Witamy Fora Szukam Ciebie Wszechobecne poczucie odrzucenia

Przeglądasz 10 wpisów - od 421 do 430 (z 434)
  • Autor
    Wpisy
  • Oliwia75
    Uczestnik
      Liczba postów: 161

      Dziękuję Kuriana i Cerber, że piszecie. Jest dla mnie wypełnieniem tego niezaspokojonego poczucia z dzieciństwa: „żeby ktoś przyszedł…”. Mam wrażenie, że w gruncie rzeczy nikt I nic nie jest w stanie tego ukoić…. ale to długi temat.

      Czytałam Was wielokrotnie, jak mantrę, żeby móc przerwać kolejny dzień. Dziękuję za te kapki i krople. Też przesyłam Wam ciepłe i wdzięczne uczucia.

       

      abcd
      Uczestnik
        Liczba postów: 312

        „Mam wrażenie, że w gruncie rzeczy nikt I nic nie jest w stanie tego ukoić…. ale to długi temat.”

        Jezus Chrystus jest w stanie. W człowieku nie ma sensu szukać ukojenia, bo zawsze prędzej czy później zawiedziesz się.

        • Ta odpowiedź została zmodyfikowana temu przez abcd.
        kurianna
        Uczestnik
          Liczba postów: 119

          Wakacyjny czas. Jak się czujesz, Oliwia?

          Abcd, coś w tym jest, że człowiek zawsze zawiedzie. Osoby z domów gdzie był alkohol szczególnie to niosą. Mówisz żeby otuchy szukać w Chrystusie – może i tak, ale on kazał się szukać w ludziach. W ich ułomnościach też. Dla mnie największą siłę ma ten gest wyciągnięcia ręki do kogoś kiedy mi trudno – ważne że poprosiłam o kontakt. Dobre słowo.  Albo tylko napisałam że jestem smutna. Coś jak Ty Oliwia o tą kroplę. Takie ładne, że drugi człowiek jak woda.

           

          Ramoiram, dziś pomyślałam o Tobie w medytacji. Zaczęłam spontanicznie robić młynki dla ukojenia i wyszła lekka kundalini;). A tak całkiem serio, ostatnio robię jedno małe ćwiczenie tre tre. Takie z nogami na ziemi, mimowolne ruchy ud się pojawiają. I to bardzo pomaga pozbyć się napięcia. A zarazem na początku to jest dziwne (mimowolne drgania bez kontroli), a potem nauczyłam się spokoju w tym ćwiczeniu i daje się po prostu wytrzasnąć ciału. Możliwe że z podobnych neurologicznych powodów tak dobrze u Ciebie działa kundalini. Bo rytmiczny ruch koi i pomaga z napięciem.

          abcd
          Uczestnik
            Liczba postów: 312

            Kurianna
            Właściwie, miało być, że człowiek sam z siebie zawiedzie i innych i siebie. Ale gdy zawierzy życie Jezusowi Chrystusowi i będzie się trzymał Boga i Kościoła( który Chrystus założył), żył w pokorze, to wtedy nie zawiedzie i zło nie złamie takiego człowieka. Tylko to zawierzenie po upadkach jest trudne.
            Trwała duchowa otucha tylko w Bogu, człowiek co najwyżej fizyczną może dać otuchę, ukojenie poprzez przytulenie, seks, wyciągnięcie ręki i to też tylko na chwilę, ale duchowa wątpię by było możliwe ze strony człowieka na dłuższą metę.

            Oliwia75
            Uczestnik
              Liczba postów: 161

              Dziękuję Wam, że piszecie.

              Każda wypowiedź jest dla mnie ważna, choć nie zawsze zgadzam się z ich treściami. Jednak robicie to i jest to jak bycie obok mnie. Czuję się wtedy trochę bezpieczniej, spokojniej. A z tym jest u mnie ostatnio duży deficyt, a tak naprawdę zawsze tak było. Mogę dziś poskładać trochę myśli po śnie, do którego  potrzebne są leki nasenne i tym razem melisa. Wyczerpanie, w którym chciałabym krzyczeć, ale nie mam na to siły. Wszystko jest obok, a ja poruszam się w tej rzeczywistości żyjąc i nie żyjąc. Coraz mocniej dociera do mnie upływ czasu, przemijanie, że pewne rzeczy już się nie wydarzą, choć zawsze tego pragnęłam np. bezwarunkowej miłości, której nie dostałam w dzieciństwie. Rozmawiam od kilku miesięcy z dojrzałym mężczyzną, który takiej miłości nie dostał. Obecnie oczekuje od ludzi tego co nie otrzymał. Chce czegoś doskonałego, wyidealizowanego, pomocy i opieki. Spodziewa się tego i doznaje frustracji. Trudno mu przyjąć to jego zdaniem „gorsze”, więc nic nie przyjmuje i tak „dziura” w nim wyje. Oczekuje, zawodzi się, nie aktualizuje tego jak jest. Smutne, bo mija się z realiami. Ja też tak robię. Żyję w swoim urojonym świecie, bo co? Bo czegoś kiedyś nie dostałam. Chce mi się krzyczeć, kiedy sobie to uświadamiam, ale też czuję niemoc, bezradność. Wtedy chcę aby wszystko już się skończyło. Taka trwała ułomność umysłu, nie do zmiany postrzeganie rzeczywistości i co za tym idzie- oczekiwań. I kolejne obsesje, jedna za drugą, aby nie czuć i nie myśleć, nie być świadomą realności. I tak do wyczerpania. Chciałabym zmienić to, nie udaje mi się, próbuję godzić się z tą swoją ułomnością i żyć tak jak umiem. Czyli na miarę swoich ułomności. Niestety nie umiem i to coś we mnie chce czegoś więcej.

              Takie głupie moje wynurzenia, może dlatego, że nie mam z kim o tym porozmawiać i męczę się w więzieniu swojego umysłu. To chwila, kiedy unoszę się przez moment nad powierzchnie wody i zaczerpuję powietrza. A potem wracam do swojego obsesyjnego świata, który mnie wyczerpuje, rodzi zawiedzenia i frustracje. Ale nie umiem inaczej. Nie szukam tu rad i tego co powinnam zrobić. Po prostu piszę.

              I kolejny dzień, kolejne zmagania. Ile jeszcze do wytrzymywania?

              • Ta odpowiedź została zmodyfikowana , 1 tydzień temu przez Oliwia75.
              • Ta odpowiedź została zmodyfikowana , 1 tydzień temu przez Oliwia75.
              Oliwia75
              Uczestnik
                Liczba postów: 161

                Mam bardzo trudny czas. Wiem, że pisałam to tutaj już wiele razy. Tyle się dzieje „złego” u mnie, jest tego cała lawina. Patrzę się na wydarzenia i zastanawiam się co jeszcze może się wydarzyć. Czy „pracowałam” na to całe lata? A może zasługuję na to? Nie mam tego wszystkiego komu powiedzieć. Nie jest to rzewne, ani ładne to co się dzieje u mnie. Jestem bezradna, nie wybrnę z tego wszystkiego. Jest we wszystkim coraz trudniej i samotniej.

                Boję się jak to zabrzmi, bo czuję w sobie te emocje palącego wstydu, bylejakości, ułomności i niebycia, ale nie mam do kogo przyjść, powiedzieć jak jest beznadziejnie, jak bardzo chcę się do kogoś przytulić. I nie mam do kogo. Nie wiem dlaczego, ale odbieram to jak karę. Bo takie możliwości tworzy się i pielęgnuje przez lata. Ja mam tu duży deficyt i trwałą „ułomność”. Straciłam nadzieję, że czegoś nauczę się, coś zmieni się u mnie. Miałam swój czas i możliwości. czuję, że na wszystko jest już za późno. Odsetki od kredytu zjadły już się, zapętliły.

                Nie zdawałam sobie sprawę, gdy zakładałam ten wątek, jak poważny mam problem z relacjami. Jak bardzo trudno jest mi się odnaleźć w świecie ludzi. Póki miałam względnie spójną ułożoną iluzję życia w umyśle jakoś to działało.

                Bo przecież trzeba było Mieć rolę i misję, plan…..  być przydatną…..

                Ale to się wywaliło. Nikt takiej już mnie nie chce, ja też. Bo powstał jakiś chory zlepek nie wiadomo czego.

                Moje zmagania nie mogły się dobrze zakończyć. Parzę teraz na to z perspektywy czasu. Jakby to wszystko było o innej osobie.

                Tak piszę tu, już tylko tu, bo przecież jeżeli nie chcesz to nie musisz tego czytać. A z drugiej strony myślę sobie, że od dawna powinnam znaleźć inne miejsce na to co wypisuję. To już nie ta tematyka tutaj. Trudno jakkolwiek z tym co wypisuję utożsamić się. Rozumiem to. A moje zagubienie, bezradność nie ma końca.

                Tęsknię za waszymi wypowiedziami, za osobami, które nie wiem kim są, ale były, pisały, dały kawałek siebie. Potrzebowałam często pomocy, ale teraz wiem, że nie umiałam, nie umiem jej docenić, przyjąć. Jakoś ją marnotrawię… właśnie to do mnie dotarło!! Tak jak cale lata terapii, i w różnych miejscach pisane ciepłe, pomocne słowa do mnie od różnych osób. Nie umiem przyjąć, bo moje „brzydkie” serce to marnotrawi. W tym moim czymś pustym nic nie zostaje. Przelewa się.

                Tak wielka potrzeba, a tak bardzo nie ma możliwości zatrzymania choćby kropli. To chyba ta moja „ułomność”.

                 

                kurianna
                Uczestnik
                  Liczba postów: 119

                  Cześć!

                  Trochę nie wiem, co napisać, oprócz tego że bardzo chcę być w kontakcie i tak jak mówisz, pobyć obok. Cokolwiek to znaczy w przestrzeni cyfrowej – wierzę, że w duchowej, międzyludzkiej jest to jednak prawdziwe. Tak to widzę na tym forum. Na tym wątku.

                  Powiem szczerze – piszesz, że ciężko. Natomiast nie piszesz o konkretach, więc trudno mi się odnieść bardziej szczegółowo. To, co widzę, to jakby krajobraz po bitwie – że widzisz że zawiodło to, co budowałaś. Bardzo mi przykro to słyszeć. Tym bardziej, że Twoja historia była jedną z tych, które mnie mocno trzymały na wybranej ścieżce. Nigdy nie udawałaś tutaj idealnej, poukładanej osoby, a mnie się wydawało, że sama jestem zbyt wybrakowana i poraniona, żeby pomagać innym. Czytając Twoje wpisy, otwierałam się na to, że może to ja mam nierealistyczne wyobrażenia o terapeutach i nie musi być u mnie wszystko na tip top uregulowane, żeby odważyć się pójść tą ścieżką. Mogę być sobie niedoskonałą sobą. I robić swoje. Z bólem, z lękiem, z wątpliwościami, z porażkami po drodze. Zawsze pamiętałam jednak, że gdzieś jest taka Oliwia która tak mało dostała od świata, a pomaga innym.

                  Mówisz że w relacjach słabo. Że widzisz po czasie że krople życzliwości nie przenikają do Twojego serca. Mogę Ci tu jedynie opisać moje zmagania w tym temacie. Otóż zobaczyłam to w terapii – jak do tej pory przyjmowałam miłość. Raniąco, dając siebie w nadmiarze a zarazem nieświadomie oczekując bardzo dużo od drugiej strony (całkowitej akceptacji np.). Zawodząc się boleśnie i ukrywając ten ból (bo i tak nikt nie zrozumie , lepiej płakać pod kołdrą). Uciekajac też w wymyślone relacje, które stymulowały i bolały jednocześnie. Religia nawet przynosiła ból, czułam się zarówno oceniana, zasługująca na coś ciągle (na nagrodę , na karę) i na haju w idealnym świecie kościelnych wspólnot. Który okazywał się nie dla mnie. I tak w kółko. Rodzicielstwo było męką przykrawania dziecka do swoich potrzeb, albo swoich do jego w bolesny sposób, a zarazem też jakimś polem do zawodu, gdzie chciałabym co innego a jest jak jest.

                  Najgorsza stała się relacja terapeutyczna. Gdzie nagle dostałam to wszystko co wydawało mi się niemożliwe – uwagę, akceptację, mądrość, szacunek, wspólne doświadczenia, śmiech, łzy, zrozumienie, przyjęcie w całości. We wszystkich kawałkach , nawet najbardziej wstydliwych. I pamiętam , jak to bolało. I jak trudno było przyjąć. Miałam wrażenie ciepłego koca i noża wbijanego w brzuch zarazem. Potem okazało się że jestem tak przyzwyczajona do noża, że sam koc życzliwości był nie do zniesienia. Bliskość była dla mnie związana z ranieniem. I koniec. Plus u mnie dochodził fakt że nie umiałam sobie dać miłości. Zawsze przepuszczalam ja przez kogoś kto bardziej na nią zasługiwał – mogłam sobie tą osobę wyidealizowac. I dopiero jeśli ta osoba mi okazywała mi ciepło, jakoś tam z trudem, po kropelce, przyjmowałam. Ze złością. I samooddaniem. Takim autoagresywnym w dużej mierze.

                  Teraz to nie minęło ale to widzę. Czyli np. widząc ostatnio na basenie jeden z moich dawnych obiektów fascynacji, zobaczyłam sobie tą swoją miłość jak płynie/płynęła do niego. I symbolicznie zabrałam ja z powrotem , wmasowując w siebie. W okolicy serca. To nie jest jakiś sposób który załatwia wszystko. Ale robiony często i na różne spontaniczne sposoby, pozwala zobaczyć mechanizmy i w relacjach czasem zadziałać ciut mniej na automacie. Dać sobie coś. Co na początku jest sztuczne.

                   

                  Nie wiem czy to jakoś pasuje do Twoich doświadczeń. Wazne u mnie było jeszcze spojrzenie na funkcję tego wypromieniowywania miłości na zewnątrz- zamiast dać jej sobie. Było nią między innymi oddanie odwiedzialnosci. Nie chce mi się kochać samej siebie, bo to trudne. Łatwiej mi kogoś podnieść wysoko i czekać aż załatwi to za mnie (i zarazem spełniając oczekiwania tej osoby żeby dostać życzliwość i ciepło). I dalej nie chce mi się tego robić. Ale robię, jak sprzątanie trochę. Jak obowiązek. Czasem jest w tym coś oprócz zniechęcenia.

                   

                  Czasem jest tak że świadomość porażki u mnie okazuje się po czasie nowym początkiem. Ego cierpi, plany zburzone, opinia zszargana, ludzie się nie odzywają. Trudne ale faktyczne. Tak jest. Czasem z tej akceptacji płynie urealnienie i zobaczenie co faktycznie mogę zdziałać. Np. nie za dużo. I nie tak jak myślałam. Boli. Ale jest.

                   

                  Cieszę się, że jesteś Oliwia. I że piszesz.

                   

                  kurianna
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 119

                    Przeczytałam cały wątek,. Oliwia. Siedzę sobie z obejrzeniem tej naszej 10-letniej drogi.

                     

                    Widzę swoje przegadanie – może wyraz panicznej nadziei, że jeśli wrzucę dużo słów, chaos mnie nie pochłonie. Ogarnę. I inni zobaczą jak ładnie pokonuję demony. A nie one mnie. To drugie dzieje się w ciszy.

                     

                    Czuję się jak po lekturze książki. Ostatnio była to Anna Karenina – książka, w której się przejrzałam jak w lustrze. Ostatnio w serialu Dobry omen padło zdanie że książki to przenosni ludzie. Tu ludzie są prawdziwi. Dużo dałaś tu z siebie, Oliwia. Dziękuję. Prawdziwie i prosto.

                    Wzięłam to sobie do serca. I kapię sobie do Ciebie z daleka.

                    Podniosłam w tym roku duży koszt próby zmiany czegoś w moim dawnym przemocowym miejscu pracy (to był mój drugi dom od 6. Roku życia, miejsce pracy, które utrzymywało przy życiu całą moją rodzinę pochodzenia).

                     

                    Solidnie oberwalam. Gdybym została z tym sama, nie wytrzymalabym. Był przy mnie partner. Osoba z tego forum, której mogłam się opowiedzieć. Białe tabletki, które właśnie odstawiam (trochę przez przypadek, zgubiły mi się, nie zdążę iść po nowe).

                     

                    Kiedy wali się dużo, trudno to unieść samemu. Nie chcę pocieszać na siłę. U mnie puste pole po stracie okazuje się potrzebne. Chociaż boli. Zrobiło się miejsce na nowe. Nowe jest trudne bo wchodzę w to ja (stara – i też coraz mniej atrakcyjna, coraz bardziej niewidzialna). Nieumiejąca jeszcze za dużo. Osadzająca się. Po staremu.

                     

                    Z trudem uczę się nowych sztuczek. Tego, że każdy krok jednak był po coś, bo nadal tu jestem. Na tej drodze. W 2026 roku. Gdzieś tam z Wami (tak to widzę i czuję).

                    Kap. Kap. Kap.

                    Oliwia75
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 161

                      Cześć KuriAnna 🙂

                      10 lat? Serio? Mam takie poczucie jakby początek wątku był w innym życiu, w innym wieku, a nawet w innym wymiarze. Jakbym to nie była ja. Przyznam się szczerze, że nie wiem, czy kiedykolwiek odważę się zrobić to co Ty – przeczytać go od nowa i jeszcze całą treść. Jednak niektóre Wasze wypowiedzi czytałam wielokrotnie. Bywało, że wracałam i wracałam do nich. Pamiętam, że były momenty, że codziennie wielokrotnie czytałam, że wytrzymać i mimo wszystko żyć…Wasze słowa czasami były jak cieple plastry miodu. Ogrzewały moje puste i ciemne, brzydkie wnętrze choć na chwilę. Głupio mi jednak, że tego nie ujawniałam (pomocy waszych słów), brałam sobie tylko i cicho siedziałam w kącie. Taka mała, niema i „tępa” Oliwia. Brałam i tonęłam w swojej plątaninie myśli.

                      KuriAnna, napisałam wczoraj odpowiedź na Twojego posta, jednak jak tu na forum czasami bywa, jakoś nieopatrznie skasował mi się przy końcówce pisania. Nie miała już siły tego odtworzyć, tylko się popłakałam, że nawet tego nie umiem. A potem pomyślałam, że pewnie głupoty napisałam i sam los lub chochlik oszczędził Was przed moimi słowami. wytrzymuję tu siebie tylko dlatego, że jestem anonimowa i nikt przecież nie jest zmuszany do czytania.

                      Dużo treści wnosisz KuriAnna, trudno mi się do nich odnieść. tzn. mój umysł rozszczepia je na wiele rożnych możliwości, również emocjonalnie. Trudno jest mi osiągnąć spójność. Ogólnie mam tak do wszystkiego. Nie zależnie od tego mojego „uszkodzenia” jestem Ci bardzo wdzięczna za dobre i ciepłe słowa. Spróbuję coś sklecić. I jestem w szoku, że przeczytałaś cały wątek i poświęciłaś tyle czasu na to. Mam nadzieję, że coś „zyskałaś” dzięki temu.

                      Relacje…. nie wiem czy mam coś jeszcze do powiedzenia, bo nie ma nic. Nie no kłamię, bo jest, ale obok, „na powierzchni”. Pisałam tu chyba już, że moja bliskość jest nie akceptowalna dla innych, widzę to.  A tak w ogóle mogłabym teraz rozwarstwić swoje pisanie w tym temacie na kilka różnych, niejednokrotnie sprzecznych myśli. Zostawmy to jednak. Wracając do tematu relacji- Mam wrażenie, że czym bardziej do kogoś chcę się zbliżyć (potrzebuję go) tym bardziej, proporcjonalnie do mojego pragnienia, ten ktoś oddala się( Jest takie prawo w teoriach psychologicznych… ). Mogłabym sobie dowalać, i w sumie to robię, mówiąc sobie: „poznali się na tobie” i uciekają, nie chcą mieć problemów, nie chcą sie męczyć, albo czują odrazę. To takie moje znęcanie się nad sobą. Wiem skąd to się wzięło, znam tego genezę. Sama wiedza nie zmienia tego…. Zresztą nie widzę już mozliwości uporania się z tym. Żyć z tym to katorga, ale umrzeć też niełatwo. To jednak całkiem inny, odrębny temat. Zostawmy to. Nie zniknie w czeluściach…

                      Dziękuję, że dzielisz się swoimi doświadczeniami relacji, terapii i kochania siebie samej. Szczerze mówiąc zazdroszczę Ci, dla mnie jest nieosiągalnym to co zrobiłaś, jak daleko zaszłaś. Gratulacje, szczere. Pociesza mnie to, wiem i widzę, że innym to się udaje, wiem jak to brzmi, ale naprawdę cieszy mnie, że inni dają radę w tym temacie. Jest to u Ciebie delikatne, wrażliwe i wydaje się prawdziwe.

                      Ja tu jestem wadliwa, spaczona, ułomna…. mogłaby tak dalej, ale nikomu to nie służy. Na ile być szczerą, prawdziwą, na ile otwartą? Na ile odsłaniać się? W realiach to nie popłaca. Sprawdziłam to. Wiem, brakuje tu nadziei…. Przykro mi. Są osoby, które w tej materii zawiodłam. np. swojego terapeutę. bardzo się starał, dużo czasu i energii poświęcił. Byli też ludzie, którzy szczerze otworzyli sie na relację ze mną. Nie mogło się udać, bo ja jestem tu trwale „wadliwa”. Może jest mi tak łatwiej, już poddać się. pogodzić się i żyć mimo wszystko. A może mam chore oczekiwania? …Dobra, nie idę dalej w tej myśli.

                      Nie zintegrowałam się… nie wiem czy śmiać się czy płakać …….

                      Nie tak dawno temu napisała do mnie miła osoba z forum na mojego osobistego maila. Była bardzo ciepła, wrażliwa i niosąca dobre słowo. Byłam tym tak bardzo przestraszona, że ponad miesiąc myślałam co z tym zrobić. Zrobiłam to co tylko ja mogłam zrobić… Wszystko niszczę. Chciałabym przeprosić ją, jednak tego się już nie odwróci. Najlepsze co mogę zrobić to zniknąć.

                      Wiem jak to wszystko brzmi, przynajmniej mi się tak wydaje: jak wynurzenia trzyletniego dziecka i to jeszcze tępego.

                      Odnośnie książek. Czytam, a raczej słucham ich ostatnio całe mnóstwo, żeby zagłuszyć myśli. Słuchała o zemście kilku osób (kilka wątków), które w dzieciństwie doświadczyły traumy, porzucenia, znęcania. Wydźwięk jest taki, że nikt z nich nie mógł być potem normalny. Każdy był psychopatą i zwyrodnialcem. Zabolało. Czy ja też, jak i tysiące skrzywdzonych ludzi zostaje psychopatami, przed którymi trzeba się obronić? Wiem, że jest to narracja autorki, jej wizji. Ale jednak. Jaka część społeczeństwa, również terapeutów tak uważa? Czy należy więc chronić wiedzę o swoich traumatycznych doświadczeniach, żeby nie podejrzewali o psychopatię i ryzyko zagrożenia? Wiem to szeroki temat, i nie jest tu moim celem rozwijania go. To tylko odnośnie książek. Jaką ja jestem książką Kurianna? Taka z oddali, za szybą.

                      Ciekawe jest też to co piszesz o „białych tabletkach”. Mam nadzieję, że Ci pomogły  i że odstawianie ich dobrze Ci pójdzie. U mnie ostatnio tak źle się działo, że wszystko przestało istnieć, zniknęło, nawet tabletki. O wszystkim zapomniałam.

                      Nie rozumiem co chcesz powiedzieć o swoim poświęceniu rodzinie i pracy? Rozumiem, że napisałaś ile mogłaś i byłaś w stanie. Czuję ciężar, ale i nadzieję. Oby Ci się wiodło.

                      Kończę już tą pisaninę. Wiem, że moje myśli płyną chaotycznie. Nie wiem jak wyżej to wyraziłam, w każdym razie jestem bardzo Ci wdzięczna za bycie „obok” i „kapanie”. To naprawdę dla mnie dużo. Oby Ci się wiodło i szczęściło w Nowym Roku.

                       

                       

                      • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 miesięcy temu przez Oliwia75.
                      Oliwia75
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 161

                        Mam pytanie?

                        Czy mogę coś zrobić, żeby edytować swojego ostatniego posta?

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 421 do 430 (z 434)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.