Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Życie iluzją

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 13)
  • Autor
    Wpisy
  • malenka
    Uczestnik
      Liczba postów: 382

      Wiecie co myślałam,że po ponad 3 latach terapii wyzbyłam się DDA. Zrezygnowałam z dalszego leczenia pół roku temu w przekonaniu,że nie mam sił i że nie będę się dalej "tarzać" w przeszłości. Wczoraj zderzenie z twardą rzeczywistością: ja żyję w iluzji rzeczywistości, zgaduje co myślą i czują inni w pełnym przekonaniu że tak jest.Prawda jest inna, nie przyjmuje rzeczywistości taką jaka jest, w mojej głowie stwarzam jej inny obraz.Bo tak jest łatwiej, znośniej. Nie akceptuje prawa innych do kochania, chciałabym narzucić innym swoją wole. Przekonałam się odnośnie jednej sytuacji, że przez dwa lata miałam mylny obraz zdarzeń. Zastanawiam się czy jestem na pograniczu choroby psychicznej i w moim przypadku zostaje mi oddział psychiatryczny, czy to tylko kolejna strona DDA nie przepracowanego do końca. Przepłakałam wczoraj dzień i był to płacz nad samą sobą….

      drozdzyk
      Uczestnik
        Liczba postów: 2536

        malenka

        mogę Ci podać rękę….. sama bym lepiej chyba nie opisała tego…

        ale wiesz, nie wiem czy to oznacza, że jesteśmy chore psychicznie… chyba jeszcze nie skoro zdajemy sobie sprawę z tego co się w nas dzieje…

        łatwo nie jest, ale chyba nigdy nie będzie :dry:

        po prostu trzeba jakoś do przodu….

        powodzenia

        pszyklejony
        Uczestnik
          Liczba postów: 2948

          Taka natura tej naprawy, efekty przychodzą po całym procesie.

          Tajemniczy Don Pedro
          Uczestnik
            Liczba postów: 1774

            Glowa do gory niejestes sama jak masz jakis problem staraj sie o nim rozmawiac napewno jest ktos kto cie wyslucha i usmiechaj sie jak najwiecej:laugh:

            malenka
            Uczestnik
              Liczba postów: 382

              Drożdżyk to podaje Ci rękę.Chyba mi ulżyło,że nikt nie napisał że może psychiatryk mi pomoże….
              Przyklejony czy dobrze zrozumiałam…?Efekty terapii przychodzą po jej całkowitym ukończeniu, przepracowaniu całego tego bagna?.Ja przewaliłam tylko część tego gnoju….i spotkałam się ze ścianą. Odbiłam się od niej i tak sobie leżę i gnije.Miałam wrażenie że wale głową w mur i nijak nie mogę się przebić przez tą ścian i odpuściłam. Wiem,że terapia u ludzi trwa różnie: u jednych to rok, dwa, u mnie było ponad 3 latka i lipa.Każdy z Was który w tym "siedzi" wie, jak ciężka to robota, przepracowywanie tych emocji, brrrr ,……Najsmutniejsze jest to że dociera do mnie, że innej drogi nie ma, życie albo śmierć, zadręczenie samej siebie swoimi "świrkami i kompulsjami. I ostatecznie powrót do punktu wyjścia. Czy ja zaczynam znów od zera….cholera. A jak zajmie u mnie to kolejne 5 lat i nic?Wiem, że nikt z Was nie jest mi wstanie odpowiedzieć….
              Niebezpiecznie słodki ludzie dookoła nie mają pojęcia o temacie, nawet jak Ktoś z poza ""branży" wysłucha to nie kuma tematu. Dupe w kroki i na miting. Musiałby to być nie uśmiech ale szczękościsk:)Bo daleko mi do śmiechu

              pszyklejony
              Uczestnik
                Liczba postów: 2948

                Dobrze zrozumiałaś, tu chodzi głównie o pokochanie siebie, taką, jaka jesteś nawet teraz. Bezwarunkowo.
                Nie zaczynasz od zera, tylko efektów nie widzisz, to przyjdzie. Tyle trzeba czasu, ile trzeba.

                drozdzyk
                Uczestnik
                  Liczba postów: 2536

                  /Malenka

                  Pomimo wszystkiego tego co w Tobie płacze, krzyczy, nie zgadza się na to jak jest – to żyjesz teraz i tu. Nie możesz traktować swojego istnienia jako czegoś warunkowego "będzie dobrze jak skończę terapię". Wydaje mi się, że lepiej po prostu patrzeć na wszystko realnie ale z minimalną nadzieją.

                  Ja patrząc na siebie uważam, że nigdy nie będzie "dobrze" – w moim rozumieniu tego. Ale może być na tyle dobrze bym mogła żyć na miarę swoich możliwości i możliwości jakie w danej chwili daj mi życie.

                  Ostatnio odkrywam, że tak naprawdę to co mnie więzi, to nie tylko przeszłość, schematy, mechanizmy – to raczej to jak reaguje na najdrobniejsze sytuacje teraz – a przecież mam chyba jakiś wybór? Mogę zrobić inaczej niż zawsze, mogę zrobić inaczej niż świat oczekuje? Choćby właśnie po to by spróbować, by się przekonać, by pójść być może krok dalej?

                  Dzieci codziennie się przewracają, zbijają kolana, wkładają łapki tam gdzie nie trzeba – ale dzięki temu się rozwijają, uczą.

                  Czasem czuję, że na własne życzenie schowałam siebie pod kloszem – przed ludźmi, przed problemami, przed życiem…. tylko czy to lepsze ?

                  Nikt nie da Ci recepty na życie – i bardzo dobrze bo dzięki temu kto wie – może właśnie wszystko dzieje się w Twoim życiu właśnie tak jak ma być, i wszystko co ma przyjść przychodzi we właściwym czasie?

                  Osiągnięcie wewnętrznego spokoju i wiary w sens to kwestia spojrzenia na różne sprawy pod odpowiednim kątem – coraz częściej tak właśnie mi się wydaje. Więc próbuje.

                  I wierz mi malenka – mogłabym skopiować to co napisałaś i się pod tym podpisać. Ale to chyba nie skazuje mnie na porażkę, dopóki ja sama siebie nie skażę…

                  powodzenia

                  Anonim
                    Liczba postów: 20551

                    Czemu pokochanie siebie jest takie trudne? W czasie terapii zdarzało się,że odczuwałam miłość względem siebie, ale szczerze o bezwarunkowej mam blade pojęcie.Pewnie dlatego,że kojarzy mi się z czymś na co trzeba zasłużyć. Z drugiej strony nigdy nie byłam kochana z wzajemnością przez płeć przeciwną.Ostatnimi czasy tak sobie w tym moim małym rozumku wymyśliłam, że skoro nikt przez całe moje życie nie dojrzał we mnie żadnej wyjątkowości, nie wydałam się dla nikogo interesująca….To w takim razie chyba potwierdza wpojone mi w dzieciństwie przekonanie,że ze mnie nic nie będzie i nie da się mnie kochać. A moi rodzice do dziś dnia upierają się, że popełnili błąd ale zawsze mnie kochali.
                    Drożdżyk przez pewien okres w życiu udawało mi się żyć tu i teraz, bywało że cieszyłam się dniem dzisiejszym i starałam się nie kręcić scenariuszy na przyszłość…jakiś czas zdawało egzamin.Kiedy jednak terapia stawała się coraz cięższa to chciałam to przeskoczyć, nie męczyć się więcej. Teraz znów myślę i mam nadzieję że jak wrócę na leczenie to będzie lepiej. Analizując moje życie jak było trudno starałam się wierzyć że kiedyś to minie i będzie lepiej. To też pewnie jakaś forma ucieczki od realnego świata: nie czuć, żeby przetrwać.
                    .Co znaczy patrzeć realnie na świat?Jak patrzę przez pryzmat rozumu, to nie czuję.Jak kieruje się odczuciami i mówię co myślę dostaje po łepie, a czasem nie wiem co czuję.Innym razem wydaje mi się że odbieram świat nie takim jakim jest.Nie umiem znaleźć w tym złotego środka.Pewnie powiecie na terapii to przepracujesz, a ja w terapii też tak miałam, że kompletnie już nic nie wiedziałam. Co moje, nie moje, co lubię, czego nie lubię?Niczego nie byłam pewna… Po przerwaniu nadal nie jestem.
                    Zyć dobrze w Twoim rozumieniu Drożdżyk to życie na miarę swoich możliwości. Czyli w zgodzie ze sobą. Ladnie to brzmi. CO znaczy,że nie gdy nie będzie dobrze? Dobrze w odniesieniu do życia o jakim marzysz, czy chciałabyś aby było?
                    Też jestem uwikłana mechanizmami, jak się je dobrze pozna to można próbować działać inaczej.Czasem "lecę" tak z automatu,coś jakby trzyma mnie na uwięzi żeby zadziałać inaczej. Jestem tchórzem i boję się tak wielu rzeczy. Odwaga, odwaga tego trzeba..
                    Też mogłabym się podpisać pod kilkoma rzeczami, o których piszesz, szczególnie o życiu pod kloszem, bo od jakiegoś czasu tak żyję. Wykonuje obowiązki a potem żyje jakby mnie nie było, jakbym nie żyła.Jak niewidzialne dziecko….
                    A wiesz co do tej recepty na życie, czasem chciałabym dostać schemat jak postępować żeby żyć szczęśliwie. Instrukcja krok po kroku, która gwarantuje odniesienie sukcesu potwierdzone przez innych, którzy przetestowali. W tym zagubieniu po prostu nie wiem jak stawiać kroki.

                    Ja chyba też do końca nie skazuje się na porażkę.Podłamuje, upadam ale skoro tu jestem i rodzi się we mnie odrobinka, malenka myśl o powrocie na drogę zdrowienia to chyba jej do końca nie poniosłam.Trzeba na nowo uwierzyć…..

                    aneczka36
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 265

                      malenka, normalnie jak czytam Ciebie to jak bym swoje myśli czytała, tylko nie umiem ich tak trafnie opisać. Mnie też nikt nigdy nie kochał począwszy od rodziców, żaden facet nie zainteresował na tyle, aby mnie nie opuścić. Myślę, że mam jakąś oględną wiedzę nt. DDA, bo jestem po trzech terapiach. Teraz w życiu czuję się jak student, który skończył uczelnię z wynikiem bardzo dobrym i podejmuje pracę a kompletnie nie zna się na swoim zawodzie w praktyce, a po pierwszej terapii, gdy miałam dwadzieścia parę lat pozjadałam wszelkie rozumy, radziłam tutaj wszystkim na forum jak mają żyć, aż ktoś mi zwrócił na to uwagę, teraz… im dalej w las, tym więcej krzaków i ciągle błądzę. Pogodziłam się z tym, że DDA to taka moja przypadłość, że całe życie będzie mnóstwo pytań, wątpliwości, nieporozumień, wkurzania się, dołów i płaczu. Czasami marzę o tym, że fajnie by było mieć instrukcję, z której dowiadywałabym się, jak zachować się w każdej sytuacji, co jest dobre a co złe. Moje doły ujawniają się w kryzysowych dla mnie sytuacjach (np. facet mnie zostawił, problemy w pracy, choroba), wtedy jest płacz i zgrzytanie zębami, zastanawianie się nad sobą, co robię nie tak i co mogłabym zmienić, czasem zmieniam, czasem nie albo zmieniam a za jakiś czas wracam do starego nawyku. W ostatnim czasie takim kryzysem była dla mnie choroba, wtedy wychodziłam do ludzi, nawiązywałam kontakty, byłam dla innych dobra, gdy tylko poczułam się lepiej, wróciłam do starego, przestałam dzwonić do innych, spotykać się, kiszę się we własnym sosie. Ciężko jest być innym niż się jest. Czy Ty też jesteś w jakimś kryzysowym momencie życia?

                      Anonim
                        Liczba postów: 20551

                        Aneczka 36 myślimy tak samo…to wynik tego że jesteśmy DDA. Pamiętam że po 1 roku terapii byłam pełna optymizmu, zaczynałam rozumieć jak dzieciństwo wpłynęło na moje zachowanie.Też mi się wydawało,że pozjadałam wszystkie rozumy. Dziś widzę,że brak mi pokory i cierpliwości. Pogodziłaś się ze swoim DDA i z tym co się z nim wiąże.
                        . JA myślę,że wciąż wałczę sama ze sobą i nie akceptuje do końca tego jaka jestem.
                        Moje doły też ujawniają się w kryzysowych sytuacjach, wtedy zagłębiam się w swoim smutku i utwierdzam samą siebie w przekonaniu o swojej głupocie i niskim poczuciu wartości. Pytasz czy teraz mam sytuacje kryzysową? Niby nic się nie dzieje…Mam 31 lat, jestem sama i uświadamiam sobie,że od 23 roku życia wiem o swoim DDA . Od tego czasu walczę….Tyle lat i wciąż nie wiem Kim jestem,czego chcę od życia. Od kilku miesięcy zamknęłam się w sobie i wegetuje.To frustrujące…..

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 13)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.