Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Trauma alkoholizmu.. Czy mój mąż ma problem z alkoholem ?

Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 27)
  • Autor
    Wpisy
  • kurianna
    Uczestnik
      Liczba postów: 96

      <p style=”text-align: justify;”>Jest jeszcze coś takiego… Zastanawiasz się, co będzie w przyszłości. Możemy gdybać, ale to nie ma sensu. Coś nam się może wydać prawdopodobne, a może w ogóle nie zaistnieć. To, na co mi zwróciła uwagę moja przyjaciółka to: zajmiesz się tym, jak to się stanie. Na razie zajmij się tu i teraz.
      </p>
      Jestem daleka od lekceważenia ryzyka przyszłego nałogu. Ale nie sposób tego odgadnąć. Dlatego w terapii czy w rozmowach skupilabym się na tu i teraz. Odróżniając tak starannie jak się da twoje lęki od realnej sytuacji (oczywiście wraz z zakomunikowaniem tych lęków, nie, że masz je dusić w sobie, tym bardziej że wpływają one na Waszą relacje – ale o takie odróżnienie przeszłości od teraźniejszości mi chodzi). Nie ma sensu gdybać – sens ma zajęcie się Waszym dobrostanem. Twoim jako osoby. Was jako pary.

      Xlibertas
      Uczestnik
        Liczba postów: 10

        Po pierwsze, bardzo dziękuję Ci za ten wpis. Po drugie, jeśli mam być szczera, to jego picie zdecydowanie bardziej wpływa na mnie niż na całą rodzinę. On wypełnia wszystkie swoje obowiązki. Niekiedy zaniedbuje pracę, bo odsypia zarwane noce. Raz się zdarzyło, że wrócił kompletnie pijany nad ranem, kiedy wiedział, że ma zostać z dziećmi, a ja muszę wyjść do pracy. Więcej się to nie powtórzyło. Owszem, denerwuje mnie to bardzo, że młodszy syn w sklepie często wpada na pomysł, żeby kupić mężowi piwo, bo przecież „lubi, to się ucieszy”. Wtedy myślę sobie, że nie tylko ja widzę ten problem, ale i dzieci kojarzą męża z piciem piwa i graniem. Jeśli już coś realnie wpływa na nasze życie to rzeczywiste uzależnienie od gier. Bo dzieciaki jak coś się dzieje złego, boją się nawet wejść do pokoju i powiedzieć, bo przecież nie można przeszkadzać. Cała reszta to tylko moje obawy o przyszłość. Czy zdążę zareagować w porę, czy sobie z tym poradzę, czy w ogóle da się z tym cokolwiek zrobić, jak już będę wiedzieć, że to realny problem. Wiem, że zadręczam się czymś na co chyba nie mam zbyt realnego wpływu. To co robię tu i teraz, to oczywiście zaznaczam, kiedy coś mnie niepokoi, ale to tylko napędza machinę, bo wywołuję napięcie, które trzeba przecież jakoś odreagować . I takie błędne koło się tworzy. Dziękuję za pomysł wspólnej terapii. Byłam do niej wcześniej sceptycznie nastawiona. Uważałam, że każde z nas musi poradzić sobie na swoich indywidualnych terapiach.

        abcd
        Uczestnik
          Liczba postów: 171

          „Zgadzam się z Tobą. Jestem od 5 lat w terapii, ale jestem świadoma całego ogromnu pracy, który jeszcze przede mną. Jestem typem perfekcjonisty i ciągle muszę przeć do przodu, ciągle poprawiać, pracować nad sobą. Niestety od innych oczekuję tego samego. Walczę z tym, żeby nie musieć wszystkiego kontrolować, ale wciąż nie mogę zrozumieć męża, który ma zupełnie na odwrót. Jak twierdzi, potrzebuje takich cheat days, gdzie puszcza kontrolę i pozwala sobie robić to, na co ma ochotę, przymykając oko na konsekwencje. Na pewno byłabym spokojniejsza, gdyby nie pił alkoholu zupełnie. Ale nie oczekuję, że nie będzie pił wcale, tylko że przestanie przekraczać granice, co zupełnie odbiera mi poczucie bezpieczeństwa. To są oczywiście moje granice. Jak wypije dwa piwa raz na tydzień nic się nie dzieje, ale wypicie całej butelki whisky w jeden dzień i to chowając ją u siebie w gabinecie już sprawia, że czuję się źle. Czy jakby zupełnie przestał pić nie znajdę nagle innego powodu, żeby się „czepiać” , kontrolować i dalej cisnąć do pracy nad sobą … Obawiam się, że jest to możliwe i jest to pole do … Tak … Pracy nad sobą. On nie przestanie pić, bo całe dzieciństwo go ograniczano i jest nauczony walczyć o swoje. A uważa, że nie on ma problem, a ja, bo mu nie ufam i wyolbrzymiam. Jasne, że mu w pełni nie ufam. Jak mam być szczera , zaledwie 2 miesiące temu dotarło do mnie, że tak naprawdę nie ufam nikomu… Zupełnie nikomu. Pewnie dobraliśmy się niefortunnie, ale pewnie to nas do siebie przyciągnęło. Problemy, które każdy z nas musi przepracować i będziemy drażnić siebie, póki tego nie zrobimy. Wchodząc w ten związek po poprzednim nie miałam pojęcia kim jestem, jaka jestem i że w ogóle mam jakieś potrzeby. Biorąc pod uwagę, jak dużo udało mi się odzyskać z samej siebie, uważam ten związek za najlepszą rzecz, jaka mnie spotkała do tej pory. Jednak wciąż obawiam się, żeby nie stać się moją mamą, która trwa do dziś przy ojcu jako kompletnie współuzależniona osoba , usprawiedliwiająca go i już chyba zupełnie żyjąca w świecie złudzeń, a nie rzeczywistości. Ja radzę sobie z wieloma trudnościami przez racjonalizację , stąd powstał mój pomysł , że może powinnam bardziej zgłębić temat alkoholizmu z książek, żeby wiedzieć, co powinno wzbudzać mój niepokój. Wciąż mam problem, żeby ufać sobie i swoim przeczuciom”

          Xlibertas

          Perfekcjonisty, w sensie zaburzenia medycznego, czy po prostu dążenia do doskonałości? Bo jeżeli chodzi o dążenie do doskonałości, to jak najbardziej jest to pożądane, bo człowiek został stworzony do rzeczy wielkich, tylko upadł. A jeżeli jest to na zasadzie, że na stole jest pyłek kurzu i dopóki tego pyłku nie usuniesz, nie jesteś w stanie nic innego zrobić i jeszcze do tego pyłek ten wyprowadza Cię z równowagi, wiadomo jest to niepożądane i do leczenia. I takim zachowaniem rzeczywiście można przyczynić się u drugiego do wpadnięcia w nałóg.
          Cheat days każdy potrzebuje, tylko istotne w jaki sposób obchodzone i co jest paliwem odreagowania. Jeżeli alkohol (butelka whisky/whiskey na dzień- super- mało nie mogę :/, dragi, orgie seksualne i tym podobne patologiczne zachowania to oczywiste, że prowadzi do zdegenerowania).

          Xlibertas
          Uczestnik
            Liczba postów: 10

            Kiedy tylko osiągnę jakiś pułap w rozwoju osobistym, wciąż wyłapuję kolejne niedoskonałości i okazuje się, że praca nad sobą to niekończący się proces. To oczywiste, nikt nie jest doskonały i w każdym znajdzie się temat do poprawy. Z tym, że zwykle nie zdążę się nacieszyć tym, że coś już osiągnęłam, bo muszę biec dalej. Wydawałoby się, że w takim tempie to już jestem niemal oświecona, a prawda jest taka, że mam poczucie, że pomimo ogromu pracy wciąż więcej przede mną niż za mną. Ten perfekcjonizm, jeśli tak to mogę nazwać, to jest właśnie to ciągłe uczucie, że mam jeszcze tyle do zrobienia, tyle do przepracowania. Nie robię tego tylko dla siebie, a po to, żeby wszystkim nam w rodzinie żyło się lepiej. Bo przecież im lepiej będę radzić sobie ze swoimi emocjami, im mniej będę obciążać nimi otoczenie i bardziej świadomie będę mówić o swoich potrzebach, a także reagować na sytuacje takimi, jakie są, a nie przez pryzmat swoich doświadczeń, tym lepiej dla nas wszystkich. Czasami ciężko mi zaakceptować to, że mąż żyje i rozwija się we własnym tempie, co tworzy niepotrzebne napięcia. Co do jego cheat days, to nie jest tak, że po prostu pozwala sobie robić rzeczy, których zazwyczaj nie robi, ale że ma potrzebę nie kontrolowania tego, co robi, nie myślenia o konsekwencjach. Nie będzie wtedy liczył, ile wypił, ani ile wydał na narkotyki (to droga rozrywka). Oczywiście ja mu to wszystko policzę i już teraz nie może tak zupełnie wychillować, bo wie, że „oko Saurona” patrzy i widzi wszystko i to go strasznie złości, bo odbiera przyjemność. Ale nie jestem w stanie udawać, że nie myślę i nie czuję, że to co robi jest złe. A może właśnie powinnam? Po prostu odpuścić, obserwować z boku i zobaczyć, jak on sam się tym zajmie i co z tym zrobić.

            kurianna
            Uczestnik
              Liczba postów: 96

              Cześć, Xlibertas!

              Proszę, napisz, skąd pomysł na ten pseudonim? To jest ciekawe, że masz nick z wolnością, a tematem jest kontrola. Czy Ty też marzysz o wolności?

              Bo dzieciaki jak coś się dzieje złego, boją się nawet wejść do pokoju i powiedzieć, bo przecież nie można przeszkadzać.

              Czyli mamy jak chwycić byka za rogi. Może tematem jest niedostępność emocjonalna Twojego męża? Jeśli wszyscy chodzą na paluszkach, kiedy gra, to jakby „nałóg” czy jego prawo do zabawy jest w centrum życia domowego. I to faktycznie może zaburzać. Piszesz jednak ciut za mało, żeby można było oszacować dobrze.

              A jak to jest z realizowaniem Twojej wolności? Twój mąż ma: kolegów, imprezy, whisky, gry, białą koleżankę (kokainę), spory limit kasy do wydania i jeszcze prawo do nieprzeszkadzania, kiedy oddaje się rozrywkom. Nie brzmi to zbyt symetrycznie. A Ty masz ciągłą pracę nad sobą.

              Brzmi mi to na zachwianie równowagi Twoim kosztem. Czy macie to przegadane? Nie jest tak, że za wiele kręci się wokół jego potrzeb? Żeby było jasne – nie wiem, pytam. Pachnie mi to trochę „męczennicą”, jeśli czytałaś „Czułą przewodniczkę” – takim dawaniem i wytrzymywaniem na gumce. Ale jak mówię – to Ty rozeznajesz, ja tylko robię obserwację na podstawie skromnego wycinka. I swoich tendencji.

              I to jest świetny temat na terapię małżeńską. Wasze potrzeby, ich symetria, podejście do Waszych uczuć wzajemnie. Wasze partnerstwo. Na ile realne, na ile „marzone”. Na ile Ty masz fightu też w sobie, żeby zawalczyć o swoje potrzeby (a na ile realizujesz się w byciu „mamusią”  i pilnowaniem synka-męża).

              Ta rola „oka Saurona”… Znam to… To bardzo słabe jest. Oddałam to (z wielkim bólem, a potem z wielką ulgą) jego wewnętrznemu spojrzeniu. Żeby było jasne – czasem łypię. „A czemu grasz tak długo?” (to jego sprawa, powtarzam sobie, po prostu nie chce mi się samej kłaść). „Dzisiaj już naprawdę długo grasz” (kurczę, masz prawo do tego, sam to sobie oceń, to ja się boję, że skończysz jako chory ślepiec przy kompie, bez formy fizycznej; po drugie trochę też tego luzu ci, mężu, zazdroszczę, gdy wybieram grzeczne kładzenie się spać). Granica – póki nie cierpi relacja. Czyli np. granie, ale nie kosztem dzieci, jedzenia czy seksu. Spotkania – ja wychodzę, on wychodzi. W miarę po równo.

              Tyle że u nas rozkład ról jest trochę inny, mam wrażenie. Mąż jest bardzo dostępny emocjonalnie dla dzieci, opiekuje się nimi. Gdy podchodzą, kończy grę lub pozwala im patrzeć (bitewniaki, strategie, więc spoko), co jeszcze tworzy większą więź między nimi.

              Mój synek w sklepie identycznie miał: kupmy tatusiowi piwo! Najpierw myślę: ale wstyd. A potem: no, zna upodobania. Mówi otwarcie (ja bym w życiu jako dziecko słowa „wódka” nie wypowiedziała – nie mów, nie czuj, udawaj, dbaj o wizerunek domu). Powiem o tym mężowi i zostawię to jemu. I w końcu niepostrzeżenie syn raczej wspomina o ciemnej czekoladzie (70 procent, taką tatuś lubi). Ale nadal wie, że tata lubi i ceni sobie dobre piwo.

              Xlibertas, odniosę się jeszcze do terapii. Często tak jest, wydaje mi się, że terapia (paradoksalnie) staje się narzędziem autoagresji. Tresowania siebie do większej doskonałości. Rozwoju. Produktywności. Bycia lepszą mamą. Lepszą partnerką. Na szczęście mój terapeuta był na to wyczulony i umiał mi wskazać, jak właściwie rozłożyć akcenty. Najważniejsza jest opieka nad sobą. Nad sobą, czyli najbardziej nad tymi zranionymi częściami. Przede wszystkim dziecięcymi. Nastoletnimi. Które boją się wyjść z cienia, bo tyle razy już od nas oberwały (poza tym, czego doznały w domach pochodzenia). Chcesz napisać, jak z tym masz?

              kurianna
              Uczestnik
                Liczba postów: 96

                Dziękuję w ogóle, że doceniłaś wpis. Jakoś ostatnio trudno mi było tu wrócić. Twoja historia mi pomogła – dziękuję za podzielenie się. Ułatwia mi nawigowanie w moim życiu, trzymanie kursu. Potrzebuję takich wzmocnień, łatwo mi popaść w rozpacz, gdy coś idzie nie po mojej myśli.

                Xlibertas
                Uczestnik
                  Liczba postów: 10

                  Ten nick jest ze mną od 20 lat, kiedy to spotkałam na swojej drodze pewno księdza (stąd x-ks), którego nazwisko można wten sposób przełożyć na łacinę.

                  Kościoł i ludzie z nim związani byli moją ostoją w tamtym czasie. Był świat w którym byłam szczęśliwa (wspólnoty przykościelne) i dom. Zaraz po osiągnięciu pełnoletności ten świat runał w gruzach, ponieważ postanowiłam większość swoich wartości poświęcić, żeby zbliżyć się do brata i pomóc mu wyjść z uzależnienia od narkotyków. Do tej pory nie mieliśmy wspólnego języka, byliśmy z kompletnie dwóch różnych środowisk. Ja najlepsza uczennica w szkole, a on ledwo skończył podstawówkę. Ja wieczorami się modliłam i uczyłam, on włóczył się z kolegami, kradł i ćpał. Zostawiłam kościół, naukę też na moment ( najgorszy z możliwych, bo przed maturą) i myślałam, że wtedy mi zaufa i będzie mógł mieć we mnie oparcie. Nie pytajcie… Cóż to był za głupi pomysł. Poszłam do Monaru popytać o to i owo, np. jak żyć z osobą uzależnioną od narkotyków. I tam pewien terapeuta wyłapał, że to ja potrzebuję pomocy. Pod pretekstem, że pomoże mi z bratem, tak naprawdę pracował ze mną. Dzięki niemu zdałam maturę i poszłam na studia. Ale do kościoła więcej nie wróciłam. Taka była cena mojego ogromnego współuzależnienia.

                   

                  Nie mam poczucia braku równowagi w naszym związku, jeśli chodzi o zaspokajanie potrzeb.

                  Z resztą temat potrzeb to dość nowa sytuacja. Jeszcze kilka lat temu tkwiłam w związku, w którym chyba jedyną i niedoścignioną potrzebą, jaką byłam w stanie sprecyzować, był spokój. Po prostu mieć spokój. Nie miałam koleżanek, zostałam na lata odizolowana od większości ludzi, których znałam. Powoli, ale skutecznie. Najlepszą rozrywką było siedzenie z dziećmi na placu zabaw albo oglądanie seriali. Teraz moje życie toczy się głównie wokół pracy, wychowywania dzieci, budowania relacji z mężem. I jeśli jeszcze zostanie jakiś czas, to mogę wykorzystać go na to, czego potrzebuję w danej chwili. Ostatnio np. próbuję odnowić utracone przed laty znajomości. Za to mąż większość czasu spędza w domu (home office od 3 lat), przywozi i odwozi dzieci, gotuje. Kiedyś trenował sztuki walki, ale od 2 lat co wróci na treningi, to po 2 tygodniach łapie kontuzję, która go wyłącza na miesiące. Chodzi sfrustrowany, bo czuje się zamknięty w domu, jak w klatce. Spędza tak dużo czasu na ogarnianiu obowiązków związanych z dziećmi, że jak już wracam do domu, to potrzebuje się od tego odciąć i robić tylko to, na co ma ochotę, a nie to co musi robić. W dodatku pracuję więcej niż on, często nie ma mnie w domu. Jeśli chce gdzieś wyjść, to zwykle nie może wtedy, kiedy ma ochotę, a jedynie wtedy kiedy nasz rodzinny kalendarz (czyli w zasadzie moja praca) mu na to pozwala. Jak wziąć pod uwagę, że ustaliliśmy wspólnie, że jedyny czas na nas to wieczór, jak dzieci pójdą spać i wtedy nie będzie grał, to może grać popołudniami, kiedy ja wracam i mogę się zająć dziećmi. Pewnie dlatego, ja mam poczucie, że gra „ciągle”.

                  Na początku nie mogłam znieść, że zamyka się w pokoju i gra. Był kilka metrów dalej, a ja czułam się opuszczona i w sumie przerażona. Jakby miał nigdy nie wrócić z tego pokoju. Miałam potrzebę, żeby był ciągle obok, w innym wypadku nie czułam się bezpiecznie. Nie byłam w stanie zasnąć, jak nie było go obok mnie. A był przyzwyczajony, że chodził późno spać, więc męczył się obok mnie, bo nie mógł zasnąć Już to przepracowałam na szczęście.

                  Ale kiedy czasem się pokłócimy i on idzie do pokoju i gra, śmiejąc się i żartując z kolegami, a ja przeżywam i zastanawiam się, dlaczego to się stało, dlaczego tak się czuję, o co tak naprawdę chodzi w danej sytuacji, mam poczucie, że to niesprawiedliwe. Bo ja właśnie przeżywam przykre emocje i próbuję wyciągnąć jakieś wnioski, on po prostu ucieka przed emocjami, zupełnie się odcina. Ale on potrzebuje czasu, żeby ochłonąć, po jakimś czasie jest w stanie rozmawiać.

                  Na koniec o terapii. Pisałam w pierwszym wątku, że nigdy nie zdawałam sobie, że mogę być DDA, bo przez 5 lat terapii nikt mi o tym nie powiedział, a ja tego jakoś kompletnie nie czułam. Terapeuci raczej skłaniali się ku temu, że przyczyną moich problemów była relacja z moją mamą. Wyparłam temat ojca i nie chciałam za bardzo się nad tym rozwodzić, a nikt nie naciskał. Nie poszłam w zasadzie na terapię dla siebie, tylko dla dzieci. Czułam, że sięgam dna, cierpię nieskończone duchowe katusze i nie dam rady przeżyć już kolejnych dni. Nie chciałam, żeby moje dzieci kiedyś przeżywały coś podobnego. Wiedziałam, że muszę być dla nich silniejsza i przestać się bać. Ale temat autoagresji też jest mi znany. Miewam nadal takie odruchy. W psychoterapii pewnie również.

                  Raczej w tym sensie, żeby kiedy coś mi nie wyjdzie, móc stać się swoim największym krytykantem. Ale to też powoli zmieniam.

                  Xlibertas
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 10

                    Uświadomiłam sobie dziś, że patrzę na swojego męża zupełnie jak przez kalkę mojego ojca. Każde zachowanie, w którym mam poczucie, że on traci kontrolę, zmusza mnie do przejęcia całkowitej kontroli nad tym, co się dzieje w domu. On staje się w moich oczach ojcem-alkoholikiem, a ja staję się ponownie dzieckiem, które poprzez kontrolę próbuje naprawić sytuację, zapanować nad chaosem. Całe lata myślałam, że wszyscy w domu są od czegoś uzależnieni, tylko nie ja. Że jako jedyna zachowuję się racjonalnie, rozsądnie i dźwigam na barkach całą resztę. To dawało mi poczucie, że to nie ma na mnie żadnego wpływu, że jestem jakby poza tym. Dziś każda sytuacja, w której mąż wypije na tyle, że już widzę jego zamglone oczy i ten specyficzny humor stawia mnie z powrotem w tej dziecięcej roli. Moje bezpieczeństwo jest zagrożone. Muszę bronić siebie i innych. Dlatego tak ciężko było mi określić granicę, po przekroczeniu której ja zaczynam czuć się źle. Tę granicę wyznacza moment, w którym mój mąż pod wpływem alkoholu przestaje być mężem, a staje się w moich oczach ojcem. I to dosłownie! Podobnie się uśmiecha, podobnie żartuje, podobnie się rusza, podobnie nawet się usprawiedliwia i tłumaczy. Rany! Jak ja nie mogłam tego znieść i nie wiedziałam dlaczego! W jednym momencie z przystojnego mężczyzny staję się człowiekiem, na którego nie jestem w stanie patrzeć. I tak ciężko oddać mu odpowiedzialność za rzeczy, które robi. Bo przecież tyle razy zawiódł (nie mąż, a ojciec). Mogę mieć pewność tylko do siebie, do tego co ja bym zrobiła. Dlatego próbuję przejąć kontrolę. Bo potrafię. Jestem doskonała w kontrolowaniu siebie, mistrzyni ascetyzmu, mistrzyni znoszenia wszystkiego, co najgorsze, mistrzyni odbierania sobie, czego tylko zapragnę, mistrzyni ogarniania kryzysowych sytuacji. Mam wrażenie, że większość mojego życia to kryzysowe sytuacje. Czuję się jak w domu. Chociaż to wyrażenie wcale nie kojarzy mi się dobrze.

                    Cisnę siebie, cisnę innych, tworzę napięcie. A kiedy mąż próbuje podzielić się ze mną swoimi trudnymi emocjami, nie jestem ich w stanie ich przyjąć. Przejmuję wszystko do wnętrza. A że mnie to często przytłacza (ostatnio do mnie dociera, że to ja nie umiem być wsparciem), to zamykam się w sobie odruchowo, żeby się chronić. Postawa obronna i jakaś taka niechęć w oczach, bo przecież właśnie zrobił mi coś złego, odstrasza go na trochę przed kolejnym otwarciem się. To pójdzie się napić i pograć. Tak przynajmniej nikogo nie zrani. Z resztą nikt go i tak nigdy nie słuchał, od dziecka tak było. Ojciec (też alkoholik) go zostawił, bo czuł, że to czas na karierę, a nie wychowywanie dziecka. Matka obwiniała go, że to przez niego została sama. To jest przyzwyczajony, że ze wszystkim musi sobie radzić sam. I błędne koło się zamyka.

                    W relacji, w kryzysowych momentach nie traktuję go na równi, a zwykle jak kogoś, kto mi zagraża. Nie spodziewałam się wcześniej, że tak bardzo jest mi trudno zaufać, otworzyć się i nie obstawiać barykadami z każdej strony na wypadek ataku.

                    I owszem, mam prawo czuć niepokój, bo obiektywnie patrząc nikomu nie wyszło na dobre uciekanie przed nieprzepracowanymi tematami w używki. Ale rzeczywiście jedyne, co mogę zrobić, to mówić jak się z tym czuję, ale odpowiedzialność za to, co on zrobi, spoczywa na nim, nie na mnie. I musimy stać się bardziej dorośli, przestać lawirować pomiędzy byciem dzieckiem a rodzicem. Postanowiliśmy pójść na terapię, więc mam nadzieję, że będzie tylko lepiej.

                    Bardzo Wam wszystkim dziękuję za to, że podzieliliście się ze mną swoim punktem widzenia. To wiele dla mnie znaczy i dało mi do myślenia.

                    abcd
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 171

                      „ Kiedy tylko osiągnę jakiś pułap w rozwoju osobistym, wciąż wyłapuję kolejne niedoskonałości i okazuje się, że praca nad sobą to niekończący się proces. To oczywiste, nikt nie jest doskonały i w każdym znajdzie się temat do poprawy. Z tym, że zwykle nie zdążę się nacieszyć tym, że coś już osiągnęłam, bo muszę biec dalej. Wydawałoby się, że w takim tempie to już jestem niemal oświecona, a prawda jest taka, że mam poczucie, że pomimo ogromu pracy wciąż więcej przede mną niż za mną. Ten perfekcjonizm, jeśli tak to mogę nazwać, to jest właśnie to ciągłe uczucie, że mam jeszcze tyle do zrobienia, tyle do przepracowania. Nie robię tego tylko dla siebie, a po to, żeby wszystkim nam w rodzinie żyło się lepiej. Bo przecież im lepiej będę radzić sobie ze swoimi emocjami, im mniej będę obciążać nimi otoczenie i bardziej świadomie będę mówić o swoich potrzebach, a także reagować na sytuacje takimi, jakie są, a nie przez pryzmat swoich doświadczeń, tym lepiej dla nas wszystkich. Czasami ciężko mi zaakceptować to, że mąż żyje i rozwija się we własnym tempie, co tworzy niepotrzebne napięcia. Co do jego cheat days, to nie jest tak, że po prostu pozwala sobie robić rzeczy, których zazwyczaj nie robi, ale że ma potrzebę nie kontrolowania tego, co robi, nie myślenia o konsekwencjach. Nie będzie wtedy liczył, ile wypił, ani ile wydał na narkotyki (to droga rozrywka). Oczywiście ja mu to wszystko policzę i już teraz nie może tak zupełnie wychillować, bo wie, że „oko Saurona” patrzy i widzi wszystko i to go strasznie złości, bo odbiera przyjemność. Ale nie jestem w stanie udawać, że nie myślę i nie czuję, że to co robi jest złe. A może właśnie powinnam? Po prostu odpuścić, obserwować z boku i zobaczyć, jak on sam się tym zajmie i co z tym zrobić.”

                      Bo praca nad sobą przecież jest niekończącym się procesem. Tyle że człowiek sam z siebie nie jest w stanie osiągnąć doskonałości i musi budować na łasce uświęcającej, jeżeli prawdziwą doskonałość chce osiągnąć. Kierując się samym rozumem, racjonalnością zawsze będzie czegoś brakować.
                      Twój mąż popadł w błędny sposób odreagowywania (sposób człowieka niedojrzałego, uciekającego od męskiej decyzji, a jeszcze dzieciaka który nie przepracował tego, że za młodu był kontrolowany- i tak go to jeszcze boli, że musi sobie normalnie przyćpieć, pograć w gry i nażłopać kosztem innych, w iluzji braku konsekwencji, bo za młodu był kontrolowany, och i dalej jest bidula zapewne kontrolowany-zawsze coś, zawsze znajdzie się pretekst. A dostrzega jak funkcjonuje pod dyktando kokainy i alkoholu, czy większa tragedia musi się wydarzyć? ). I wcale niedziwne, że to tworzy w Tobie napięcie. Bo przebywać z narkomanem, pijakiem, który nie widzi problemu to udręka. Tylko nie zgorzkniej i nie daj się udrękom i zawsze z miłości a nie ze złości działaj. Powodzenia Wam życzę i doceńcie to co macie i przyjrzyjcie się co możecie stracić, ile wolności pójdzie w pipą przez narkotyki, alkohol, granie bez opamiętania, ale i przez walkę z tym bez ducha miłości, odpowiedzialności, czułości, odpowiedniej wyrozumiałości. Good luck. Z Panem Bogiem

                      • Ta odpowiedź została zmodyfikowana , 1 tydzień temu przez abcd.
                      kurianna
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 96

                        Xlibertas, aż nie chce mi się wierzyć. Tak bardzo rezonuje ze mną to, co piszesz, że to aż niewiarygodne. Może podobieństwo sytuacji wzmaga podobieństwo mechanizmów. W każdym razie przytulam Cię mocno. Widać, jak cierpisz.

                         

                        Ale jesteś też w tej swojej pracy nad sobą TAK wytrwała! Gratulacje. Przyjrzenie się mojej kontroli było dla mnie bardzo trudne i odsłaniające (pamiętam jak nienawidziłam terapeuty za te słowa, które tu przytoczyłam, że jestem kontrolująca – zanim zdołałam je przyjąć, upłynęło sporo wody w rzece). A Ty robisz to tutaj, tak otwarcie. Czytelnie. To jest ogromna rzecz taki wgląd. Domyślam się, jak trudna.

                        Myślę że z taką świadomością i dobrą wolą droga przed Wami jest jasna. Trudna, ale jasna.

                         

                        Wspieranie męża… Ja tak świetnie wspieram innych! Powoli do mnie docierało że tę empatię, którą mam na 1. miejscu w teście Gallupa, tak rzadko jemu okazuję. Albo wtedy, kiedy mi wygodnie. A kiedy on prosi – zamykam się przytłoczona.

                         

                        Pomogło mi, że zaczął prosić otwarcie. Wręcz wymagać! „Wysłuchaj mnie. Ja to robię dla Ciebie”. I pomogło mi jeszcze ćwiczenie empatii. Praca nad empatia jako umiejętnością – nie muszę przejmować czyichś uczuć, to przeciwieństwo empatii. Pozostaję spokojna, dając się wygadać. Nie radząc od razu (to najtrudniejszy etap). Parafrazując . Nazywając uczucia. Trochę jak w Faber Mazlish (pewnie kojarzysz książkę) – dużo hmmm acha, więc poczułeś się rozczarowany etc. Starając się nie brać do siebie jego uczuć i nie przekierowywać na mnie od razu (bo np. czuję się winna, więc chcę się oczyścić, obronić – i już nie mówimy o nim i jego pogrzebach).

                         

                        To, co piszesz o pijanym ojcu… Doskonale Cię rozumiem. Mój mąż ma inną ekspresję po alko, ale wiem, jak to może podziałać (ja mam ten problem, że długo szukałam brakującego ojca w obcych osobach, co prawie zniszczyło moje małżeństwo – uratowała nas otwarta komunikacja i dobra wola, oraz terapia).

                         

                        Ale jaki to jest ogromny krok że to zobaczyłaś! Tego się nie da przecenić. To jest pierwszy krok, ale najważniejszy. Czasem niemal wystarczający. Bo widzisz jego dziecko. Jego bezbronność w tym. Granice swojego wpływu i jego reakcje. Zaczynasz odróżniać ojca od męża. I toksyczny taniec w Waszym związku ma szansę się zmienić na wspierający, autentyczny, pozwalający na uwolnienie każdej ze stron.

                        Serio wiem jakie to trudne. To odróżnienie ojca od innych ważnych mężczyzn. Np. na sesjach miałam aż iluzję optyczną – tak mi się mój terapeuta wydał podobny do ojca. Na szczęście tam to było pożądane i możliwe do przepracowania. Dużo mi pomogło, że aż tak nakładam, też w innych relacjach. Oczywiście bardzo się wstydziłam, że tak się „mylę”, ale teraz widzę, że to mechanizm ujawnial się i schodził. A potężnie kierował mną spod spodu przez praktycznie całe życie. Zresztą nadal próbuje to robić kiedy się nie pilnuje albo jestem w emocjach. Terapia pomaga tu budowaniem ja obserwującego, gdzie mogę się schronić i popatrzeć na to z góry.

                         

                        Przegadalam Twój wątek z mężem. Powiedział, żebyście się skupili też na dobrym rozplanowaniu obowiązków między siebie. On też pracuje zdalnie, zajmuje się dziećmi, ja wychodzę do pracy, na szkolenia… Odkąd lepiej się dzielimy, a on sygnalizuje swoje potrzeby, nie ucieka tak w nałogi. Po prostu został odbarczony. Nie tak do końca… Ale w dużej mierze.

                         

                        Bardzo fajnie że idziecie na terapię, że oboje chcecie! To jest super okazja dla Was do zobaczenia się takimi, jakimi rzeczywiście jesteście, w Waszych potrzebach i tych zranionych częściach💖 uwolnienia się od tego, co Wam w relacji szkodzi, a wzmocnienie tego, co buduje i uwalnia. życzę Ci dużo sił i dużo powodzenia, Xlibertas!

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 27)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.