Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › zabawa – co to takiego?
-
AutorWpisy
-
Ja kiedyś uwielbiałam tańczyć. Mam wrażenie, że teraz (jakieś 10 lat później) jestem zupełnie inna osobą. Zastanawiam się, czy zawsze byłam taka jak teraz i tylko dobrze potrafiłam to ukryć, czy też syndron dda zadziałał niczym bomba z opóźnionym zapłonem. Sama czasem siebie nie poznaję. Kiedyś prawie zawsze byłam w centrum uwagi i nie przeszkadzało mi to. Teraz mam ochotę stać się niewidzialna. A sytuacja, kiedy wolę się nie odzywać bo powiem coś głupiego wydaje mi się dobrze znana. Na terapii ostatnio kiedy już mam odwagę wyraxić własne zdanie mam wrażeni, że potem wszyscy dziwnie na mnie patrzą, bo jak można gadać takie głupoty… I chociaż po każdym spotkaniu informacje zwrotne które dostaję od innych świadczą o czymś innym, to ja przecież wiem lepiej…
Jaki on tam despotyczny…
Zakompleksiony, egocentryczny, pogubiony, psychiczny szantażysta…
Apropos tańca, jesteśmy razem 11 lat, znamy się ok 15, a tańczyliśmy ze soba moze raz, za świeżutkim poczatku…
Nie chodzimy, nie tańczymy, nie bawimy się.
Jedyna zabawa : misiu, mam zawał, tym razem naprawdę….
Ale juz jakoś lepiej, zacząpiec ciasta i myć naczynia, idziemy w dobrym kierunku.
Ale go obsmarowałam, trochę zła dzisiaj byłam, ale mi przechodzi.;)„Na terapii ostatnio kiedy już mam odwagę wyraxić własne zdanie mam wrażeni, że potem wszyscy dziwnie na mnie patrzą, bo jak można gadać takie głupoty… I chociaż po każdym spotkaniu informacje zwrotne które dostaję od innych świadczą o czymś innym, to ja przecież wiem lepiej… ”
No właśnie, to jest straszne – mimo pozytywnych informacji zwrotnych ciągle tkwi się w tych przekonaniach. Nie mam pojęcia, jak to zwalczyć.
U mnie to się przekłada jeszcze na związek – bardzo długo nie mogłam uwierzyć, że on mnie kocha, musiałam pójść na terapię, zacząć inaczej patrzeć na pewne rzeczy, a nie ciągle szukać dziury w całym…Też był kiedyś czas, kiedy lubiłam być w centrum uwagi i dobrze się z tym czułam. No ale to już dawno minęło… Teraz na głupich tańcach boję się spojrzeć na swoje odbicie w lustrze, panicznie się boję, że znowu zrobię coś nie tak i wszyscy będą na mnie patrzeć. No i nieustanny lęk powiedzenia czegokolwiek w większej grupie.
Czy to się może brać z niskiego poczucia własnej wartości?Ach Pepo, już myślałam, że masz jakiegoś potwornie zimnego drania, a to chyba jednak wpływ złego dnia?
Na terapie chciałabym iść, a boję się. Mąż mówi mi:"sama sobie z tym nie poradzisz, a ja chcę zanegować automatycznie jego słowa mówiąc:poradze sobie. Hmm….. Ja już nie wiem co mam robić :((( ………………………………………… Pozdrawiam
To chyba normalne, każdy się boi. Ja chodzę tylko na indywidualną i samo zadzwonienie do ośrodka i zapisanie się na wizytę było dla mnie ogromnym stresem. Polecam pierwszy raz pójść z kimś zaufanym, chociażby z mężem właśnie. To pomaga, zawsze to jakieś wsparcie, które nie pomoże Ci wybiec w ostatniej chwili 😉
Też miałam początkowo chodzic na terapie indywidualną. ale w okresie początkowym czułam się tak idiotycznie sam na sam z terapeutą, że ostatecznie wylądowałam na grupowej. Tam jest dla mnie mimo wszystko łatwiej. Z dawnych czasów (lepszych, młodości.. jak zwał tak zwał) została mi w sercu miłość do ludzi. Nic mi tak nie poprawia nastroju, jak obecność innych, nawet jeżeli w ich towarzystwie mam typowe dla mnie objawy, uaktywnia sie moje poczucie niższej wartości, to zdecydowanie mi lepiej z innymi, niż samej.
izzy74: Twój mąż ma rację, sama sobie możesz nie poradzić. Powinnas przynajmniej spróbowac terapii czy indywidualnej, czy grupowej.
Powornie, to może nie, ale drań …. 😉
Samą prawdę napisałam.
Najgorsze jest własnie to, ze trudno rzeczy nazwac po imieniu, zawsze mozna jakoś tlumaczyć, i to jest pułapka.Witam 🙂
czytam Wasze posty i jak patrze na siebie to widze, że jestem "inna" mam matkę alkoholiczkę, rodzice są po rozwodzie, tata pod wpływem alkoholu nie raz podniósł rękę na mamę co właściwie było głównym powodem rozstania i na dodatek jestem jedynaczką, więc wszelkie problemy i kłopoty spadały na mnie, sama musiałam sobie z nimi radzić. Aczkolwiek to, że nie ma co ukrywać pochodzę z patologicznej rodziny, rozbitej, niepełnej nie przeszkodziło mi w tym,że jestem duszą towarzystwa, średnio 3razy w tygodniu wychodzę gdzieś ze znajomymi czy do klubu czy jakieś knajpy,tańcze, chodzę na karaoke i nie mam większego problemu z odnalezieniem się w nowym środowisku czy osobami mi nieznanymi. Wręcz przeciwnie szybko nawiązuje kontakty , (jestem straszną gadułą ), jestem otwarta i ufna na ludzi. Wielu moich znajomych (tych najbliższych)którzy wiedzą o problemie mówią" w życiu bym nie powiedział/nie powiedziała" . Nie wiem,może jest to wynikiem charakteru, podejścia człowieka do pewnych spraw, a może to tylko moja zasłona?która kiedyś spadnie z wielkim hukiem. Ja całe życie podchodzę do wszystkiego z żartem i humorem, fakt są takie dni, że chodze jak struta i najchętniej płakałabym do poduszki…ale to sporadycznie, raczej staram się być uśmiechnięta. Nie ukrywam, że dużo w takim życiu pomogły mi studia i zamieszkanie na mieszkaniu studenckim wraz ze znajomymi. Zyczę wszystkim dużej wiary w siebie ! :))Agati, kiedyś też taka byłam. Mogłabym sie podpisac pod wszystkim, co napisałaś, jeszcze jakieś 5 lat temu. Wesoła roześmiana, rozgadana z tabunami znajomych. Zadna fajna impreza nie mogła odbyć się beze mnie. W czasach studiów znali mnie z widzenia stali bywalcy wszystkich klubów studenckich w Warszawie. Tylko tak sobie mysle teraz, że to chyba jednak nie byłam prawdziwa ja. To była ta moja twarz, którą sobie stworzyłam jako dziecko, żeby ukryć to co czułam. strach, poczucie opuszczenia, bezsilność…
W zeszłym roku wylądowałam na terapii mającej pomóc mi w znalezieniu powodu stanów depresyjnych i objawów nerwicy. Ja nawet nie przypuszczałam, że jestem DDA. Przecież wychowałam się w idealnych warunkach. Rodzina na poziomie, ojciec z sukcesami zawodowymi, matka z jeszcze wiekszym dorobkiem. Fajny dom, własny pokój, dla mnie super studia, super ciuchy. Miałam wszystko. A że tatuś popijał sobie raz na tydzień żeby się odstresowac, to przeciez nie alkoholizm. A ze czasem kiedy sie kłócił z mamą dochodziło do rękoczynów. Co z tego, że mnie nigdy nie uderzył. Teraz pamietam, że każdy nadchodzący weekend napawał mnie strachem.
To co się ze mną zdziało dotarło do mnie dopiero po zakończeniu terapii.Zmartwiło mnie to co napisałaś, ale ja naprawdę myśle, że taka jestem, że to nie przykrycie,jestem taka od kąd pamiętam. Choć czasami też mam wrażenie, że jak pękne to zmiote z powierzchni Ziemi wszystko w moim zasięgu. Nigdy nie uczęszczałam na żadną terpię, nawet nigdy nie odbyłam rozmowy z psychologiem, no może raz ! kiedy chciałam podać matkę o przymusowe leczenie, ale to była rozmowa raczej na jej temat a nie mój. Nie wiem nawet jakbym zachowała się podczas takich spotkań czy rozmów,temat mamy jest dla mnie bardzo drażliwy i nawet opowiadając tej psycholoszce o przebiegu choroby matki gardło mi się zaciskało i na siłe powstrzymywałam się żeby nie ryknąć płaczem… ta Pani polecała mi spotkania DDA nawet w mieście, w którym studiuje żebym nie fatygowała się na zjazdy do miasta rodzinnego. Niestety nigdy nie skorzystałam, nie widzę u siebie problemu ew. tylko tyle i nie ma co ukrywać, że żyje życiem mamy, ale to i tak mniej niż kiedyś…
Edytowany przez: agati, w: 2011/03/12 22:59
-
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.