Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › Religijność DDA
-
AutorWpisy
-
Dziękuję Wam bardzo za odzew. Niezwykle mnie poruszyły Wasze wypowiedzi, bo widzę w nich siebie.
Tylko moja droga wiary była nieco bardziej skomplikowana. Parę lat wcześniej nikogo tak nie kochałam jak Boga chrześcijańskiego. Moja tęsknota jest jak tęsknota za najbliższą osobą. Zniszczyła mnie jednak obsesja oczyszczania się z grzechów. Za dużo naczytałam się o świętych i o tym, jak wiele Bóg wymaga od człowieka. "Bądźcie doskonali jak mój Ojciec jest doskonały". Chciałam zasłużyć na jego miłość. Nie mogłam przyjąć do siebie nauki o miłosierdziu. Poza tym strasznie bałam się grzechu przeciwko Duchowi Swiętemu, który polega na grzeszeniu z determinacją, a który nie jest wybaczany. A przecież często zdarza nam się czynić coś złego świadomie.
Poza tym, jak Muma napisała: "Myślę,że straciłam dar wiary, nie potrafię ślepo komuś wierzyć, zbytnio mnie ta katolicka wiara poraniła." Też mam straszną blokadę, bo po utracie wiary wszystko zeszło do profanum. I nie zgadzam się z niektórymi istotnymi poglądami Kościoła.
"Dla mnie osobiście wartością chrześcijaństwa jest to, że w nim jest jeden krok dalej – osoba. Tam gdzie ZEN się kończy na oczekiwaniu i otwartych dłoniach ogaranijących pustkę z przeczuciem miłości – my możemy jej doświadczyć w relecji z osobą."
Racja, Ordynku. I dlatego buddyzm nie przemawia do mnie do końca, chociaż jest uważany za najbardziej racjonalistyczną religię.Od trzech lat toczę bój z Bogiem niczym biblijny Jakub. Oby zakończyło się to błogosławieństwem.
Fajeczko, chętnie poczytam te artykuły. Mój e-mail: justa_91(at)tlen.pl
Anonim
20 kwietnia 2010 o 07:50Liczba postów: 20551"To jest właśnie pierwszy krok – uznanie własnej bezsilności. Bez niego nawet nie myśl o powodzeniu. To jest niestety takie trudne, trzeba do tego dojść, że nie ma innej drogi. Mądrzy ludzie to zauważyli i opisali. Rady – weż się w garść – wiesz o co można potłuc .
Pracować oczywiście trzeba, samo się nie zrobi."
No z tym wzięciem się w garść to niezbyt fortunnie się wyraziłam, miałam na myśli pracę nad sobą, ciężką i systematyczną pracę:) To nie jest tak Pszyklejony, że ja nie uznałam własnej bezsilności. Uznałam, jak najbardziej. Choć nie było to łatwe. Dlatego poszłam na terapię, bo uznałam, że sama bym sobie z tym wszystkim nie poradziła. Dlatego brałam leki, bo pogodziłam się z tym, że potrzebuję pomocy. Dlatego przestałam pić, bo sobie z piciem nie radziłam. Mam w sobie dużo pokory, naprawdę. Tylko jakoś nie potrafię zwrócić się z problemami do boga, bo go nie znam, a co za tym idzie, tak jak obcej osobie nie umiem powierzyć swoich problemów. No i trudno jest wierzyć, że ktoś w kogo istnienie powątpiewasz może ci pomóc. Zawsze byłam uczona, że muszę wszystko zrobić sama, i jeszcze pomóc rodzeństwu, mamie. Nie przywykłam do proszenia o pomoc. Zwłaszcza kogoś obcego, a kimś obcym jest dla mnie właśnie bóg. Trudno to wszystko wytłumaczyć osobie wierzącej, dla Was wszystko jest chyba prostsze, a dla takich jak ja pewne rzeczy są po prostu nie do przeskoczenia… Niektórzy wiarę głęboką wynoszą z domu, niektórzy doznają jakiegoś olśnienia przez trudną lub niezwykłą sytuację. A ja się tak miotam. Na siłę nie uwierzę. Nie przekonuje mnie kościół. Wcale. Zwłaszcza w Polsce, taki zrośnięty z polityką. Obrzydza mnie to. Nie przekonują mnie zbytnio rozmowy z osobami mocno wierzącymi. Próbowałam, naprawdę. Często ich słowa to dla mnie puste frazesy, staram się w tym odnaleźć sens, ale nie potrafię. Chociaż wiem, że dla nich to co mówią to głęboka prawda i piękne przesłanie, w to wierzą, całym sercem i duszą, ale ja nie znam tego szyfru, jakby mówili w innym języku. Brakuje mi duchowości. Zazdroszczę Wam wiary, bo widzę jak to pomaga i wzmacnia. Niewiele jednak mogę zrobić gdy mój umysł się buntuje. Zastanawiam się czasem, czy taki zadeklarowany ateista wobec tego nie może wyjść z nałogu? Skoro absolutnie nie wierzy w siłę wyższą? Skoro wierzy tylko w siebie? W umysł, w naukę? Nie ma dla takich nadziei? Na siłę można zrobić wiele rzeczy, można wytworzyć w sobie pewne zachowania, nawyki, ale uwierzyć na siłę się nie da. Co ma zrobić zatem człowiek z palącą potrzebą duchowości, którego mierzi kościół katolicki? Który do zdrowienia ma już sporą wiedzę i jest chętny i gotowy do pracy, aż się rwie po prostu, ale brak mu tego czegoś nienazwanego? Czy łaska wiary może być dana bo jest potrzebna, przydatna, bo akurat jest brakującą częścią układanki? Czy może być dana człowiekowi, który jej potrzebuje, bo chciałby po prostu łatwiej żyć i być szczęśliwy?Według mnie – skup się na sobie i swoim pragnieniu. Nie szukaj gotowych odpowiedzi, ponieważ one zamykają – ale na początek kieruj się pytaniami. Duchowość nie jest na zewnątrz (w modlitwach, symbolach, kościołach) ale wewnątrz.
To torchę tak, jakby próbować poszukać jakiejś lampki, aby roźświetlić wnętrze – a tymczasem trzeba odgrzebać światło wewnętrzne. I wtedy się nagle okazuje, że to jest właśnie miejsce tajemne spotkania z Bogiem.
A potem przyjdze czas na wspólną modlitwę, Kościół, ludzi – z inną jakością wewnętrzną. Droga odwrotna jest niezrozumiała – dlaczego mam podążać za grzesznymi ludźmi? To doświadczenia jest różnie opisywane – przemiana, oświecenie, inicjacja, chrzest w duchu, (według mnie dla katolików taka rolę powinno spełniać bierzemowanie).
W tym sensie każdy ma łaskę wiary – bo w centrum każdego człowieka jest Bóg.Muszę też przyznać, że jestem zafascynowany tym, jak terapia oczyszczając sferę psychologiczną wydobywa na wierzch pragnienie duchowości. To chyba wynika z tego, że mamy lepszy kontakt z pragnieniami i będąc przy sobie doświadczamy tęsknoty za źródłem.
Ewooncia
spokojnie, ja też nie byłem taki wierzący. To jest wszystko proces, Bóg jest z Tobą cały czas, tylko nie jesteś gotowa. Kwestie duchowe, wiara, są jak prawa fizyki. W innym wymiarze oczywiście, ale to się wszystko łączy.
Umysłem tego nie ogarniesz, tak jak swojego DD, to trzeba "poczuć". Możesz nabierać wiedzy o swoich zachowaniach i z czego one wynikaja, jednak to nic nie da dopóki nie połączysz się emocjami z warstwą osobowości, która za to odpowiada.
Tu jest link http://www.smartrecovery.org/ dla ateistów :), niestety po angielsku.Anonim
20 kwietnia 2010 o 19:14Liczba postów: 20551hmmm religijność DDA. Do niedawna jeszcze moja "wiara" była tylko z przymusu tzn. chodzenie do kościoła bo dzieci muszą być na mszach, bo trzeba im dać dobry przykład, no i oczywiście gorące prośby do "tego kogoś" kto jest na górze gdy bywało naprawdę bardzo żle coś w stylu: jak trwoga to do Boga, i na tym religijność kończyła się.
Od niedawna coś zmienia się, wierzę że jednak ktoś tam jest na górze ale czy to Bóg? tego jeszcze nie wiem. Teraz gdy myślę o swoim życiu to wiem że ktoś nademną czuwa, zawsze w sytuacjach złych pojawiał się ktoś kto mi pomagał. Teraz już nie tylko zwracam się do tego na górze gdy jest tylko zle, potrafię na chwilę przystanąć w tym codziennym biegu i przez chwilę "porozmawiać z nim" o zwykłych codziennych sprawach, podziękować mu poprostu za to że dzieci są zdrowe, że dzień był udany. I te rozmowy mnie w pewien sposób uspokajają.
Nie jest tak że nastąpiła cudowna przemiana i że biegnę do kościoła co niedzielę. Owszem chodzę ale coraz częściej dlatego że chcę i może to śmiesznie zabrzmi ale z mszy niewiele zawsze pamiętam bo zawsze na kazaniu siedzę i układam w głowie swoje wszystkie myśli, uspokajam się wiedząć że tam KTOS jest i że o mnie nie zapomniał w tym wszystkim."PrzyjacieleToAniołyKtórePodnosząNasKiedyNaszeSkrzydłaZapomnałyJakLatać"
chyna sie wylamie. ja wierze. Moj powrot do wiary to jak moja mam mowi "JAK TRWOGA TO DO BOGA". Wierze. modlitwa pozwala mi sie skupic i uspokoic. co do kosciola katolickiego to tak raczej nie specjalnie ale do kosciola chodze (mamy fajnego ksiedza potrafi powiedziec do sluchu) choc nie zawsze sie z jego pogladami zgadzam, lubie sluchac jak ludzie spiewaja ciarki mnie wtedy przechodza, czasem sie wkurze. dla mnie wiara jest bardzo wazna. Moj narzyczony znalazl na wysypisku smieci figurke Matki Boskiej z Jezuskiem (Jezusek nie ma glowy) i tego czasu jesz lepiej. Nie jestem MOHEROWYM BERETEM ale wiara bardzo mi pomaga.
Tylko offtop wtrącę:
Justyś – wysłałam Ci na maila paczkę z artykułami, mam nadzieję, że doszło
Muma – pisałam do Ciebie na gg, ale nie otrzymałam odpowiedzi – przez gg tego nie wyślę, prosiłabym o podanie maila 🙂 może być przez GG podane.do Fajeczki – podaję Ci mojego maila: michaella2@op.pl, coś mam na gadulcu poblokowane i "obce" są odrzucane:) dziękuję i pozdrawiam
bardzo mnie zainteresowal ten temat. Ja tez mam problem z 12 krokami bo tam duzo sie odnosi do P.Boga. Zawsze powtarzam ze ja nie mam problemu z P.Bogiem tylko z kosiolem ale to chyba nie do konca prawda, mieszam to.
Jako mala dziewczynka bylam molestowana seksualnie przez ksiezy, jeden to ten ktory przygotowywal do komunii a ten drugi przychodzil pod koniec religii i niby chcial sie cos zapytac, cos wyjasnic co powodowalo ze zostawalam z nim sam na sam.
Mam uraz i to potezny i dlatego tez mam duze opory zjawic sie na terapii bo to najczesciej gdzies w salkach przykoscielnych. Jednak mam niechec nawet do wypowiadania slowa Bog bo to gdzies jest jednoznaczne z kosciolem a co za tym idzie i ksiedzam -
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.