Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Rozterki. Szukam pomocy.

Przeglądasz 9 wpisów - od 1 do 9 (z 9)
  • Autor
    Wpisy
  • małaMi
    Uczestnik
      Liczba postów: 5

      Witam,
      Piszę, bo już  z każdej możliwej strony szukam pomocy.
      Mam 25 lat. Mój ojciec jest alkoholikiem. Wpadł w nałóg bardzo szybko bo już miesiąc po ślubie z mamą – chociaż może nawet przed ślubem, ale mam to typ heroiczny i chciała go wyciągnąć z patologicznej rodziny, środowiska, stąd był ślub – poniekąd z litości, ale miłość na pewno też tam była. Ale ona była z innego świata – grzeczna, wykształcona, poukładana i pracowita. Po roku męczarni, jego znikania i pojawiania z długami, mama postawiła mu warunek – odwyk i grupa wsparcia. Zgodził się, urodziłam się ja. Nie podołał i do bodajże moich 5 urodzin dalej balował. Jak miałam 6 lat, przeprowadziliśmy się do innego miasta. To miało go wyrwać od kolegów. Dostał od mamą „ostateczną drugą szansę” – zapisał się do AA. I było dobrze. Od tego czasu ja pamiętam ojca. Mieliśmy dom, przyjemne życie w świecie klubu AA. Rodzice czynnie angażowali się w jego życie, organizowali wyjazdy, bale. Nauczyło mnie to, że dorośli świetnie bawią się, bez zakrapiania. Miałam 9 lat, jak ojciec wyjątkowo nie odebrał mnie spod szkoły. Poszłam do babci. Wieczorem zadzwoniła do niej mama. Po minie babci wiedziałam, że coś się stało. A stało się – ojciec spotkał kolegów – „z nami się nie napijesz?” – napił się i zrujnował mi reszte życia. To co się działo później było koszmarem. Sceny których miałam „przyjemność” być świadkiem bolą mnie na samą myśl. Mama pękła – spakowała nasze ubrania i uciekłyśmy z domu. Rozwiodła się. Męczył nas jeszcze przez pewien czas aż znalazł sobie drugą żonę – tym razem szytą na jego miarę. Po rozwodzie widziałam się z nim raz. Byłam dzieckiem, które jeszcze wierzyło w dobre intencje – myślałam, że chce mnie zabrać na wycieczkę bo mnie kocha – niestety zabrał mnie, żeby z jakiegoś zadupia zadzwonić do mamy z żądaniem kilku tysięcy albo mnie nie zwróci. Wtedy pierwszy raz pękło mi serce. Tyle byłam warta dla własnego ojca. Po tym spotkaniu nie byłam już ważna. nie dzwonił na urodziny, święta, na nic.
      Mama była w totalnej rozsypce, upodlił ją do granic możliwości, ale podniosła się (do tej pory budzi mój podziw, bo ja się podnieść nie umiem). Spróbowała zaufać i założyła nowy dom, w którym zamieszkał z nami jej nowy facet, Miałam jakieś 11/12lat. Byłam zadowolona, bo ja też potrzebowałam ojca. On jednak nie potrzebował mnie jako córki. Byłam w domu „ktosiem” – co złego to ja. Ewidentnie mu zawadzałam. Dlatego jak tylko przyszedł czas liceum odsunęłam się w tył i poprosiłam mamę, o liceum z internatem. Nie chciałam psuć mamie związku, bo w moim odczuciu to ja byłam zbędnym elementem (choć mama nigdy nie dała mi tego odczuć). W liceum wszystkie troski zabijałam nauką. Stałam się perfekcjonistką. Czerwone paski, nagrody, matura na piątkach. Teraz kończę już medycynę (taki szczyt ambicji). Ów facet, jednak zaczął mamę zdradzać, pić i wykorzystywać materialnie. I znów mi pękło serce – bo z dobrego faceta, zrobił się gbur który wolał bezrobocie i piwkowanie. Przestał ją szanować. Kiedyś ją przy mnie obraził. Nie wytrzymałam, Wykrzyczałam mu cały żal. Mama się złamała i zakończył kolejny toksyczny związek. Teraz jest sama już 5 rok. I nigdy nie widziałam jej szczęśliwszej. Zwiedza świat, Robi kolejne studia, rozwija się.
      A ja? stoję emocjonalnie w słabym miejscu. Kiedy zdałam sobie sprawę, że nauka to dobra przykrywka, ale nie lek na wspomnienia i żal, poszłam do psychologa. Niby było troche lepiej, ale koszty mnie przerosły. Odpuściłam. Studia, nowe miasto. nowi ludzie. Cały czas czułam się samotna. Związki? W te klocki byłam słaba. Wybierałam takie typy, które wodziły mnie za nos, albo grały na dwa fronty. 3 chłopaków pod rząd traktowało mnie jako tą drugą, co oczywiście wychodzilo na jaw przypadkiem. Totalnie się załamałam. Szczególnie że ten trzeci to była moja wielka miłość. Świata poza nim nie widziałam. Ale ja dla niego byłam zabawką. Popadłam w depresję. Poszłam do psychologa, a potem do psychiatry po leki, bo nie było lepiej. Jestem dziewczyną dość atrakcyjną (w opinii innych), dlatego na powodzenie nie narzekałam. Ale każdy chłopak był do odstarzału, ciągle coś nie tak – początki zawsze super, ale jak zaczynało sie robić poważniej kuliłam ogonek i uciekałam. Nie wiem dlaczego. Uznawałam, że to nie to. Ale po prostu nie potrafiłam zaufać.
      I pojawił się Pan K. Poznaliśmy się na sylwestrze, na którym oboje znaleźliśmy się z przymusu znajomych, którzy nie chcieli zostawiać nas samych. Dałam mu swój numer, mimo, że kontakt spisywałam na straty – kolejny dowie się, że studiuje w innym mieście i będzie mu za daleko. Pisał od poranka 1 stycznia. Co mi tam – popisać sobie z nim mogę.
      Po 7 dniach już miałam dość pisania – rzuciłam głupio, że pisanie nie ma sensu, jak mu zależy to niech się ze mną spotka. Następnego dnia wsiadł w pociąg i po 5h był u mnie. Byłam przerażona. Gdzie ucieknę, jak mi się spodoba? Co ja robię? Od pierwszej chwili na peronie złapaliśmy dobry kontakt. Nie czułam przed nim strachu. Nie miałam ochoty uciekać. Tak zaczął się nasz związek. Zaufałam mu, czułam się bezpieczna. Po pól roku, wyszło małe kłamstwo z jego strony. Nie miało ono jakiegoś merytorycznego znaczenia, ale dla mnie było jak kubeł zimnej wody – moje zaufanie pękało. Czułam, że związek staje się najpoważniejszy w moim życiu, chciałam uciec, zerwałam – przyjechał i powiedział, że nie mogę tak po prostu go zostawić, że on beze mnie nie widzi życia, więc jeśli nie mam żadnego powodu, to nie ma takiej opcji. A ja przecież oprócz strachu nie miałam powodów. Po 11 mcach oświadczył mi się, Przyjełam. Byłam pełna radości (nowe uczucie bo mało co mnie cieszy). Moja mama go uwielbia – wie, że to dobry czlowiek, wartościowy i stroni od alkoholu (zdrowy styl życia, sport i tego typu sprawy). Ja też to wiem, materiał idealny na męża, na ojca. Pytanie czy ja go kocham? Hmm. Kocham – cokolwiek to znaczy. No właśnie, bo łapię się na tym, ze znam ogrom negatywnych uczuć, a pojęcia „kocham”, „radość” itp niekoniecznie. Nie wiem czy go kocham. Kocham mamę – ponad życie – ale to chyba inna miłość. Nie wiem co to znaczy kochać faceta, bo nie mam nawet pozytywnych obrazów związków. Dla mnie związek to kłotnie, problemy, zdrady. Idealnie odnalazłabym się w związku toksycznym, bo wiem co i jak. A w związku „normalnym”, spokojnym? czuje się jak dziecko we mgle. Ciągle mam wrażenie, że coś jest nie tak, bo wieje nudą. Gdzie intrygi, niepokój. Aż grzech o tym myśleć, ale to mój świat.
      Dziś znowu skłamał w małej sprawie – nie wziął tabletek o które prosiłam, a mi powiedział, że wziął, żeby już się nie czepiała. Ale jak to wyszło, to aż coś we mnie wstąpiło. Jakby znowu zaufanie pękało. I teraz nawet nie wiem czy mu ufam.
      I nie byłoby problemu, gdyby nie fakt, że w tym roku mamy wziąć ślub. wszystko już zarezerwowane, zaliczki popłacone. Od zaręczyn średnio co dwa miesiące z nim zrywam. Powód? nie umiem go zdefiniować. Już dłuzej tak nie mogę. „Bawie się” jego uczuciami, serwuje mu huśtawki nastrojów. Mówię mu, że nie jestem dla niego, żeby znalazł sobie normalną dziewczynę, ale on mnie kocha. A ja do cholery tego nie wiem. Wychodzę za pare miesięcy za faceta, którego nie wiem czy kocham, nie wiem czy jeszcze mu ufam i nie wiem czy jestem gotowa. Czuję się totalnie pogubiona.
      skąd mam to wiedzieć, skąd mam wiedzieć, czy ten związek jest „nudny”, czy może jak każdy związek niepatologiczny, a ja po prostu takich nie znam. Jedyne czego jestem pewna, to że czuje się przy nim bezpiecznie. ale czy to znaczy że kocham? czuje się bezpieczna, ale jednocześnie coraz mniej mu ufam. Cala jestem bałaganem…

      aktototaki
      Uczestnik
        Liczba postów: 370

        Dziewczyno, zaopiekuj się sobą 🙂 Pokochaj siebie tak, jak mógł pokochać Cię twój ojciec, gdyby nie był pełen strachu. Daj sobie przyjaźń, miłość, ciepło i zrozumienie, dopiero wtedy poczujesz jak cudownie jest BYĆ. Być sobą, być z kimś i dla kogoś.
        Miłość oparta na oczekiwaniach czy żądaniach to nie miłość, to handel, ” kto da więcej?!”. Poczucia spełnienia i bycia kochaną NIGDY nie dostaniesz z zewnątrz. To ta miłość, którą tylko Ty możesz sobie sama ofiarować, bo tylko ty jesteś w stanie wypełnić tą pustkę. Drugi człowiek nigdy nie zaspokoi twoich potrzeb, tylko ty możesz to zrobić i wtedy nic dla Ciebie nie będzie straszne 😉

        A nudne życie? A czego byś chciała w tym życiu? Fajerwerków? Dramatów? Imprez? Sensacji? Szumu?

        „Iść w stronę słońca”
        Uczestnik
          Liczba postów: 203

          Witaj, wiemy jak żyć w związkach dysfunkcyjnych, bo tego uczyłyśmy się całe życie wzrastając w takim środowisku, natomiast skąd brać przykład do związków „normalnych”? trzeba się tego uczyć. Zaufanie ciężko się buduje, łatwo można je stracić. Były sytuacje, w których Twój przyszły mąż zawiódł je…poczucie bezpieczeństwa i zaufanie jest ważne na teraz.  Podjęcie decyzji w tak ważnej sprawie jak małżeństwo przeważnie budzi obawy…najlepszym wyjściem byłoby odłożenie ślubu, poznanie bardziej przyszłego męża, jeśli kogoś lub coś mało znamy to mamy obawy, to naturalny proces, a tym bardziej, jeśli jest szansa na dobry związek. DDA myślą:”to niemożliwe, taki spokój, poczucie bezpieczeństwa, tak nie ma w życiu…”

          W kwestii związków, niestety nic nie poradzę, bo sama bo zerwaniu toksycznego związku, jestem sama, na pewno o tyle jestem mądrzejsza, że kandydatów do kolejnego toksycznego związku omijam z daleka, wiem,ze nikogo nie zmienię: jeśli facet nie szanuje innych nie będzie mnie szanował, jeśli obgaduje byłą partnerkę, mnie spotka prawdopodobnie to samo. Ważne są jego relacje z rodziną, jak traktuje mamę, jak jego rodzina rodzina traktuje Ciebie? czy czujesz,ze możesz być sobą przy nim, że się rozwijasz, masz swoje pasje, czujesz się ważna, czy daje Ci prawo do smutku, zwątpień? wszystko to co jest ważne dla Ciebie! czy będziesz mogła na niego liczyć gdy będą dzieci?

          Ja nigdy nie wzięłam ślubu, byliśmy zaręczeni kilka lat, w środku nigdy nie byłam pewna, bardziej moje obawy były, ze nikogo nie znajdę, miałam niskie poczucie wartości, kochałam, choć była toksyczna miłość. Dopiero po odbyciu szeregu terapii, trwało to kilka lat i po odejściu zobaczyłam jaki jest był związek. To było straszne odkrycie, bo dziś nie chciałbym mieć takiego partnera przy moim boku. Mój ojciec pił ponad 30 lat, nie szanował mamy, potem 13 lat powtórki w moim związku, oj ciężko  mnie było wyrwać z tego co tak doskonale znałam…Dziś boję się związków z mężczyznami z „normalnych” domów, swojej przeszłości, doskonale czuję się przy facetach gotowych tworzyć toksyczne związki, ale ich nie chcę. Poczucie bezpieczeństwa jest bardzo ważne. Ja stworzyłam sobie je sama, żaden facet nie zdołał mi tego zapewnić.

          Mam  pracę, którą lubię, mieszkanie do którego zapraszam kogo chcę, poczucie wartości, spotykam się z ludźmi przy których wzrastam i z którymi chcę być. Nie boję się życia, ale pracowałam na to kilka lat, przestałam liczyć, że dadzą  mi to rodzice, partner…przestałam czekać, a zaczęłam działać. Uczyłam się praw DDA i zaczęłam z nich korzystać, bo jeśli nie teraz to kiedy?

          Każdy z nas ma swoją drogę, nikt nie da Ci odpowiedzi na pytanie co masz zrobić? nikt nie wie co będzie najlepsze dla Ciebie? Decyzja należy do Ciebie i Ty poniesiesz jej konsekwencje…pytaj,szukaj, wierzę, że znajdziesz to co najlepsze, bo na to zasługujesz, zadaj sobie pytanie: czego ja chcę w życiu? i to realizuj, może Ci to zająć kilka lat, dni miesięcy…słuchaj głosu swego serca.

          (Gdy miałam dylemat czy wiązać się z partnerem, który od początku nie liczył się z moim zdaniem, terapeuta odradzała mi ten związek, miałam 20 lat, nie posłuchałam, zostałam,,,,potem gdy miałam 33 lata i chciałam odejść, kolejna terapeuta wręcz była oburzona, twierdząc, ze nie dam sobie rady, nie posłuchałam,,,odeszłam.

          Coby było, gdybym posłuchała wtedy w tej pierwszej? byłabym w innym miejscu, inaczej doświadczona przez los! To my decydujemy, dokonujemy wyborów, popełniamy błędy, przecież to Nasze Życie 🙂 szkoda, żeby ktoś inny za nas decydował!

          Edyta

          małaMi
          Uczestnik
            Liczba postów: 5

            Dziękuję, za odpowiedzi.
            Edyto, roskins, jak pytam siebie czego chcę w życiu, to odpowiedź od zawsze mam jedną – stworzyć rodzinę, której nie miałam. I wiem, że ten facet jest do tego idealny. Traktuje rodziców z szacunkiem, zarówno swoich, jak i moją mamę, nigdy źle nie wypowiadał się na temat byłych, nawet jak go podpuszczałam. Mogłabym na niego liczyć. A ja przy tym wszystkim jestem uczuciowo bierna. Przerobiłam już kilka terapii, czytałam mnóstwo poradników psychologicznych. Dało mi to tyle, że rozumiem bardziej ludzi, ale dalej nie rozumiem siebie. Wiem, że to ja szukam problemu, żeby dodawać choć trochę tragizmu temu związkowi. Od tragizmu jestem uzależniona. Oczywiście, że decyzję podejmę sama, tu nawet nie wymagam, żeby ktoś mi powiedział zrób tak i tak. Chodzi mi raczej o to, czy może ktoś tu też tak ma, że nie umie odczuwać miłości. I czym jest to „kochanie” dla DDA. Czy to poczucie bezpieczeństwa? Czy jakieś niewiarygodne zawroty głowy i wizja tylko tej osoby wszędzie, jak to przeżywają moje koleżanki z „normalnych” rodzin. Bo nie wiem, czy jestem z nim z rozsądku, czy po prostu tak kochają DDA, że nie ma wybuchów radości, motyli w brzuchu i szaleństwa krwi, a jest poczucie bezpieczeństwa i niespotykany spokój?

            Dahlia Rose
            Uczestnik
              Liczba postów: 475

              Milosc jest dla mnie WYBOREM,swiadomym ,dzialania na rzecz dobra i rozwoju drugiego czlowieka,jest decyzja o trwaniu u boku drugiej osoby i okazywaniu jej szacunku,decyzja o pracowaniu nad soba by ten zwiazek trwal i tylko TY mozesz taka decyzje podjac.Motyle w brzuchu nie maja nic wspolnego z miloscia ,to tylko chwilowa chemia a cala reszta pozniej to ciezka praca nad soba i zwiazkiem i duzo dobrych checi…

              corazsilniejsza
              Uczestnik
                Liczba postów: 1

                ja wiem że słowo kocham jest dla mnie obce a właściwie odrzucam je sama . Powód prosty osoby które to mówiły bardzo mnie krzywdziły i dla mnie kocham oznacza ból , doszłam do tego całkiem nie dawno wcześniej nie rozumiałam tego . Nie dopuszczam do siebie faktu że tak może być bez krzywdzenia . Ale to ja i każdy musi sam nad tym sie zastanowić . Jestem popaprana długo już walcze o siebie , zmiany sa  i wielu osobą one nie pasują . Ważne w tym jest dla mnie że to ja mam czuć sie dobrze a nie ktoś . Niestety z uczuciami jest dziwnie jednych można powiedzieć nie ma a drugie sa za silne . zastanawiam sie czy bycie dda jest darem czy przekleństwem danym od tego nad nami . W sumie moga to być obie opcje .

                „Iść w stronę słońca”
                Uczestnik
                  Liczba postów: 203

                  Jak napisałaś o swoich relacjach z partnerem, bardzo ciepło robi się mi na duszy…w życiu ,jeśli dwie osoby patrzą razem w tym samym kierunku, jest łatwiej. Być może kiedyś za parę lat, gdy będziesz miała poczucie bezpieczeństwa, zaufanie, spokój i dobrego męża poczujesz te motyle radości, że dokonałaś słusznego wyboru. Prawdziwe motyle.

                  Myślę, że jesteś mądrą kobietą i wiesz czego chcesz…z emocjami można pracować, a mając przy boku dobrego, poukładanego człowieka zajdziesz daleko. czego Ci serdecznie życzę.

                  Gregory
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 13

                    Ja mam to doświadczenie że Pan Bóg wyprowadza pomału życie z takich strasznych sytuacji. Pomimo tej nieustannej udręki ducha, całej masy emocji które powodują chaos i zamieszanie. Ciężko jest tym żyć każdego dnia a szczególnie gdy kolejna relacja umiera i doświadczamy wewnętrznej śmierci i bólu. Ale Pan Bóg zaczyna coś wtedy z nami pracować, podnosic nas z dna, kwestia tego dlaczego jedni tego doświadczają a inni nie?, jest tajemnicą. Myślę że na wszystko jest czas jak mówi prorok Kohelet.

                    małaMi
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 5

                      Dziękuję Wam bardzo. Dostałam tu to czego szukałam – zrozumienie i mądre rady 🙂
                      Corazsilniejsza – Gdzieś zasłyszałam, że czyniąc ze swoich wad i ułomności zalety odniesiemy sukces – dlatego bycie DDA – które początkowo odbierałam jako ogromny krzyż – zaczynam odbierać jako najlepszą naukę, jako otrzymałam. Naukę pracy nad sobą, umiejętności rozumienia innych i obserwowania samej siebie.

                    Przeglądasz 9 wpisów - od 1 do 9 (z 9)
                    • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.