Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › Samotne wieczory
-
AutorWpisy
-
Witam
Od dłuższego czasu każdego dnia zaglądam na to forum, bardziej mnie jego zawartość martwi niż pociesza, bo czasem wydaje mi się, że kręcimy się w kólko,walczymy zacięcie o okruch radości a potem i tak w morzu rozpaczy go topimy.
Ale do rzeczy – jak większość tu jestem dda. Jak niektórzy z Was nie mieszkam już z rodzicami, od kilku lat wynajmuję mieszkanie. Dwa lata jestem na terapii grupowej, wiedzę na temat syndromu mam – jak czasem myślę – aż nazbyt obszerną, ale wciąż nie radzę sobie z pewnymi emocjami. Złość okiełznałam już nieco, zauważyłam, ze w dużej mierze wpłynęło na to rozluźnienie relacji z toksyczną rodzinką i wszelkimi wampirami emocjonalnymi, które dotychczas zwykłam nazywać przyjaciółmi. Dzięki terapii wiele dotychczasowych problemów zniknęło, z niektórymi jakoś sobie radzę, ale są takie wobec których czuję zupełną bezsilność. Jednym z głównych jest lęk przed samotnymi wieczorami. Mogłoby się wydawać,ze skoro mieszkam sama, powinnam przywyknąć, ale nie umiem. Jeśli okazuje się, że każdy ze znajomych ma inne plany wpadam w panikę. Spotykam się czasem, wbrew sobie, z osobami, które mi szkodzą, po to tylko by od tej samotności uciec. Nie umiem jej przekuć w konstruktywne działanie – próbuję czytać, oglądać filmy, a mimo to coś mnie dusi w środku i nie daje spokoju. Bardzo chciałabym umieć płakać – zazdroszczę tym, którzy potrafią w samotności. Ja potrzebuję przyzwolenia z zewnątrz – jak nawiązę bliską relację, zwykle przerażam osobę z którą jestem, bo nagle wyłazi ze mnie cały smutek i ryczę z powodów których sama nie rozumiem. Ale póki co – od 2 lat – jestem sama, więc duszę to w sobie, choć chciałabym bardzo nauczyć się rozładować to tak, by nikomu nie szkodzić.
W związkach standard – jak komuś zależy – uciekam, jak jest niedostępny – jestem "zakochana". Jak teraz – w najlepszym kumplu, który ma dziewczynę. I cała wiedza o tym, że to kaprys wewnętrznego dziecka, rozbija się o to straszne uczucie bólu i odrzucenia, jakiego doświadczam ilekroć on mówi o swojej dziewczynie, ilekroć go z nią widzę. A- jakoże nawet najgłupszy uczy sie na swych błędach, nie podejmuję zadnych działan, by z nim być, bo wiem, ze wtedy "przejdzie mi" i skrzywdzę kolejną osobę. I tak miotam się, z trudem ze sobą wytrzymując, pośród serii nieistotnych czynności, aby przetrwać kolejny dzień.
Jesli to co napisałam jest komuś bliskie, prosze o kilka słów lub jakąś radę.
Pozdrawiam serdecznie panią Kaktus – zazdroszczę trzeźwego spojrzenia na rzeczywistosć. Mam nadzieję, że kiedyś też się tego nauczę.Witaj,
Gdybyś tylko wiedziała jak dobrze Cię rozumiem!
Wiesz, pomyślałam sobie, że samotne wieczory możesz próbować oswoić w ten sposób, żeby umówić się z kimś znajomym i życzliwym, że będzie wtedy na gg. Nie chodzi mi o to, żeby przegadać cały wieczór, ale, że jak Ci będzie bardzo źle to zamienisz z kimś parę słów, tak, żeby sobie przypomnieć, że nie jesteś sama i że jesteś ważna 🙂 Pozdrawiam.I ja przylanczam sie do grona smotnie spedzajacych wieczory…U mnie to juz norma, nie pamietam kiedy ostatnio gdzies wyszlam, kiedy spedzilam wieczor ze znajomymi, z kolezanka z bliska mi osoba 🙁 rok, dwa lata temu ? a moze jeszcze dawniej.. wieczor za wieczorem taki sam. i to jest tak bardzo dolujace ale zarazem idzie sie do tego przyzwyczaic do tego stopnia, ze czuje jak ogrania manie strach, gdy pomysle, ze mialabym teraz gdzies z kims wyjsc. To byloby zachwianie mojego spokoju, mojej wewnetrznej równowagi 🙁 Tak bardzo przyzwyczailam sie do mojej samotnosci, do cieplych kapci, kubka herbaty, poduszki i psa. A w tej smutnej i tak przerazajacej samotnosci – mysli, ktore rania, ktore sprawiaja, ze łzy same leca.:( pustka, smutek, żal do samej siebie,,,
Wczoraj gdy zasypiałam, gdy zamknelam oczy mialam przed soba obraz mojej osoby, stalam w bieliznie, moj organizm byl podzielony na mniejsze i wieksze cząstki a kazda czesc byla odpowiedzialna, za cos innego, co powodowalo, ze jestem az tak BEZNADZIEJNA….Myslami wybieralam kazda czesc ciala i od razu wiedzialam, za co to jest odpowiedzialne….za jaka moja wade… 🙁 tak ciezko bylo mi wczoraj zasnac, tak wiele polalo sie łez…Samotnosc…to moja codziennosc..smutna codziennosc…a tak panicznie balabym sie jakielkolwiek zmiany 🙁
I ja przylanczam sie do grona smotnie spedzajacych wieczory…U mnie to juz norma, nie pamietam kiedy ostatnio gdzies wyszlam, kiedy spedzilam wieczor ze znajomymi, z kolezanka z bliska mi osoba 🙁 rok, dwa lata temu ? a moze jeszcze dawniej.. wieczor za wieczorem taki sam. i to jest tak bardzo dolujace ale zarazem idzie sie do tego przyzwyczaic do tego stopnia, ze czuje jak ogrania manie strach, gdy pomysle, ze mialabym teraz gdzies z kims wyjsc. To byloby zachwianie mojego spokoju, mojej wewnetrznej równowagi 🙁 Tak bardzo przyzwyczailam sie do mojej samotnosci, do cieplych kapci, kubka herbaty, poduszki i psa. A w tej smutnej i tak przerazajacej samotnosci – mysli, ktore rania, ktore sprawiaja, ze łzy same leca.:( pustka, smutek, żal do samej siebie,,,
Wczoraj gdy zasypiałam, gdy zamknelam oczy mialam przed soba obraz mojej osoby, stalam w bieliznie, moj organizm byl podzielony na mniejsze i wieksze cząstki a kazda czesc byla odpowiedzialna, za cos innego, co powodowalo, ze jestem az tak BEZNADZIEJNA….Myslami wybieralam kazda czesc ciala i od razu wiedzialam, za co to jest odpowiedzialne….za jaka moja wade… 🙁 tak ciezko bylo mi wczoraj zasnac, tak wiele polalo sie łez…Samotnosc…to moja codziennosc..smutna codziennosc…a tak panicznie balabym sie jakielkolwiek zmiany 🙁
witaj. spodobal mi sie twoj post, tak dokladnie analizujesz rozne sprawy. wydaje mi sie ze tu nie chodzi o "samotne wieczory", mozna je nazwac jeszcze inaczej, to tylko pretekst. chyba chodzi o to ze w momentach takiej jakby chwilowej pustki zostajemy wystawieni tylko i wylacznie na towarzystwo naszych wlasnych mysli, emocji, watpliwosci, wtedy nic ich z zewnatrz nie zaglusza i trzeba, chcac tego czy nie, sie z nimi zmierzyc. czy tak? nie rozpraszamy sie zadnymi sytacjami, nie "zagluszaja" nas inni. moze lepiej, odwazniej bedzie stawic temu czolo, a nie uciekac, chocby mialy wyjsc z nas nagorsze rzeczy. kiedy wyjda, mam nadzieje ze zostaniemy wolni. ja jednak lubie niekiedy samotne wieczory. lubie zamknac sie w swoim swiecie, jednak czasem to trwa za dlugo, bywa ze zamotam sie tak na dlugi czas, co chyba tez jest jednak pewna ucieczka, tylko ucieczka wewnatrz siebie. a to, jak piszesz ze jesli ktos jest dostepny to uciekasz, a jesli niedostepny interesuje Cie. tez mam taka przypadkosc, ale nie potrafie z tym walczyc. mysle, ze to chyba wynika z wyuczonej relacji z rodzicem – ojcem. nie mam pojecia. ojcem np. niedostepnym emocjonalnie , czy fizycznie, porzucającym, itd, ktory jest zawsze wzorem faceta dla corki, wzorem przyszlych relacji. moze tak byc? pozdrowienia
Dziękuję za wszystkie odpowiedzi:) Troszkę mi lżej ze świadomością, że nie jestem sama. Myślę, że jest dokładnie tak jak pisze joannadarc – motorem większości naszych działan jest lęk – w tym wypadku przed naszym wnętrzem, dlatego rozpaczliwie staramy się go czymś zagłuszyć.Obawiam się, że z taką motywacją nasze relacje z ludźmi są bardzo ubogie, poniekąd "używamy" ich żeby się znieczulić, nie spotykamy się z nimi bo chcemy a często po to, żeby za ich plecami schować się przed sobą. Zyjemy w stanie permanentnego lęku przed życiem, przed ludźmi, przed samym lękiem w końcu i nie skupiamy się na tym co fajne, tylko na tym co potencjalnie zagraża. Ja potencjalnych zagrożen upatruję w tak niewinnych sytuacjach, ze moi "normalni" znajomi łapią się za głowę. Myślę, ze dorastanie w takiej rodzinie na zawsze "wykoleja" percepcję, a terapia moze co najwyżej osłabić nasze reakcje na bodźce, oduczyć nieco nakręcania się. Nigdy nie będziemy postrzegać świata tak jak dzieci zdrowych rodziców. Akceptacja tego faktu jest chyba podstawowym warunkiem zdrowej równowagi psychicznej.
I jasne że szukamy niedostępnych, bo to jedyny znany nam wzorzec męskości, podświadomie wierzymy że na inne traktowanie nie zasługujemy. Ja potrafiłam czuć wręcz pogardę i niechęć do faceta, który się we mnie zakochał. Jakbym czuła ze na to nie zasługuję, jakby tracił na wartości zachwycając się takim zerem.
Ale cóż – to temat-rzeka. Ile byśmy tu nie napisali to niczego nie zmieni. "Drzewo wiedzy nie jest drzewem życia" ktoś kiedyś powiedział. Mozemy znac te mechanizmy w teorii, a i tak na praktykę nie umiemy ich przekładać.
Myślę, że z tym gg to dobry pomysł:) Choć czasem mam, paradoksalnie, ogromną niechęc do kontaktów, siedzę sama ale ukrywam się na gg, żeby nie dzwigać ciężaru rozmowy. Ale terapia nauczyła mnie tego, że to co odczuwamy jako potrzebę (np. potrzeba izolacji) czasem jest po prostu maską lęku, i warto zmuszać się do jakichś działan, nawet jeśli na początku nam się nie chce.Jak unikanie działania wejdzie nam w nawyk ( a mamy skłonności do szkodliwych nawyków niestety) bardzo długo trzeba będzie to odkręcać.
Ja się zmuszam do jazdy na rowerze – nigdy mi się nie chce, wynajduję 100 powodów zeby nie jechać, ale nie słucham siebie i jadę. I wracam w dobrym nastroju, czasem po 30 km jazdy. Człowiek nie jest stworzony do życia w bezruchu, podczas jazdy na rowerze myśli się również, ale jakoś trzeźwiej niż podczas wieczoru przed komputerem.
Oczywiscie żeby nie popaść w drugą skrajność nie jeżdzę codziennie, bo mam tendencje do popadania w chore działania przymusowe, gdzie "powinnam" miesza mi się z "chcę". Ktoś tu kiedyś napisał ze dda kierują się w życiu dwiema rzeczami – lękiem i przymusem. Mam nadzieję, że nie tylko, bo jeśli tak to jesteśmy chyba najgorszym gatunkiem niewolników.
Pozdrawiam serdecznie:)mysle ze masz b. trafne spostrzezenia. o tym np. braku dzialania i izolacji. niestety, jakis czas temu popadlam w totalna skrajnosc – nie bede opisuywac juz szczegulow jak to wygladalo – ale juz z tego wyszlam, chyba. moglo sie to po prostu zle skonczyc, bo przestalo mi juz zalezec, co dalej bedzie. ale… juz jest dobrze, lepiej, znosnie, ale jeszcze nie tak jabym chciala. to jeszcze nie jest zycie jakie bym chciala prowadzic.
masz racje, co do lękow. fakt, tez sie na tym lapie, ze niektore rzeczy przysparzaja sporo chorych emocji, i jak tez niedawno do tego doszlam, jest to glownie lęk przed życiem. bo przeżywać różne rzeczy schowawszy sie za innych ludzi, albo we własnej skorupie to nie to samo co wystawić się na prawdziwe wyzwania, na prawdziwe działania, na ryzyko, podjąć jakieś decyzje nieodwracalne. tego sie zawsze bałam,ale przecież brak decyzji to też jest decyzja, inaczej rezygnacja, więc…
a ta nieumiejetnosc bliskosci. czasem mysle, ze to jest prawie "organiczne".
z jednej strony nieumiejstenosc, a z drugiej prawie chora potrzeba. kiedys zaczelam wracac mysla do pewnej sytucaji i do emocji jakie ona wywoływała. bliskości z człowiekiem mną zainteresowanym. moje myśli były wtedy straszne, gdyby tylko wiedział, nigdy z taka osobą by się nie zadawał, jak ja. robiłam wtedy też wszystko co mogłam, aby skutecznie to zniszczyć. mieszkajac u niego zdradzałam go, nie wracałam na noc, robiłam idiotyczne numery. no i oczywiście zniszczyłam to, po czasie uświadomiwszy sobie swoje patologie, bardzo żałując i bijąc się w pierś, jednak teraz oczywiście już nie ma o czym mówić, choć – na szczęście – pozostajemy w przyjacielskich kontaktach. jak widać, czasem takie szaleństwa są wybaczane, na szczęście.
czy też miałas podobne sytuacje?Brak poczucia bliskości to jedna z najbardziej bolesnych rzeczy, która mnie dziś dotyka.
Samotne wieczory to często okrutne katusze, to właśnie wtedy nadchodzą te wszystkie lęki, myśli – jednocześnie to beznadziejne poczucie traconego czasu, kręcenia się w kółko, zamiast skupić się na działaniu odpływam w destruktywnej analizie – co będzie dalej, poczucie winy że nadal nie robię tego co powinienem, szukanie odskoczni, substytutów aby tylko zająć, skupić swoją uwagę z dala od tego bałaganu w głowie.
Brak wiary, że działania mają jeszcze sens, bo przecież nikt niczego nam nie zagwarantuje, świadomość że nikt nie przywróci raz minionego już czasu, poczucie że z każdą chwilą tracę jakieś możliwości, szanse i trudne pytanie – jak zacząć wszystko od początku, jak dużo siebie, swojego życia jeszcze muszę poświęcić w tej męczarni, aby w końcu coś zmienić, czy jest to w ogóle możliwe ? I to są te najgorsze momenty.
Czasami wydaje mi się, że już kompletnie nie mam na to wszystko siły, wtedy zadaję sobie pytanie – "co mi z tego przyjdzie, że się poddam, ucieknę po raz kolejny ? Cały czas mam dwa wyjścia – albo się dalej dołować i niszczyć, albo iść dalej i próbować".
Staram się iść dalej.
Jak napisała BlackDalia – lęk i przymus – "powinienem" i "chcę" – tak się właśnie dzisiaj czuję, zniewolony przez własny mózg i emocje. Czasami mam wrażenie, że jestem efektem ubocznym własnego wyobrażenia o sobie, jakiejś projekcji, której premiera nigdy się nie odbędzie. Takim brakiem, który został wytworzony w błędnym procesie produkcyjnym, chociaż pierwotne założenia miały być słuszne.
Moja szklanka dzisiaj w połowie pusta, zatem czas udać się na spoczynek, a jutro znów będzie nowy dzień 🙂
pozdrawiam,trzymam za Ciebie kciuki Jedrek! Nie wiem, ale moze to wszystko na tym wlasnie polega, aby staczac sie i podnosic. ciegle zaczynac cos i nigdy nie watpic ze mozna inaczej. zaczynac cos po raz setny. czas trasznie pedzi. chyba zatrzymac mozna go tylko przez maksymalne wypelnienie go z przerwa na chilowa refleksje. nie wiem, tez nie jestem specjalistka od zatrzymania czasu, a raczej od zagubienia sie w nim i w calej tej przestrzeni. tak sobie tylko mysle…, ze moze. pozdrowienia, nie poddawaj sie!
Jednym z naszych problemów jest to,że zamiast życ marnujemy czas na rozmyślania o tym jak chcielibyśmy życ – i nie podejmujemy żadnych działań w tym celu. Nie bez przyczyny nazywa się dda "niszczycielami marzeń". Ja też jestem nie tym kim bym chciała, pomału żegnam sie ze złudzeniami młodości, że jest jeszcze czas, że będzie okazja. Nie będzie – niewykorzystane szanse się mszczą i trzeba się z tym godzić.
Poza tym – my często nie rozpoznajemy swoich potrzeb, swoich uczuć. w związku z tym dążymy usilnie do jakiegoś celu a jak go osiągniemy nie jesteśmy szczęśliwi, bo nie o to chodziło przecież.
Rozumiem joanna co masz na myśli pisząc o tym miotaniu się między pragnieniem bliskości a lękiem przed nią. Gdyby udało nam się znaleźć w jednym człowieku tego, który da nam bliskość i tego od którego gotowi jesteśmy ją przyjąć bylibyśmy szczęśliwi. Ale to są zwykle zupełnie różne osoby – traktowane przez nas zupełnie inaczej niż na to zasługują.
Odpowiadając na Twoje pytanie: tez tak miałam. Krzywdziłam tych, którzy mnie kochali, bo nie umiałam tego przyjąć. Dziś mnie nienawidzą, czemu się nie dziwię specjalnie. W końcu dostałam od losu nauczkę – to mnie w kolejnym związku przypadła rola tej co kocha, a niedostępny partner wyczerpawszy wszelkie profity z naszej znajomości odszedł do innej. Doszłam do wniosku, że rachunki z losem wyrównane i ze związkami koniec, dopóki nie poukładam sobie pod kopułą. O ile to w ogóle będzie kiedyś możliwe.
Najbezpieczniejsze są dla mnie relacje przy zachowaniu zdrowego dystansu, którego strzeże również druga strona. Przekroczenie granicy bliskości to eksplozja zamrożonych emocji – wyłazi ich ze mnie wtedy mnóstwo i jest mi strasznie głupio, bo nikt nie wie dlaczego i skąd, i przede wszystkim – gdzie jest ta maska, którą brano za moją twarz – osoby silnej, zdecydowanej i pewnej siebie? strasznie mi wtedy wstyd i zwykle wycofuję się z takiej relacji, czuję się upokorzona, zwłaszcza jesli nie doświadczam zrozumienia( a nie doświadczam go, bo przeciez nikt o zdrowych zmysłach nie spodziewałby się takich akcji, więc zrozumienie jest ostatnią rzeczą jakiej mógłby mi wowczas udzielić- błędne koło jednym słowem).
Nie martw się Jędrek – nie tylko Twoje życie jest ciągłym "staraniem się" o to by stało się znośne. A doświadczamy ciągle upadków, bo przewracmy się na prostej drodze:) Dzięki terapii wyrzuciłam już kilka niewidzialnych kłód, ale każdy dzień to slalom między tymi co pozostały.
I ta metaforyka fabryczno-budowlana:) Też ją stosuję w swoich tekstach różnych. Ciekawe skąd nam się bierze?;) -
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.