Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › Zbytnia Emaptia – brak granic w dda.
-
AutorWpisy
-
Trójkąt dramatyczny Stephana B. Karpmana
To tekst, który sporo mi uświadomił – uświadomiłam sobie swoje własne zachowania, ale także zrozumiałam zachowania otaczających mnie osób. Warto przeczytać. 🙂
Trójkąt dramatyczny„Trójkąt dramatyczny Stephana B. Karpmana”.
Trójkąt dramatyczny polega na nieświadomym, naprzemiennym wchodzeniu w relacji w rolę Ofiary, Wybawiciela (Opiekuna) i Prześladowcy.
Współuzależnieni są opiekunami i wybawcami. Najpierw wybawiają innych, potem ich prześladują, a na koniec stają się ich ofiarami.
Jesteśmy wybawcami i naprawiaczami. My nie tylko zaspokajamy potrzeby innych, my je odgadujemy i uprzedzamy. Zajmujemy się innymi, doglądamy ich i krzątamy się koło nich. Naprawiamy, rozwiązujemy problemy i usługujemy. I robimy to wszystko tak dobrze. „Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem” – oto nasz motyw. „Twój problem jest moim problemem” – oto nasze motto. Jesteśmy opiekunami.Czym jest wybawianie?
Wybawiamy/ratujemy innych od odpowiedzialności za siebie i swoje czyny. Zajmujemy się za nich ich obowiązkami. Potem wściekamy się na nich za to, co sami zrobiliśmy. Później czujemy się wykorzystywani i użalamy się nad sobą. To jest właśnie ten model zachowania. Wybawiamy innych za każdym razem, kiedy przejmujemy odpowiedzialność za innego człowieka – za jego myśli, uczucia, decyzje, zachowania, rozwój, powodzenie, problemy czy – ogólnie biorąc – za jego los.Na wybawianie czy zajmowanie się inną osobą składają się następujące zachowania:
* Robienie czegoś, czego w rzeczywistości nie chcemy robić.
* Mówienie „tak”, kiedy myślimy „nie”.
* Robienie czegoś dla kogoś czy za kogoś, kto sam może i powinien to zrobić.
* Zaspokajanie potrzeb kogoś, kto nas o to nie prosił.
* Robienie więcej niż należy w sytuacji, gdy ktoś poprosi nas o pomoc.
* Przejmowanie (zamartwianie) się uczuciami innych.
* Myślenie za innych.
* Mówienie za innych.
* Ponoszenie za innych konsekwencji ich czynów.
* Rozwiązywanie problemów za innych.
* Wkładanie we wspólną pracę większego wysiłku niż druga osoba.
* Niezajmowanie się tym, czego chcemy, potrzebujemy i pragniemy.Kiedy to robimy, możemy czuć: skrępowanie i zakłopotanie dylematami innej osoby, potrzebę zrobienia czegoś; litość, niepokój, niezwykłą odpowiedzialność za tę osobę czy rozwiązanie problemu; lęk, lekką lub silną niechęć do zrobienia czegoś, irytację, a czasami złość i oburzenie, że zostaliśmy postawieni w takiej sytuacji. Możemy też odczuwać wyrzuty sumienia i mieć poczucie winy, a z drugiej strony odczucie, że zmusza się nas do zrobienia czegoś. Możemy uważać, że jesteśmy w danej sprawie bardziej kompetentni niż ten, komu pomagamy. Możemy, na koniec, uważać, że osoba, którą się opiekujemy, jest bezradna i niezdolna do zrobienia tego, co wykonujemy za nią. Czujemy się potrzebni, przynajmniej na pewien czas.
Nie mam tu na myśli aktów miłości, dobroci i współczucia, a także prawdziwej pomocy – sytuacji, w których nasze wsparcie jest naprawdę potrzebne i chcemy go udzielić. Są one zachowaniami pozytywnymi, natomiast wybawianie i zajmowanie się innymi do takich zachowań nie należą.
Zajmowanie się i opiekowanie innymi wydaje się o wiele bardziej przyjazną postawą, niż jest w istocie. Zakłada ono bowiem nieudolność osoby będącej przedmiotem opieki. Wybawiamy „ofiary”, ludzi, którzy – w naszym mniemaniu – nie są w stanie sami się o siebie zatroszczyć. Owe ofiary potrafią w rzeczywistości całkiem nieźle sobie z tym radzić, tyle że my im nie dajemy takiej szansy i możliwości.
Kiedy już wybawimy taką ofiarę z niedoli, musimy się nieuchronnie znaleźć w „drugim kącie”, którym jest prześladowanie. Czujemy niechęć i złość wobec osoby, której tak wielkodusznie „pomagaliśmy”. Zrobiliśmy bowiem coś, czego nie chcieliśmy robić, coś, co nie było naszym obowiązkiem, a zaniedbaliśmy nasze własne potrzeby i chęci. Co gorsza, ofiara, „ta biedna istota”, którą wybawiliśmy z opresji, wcale nie okazuje nam wdzięczności. Nie docenia naszego poświęcenia. Nie zachowuje się tak, jak powinna. Nie słucha nawet naszych rad, których tak chętnie jej udzielamy. Coś jest nie tak, jak powinno być, chowamy więc naszą aureolę i pokazujemy rogi.
Czasami inni nie dostrzegają – albo udają, że nie dostrzegają – naszego poirytowania. Czasami staramy się je ukryć. Czasami znowu wybuchamy niepohamowanym gniewem, szczególnie wobec członków rodziny. Ale bez względu na to, czy okazujemy, czy też skrywamy zdenerwowanie i urazę, WIEMY, co się dzieje.
Osoby, które wybawiamy, najczęściej od razu wyczuwają zmianę naszego nastroju. Dostrzegają bowiem zwiastujące go objawy, które stają się pretekstem, by zwrócić się przeciwko nam. Teraz nadchodzi ich kolej – z prześladowanych stają się prześladowcami. Zazwyczaj jest to reakcja na przejmowanie przez nas odpowiedzialności za nich, bowiem nasze zachowanie świadczy, pośrednio lub bezpośrednio, o tym, że uważamy ich za nieudolnych. Nienawidzą nas, ponieważ wybuchając na nich gniewem po wcześniejszym wytknięciu im nieodpowiedzialności, dodajemy do krzywdy obrazę.
Nadchodzi wówczas czas na ostatni ruch. Zasłużyliśmy sobie na nasze ulubione miejsce – „kąt ofiary” na spodzie trójkąta. Jest to łatwy do przewidzenia i nieuchronny rezultat wybawiania. Ogarnia nas uczucie bezradności, smutku i wstydu. Czujemy się zranieni i upokorzeni i litujemy się nad sobą. Znowu nas wykorzystano. Znowu nas niedoceniono. Tak bardzo staramy się pomagać ludziom, być dla nich dobrzy. Zaczynamy użalać się i jęczeć: „Dlaczego zawsze mi się to przydarza? Czy zawsze będę ofiarą?”. Jeśli nie przestaniesz bawić się w wybawcę i opiekuna – prawdopodobnie tak.
Opiekując się innymi, pozwalamy, by czynili nas swymi ofiarami; nieustannie wybawiając ich z kłopotów, sami czynimy się ich ofiarami. Ani wybawianie kogoś z opresji, ani zajmowanie się jego obowiązkami nie jest aktem miłości.
Trójkąt Dramatyczny jest trójkątem nienawiści. Podsyca on i podtrzymuje nasza nienawiść do samego siebie i przeszkadza w nawiązaniu zdrowych związków uczuciowych z innymi. Trójkąt ten i zmieniające się role wybawcy, prześladowcy i ofiary unaoczniają nam proces, który przechodzimy. Zmiany ról i zmiany emocjonalne są tak nieuchronne, jak gdybyśmy byli aktorami trzymającymi się ściśle scenariusza.
Dlaczego więc pozornie racjonalnie myślący ludzie wpadają w tą pułapkę?
Wielu z nas jest przekonanych, że wybawianie i ratowanie innych z różnorakich opresji jest dobrym uczynkiem. Uważamy, że milcząca zgoda na to, by ktoś musiał walczyć z nieprzyjemnym, ale całkowicie w danej sytuacji zrozumiałym uczuciem, ponosić konsekwencje swoich czynów, odczuwać zawód usłyszawszy „nie”, odpowiadać za siebie, swoje zachowania i postępki jest czymś okrutnym i bezlitosnym.
Wielu z nas zwyczajnie nie wie, za co jesteśmy odpowiedzialni, a za co nie ponosimy żadnej odpowiedzialności. Są tacy, którzy sądzą, że musza się denerwować, kiedy ktoś ma jakiś problem, ponieważ jest to ich obowiązkiem.
Jednakże za większością aktów pomocy i wybawiania czai się demon – poczucie swej własnej małej wartości. Pomagamy i ratujemy, ponieważ nie mamy o sobie zbyt dobrego zdania. Opiekowanie się innymi napełnia nas przekonaniem o własnej mocy, dowartościowuje nas i poprawia nam samopoczucie, jednak stan ten jest ulotny i krótkotrwały. Tak jak kieliszek poprawia na chwilę nastrój alkoholikowi, tak pomaganie i ratowanie sprawia, że na moment zapominamy o bólu, którym przepełnia nas świadomość tego, jak mało jesteśmy warci. Jesteśmy przekonani, że nie można nas pokochać ani polubić, więc chcemy być przynajmniej potrzebni. Mamy niskie mniemanie o sobie, więc pragniemy zrobić coś, co udowodni, że jesteśmy wartościowymi ludźmi.
Ratujemy, wybawiamy z kłopotów i pomagamy również dlatego, że nie mamy dobrego mniemania o innych. Stwierdzamy, że inni po prostu nie mogą odpowiadać za swoje czyny i zachowania. Jeśli dana osoba nie jest upośledzona umysłowo lub fizycznie (i to w poważnym stopniu) jeśli nie jest małym dzieckiem, to jest w pełni odpowiedzialna za to, co robi.
Przestańmy wybawiać innych. Przestańmy pozwalać innym, aby nas wybawiali. Bierzmy odpowiedzialność za samych siebie i pozwólmy na to samo innym. Bez względu na to, czy zmienimy nasze postawy, zachowania, otoczenie czy sposób myślenia, najlepszą rzeczą jaką możemy zrobić, jest odrzucenie roli ofiary.
Zródło: Melody Beattie „Koniec współuzależnienia”.
kurcze blade.szukalam tego od dluzszego czasu:unsure: dziekuje Ci Zaneta,to prawdziwe blogoslawienstwo,ze sie pojawilas.musze sobie podrukowac i czytac
nie ma problemu 🙂
uwazam ze najwazniejsze w zwalczaniu swoich problemow jest ich dobre zdefiniowanie. wiadomo jak boli zab to wiadomo ze boli. i idzemy do dentysty a nie do okulisty: ) trzeba szukac szukac i jeszcze raz szukac.NIE JESTESMY NIENORLMALNI!!!!!!!!!
jestesmy chorzy zle uksztaltowani skrzywdzeni przez swoich najblizszych.
ale dosc obwiniania – trzeba sobie uswiadomic ze oni tez byli chorzy. dda i wspoluzaleznienie to choroby pokoleniowe siegajace nawet w 5 pokolen wstecz. to jest 300 lat przed nami nasze rodziny byly juz dysfunkcyjne. przerazajace ale prawdziwe. a jak powiedziala moja kolezanka im dalej w las tym ciemniej. im dalsze pokolenie tym problemy sie nawarstwiaja.
trzea szukac dowiadywac se chodzic na terapie. trzeba przerwac ten zaklety krag cierpienia. inaczej przekazemy ta chorobe swoim dzieciom i najblizszym spoza rodziny pochodzenia.
TRZEBA WALCZYC 🙂Nie czytałam dalej, bo teraz nie mam czasu:
Jednak ja sie zgodze z tym opisem co do wybawiciela do mojej osoby (tzn., przed braniem leków):
* Przejmowanie (zamartwianie) się uczuciami innych.
* Myślenie za innych.
i troszke to:
* Robienie więcej niż należy w sytuacji, gdy ktoś poprosi nas o pomoc.reszta do mnie nie pasuje;)
Edytowany przez: lol, w: 2011/12/21 14:47
Hehe chociaż miałam kiedys idealny plan dla ojca.
Chciałabym aby stał sie miły a nie tylko wrzeszczał i nie nawidził. Chciałam mu uchylić nieba, chciałam mu pomagać, starałałm sie sie zgadzać z tym co czuje i tak dalej. To wtedy by pasowało wszystkie te etapy współuzależnienia. Jednak zauważyłam, że czy bym sie broniła czy bym sie starała jak nie wiem co, to i tak jest wiecznie niezadowolony. zostawiłam go w spokoju, jak nie chce , to nie będę robić dla niego wszystkiego, wole o siebie zadbać..!I to jest własnie ten moment w którym zaczyna sie zdrowenie:) oddać innym ich sprawy i Zajac sie sobą. Nie naprawimy całego swiata. Możemy tylko sprawić aby nasz świat był zdrowy. Moim sposobem na zdrowienie było odcięcie sie własnie. Niestety jest to bardzo bolesne ale uważam ze nie ma innego sposobu jeśli cała rodzina nie chce sie leczyć i żyje w iluzji swojego swiata. Jak słyszałam po raz kolejny ze przecież nIc sie nie stało to mnie krew zalewala. Oczywiście ze lekceważenie
Moich uczuc nie spowodowało wybuchu bomby atomowej. Ale dla osób które kochamy i które powinny o nas dbać nasze uczucia powinny być ważne. Wszystko jest kwestia szacunku i wczucoa sie w druga osobę. I nie mówię tu o empatii ale o traktowaniu innych. Gdyby każdy człowiek traktował drugiego tak jak San chciałby być traktowany to nie byłoby patologii. Trzeba zrozumIec ze osoby uzależnione są strasznymi egoistami. Dda rownież:) tak moi drodzy meczennicy. NIe dbacie o swoich blIskich bo chcecie im pOmoc. O nie. Pomagacie im bo wydaje sie wam ze jak ich naprawicoe to wkoncu będziecie szczęśliwi:) ale nie będziecie. Nie można zmusić kogoś do zmian. Nie mamy wpływu na drugiego czloweka. można naprawić co najuzej siebie:)Do mnie tylko trochę pasuje. Ja jestem przy tym pierwszym skrzydle i też nie we wszystkim się odnajduję. U mnie problem polega na tym, że po pierwsze empatia, po drugie zaangażowanie, po trzecie zaspokajanie moich potrzeb, z dzieciństwa. I ja z tego chyba nie wyjdę.
a ja musze to na spokojnie przeczytac raz jeszcze.mialam tak z mezem,najpierw go ratowalam,potem gnoilam,a potem czulam sie jak ofiara.od kiedy chodze na al anon jest lepiej,ale u mnie tak wlasnie bylo
No niestety mój problem jest gorszy . Jak jestem sama czuje sie super. Samotność da
Sie znieść. Jest bezpieczna. Jak tylko znajdę kogoś, Kogokolwiek . Choćby był
Aniołem i księciem z bajki i tak Znajdę w nim jakaś wadę i chce ba sile
Zmieniać w imię milosci i dbania o niego. To szaleństwo wiem ale nie potrafię inaczej. Chyba ma to związek własnie z poczuciem bezpieczeństwa. Pewnie wydaje mi sie ze jak bedzie On taki jak myśle ze być powinien to wkoncu bede Czuc sie bezpiecznie i on nigdy nie odejdzie. A zawsze dzieje sie na odwrót. Albo facet odchodzi bo nie moZe teo znieść albo ja odchodzenie bo nie mogę znieść tego ze nie daje sie zmienić:)mase zapisz:
” I ja z tego chyba nie wyjdę.”
Mase kto tak już nie myślał. To jest chwila obecna, a co bedzie np. za 15 lat. Pewnie na tyle z mądrzejesz, ż ejuż dawno wyjdziesz z tego i do tego ułożysz sobie całkiem inaczej życie. A to będzie tylko wspomnieniem!
Mamy zwyczaj zamartwiania sie na chwile obecną, a przecież przed nami jeszcze tyle czasu.
Tak to jest jak sie od razu czegoś, a czemu nie dać sobie troche czasu i naspokojnie , nie walcząc przejść burze. A moze nie zadreczać sie za każdym razem, ze się uległo. Jak sie uległo, to trudno. Szukaj siebie a nie szukaj sposobu od ucieczki, by nie ulegać. Masz prawo ulegać, więc daj sobie prawo do tego co potrzebujesz. Może dzięki temu sama się nauczysz potrzebować a nie brać, bo innego wyjścia nie ma. Może jak sie nauczysz potrzebować a nie żądać to może kółko inaczej pokreci. -
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.