Witamy Fora Szukam Ciebie Wszechobecne poczucie odrzucenia

Przeglądasz 10 wpisów - od 321 do 330 (z 434)
  • Autor
    Wpisy
  • Jakubek
    Uczestnik
      Liczba postów: 981

      A więc to był prawdziwy las. Straszne. Mogę sobie wyobrazić tę przerażona dziewczynkę. Mam tylko nadzieję, że opłakałaś już jej los.

      Słucham ostatnio dużo o narcyzmie. Stawiam amatorskie diagnozy sobie, mojemu ojcu, partnerce. Z tych przyswojonych treści zapamiętałem m.in., że zaburzenia osobowości mają pewne spektrum i nie każdy przejaw narcystycznej cechy jest równoznaczny z klinicznym obrazem zaburzenia. Każdy człowiek przejawia cechy narcystyczne w jakimś, choćby minimalnym, stopniu.

      Usłyszałem też, że borderline i narcyzi często łączą się w pary. Są wręcz idealnymi dla siebie (w niezdrowym sensie) partnerami. Chodzi o to, że doskonale pomagają sobie nawzajem w odtwarzaniu rozwojowych ran (odrzucenia, porzucenia, zaniedbania, krzywdzenia, itd). Oboje wiercą sobie w tych ranach skalpelami i to im sprawia chorą „przyjemność” – bo czują wtedy, że żyją.

      Jedna terapeutka mówiła też, że borderline – narcyzm – psychopatia leżą jakby na osi .Narcyzm jest pośrodku tych zaburzeń, ale jakoś pokrewny obu. Nic więc nie byłoby dziwnego w tym, że osoba ze zdiagnozowanym BPD odnajduje w sobie jakieś elementy narcystyczne.

      Pewnie dla Ciebie to rozkminy laika, więc wybacz mi wymądrzanie się. Jednak tematyka narcyzmu i innych zaburzeń wciągnęła mnie i zaczynam myśleć o własnej terapii pod tym kątem. Wcześniej przez lata u kolejnych terapeutów w zasadzie nie wiedziałem co mamy robić na sesji. Czekałem na to, co oni mi zaproponują i w końcu z rozczarowaniem przerywałem terapię.

      Dla mnie nie brzmisz, jak narcyzka. Raczej przypominasz mi moją dziewczynę w pewnych wypowiedziach.

      Oliwia75
      Uczestnik
        Liczba postów: 161

        Cerber,

        piszesz o małym chłopcu, który chce się bawić i ma nadzieję. W tym jest życie, nadzieja na coś, co czeka, co się zdarzy. Czasami „los’ przychodzi z pomocą, a czasami ma nas w nosie. Mówi się: weź los we własne ręce! A nawet ryzykuj, działaj mimo lęku, bo nic nie zyskasz, stracisz szanse. Coś w tym na pewno jest. Jak nie spróbujesz to się  nie dowiesz. Ale, żeby się nie spalać warto trochę przemyśleć, czy nie podejmuje się czegoś niemożliwego, nie miarę możliwości. Ja tak mam teraz z pracą zawodową. Zbyt mało umiejętności, kompetencji, niskie poczucie wartości, przejmowanie się tym, że zrobię coś nie tak, albo po prostu nie zrobię. Powoduje to czucie się gorszą, zawodną, niedocenianą i brak sił, energii, zadowolenia. Długo tak się nie pociągnie. Robienie czegoś na swoją miarę… ale jak realnie to ocenić? Pragnienie i chęć robienia czegoś to za mało.

        Nie o tym maiłam pisać.

        Jestem bardziej przy tym małym chłopcu, przestraszonym, samotnym, zagubionym, dla którego świat jest zagrożeniem. Więc, jak tu podejmować wyzwania, jak mimo jawnych dowodów zagrożenia iść i przedzierać się, nie rezygnować, nie wycofywać się? Przecież znowu dostanie się razy (te dosłowne i te raniące duszę), znowu usłyszy się, że jest się  do niczego, że nie ma się prawa, bo to inni je mają. Ale

        Ja byłam niemym dzieckiem, sparaliżowanym, robiącym wrażenie upośledzonego, łączącym cechy każdego z ról dzieci dda w rodzinie. W zależności, co rodzinie pasowało bardziej. Nie umiałam wyrażać się (nadal nie umiem), walczyć o swoje i czułam się WINNA. Do dziś czuję się za wszystko winna i że nie mam do niczego prawa. Słyszę głos „demona” z tyłu głowy, który rży z pogardy. Szydzi. Całkiem niedawno usłyszałam od jednego członka rodziny, że jestem NIKIM. Jak ktoś taki nikt może czegoś chcieć, pragnąć, strać się? Powinien zgnić w ciemnej komórce, nie zajmować sobą uwagi. Nadal czuję się winna, że się urodziłam i śmiałam zająć sobą przestrzeń i czas, być. Nadal mam ze sobą ciężar, że matka musiała się ze mną męczyć, byłam obciążeniem dla rodzeństwa, a do ojca nie podchodź, nie przeszkadzaj, ale do bicia, jako coś do wyżywania się, odreagowywania nadawałam się.

        Tak więc, Jakubek, nie opłakałam tej małej dziewczynki, jest to nie do wyrażenia. To trwa, to się odtwarza. Zbyt dużo tam było. Traumy wracają i nawet na terapii są nie do ruszenia. Wtedy gryzę, a terapeuta „zamyka mnie w klatce”, chyba w reakcji obronnej. Więc nadal zostaje to w przestrzeni, ani w przeszłości, ani w zapomnieniu. Chyba złość mi się uruchomiła, jako reakcja obronna. Chyba.

        Książki?

        Próbowałam czytać „Chłopki”, ale za dużo tam widzę swoich doświadczeń, nie jestem w stanie i złości mnie, jak ktoś komentuje to, że nasze babki, prababki tak miały i o opowiada o swoich wrażeniach jak o fikcji literackiej.  Z oporem, ale fragmentami słucham „Miłość w czasach zarazy”. Jest tam coś ciekawego, zatrzymującego. Dla mnie jednak za mało. Próbuję czymś zająć swój umysł, żeby za dużo nie myślał, bo przecież i tak nic nie wymyśli.

        Narcyzm? Hmm.

        Wszyscy bywamy egocentryczni i okresowo bardziej skupieni na sobie, nie widząc innych, nie starając się ich zrozumieć. Szczególnie gdy coś doskwiera. Wtedy przydaje się wzajemność. Ale gdy boli non stop? Gdy ciągle czujemy się zagrożeni? Gdy zaczynamy potrzebować i to zbyt mocno…? Jak tu zapomnieć o sobie, gdy zbyt mocno boli, gdy brak czegoś bardzo? Jak mieć w równowadze innych i siebie? To pytania bez odpowiedzi, cała psychologia się sili, żeby wiedzieć, jak być spełnionym człowiekiem. Ja szukałam w religii, w psychologii, w rodzinie, u ludzi, w miłości, czasami w nieoczywistości, dziwności. I co ? Pustka, cierpienie, samotność, niezrozumienie. Gdy chcę za dużo i skupiam się na swoim „szczęściu” chcąc go osiągnąć, to idzie to w przeciwną stronę. Gdyby można było nic nie chcieć, nie pragnąć…

        Czy cierpienie wynika z niewłaściwych pragnień? Z braku realizmu? Czy zaburzenie skazuje na cierpienie, na osamotnienie?

        I czuję się winna, że to wszystko piszę…

         

        Jakubek
        Uczestnik
          Liczba postów: 981

          Mam chyba podobne do niej poczucie nieprzystawania do odgrywanej roli społecznej, towarzyskiej, zawodowej. Jakbym ciągle udawał, że jestem takim, jakim chcą mnie widzieć, a więc kompetentnym, dojrzałym, mądrym, odpowiedzialnym, itd. A tymczasem często czuję się zagubionym i przestraszonym dzieckiem.

          To sprawia, że spotykani ludzie stają się regulatorami mojego nastroju i myślenia o sobie samym. Jestem nieustannie nastawiony na wyłapywanie aprobaty i uznania, potwierdzenia mojej wartości, a zarazem skrupulatnie odnotowuję każdy przejaw niezadowolenia ze mnie, krytyki, rozczarowania mną, itd. Zależnie od reakcji otoczenia myślę o sobie albo dobrze albo źle.

          Pomagają trochę „narzędzia” wzięte ze wspólnot 12 krokowych: telefon do znajomego ze wspólnoty i wyżalenie się, zrzucenie napięcia emocjonalnego, wysłuchanie jego zdania.

           

          Oliwia75
          Uczestnik
            Liczba postów: 161

            Jakubek

            Wejdę jednak w polemikę na temat narcyzmu, choć na jego diagnozie się nie znam. W mojej pracy co innego jest przedmiotem pomocy. Tu link, który mówi coś o tym. Ty w swoim poście raczej piszesz o swoich problemach z poczyczuciem wartości i pewnosci siebie, zagubieniu

            https://www.facebook.com/share/r/aLJbASEMrMdFigUY/

            Tak już mam, że wolę brać w obronę kogoś, jak widzę że sam siebie pognębia.

            • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok, temu przez Oliwia75.
            Cerber
            Uczestnik
              Liczba postów: 161

              Cześć Oliwio, w końcu mam chwilę czasu i sił żeby ci odpowiedzieć bo chcę od momentu jak mail z forum przyszedł.
              Muszę przyznać że dopiero za trzecim lub czwartym razem dałem radę przejść przez post, przez fragment opisujący ciebie bo JEST TO TAK PODOBNE DO MOJEJ HISTORII że aż boli.

              „Ja byłam niemym dzieckiem, sparaliżowanym, robiącym wrażenie upośledzonego, łączącym cechy każdego z ról dzieci dda w rodzinie. W zależności, co rodzinie pasowało bardziej. Nie umiałam wyrażać się (nadal nie umiem), walczyć o swoje i czułam się WINNA. Do dziś czuję się za wszystko winna ”

              Tu odpisałaś moje dzieciństwo i większość „dorosłego” życia! Co nadal mi ciąży raz mocniej raz słabiej. (Napisałem dorosłego w cudzysłowiu bo nie czuję się dorosły nadal mam dużo z dziecka. )
              Mój „demon” to karykatura mnie czy starego może mieszanki nas dwóch. Który mówi , szepcze: jesteś słaby, nie idź tam bo dostaniesz po głowie, nie rób tego bo cię wyśmieją, nie odzywaj się bo powiesz głupotę, zamknij się w domku i z nikim nie rozmawiaj bo nikt nie chce mieć cię wokół siebie, i dlatego jesteś popychadłem i jak pójdziesz tam to twoja winą jest że oberwałeś. TO TWOJA WINA! I tylko nie waż się walczyć o to co ty chcesz bo to złe! I dostaniesz podwójnie a jesteś słaby i nie obronisz się i zabiją cię!

              Bity w domu nie, byłem spychany w kąt przy każdej awanturze w domu „bo mały” w szkole byłem popychadłem bo bałem się bronić. Nauczycielka z klas 1-3 wyżywała się na mnie (nie tylko na mnie) Tak patrzę z czasem i nie wiem czy uważała mnie za upośledzonego bo musiałem chodzić na „zajęcia wyrównawcze” z chłopakiem który właściwie nie mówił przez 8lat nie pamiętam żeby wypowiedział pełne zdanie, i dziewczyną która miała problemy z wszystkimi przedmiotami , to było dla mnie poniżające: „jestem tym gorszym „. A kiedyś to było raz wrzeszczała na mnie kiedy oddawałem jej jakieś dodatkowe zadania z matematyki które miały być na czy przygotowaniem/sprawdzaniem na olimpiadę/konkurs matematyczny. A ja tego nie zrobiłem w domu nie powiedziałem o tym,sam nie wiem dlaczego.

              „piszesz o małym chłopcu, który chce się bawić i ma nadzieję. W tym jest życie,”

              Tak, może i tak… Tylko jak się nauczyć że każde wyjście ze „stodoły ” nie kończy się wyśmianiem poniżeniem atakiem ,albo kompletnym zobojętnieniem na jego potrzeby? Jak nauczyć się że to może coś zrobić i nie być wykorzystanym czy wyśmianym , kiedy to działo się przez większość życia i to nie epizody a była to norma? ….
              Widzę że mamy te same pytania bez odpowiedzi .

              „Robienie czegoś na swoją miarę… ale jak realnie to ocenić? Pragnienie i chęć robienia czegoś to za mało.”

              Dokładnie! Ja chcę zmienić pracę nie pamiętam czy pisałem o tym. W skrócie: zmiana pracy to dla mnie Mont Everest, lęk że nie poradzę sobie i zginę, brak poczucia bezpieczeństwa….. długo pisać. Wiele lat temu nie udało mi się i zamknąłem się w domu z lęku i wstydu. Dziś mogę zginąć bo jestem sam i muszę się utrzymać sam. W obecnej mam wrażenie bycia poniżanym i wiem że nie tylko ja tak mam bo obecny zakład z miejsca gdzie dobrze się pracowało staje się coraz większym koszmarem a ja boję się odejść mimo że i miałbym gdzie ale boję się że tam nie podołam. Do tego odpadnie mi terapia bo godziny inne. Echhh.

              „Tak więc, Jakubek, nie opłakałam tej małej dziewczynki, jest to nie do wyrażenia. To trwa, to się odtwarza. Zbyt dużo tam było. Traumy wracają i nawet na terapii są nie do ruszenia.”

              Mam to samo ale chyba z małą gwiazdką (*)
              Bo rozumowo wiem że ten mały chłopiec nie odpowiada za to co się działo, nie był w stanie zmienić swojego życia, był sam przeciw wielu ale nie potrafiłem mu współczuć. A mała gwiazdką to , dwa razy ostatnim czasie prawie zapłakałem nad jego losem, nie nad sobą dorosłym ale nad nim małym chłopcem. Może to postęp? Nie wiem.

              Narcyzm…. A może jest tak w naszym przypadku że my nie wiemy jak dbać o innych bo nie dbano o nas? I nie chcemy dbać o innych bo wszystkich uważamy za zagrożenie, to jakby chcieć głaskać wściekłego psa, jaki będzie efekt? Tak można postrzegać wszystkich innych, ja tak miałem, czasem nadal mam , chociaż nie, czasem tak nie mam.

              Oliwia75
              Uczestnik
                Liczba postów: 161

                Boję się nawet już pisać, bo czuję się takim potworem bezludzkim. Nie mam prawa pomagać i doradzać, bo sama sobie nie radzę. Zostałam sama i dopadł mnie demon samotności. Nie jest to nic miłego i na pewno nie wzbudza współczucia, wręcz przeciwnie. Rodzi się tylko potrzeba unicestwienia. Ale to odrębny temat, nie chcę go rozwijać. To co mam w umyśle już nie skei się w logiczną całość. Świat, w którym próbowałam się odnaleźć i stać się jego częścią, nie ma logiki, nie umiem w nim żyć. Bezpowrotnie utraciłam to co miałam najcenniejszego- duchowość. Faktycznie czuję się martwa. Próbuję machać krzywymi skrzydłami, a tylko kurz wzbijam, czym deberwuję innych.Tylko tyle mogę.

                Diagnozy…. po co one komu. Tylko komplikują, stygmatyzują. One są tylko dla diagnostów żeby sami mogli sobie w głowie poukładać, bo nie ogarniają całej złożoności człowieka. A odcinanie go od duchowość jest okrucieństwem. Psychologia wie po części, ale nie ma całego poznania.

                Nie wiem  czemu jeszcze ciągnę to pisanie tu. Chyba powinnam przenieść się gdzie indziej. Tu nie tego się oczekuje.

                Ciągle jeszcze szukam sensu.

                 

                Cerber
                Uczestnik
                  Liczba postów: 161

                  Wiem, są takie dni kiedy sensu nie widać , nie tylko życia ale i czegokolwiek ,jedzenia , sprzątania. Ja taki miałem wczoraj , czułem że nic się nie zmienia a ja w jakim bagnie byłem takim jestem tylko może nazwa się zmienia, że nic nie potrafię i na nic nie zasługuję,… Że powinienem mówić dziękuję kiedy mnie depczą bo nic lepszego nie dostanę. Dziś jest lepiej miałem rozmowę o pracę nic pewnego ale jakoś mam dobre przeczucie. Może jest prawdziwie może nie.

                  To co piszesz nie raz sprawia że przypomina mi się coś z przeszłości, i trudno mi się to czyta bo to tak podobne do mojego życia, czy to źle..NIE . Bo czasem to zaczynam przerabiać z moją psycho (ja tak nazywam swoją terapeutkę) można powiedzieć że w jakimś małym stopniu mnie terapeutyzujesz.

                  Demon samotności…ja mam wrażenie że ten wsiadł na mnie kiedy leżałem w kołysce, albo jestem przeklęty.

                  W sumie nie wiem czy mogę o tym mówić ale jeśli nie chcesz o tym pisać zignoruj to.  Duchowość, ja zacząłem powoli wracać do kościoła i wiary (bardzo wolno , w sumie zacząłem w zeszłym roku) słucham różnych księży na YT  interesuje się co się tam kryje jak żyć jaki sens jest za tym ,nawet poszedłem do spowiedzi już dwa razy , co ciekawe : mam wrażenie że spowiednik kieruje mnie w tym samym kierunku co moja psycho tylko jakby od strony religijnej/duchowej (nie chcę wyjaśniać tego tutaj).

                   

                  Mam na myśli że dobrze że piszesz, bo to oznacza że jeszcze nie umarłaś w środku. A masz możliwość dołączyć do jakieś grupy samopomocowej? Mi to trochę dało, i jeśli się da wychodź z domu, może kontakt z znajomymi? Wiem łatwo się mówi , ale ja staram się jakoś zająć umysł wtedy (raz lepiej ale częściej gorzej mi to wychodzi)

                  I znów mnie dopada bo miałem jutro iść do pracy na próbę a właśnie napisali że nie mam przychodzić jutro.

                  Co teraz? Spróbuję zająć czymś myśli.

                   

                  abcd
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 312


                    Boję się nawet już pisać, bo czuję się takim potworem bezludzkim. Nie mam prawa pomagać i doradzać, bo sama sobie nie radzę. Zostałam sama i dopadł mnie demon samotności. Nie jest to nic miłego i na pewno nie wzbudza współczucia, wręcz przeciwnie. Rodzi się tylko potrzeba unicestwienia. Ale to odrębny temat, nie chcę go rozwijać. To co mam w umyśle już nie skei się w logiczną całość. Świat, w którym próbowałam się odnaleźć i stać się jego częścią, nie ma logiki, nie umiem w nim żyć. Bezpowrotnie utraciłam to co miałam najcenniejszego- duchowość. Faktycznie czuję się martwa. Próbuję machać krzywymi skrzydłami, a tylko kurz wzbijam, czym deberwuję innych.Tylko tyle mogę.

                    Diagnozy…. po co one komu. Tylko komplikują, stygmatyzują. One są tylko dla diagnostów żeby sami mogli sobie w głowie poukładać, bo nie ogarniają całej złożoności człowieka. A odcinanie go od duchowość jest okrucieństwem. Psychologia wie po części, ale nie ma całego poznania.

                    Nie wiem czemu jeszcze ciągnę to pisanie tu. Chyba powinnam przenieść się gdzie indziej. Tu nie tego się oczekuje.

                    Ciągle jeszcze szukam sensu.

                    Posłuchaj se świadectwa tego człowieka, może coś pomoże

                    Jakubek
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 981

                      Dziękuję Oliwio za link do narcyzmu. Fakt, narcyz jest jak wampir energetyczny – rośnie w siłę (wielkość) poprzez osłabienie (umniejszenie) drugiej osoby.  Cholernie ciężki przypadek, jako towarzysz życia. Za kliniczny przypadek na szczęście nie uważam się.

                      Piszesz, że „Diagnozy…. po co one komu. Tylko komplikują, stygmatyzują. One są tylko dla diagnostów żeby sami mogli sobie w głowie poukładać, bo nie ogarniają całej złożoności człowieka.”.

                      To bardzo do mnie trafia. Diagnozy tylko porządkują obraz psychiczny człowieka. Wiadomo mniej więcej, gdzie coś źle się poukładało. I można próbować podjąć interwencję w tym obszarze.

                      Jednak bez duchowości trudno zdrowieć i żyć. Można  nawet  zwątpić, czy w ogóle warto. Widzę w rozwoju duchowym szansę dla każdego, nawet bardzo pogubionego człowieka. Szkoda tylko, że tak trudno dbać o ducha, kiedy głowa przeszkadza. Głowa może zwodzić na manowce.

                      Nie ma prostych recept. Życie to pokręcona i wielowątkowa sprawa. Cierpienie jest nieuniknione. Mimo to chyba jednak warto trwać w  wysiłku.

                       

                      Oliwia75
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 161

                        Dziękuję Wam Cerber, Jakubek i ABCD za wypowiedzi. Przepraszam, trudno jest mi się do  nich odnieść i jakoś czuję, że nie mam prawa. Mogę chyba tylko zaszkodzić. Boję się też, że tym co piszę wciągam was w trudne emocje.

                        Głupio to zabrzmi, i młode pokolenie powiedziałoby, że „słabo”, ale nie mam już z kim rozmawiać. Wstydzę się tego, że nie mam przyjaciół, nikt już nie jest zainteresowany kontaktem ze mną. To takie właśnie takie „niepopularne”. Zresztą nigdy mi nie zależało w ten sposób. Chciałam mieć tylko kawałek swojego świata, nawet pokręconego, ale w którym czułabym się bezpiecznie i spokojnie. Próbowałam też akceptować u innych „odmienność”, ale oni chcą tych normalnych, a ja nią nie jestem.

                        Już się poddałam, już nie szukam kontaktów. Raczej na dystans, bo jest dla wszystkich bezpieczniej. Kiedyś terapeuta powiedział, że moja potrzeba uwagi jest patologiczna, po jakimś czasie, że obciążam zbyt innych swoim mówieniem, a na końcu, że mu wszystko jedno, czy sobie coś zrobię czy nie. Chyba wypalił się, zmęczył, musiał sam siebie samego bronić. A ja szukam ukojenia, którego nie ma. Błędnie założyłam, ze relacje mi to dadzą. Może by i tak było, ale nic mi nie wyszło. Na moją miarę wydaje mi się że starałam się, nie wyszło. I nawet jak to ja jestem ewidentnie winna, to już nie mam siły.

                        Czuję się jak to małe dziecko, które odrzucone przez wszystkich może jedynie samo siebie zniszczyć i unicestwić. Nie jest w stanie inaczej, bo te uczucia są nie do wytrzymania. Tu chyba zaczęła się autodestrukcja, może początki wadliwej osobowości.

                        Wiem, żalę się i narzekam, ale nie jestem w stanie spać, wcześniej nie byłam w stanie pracować. Nie dobrze mi się robi, jak pomyślę o nadchodzącym ranku i wtedy będę musiała udawać, że żyję.

                        Nigdy nie byłam tak samotna, choć sama słucham wielu. Zastanawiam się, jaką ma wartość to co robię? Czy znowu oszukuję świat? Jestem w iluzji i jeszcze inni dają się na to nabrać? Czy nie jestem oszustem?

                        Próbuję znowu sięgnąć po wiarę (kilka prób było), nawet stałam się „uczciwa”…. 🙂  stosuję się do tego co sie nazywa unikaniem grzechu. Próbuję podjąć dialog z Nim. Praktykuję. Pamiętam lata temu, przed podjęciem terapii już wtedy traciłam wiarę i próbowałam pisać na formach religijnych o tym, aby jakoś sobie pomóc i nie stracić to co miałam najcenniejszego. Przeczytałam od innych, że źle się modlę, za mało, brak wiary jest moją winą itd. Słyszałam wiele oskarżeń. Nie poradziła sobie z tym.  Potem szukałam kogoś nie obarczonego sztywnymi poglądami bez swojej tzw „prawdy objawionej”. Kogoś z otwartym umysłem i dobrą wolą. Może ktoś taki i jest, ale nie ma już do mnie siły.  Potrzebowałam znaleźć drogę do wiary. Wcześniej zamęczałam zakonników w konfesjonale zadając pytania, bez odpowiedzi. Jeździłam na wielodniowe medytacje w ciszy. Naprawdę się starałam tak i potem w kierunku poznania psychologii, tego co ona oferuje w pomocy człowiekowi. Przecież też zakłada dobro człowieka, no nie? Nie wiem co się ze mną stało, tylko pustka, ciemność i zniechęcenie, brak sił, zwiedzenie. Nie nadaję się już do relacji ludzkich. Sezam się zamknął… 🙂

                        Nie udało mi się, teraz jest tylko pustka. Latami bez wiary, na „sucho” praktykowałam, ale już nie miałam siły. Odeszłam i próbowałam oprzeć się na ludziach. Za daleko zabrnęłam, wbrew sobie, gardzę sobą teraz. Trudno teraz myśleć nawet o sobie samej, nie znam się. A wszystko dlaczego? Żeby choć trochę otrzymać ciepła, bliskości, której nie umiem poczuć i sobie „załatwić”. Tu jest chyba moje zaburzenie, ale i zawiedzenie. Mój nie do zapełnienia deficyt. A może wszyscy żyjemy w swoich wyobrażeniach, a tak naprawdę nie ma nic prawdziwego. Bo przecież nic nie jest trwałe? Dziś białe, a jutro czarne. Zawsze rozdwojenie, zawsze dwie drogi. chyba wybierałam te złe.

                        Wiele razy pytałam się na terapii kim jestem, jak mnie widzi. Nie usłyszałam odpowiedzi, bo sama nie wiem. To ten obłędnie zaburzony obraz siebie samej, tożsamość, która jest w coraz większym rozpadzie na krawędzi psychotyzmu.

                        Nie mogę poskładać myśli, zawsze mam kilka siebie w sobie. Gdy coś piszę, to zaraz pojawia się coś przeciwstawnego, najczęściej oskarżającego. Mój terapeuta nazywa to krytykiem. Ale co krytyk wie o prawdziwym dręczącym demonie? Krytyk siedzi jałowo w fotelu i czasami coś tam wypaple i chyba nie ma żadnej mocy sprawczej. A demon ma siłę, nie pozwala choćby na chwilę poczuć spokoju, dręczy i dręczy.  Chyba faktycznie za daleko się zapędzam i wybrałam niewłaściwe miejsce na to pisanie.

                        Jestem trudna, wcale nie sympatyczna i chyba zbieram „żniwo” tego jak żyję, kim jestem.

                        I właśnie chyba nie o to chodzi czy jest się dobrym czy złym człowiekiem. I ci i tamci bywają szczęśliwi lub nie, mają spokój, lub nie, przyjaciół lub nie itd.

                        Nie wiem czy w moim umyśle przestaną tej nocy zasuwać pętle pobudzenia, niepokoju. Mogłaby odpocząć, ale nie umiem. Dlatego może lepiej przestać dręczyć innych i już zamilknąć.

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 321 do 330 (z 434)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.