Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD trudności po rozstaniu – osobowość unikająca

Przeglądasz 4 wpisy - od 1 do 4 (z 4)
  • Autor
    Wpisy
  • cichawoda
    Uczestnik
      Liczba postów: 2

      Zedecydowałam się napisać tutaj, być może stanie się to dla mnie formą autoterapii, a może ktoś rzuci nowe światło na moją sprawę.

      Kilka miesięcy temu zostałam, choć brzmi to fatalnie, porzucona na krótki czas przed ślubem. Relacja, w której byłam wydawała mi się bardzo dobra. Przede wszystkim łączyły nas wspólne wartości, które uważałam za najważniejsze spoiwo związku. Była to dobra relacja, choć wiadomo zdarzały się mniejsze lub większe trudności. Jednak czym bliżej było tego ślubu, tym bardziej były partener wariował. Ostatecznie doszło do rozstania, którego całkowicie nie mogłam dopuścić do siebie. Cały czas wierzyłam, że to tylko chwilowy kryzys, że potrzebuje on więcej czasu.

      Po jakimś czasie pojawiła się „szansa” na odbudowanie relacji. Jednak starania o te więź były tylko jednostronne, to były moje starania. Zżymałam się z bólu, nie chciałam być natrętna, ale czułam się całkowicie pominięta i nieważna. Owy pan twierdził, że musi odbuować moje zaufanie, przy czym nie robił nic. Trwając w tej udręce, zrozumiałam, że w ten sposób tego zaufania nie da się odbudować i widocznie on tego nie chce, skoro nie podejmuje żadnych działań. Wiedziałam, że były partner jest w kryzysie, że ma jakieś problemy na tle psychicznym, starałam mu się pomóc, szukałam rozwiązań. Ale tylko ja szukałam. Cierpiąc niemiłosiernie, zdecydowałam, że nie chcę trwać w takim układzie, że jest to toksyczne i w gruncie rzeczy nie da się nikogo zmusić do miłości.

      Jak się okazało były partner ma osobowość unikającą (albo zaburzenia osobowości, nie określił konkretnie). Nie omieszkał mnie o tym poinformować, bo dla niego nie liczyło się moje cierpienie związne z kolejną próbą nawiązania kontaktu. Stopniowo oswajam się z myślą, że w takim wypadku dobrze się stało, że trwanie w relacji małżeńskiej z taką osobą doprowadziłoby mnie do ruiny psychicznej (jestem WWO). Wpadłam w głęboki kryzys, który rzutuje niemal na każdą dziedzinę mojego życia. Próbuję się pocieszyć, że to normalne, przecież ja niczego nie udawałam i moje uczucia i zamiary były szczere. Nie mogę jednak znieść tej myśli, że on tak naprawdę mnie nie kochał. Tak jakby jednego dnia okazał się zupełnie innym człowiekiem. Stał się zimny, zamrożony emocjonalnie, zobojętniały na moją krzywdę. Jeszcze wmawiał mi, że to wszystko czyni dla mojego dobra. Nie wiem, co może być dobrego w zwodzeniu kogoś, serwowaniu niestabilności emocjonalnej i czynieniu z siebie osoby tak szlachetnej.

      Przy rozstaniu powiedział mi wiele przykrych słów, czepiając się moich, mówiąc nieskromnie, drobnych wad, wyolbrzymiając je do rangi niemożności stworzenia związku. Nie potrafię jednak pojąć dlaczego posunął się do tak poważnych decyzji (zaręczyny, wyznaczenie daty ślubu, wszystko było jego inicjatywą), a następnie umniejszenia mojej osobie i całkowite zobojętnienie. Rozumiem, że jest to uczciwe – odejść, jeśli nie kocham i nie jestem dojrzały, żeby wejść w poważny związek, ale po co było to całe zwodzenie? Czy wszystkie wcześniejsze zachowania i uczucia były udawane? Przy końcu usłyszałam, że nie był przy mnie sobą. A ja naiwnie myślałam, że przy mnie najbardziej był sobą…
      Jeszcze to miotanie się i wciąganie mnie w swoją chwiejność, którą ja przypłacałam oceanem łez i bólu…

      Chcę teraz postawić na siebie i podjąć terapię DDA, żeby stanąć na nogi i przygotować się jak najlepiej do małżeństwa, tylko już dla innej osoby. Próbuję to przekuć w szansę na podratowanie swojej przyszłości, na możliwość zbudowania dojrzałej i szczerej relacji.Tylko ta jedna myśl mnie wykańcza, zwłaszcza gdy przeczytałam tutaj na forum zwierzenia jednej dziewczyny, która twierdziała, że tak naprawdę nie kochała swojego partnera, tylko nie potrafiła mu o tym szczerze powiedzieć, więc stosowała różne wybiegi.

      kurianna
      Uczestnik
        Liczba postów: 106

        Cześć, Cichawodo!

        Współczuję. Brzmi to jak naprawdę ciężki moment.Bolesny bardzo. I takie wzruszające, że nie dajesz się zatopić, tylko szukasz przyczyn – i w sobie, i w nim, i w relacji… Fajnie, że nie poddajesz się ciemnym myślom, tylko tak świadomie starasz się to przyjąć. Heroiczne dla mnie. I budujące.

        Cóż Ci mogę napisać, nie znam człowieka… Ale mogę jakby w przybliżeniu Ci wskazać moją optykę, opierając się na własnych i poznanych przykładach podobnych uczuć, zachowań.

        Facet zaangażowany, unika nagle… i rani. Hmmm… Obawiasz się, że to wcześniej było nieprawdą. Moim zdaniem, nie jest to takie proste. Mi z pomocą przychodzi to, że jesteśmy pokawałkowani, różne części w nas mieszkają. Ja np. szczerze kocham mojego partnera, ale ze względu na niedostatki naszej relacji, nasze mechanizmy obronne – nienawidziłam go także szczerze i raniłam. Czasem nadal to czuję i robię (z wzajemnością), nie tak ogniście i głęboko jak kiedyś, szybciej też wracamy do równowagi. W żadnej z tych skrajności nie byłam nieszczera! Ale terapia i dojrzałość ułatwiają nawigowanie w tym gąszczu uczuć i zachowań – i przede wszystkim szczere komunikowanie tych trudnych rzeczy. Na wcześniejszym etapie, zanim się nazbiera tyle, że człowiek rani. Albo ucieka.

        Jeśli tego się nie umie, włączyć tej nawigacji – włącza się unik. Ale nie dlatego, że wcześniej było nieszczerze – bo było tak szczerze jak się dało. [poza socjopatami, którzy z założenia manipulują dla korzyści – ale jednak wydaje mi się to w życiu bardzo rzadkie, częste za to w filmach i książkach]. Tylko np. dlatego, że za dużo z siebie dawałam, to potem mi się włączał unik lub gniew (ale nie dlatego, że nie chciałam dawać – tylko nie wiedziałam, ile będzie dobrze, dawałam za dużo). Albo zgadzałam się na coś, na co nie powinnam – i potem też to się w partnera obracało.

        Więc nie przejmowałabym się, że to Ci w jakiś sposób uchybia – że wydawał się sobą, a potem nagle jest zimny i uciekł. Po prostu był sobą, ale nieumiejętnie np. gospodarował czułością, zaangażowaniem etc. – i potem tak samo był sobą, uciekając.

        A to, że ktoś na forum napisał, że nie kochał, ale nie umiał powiedzieć – tak bywa. Ale to też może być uproszczenie. Myślę, że najczęściej „myślałam, że kocham, ale jednak to było np. przywiązanie, wzorce z domu, strach przed samotnością etc., a nie miłość”. Rzadko kto pakuje się w związek z założenia, by być nieszczęśliwym lub nieszczerym. Bardziej chodzi o to, że nie potrafi się być szczerym z sobą samym. Mechanizmy to zasłaniają, uniemożliwiają.

        A jak Wasza relacja wyglądała pod tym kątem? Rzeczywiście czarno-biało zaangażowanie i unik? Czy były sygnały? Pytam pod tym kątem, żebyś też mogła się ustrzec na przyszłość tkwienia w takim systemie i umiała go rozładować w razie potrzeby. Oczywiście jak sobie opatrzysz rany i spojrzysz z nadzieją – czego Ci gorąco życzę.

        cichawoda
        Uczestnik
          Liczba postów: 2

          Wcześniej było dobrze, był zaangażowany. Zmiana zachowania zaczęła się pojawiać wówczas, gdy przeprowadził się do tego samego miasta i dystans zaczął się skracać.

          Po przeczytaniu książki „Partnerstwo bliskości” zrozumiałam, że pewne sygnały ostrzegawcze pojawiały się już na początku naszej znajomości, tylko ja tego nie widziałam lub nie chciałam widzieć. Np. nie był on zdecydowany po pierwszym spotkaniu, by pchnąć naszą znajomość do przodu, był taki niezdecydowany, nie wiedziałam czego chce. W końcu to ja byłam inicjatorem naszego kolejnego spotkania. Mijaliśmy się na poziomie emocjonalnym, nie czułam z jego strony wsparcia, ale nie zwracałam na to uwagi. Bardzo się starał, ale na płaszczyźnie emocjonalnej całkowicie się mijaliśmy.

          Wierzę, że ta relacja musiała się tak zakończyć dla mojego dobra. Dla mnie samotność w związku byłaby źródłem nieustannego cierpienia, nie uniosłabym tego.

          dda93
          Uczestnik
            Liczba postów: 635

            Brzmi dziwnie znajomo. Kilka lat temu też znalazłem się w takiej relacji. W drugim dniu, kiedy nasza znajomość przeszła z fazy wirtualnej w rzeczywistą, usłyszałem mnóstwo słów, jak to ona jest strasznie zapracowana i chce nadal wieść bogate życie towarzyskie. To był ten sygnał ostrzegawczy, że nic z tego nie będzie. Mogłem go zauważyć, tyle że… drugiego dnia było już za późno.

            Związek ten przetrwał 5 miesięcy i – tak jak piszesz, największe problemy zaczęły się, kiedy dystans skurczył się z ponad stu do kilku kilometrów (to ja wziąłem na siebie ciężar przeprowadzki). I wtedy się zaczęło: nagle odwoływane spotkania, inne nasze spotkania, których w planie nie było, ale się pojawiły, „dozowanie” kontaktu ze strony tamtej osoby, żeby przypadkiem nie było go za dużo, no i oczywiście brak możliwości zamieszkania razem.

            Ale nigdy nie wiesz, co na Ciebie czeka za najbliższym zakrętem. Upłynęło trochę czasu i… poznałem największą miłość swojego życia. Pewnie nigdy bym Jej nie znalazł, gdybym się nie przeniósł do innego miasta. Nasze wspólne szczęście, niestety, trwało krótko i nie zdążyło rozwinąć skrzydeł, gdyż… Ona zmarła nagle, z powodów związanych ze zdrowiem.

            Teraz jestem w związku dużo trudniejszym, niż ten, który spowodował moją przeprowadzkę i tamten bywa, że wspominam z nostalgią. I dużo mniej pełnym ciepła i wzajemnego zrozumienia niż ten, który zakończył się śmiercią. Czasem myślę, że jestem w niebie. Dużo częściej jednak, że jestem na dnie piekła. Nieustanna walka o to, żeby ta druga osoba była w związku, podczas gdy czasem ją napada coś i jest mentalnie totalnie poza związkiem (skutek chyba jej długich lat w samotności). „Wybieraliśmy relacje niestabilne, gdyż te przypominały nam relacje z naszym uzależnionym lub współuzależnionym rodzicem”. Jak na złość, gdy trafiła mi się jedna relacja poza tym schematem, to musiała się zakończyć śmiercią.

            Czasem myślę, że gdyby nie pewne wydarzenia w moim życiu i decyzja o przeprowadzce, do wszystkiego tego by nie doszło. Że wolałbym cofnąć czas. Ale czy na pewno…

            Podobno wszystko, co nas spotyka po drodze „jest po coś”, tyle, że jeszcze nie widzę tej puenty, która Stwórca tak wytrwale chowa przed moimi oczami. A może nie chcę jej widzieć? Może to jakaś zmiana orientacji (po tak wielu porażkach z płcią przeciwną chyba czas najwyższy…), a może do końca moich dni (bliżej już niż dalej) czeka mnie samotność.

            Ale tak, zgadzam się i potwierdzam, dla WWO spotkać kogoś z unikającym stylem przywiązania to masakra… Porady z netu mówią, że przed taką osobą należy udawać brak przywiązania i wtedy to ponoć działa. Ale ileż można się bawić w taką ciuciubabkę i żyć w kłamstwie…

          Przeglądasz 4 wpisy - od 1 do 4 (z 4)
          • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.