przybliżają do prawdy. Wiara nie zdejmuje odpowiedzialności, daje pokorę, możliwość przyjęcia trudów.

          Anonim
            Liczba postów: 20551

            Mnie także próbowano wychować na katoliczkę. Z przejęciem szłam do I Komunii, jak cholera bałam się pierwszej spowiedzi. Na religii ksiądz sprawdzał obecność na niedzielnej mszy, a w przerwach romansował a matematyczką. Podobno mieli dziecko. Ksiądz był wesoły i śmieszny, ale dziwnym trafem faworyzował dzieci z bogatszych domów, te, których rodzice zapraszali go na obiadki i takie tam. Lubiłam filmy o Jezusie, czasem na nich płakałam. Mama pilnowała, żebyśmy przestrzegali postu, chodzili na roraty (jak mi się strasznie nie chciało wstawać!). W okolicach bierzmowania pojawiły się wątpliwości. W liceum ksiądz nie dał mi rozgrzeszenia za niechodzenie na religię. Obraziłam się na niego. I poniekąd na kościół. Trudny wiek, okres buntu i negacji wszystkiego. Wyszukiwanie sprzeczności i nielogicznych poglądów głoszonych przez kościół było moim hobby. Mama w dyskusjach szybko się denerwowała i często kończyła "masz iść na mszę bo ja tak cię wychowałam". Taka odpowiedź mi nie wystarczała. Dziś nie chodzę do kościoła. Absolutnie nie utożsamiam się z kościołem katolickim. Nie zgadzam się z wieloma poglądami głoszonymi przez kościół. Na chwilę obecną NIE WIEM czy wierzę w Boga. Wiara od dziecka była przeze mnie utożsamiana z kościołem, z religijnością, obrzędami, tak mnie wychowano. Teraz wydaje mi się hipokryzją oddzielanie jednego od drugiego. Mam wielkie opory przed rozdzieleniem wiary w Boga od całej tej kościelnej otoczki, choć wiem, że jedynie tędy droga, abym mogła w coś uwierzyć. Kościoła nie jestem w stanie przyjąć, zaakceptować, widzę w nim wiele zła. Kościół potępia takich ludzi, którzy "biorą sobie to co dla nich wygodne". A dla mnie wiele rzeczy jest niewygodnych w poglądach głoszonych przez kościół. Nie tyle nawet niewygodnych, co się z nimi zupełnie nie zgadzam. Moje życie przeczy wielu naukom kościoła. Zyję w związku bez ślubu, stosuję antykoncepcję. Uważam, że nikomu nie robię tym krzywdy. Staram się być dobrym człowiekiem. Być tolerancyjna, nie potępiać nikogo.
            Problem wiary czy jej braku przez jakiś czas został przeze mnie zepchnięty na margines, nie myślałam o tym, wyrzuciłam to z głowy. Powróciło podczas terapii. Gdy zabrakło czynnika wiążącego wiedzę i świadomość z działaniem, zmianami. Zabrakło magicznego składnika, który by popchnął mnie w kierunku działania. Nie wiem czy właśnie wiary tu brakuje, a jeśli tak to czy wiary w boga właśnie. Czegoś mi brakuje i to jest bardzo mocno odczuwalna pustka. Jednocześnie mam w sobie wielką negację i blokadę, wielkie zamknięcie się na księży, na katolicyzm. Próbowałam o tym rozmawiać z ludźmi, którym wiara pomogła przetrwać niezwykle trudne chwile. I choć wierzę, że oni faktycznie dzięki temu nie oszaleli, to do mnie to nie dociera. Pozostaję na to głucha, ślepa. Jakbym była w zbroi, w pancerzu. Nie umiałam na spotkaniach AA ani DDA odnosić się do siły wyższej. Choć niektórzy mówili, że pojmują ją różnie, że może to być siła wewnątrz człowieka, to każdy na swój sposób nazywał tak boga. I prosił go o pomoc. Ja nie umiem. Ja muszę sama. Nikt mi nie pomoże wyzdrowieć, żadna siła. Siła jest we mnie, siła woli, siła umysłu i muszę się po prostu postarać, pracować, wziąć w garść. Nie umiem prosić o pomoc i powierzać swoich problemów komuś, czemuś, choć wiem, że byłoby mi dużo łatwiej. Ale chyba wiara stąd się nie bierze – z potrzeby aby było w życiu łatwiej? A może ta potrzeba wiary wynika z presji, że każdy w coś wierzy? Jestem dziś na rozdrożu, nie wiem co myśleć, nie wiem czego potrzebuję. Czegoś mi brak. Ale nie wiem jak to znaleźć. A prosić o to nie umiem.

            Anonim
              Liczba postów: 20551

              Mnie także próbowano wychować na katoliczkę. Z przejęciem szłam do I Komunii, jak cholera bałam się pierwszej spowiedzi. Na religii ksiądz sprawdzał obecność na niedzielnej mszy, a w przerwach romansował a matematyczką. Podobno mieli dziecko. Ksiądz był wesoły i śmieszny, ale dziwnym trafem faworyzował dzieci z bogatszych domów, te, których rodzice zapraszali go na obiadki i takie tam. Lubiłam filmy o Jezusie, czasem na nich płakałam. Mama pilnowała, żebyśmy przestrzegali postu, chodzili na roraty (jak mi się strasznie nie chciało wstawać!). W okolicach bierzmowania pojawiły się wątpliwości. W liceum ksiądz nie dał mi rozgrzeszenia za niechodzenie na religię. Obraziłam się na niego. I poniekąd na kościół. Trudny wiek, okres buntu i negacji wszystkiego. Wyszukiwanie sprzeczności i nielogicznych poglądów głoszonych przez kościół było moim hobby. Mama w dyskusjach szybko się denerwowała i często kończyła "masz iść na mszę bo ja tak cię wychowałam". Taka odpowiedź mi nie wystarczała. Dziś nie chodzę do kościoła. Absolutnie nie utożsamiam się z kościołem katolickim. Nie zgadzam się z wieloma poglądami głoszonymi przez kościół. Na chwilę obecną NIE WIEM czy wierzę w Boga. Wiara od dziecka była przeze mnie utożsamiana z kościołem, z religijnością, obrzędami, tak mnie wychowano. Teraz wydaje mi się hipokryzją oddzielanie jednego od drugiego. Mam wielkie opory przed rozdzieleniem wiary w Boga od całej tej kościelnej otoczki, choć wiem, że jedynie tędy droga, abym mogła w coś uwierzyć. Kościoła nie jestem w stanie przyjąć, zaakceptować, widzę w nim wiele zła. Kościół potępia takich ludzi, którzy "biorą sobie to co dla nich wygodne". A dla mnie wiele rzeczy jest niewygodnych w poglądach głoszonych przez kościół. Nie tyle nawet niewygodnych, co się z nimi zupełnie nie zgadzam. Moje życie przeczy wielu naukom kościoła. Zyję w związku bez ślubu, stosuję antykoncepcję. Uważam, że nikomu nie robię tym krzywdy. Staram się być dobrym człowiekiem. Być tolerancyjna, nie potępiać nikogo.
              Problem wiary czy jej braku przez jakiś czas został przeze mnie zepchnięty na margines, nie myślałam o tym, wyrzuciłam to z głowy. Powróciło podczas terapii. Gdy zabrakło czynnika wiążącego wiedzę i świadomość z działaniem, zmianami. Zabrakło magicznego składnika, który by popchnął mnie w kierunku działania. Nie wiem czy właśnie wiary tu brakuje, a jeśli tak to czy wiary w boga właśnie. Czegoś mi brakuje i to jest bardzo mocno odczuwalna pustka. Jednocześnie mam w sobie wielką negację i blokadę, wielkie zamknięcie się na księży, na katolicyzm. Próbowałam o tym rozmawiać z ludźmi, którym wiara pomogła przetrwać niezwykle trudne chwile. I choć wierzę, że oni faktycznie dzięki temu nie oszaleli, to do mnie to nie dociera. Pozostaję na to głucha, ślepa. Jakbym była w zbroi, w pancerzu. Nie umiałam na spotkaniach AA ani DDA odnosić się do siły wyższej. Choć niektórzy mówili, że pojmują ją różnie, że może to być siła wewnątrz człowieka, to każdy na swój sposób nazywał tak boga. I prosił go o pomoc. Ja nie umiem. Ja muszę sama. Nikt mi nie pomoże wyzdrowieć, żadna siła. Siła jest we mnie, siła woli, siła umysłu i muszę się po prostu postarać, pracować, wziąć w garść. Nie umiem prosić o pomoc i powierzać swoich problemów komuś, czemuś, choć wiem, że byłoby mi dużo łatwiej. Ale chyba wiara stąd się nie bierze – z potrzeby aby było w życiu łatwiej? A może ta potrzeba wiary wynika z presji, że każdy w coś wierzy? Jestem dziś na rozdrożu, nie wiem co myśleć, nie wiem czego potrzebuję. Czegoś mi brak. Ale nie wiem jak to znaleźć. A prosić o to nie umiem.

              Muma
              Uczestnik
                Liczba postów: 179

                Fajeczko, bardzo spodobał mi się Twój artykuł. Myślę, że jestem na podobnym etapie, w chwili obecnej uważam się za osobę wierzącą bardziej w prawa i potegę Matki NAtury niż Boga. Również pochodzę z rodziny katolickiej, przy czym mój ojciec miał obsesję religijną, a mama praktykowała odpytywanie z kazań/sama rzadko chodziła na msze, tłumacząć to chorobą/. Katolicki obraz moich rodziców kojarzy mi się niestety z hipokryzją, być moze jest to wina nieumiejętnego przekazu.

                Jako dziecko byłam bardzo wierząca, wrecz chwilami nawiedzona, zdarzało mi się płakać,że mam nie chodzi do kościołą,bo to było jednoznaczne z piekłem.

                Jako bardzo dojrzała wiekiem osoba starałam się znaleźć jakieś duchowe pocieszenie dla mnie… niestety jestem zablokowana na kościół, księży i ludzi mało skupionych na mszy.

                Mam znajomych,którzy od lat praktykują buddyzm, sympatyzuję z nimi, bywam na różnych spotkaniach w gompie /czasami/. Ja jednak nie wyobrażam sobie, żebym mogła wejść w to całą sobą, jak moja koleżanka, przyjmować bez zastrzezeń cudze słowa i przemyślenia na temat życia. Jestem wyczulona na wszelkie manipulacje /zwłaszcza po terapii/ a niestety w strukturach buddyjskich dostrzegam również takie tendencje.

                Myślę,że straciłam dar wiary, nie potrafię ślepo komuś wierzyć, zbytnio mnie ta katolicka wiara poraniła.

                Jeśli możesz Faleczko, proszę podaj mi link do tego artykułu, mój nr gadu 2278665

                pszyklejony
                Uczestnik
                  Liczba postów: 2948

                  "Nikt mi nie pomoże wyzdrowieć, żadna siła. Siła jest we mnie, siła woli, siła umysłu i muszę się po prostu postarać, pracować, wziąć w garść."
                  To jest właśnie pierwszy krok – uznanie własnej bezsilności. Bez niego nawet nie myśl o powodzeniu. To jest niestety takie trudne, trzeba do tego dojść, że nie ma innej drogi. Mądrzy ludzie to zauważyli i opisali. Rady – weż się w garść – wiesz o co można potłuc :).
                  Pracować oczywiście trzeba, samo się nie zrobi.

                  malenka
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 382

                    Fajeczko Twoje odczucia odnośnie wiary, są bardzo zbliżone do mnie. Mam problem z okresleniem się. Nie akceptuje kościoła katolickiego. Jestem w terapii i to co przezywam podczas leczenia, kłoci się z obrazem Boga chrześcijańskiego. Rodzice wpoili mi kluczowe dla wiary katolickiej wychowanie; " kochaj blixniego jak siebie samego" Przez większość życia żyłam w przekonaniu o tym, że nalezy kochać bliźnich….Zapomniałąm o najważniejszym…. o kochaniu samej siebie.
                    Jest we mnie dużo żalu, bólu i nie doszłam do ładu z tym w co tak naprawdę wiierzę. Przyjdzie z czasem jak do końca odnajde samą siebie. pozdrawiam

                    Torquemado
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 901

                      A możesz napisać, jakie to przeżycia kłócą się z obrazem Boga. To ciekawy temat.
                      A propos stwierdzenia, że kochanie siebie kłóci się z kochaniem bliżnich, to pozwolę sobie w to szczerze wątpić. Wątpię w Twoją miłość do bliżniego, z banalnego powodu,- nie umiesz kochać samej siebie, a to jest warunek wstępny do prawdziwej miłości innych ludzi. Zaryzykuję hipotezę, że to co w Twoim mniemaniu było miłością bliźniego, było kompulsywnym dążeniem do tego, aby inni i Ty sama widzieli w Tobie osobę w rodzaju Matki Teresy.

                      ordynek
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 281

                        Warto zwrócić uwagę na to, że uwarunkowania DDA wpływając na obraz świata (i deformując go) wpływają też na obraz Boga i religii. Inne myślenie jest nieco dziecinne (bo niby czemu urazy miałby tylko wykrzywiać nasze relacje i interpretację tego co pochodzi od ludzi). To jedna, bradzo ważna sprawa, o której chciałem napisać.

                        Ja osobiście w trakcie terapii miałem okazji doświadczyć tego, że zmiana i rozwój psychiczny wpływa pobudzająco na duchowość – jakkolwiek jest ona pojmowana. Widzę to po sobie i po innych osobach. Potrzeba czegoś więcej pojawiła się najsilniej już po zakończeniu grupy i ciągle się rozwija (spotykamy się co jakiś czas, więc mam okazję to obserwować). Terapia nie odpwiada na wszystkie pytania, wiecej, przychodzi czas na pytania o tożsamość, rdzeń – i tu nauka zawodzi. Zadajesz pytania w pustkę i tylko pełnia może ci na nie odpowiedzieć.

                        Oczywiście może się pojawić, coś, co ja osobiście nazywam kompulsją duchową – pragnienie szybkiego załatwienie sobie "duchowości" – przez szybką pigułkę religijności magicznej (cuda na żądanie, ufo itp) – ale droga zdecydowanie nie wiedzie tędy. Zwróćcie uwagę, żw mistyccy wszystkich religii są w zasadzie zgodni – droga do Boga, Pełni, Jedni wiedzie przez wyrzeczenie, pustkę i jest drogą wewnętrznę. Dla mnie osobiście wartością chrześcijaństwa jest to, że w nim jest jeden krok dalej – osoba. Tam gdzie ZEN się kończy na oczekiwaniu i otwartych dłoniach ogaranijących pustkę z przeczuciem miłości – my możemy jej doświadczyć w relecji z osobą.

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 21)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.