To nie to miejsce, nie ten temat. Rozpacz przybiera jednak różne formy. Jestem w sytuacji bez wyjścia. Zaczęło się od choroby syna. Diagnoza była straszna: choroba nieuleczalna. Walka o powstrzymanie postępów choroby, o zdrowie dziecka. Nic innego się nie liczyło. Potrzebne były pieniądze. Pożyczanie, gdzie tylko się dało. Utrata kontroli, spirala zadłużenia. Otrzeźwienie. Zbyt późno. Wyjazd za granicę, aby próbować ratować sytuację. Kilkanaście lat błąkania się po różnych krajach. Efekt? Starczało na bieżące wydatki. Długi pozostały, rosły. Powiększały je ogromne odsetki. Zawsze jednak tliła się jakaś nadzieja. Teraz zgasła. W najbliższym czasie nieuchronna utrata pracy w wyniku zmniejszenia produkcji. Decyzja już zapadła. Biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy, wiek i stan zdrowia – brak jakichkolwiek perspektyw. Życie na ulicy. Bardziej przerażający jest fakt, że moje długi oddziedziczą moje dzieci. Nie mam żadnych możliwości ich przed tym uchronić. Nie wiem nawet, czy jeszcze się z nimi zobaczę. Żona leczy się psychiatrycznie. Przerażające. Po co to piszę? Sam nie wiem. Przepraszam.
zeskort333@gmail.com