Witamy › Fora › Rozmowy DDA/DDD › Złość na kogoś i strach żeby go zostawić
-
AutorWpisy
-
Hej ludzie, może jestem ostatnio monotematyczny, ale będę drążył ten temat, aż go w końcu wydrążę do końca 🙂 . Zauważyłem jakiś czas temu u siebie schemat, który towarzyszy mi całe życie, a zaczął działać już dawno temu i zaczęło się jak nie trudno zgadnąć od mojej matki. Ktoś nie robi tego, czego od niego oczekuję – zaczynam się złościć na niego i widzieć go tylko w czarnych barwach, chcę zerwać relację , ale jednocześnie czekam na jakiś znak od tej osoby, nawet jak dojdzie do zerwania relacji. Jednocześnie gdzieś głębiej jest strach, żeby całkowicie tą osobę porzucić, tak jakbym potrzebował jej do czegoś. Czy ktoś ma podobnie i czy ktoś to zrozumiał?
Fajnie, że drążysz temat złości, mnie on też ciekawi.
To co napisałeś, mam/miałam podobnie, potrafiłam zerwać relacje tylko po to by "poruszyć" drugą osobę, by spowodować w niej określoną reakcję, by ją niejako zmusić by coś dla mnie zrobiła, czego potrzebowałam. Miałam w głowie coś takiego, że moja potrzeba jest ważniejsza niż relacja, wiec co mi po relacji, bez możliwości zaspokojenia tej określonej potrzeby, choć wcale nie chciałam by ta osoba odeszła. Gdy zerwałam, od razu miejsce złości zajmował wielki lęk i żal, że to zrobiłam, ale nie potrafiłam się wycofać. Takie historie kończyły się różnie, raz w jedną raz w drugą stronę.
Myślę, że chodzi tu o kilka rzeczy – nieumiejętność otwartego przeżywania złości, nieumiejętność pogodzenia się ze stratą lub brakiem (co wynika z pierwszej rzeczy), nieumiejętność łączenia złości z miłością. Gdy byłam na kogoś bardzo zła, tak jak piszesz, zaczynałam go widzieć w czarnych barwach, gdy jednak na wierzch wychodziła bardziej potrzeba bliskości i strach przed samotnością to zapominałam jaką czasem ta osoba we mnie powoduje złość. Nie umiałam widzieć człowieka normalnie, jako kogoś kogo raz bardzo lubię a raz jestem na niego zła. To nigdy nie szło w parze jakby nie można było się złościć na kogoś od kogo się w jakikolwiek sposób zależy, kogo nie chce się stracić. I tak było w domu, na matkę nigdy nie można się było złościć, bo się obrażała i odrzucała.
Tak samo mam, inna sprawa jakie to są potrzeby teraz – raczej nie do zaspokojenia przez innych i ciężko odróżnić kiedy ktoś naprawdę narusza moje granice i mam prawo się złościć, a kiedy złoszczę się w związku z przeszłością. Jeszcze odnośnie postu Agus w innym temacie – może być tak jak pisała, boję się kogoś i jednocześnie złoszczę na tę osobę, bo strach zmusza mnie do określonego zachowania, ograniczania siebie, a za złością idzie poczucie winy, bo jak się złoszczę to jestem "zły", przecież nie powinienem się złościć! Błędne koło się robi – jestem zły, więc potrzebuję kogoś kto mi powie, że jestem OK, ale boję się, że zrobię coś nie tak i mnie odrzuci. Strach mnie ogranicza, nie lubię go i się złoszczę, a jak się złoszczę to jestem zły….
Byszku… ja miałam i mam tak…:(
Wczoraj nie dokońca byłam pewna, że o to Ci chodzi i trochę się zasugerowałam postami dziewczyn, a właśnie w tym temacie pisałam post, później przeanalizowałam i wykasowałam, bo nie byłam pewna czy dobrze zrozumiałam…i tak dumałam…
więc napisze…
w sobote miałam duże spięcie z bliską mi osobą, ona miała swoje racje, ja swoje… wybuchła między nami wojna…i po tej całej akcji mimo,że wiem że moja racja i dla mnie ważna i jest moja, i że właśnie stąd ta afera, bo boję się … i staram się w jakiś sposób się uchronić…no i pojawiło się poczucie winy… ono jest jak drugi "zły " głos w schizofremii… no i zaczyna się we mnie wewnętrzna walka… on mnie łaja, targa… a moje Ja wie, że ma racje… jak się tak wsłuchałam… to straciłam cała energie… w ogóle nie mogłam się uspokoić … wziełam proszek na uspokojenie…chociaż może to nie rozwiążanie… ale nie potrafie nad tym poczuciem winy zapanować… a ono ciągnie mnie w dół…no i niby jest tak, że widze, że wiem… ale są jeszcze duże braki u mnie…
Anonim
14 lutego 2011 o 19:05Liczba postów: 182Bardzo znany i praktykowany przez zemnie schemat ktory tu byszku poruszyłes.
W zeszłym roku poznałam kolezanke i tak bardzo bałam sie odrzucenia zreszta jak zawsze przy nowo poznanych osobach ,ze widziałam ją tak jak ja chciałam widzieć , a nie taką jaka ona jest w rzeczywistosci-zawsze tak robie -nie patrze jaka ta osoba jest tylko widze ją tak jak chciałabym zeby była :(. Wiele cech mnie w niej denerwowało , ale to tych ktorych sama u siebie sie wyparłam, chciałam ją zmieniać. Czepiałam sie wszystkiego w niej i w tym co robi az w koncu jak to sie mowi trafiła kosa na kamień.Znalazłam to coś co ją wkurzyło, ja tego nie wytrzymałam zaczełam ja krytykowac , osądzac zupełnie bezpodstawnie. Moje zachowanie było takie jak mojej matki ,a u mnie praktykowane od zawsze : odrzucam, a pozniej cierpie ,ze odrzuciłam i chce by ta osoba wróciła. Ale jak może wrócic skoro została poraniona przeze mnie i poznała nie mnie tylko moje fałszywe JA które w danej sytuacji mną kierowało. Nie dałam sie poznać , grałam nie siebie , atakowałam. Po rozum do głowy przyszlam jak emocje opadły. Straciłam fajną kolezankę 🙁 cierpiałam. Szczerze to ta sytuacja mną wstrzasneła , pierwszy raz poczułam sie jak dziecko co daje i zabiera zabawkę.Czułam wstyd , żal i strate. Naprawde rozmawiałam z dorosłą osoba i dojrzała emocjonalnie i to dało mi do myslenia jak powtarzam schematy z dziecinstwa w swoich relacjach. Przede wszystkim kierował mna lęk przed odrzuceniem , brak zaufania do drugiej osoby. kontrola, lęk przed zranieniem. Ale to dopiero moja świadomość właczyla sie juz po całej sprawie , stracie 🙁 cała sie trzesłam z emocji, ktore sama sobie zafundowałam przez powtarzalnosc zachowania.i bardzo często analizuje taką znajomosć , wiecej sobie wyobrazam rozne rzeczy o nowo poznanje osobie, a nie widze rzeczywistosci taka jaka jest 🙁 i na to trace mase energii !!
Edytowany przez: zizazou, w: 2011/02/14 19:11
hej, czytając ten wpis nieźle się zszokowałam. u mnie jest identycznie. Ja przez takie "testowanie" drugiej osoby straciłam kilku dobrych przyjaciół, ale nigdy nie pomyślałam o tym , że to jest DDA… starałam się bardzo daleko uciekać od mojej matki, po to, żeby nie przeżywać ciągłego stresu (jak coś zrobię źle – czyli nie tak jak ona chce, to nie będzie się do mnie odzywać), dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że zachowuję się identycznie i rozwaliło mnie to.
Generalnie nie mam problemu z przyjaźniami, ze znajomościami, nie boję się utraty. Bardzo dobrze się czuje w relacjach: przyjaźń, koleżeństwo, kumpelostwo. Mam ochotę kogoś bliżej poznać, poznaję. Nie to nie. W takich relacjach umiem być 'normalna’.
Ale… no właśnie 🙂 Jeden wyjątek. Jakiś czas temu poznałam Zosie. Po pierwszej rozmowie pomyślałam sobie 'fajna, mila dziewczyna’. Teraz dopiero przypominam sobie jej 'dziwne’ zachowania. W większej grupie osob smutniala, milkla, zaczynala sie izolowac. Myslalam "niesmiala jest’. A kiedy gdzies sie spotykalysmy, dzialo sie cos dla mnie niewytlumaczalnego – zaczynalam sie irytowac jej dziecinnym zachowaniem (pytania w stylu "moge to zrobic?"), zaczynal mnie draznic jej histeryczny wrecz, tlumiony, nerwowy smiech, jej depresyjny nastroj. A od tego wszystkiego zaczynala bolec mnie glowa gdy dluzej z nia przebywalam. Nie moglam tego zniesc. I jeszcze kiedy dluzej sie nie widzialysmy, jej maile w stylu: "Mam wrazenie, ze cos sie miedzy nami popsulo". Ona panicznie bala sie utraty nowych, nawet pltyszych znajomosci. Stwierdzilam – jesli ta znajomosc tak na mnie dziala, musze ograniczyc z nia kontakty. Potem dowiedzialam sie, dlaczego taka jest. Jej mama ma schizofrenie, a tata depresje. Opowiedziala mi o swoich klopotach. I polaczylam wszystko w calosc. Zosia to DDD. Polecilam jej terapie. Obecnie nie mam z nia zadnego kontaktu, urwal sie.
Tak bardzo mnie irytowala, zloscila, bo widzialam w niej po czesci moje wlasne problemy. Z jedna roznica. Ona panicznie bala sie utraty nawet nowo poznanej kolezanki, ja panicznie boje sie milosci, a jednoczesnie panicznie boje sie utraty osoby ukochanej. Wlasciwie z ta rzecza mam problem najwiekszy. Nie umiem kochac, chociaz bardzo chce. Znam schematy DDA, mechanizmy, wiem, ze milosc jest dobra, ze to 'tylko’ schemat, ze milosc to wybor, moj wlasny. Ale ja nawet nie pozwalam sie mezczyznom do mnie zblizyc, chociaz kocham i wiem, ze mu zalezy, i wiem, ze jest dobrym czlowiekiem. To sie zloszcze, ze sie nie stara bardziej. Bo przeciez ja sie boje… ech.
Dobrze sie tu wypisac 🙂
Też mam problem ze złością na bliskie mi osoby, bliskich przyjaciół, na których bardzo mi zależy. Problem polega na tym, że czasami czuję złość, a jej nie wyrażam (oni nie wiedzą wtedy o co chodzi, ja po prostu przestaję się odzywać i spotykać z nimi na jakiś czas). To, że nie mówię, że jestem zła wynika z obawy, że albo powód mojej złości może wydać im się głupi i niedorzeczny albo że nie będą w stanie tego pojąć i zrozumieć. Potem udaję, że wszystko jest ok i mówię np., że musiałam trochę pobyć sama i nic się nie stało. Ostatnio poczułam złość (chociaż może była to bardziej zazdrość) na przyjaciela. On bardzo mi się zwierzał, tylko mnie, jakiś czas temu poszerzył grono osób, którym się zwierza. Z jednej strony pomyślałam, że to dobrze i inne osoby też będą mogły mu pomóc, doradzić, itp. Z drugiej – poczułam złość i zazdrość, bo do tej pory tylko ja byłam tą ”wybraną”, której zaufał. Chyba wystraszyłam się, że będę już niepotrzebna, bo przecież inni wiedzą lepiej, lepiej mu doradzą, więc nie będzie już chciał rozmawiać ze mną.
Ja mam bardzo podobnie z tą złością i najgorsze jest to, ze strasznie sie jej wstydze.
u mnie ta złość to taki stały temat, po prostu czasami czuje sie tak przegrana, porzucona, zdołowana i od razu czuje złość – potrafie sie wówczas z byle kim o byle co pokłocic,. a jak juz dochodzi do prawdziwegon konfliktu , jak na przykład w pracy ostatnio, to wybucham,….nawet w sytuacji zawodowej – mimo, że wiem, czym to grozi, potrafię wybuchnąć…
A z drugiej strony, to podobnie jak Zbyszek, czasami czuje, ze mam do tej złosci prawo.. jesli czuje, ze ktos mnie oskarża niesprawiedliwie, lub źle traktuje.wczoraj stało sie cos okroponego, spotkałam sie ze znajomym, relacja trwajaca bardzo długo, …ale ostatnio własnie były juz same problemy, kłótnie, chyba kontynuwoałam to z przyzwyczajenia, dla zabica samotnosci.
, poznaliśmy się na randce, ale od pocztaku wiedziałam, że to nie facet dla mnie, natomiast, mielismy podobne poczucie humoru i zaproponowałam mu przyjaźń..i to tak trwało sporo czasu, bywały lepsze momenty, ale ostatnio nie miało juz sensu –
ale on mi wiecznie wyrzucał to, że nie chciałam z nim byc…mimo, że nigdy nie stawaialm sprawy inaczej.i wczoraj w czasue kłótni, po prostu sie na mnie rzucił z taką agresją, ktora do tej pory mnie przeraz a… gdyby ktos nie zainterweniował, pobiłby mnie,,,
.nic mnie takiego nigdy nie spotkało i zastanawiam się, czy ta ca cała sytuacja nie wynika z mojego sposobu wyrażania złosci….zreszta w ogole nie wiem po co tkwiłam w takiej relacji i spotykałam sie z nim z obowiązku….
wiem, że nie miał prawa sie zachować w ten sposob, a mimo wszystko czuje sie winna – bo 'normalnym ’ ludziom takie rzeczy sie chyba nie przytrafiają…
I strasznie sie wstydzę, do tego stopnia, że nawet nie wiem, czy powiem mojemu terapeucie… -
AutorWpisy
- Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.