Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Życie z rodzicami

Przeglądasz 6 wpisów - od 11 do 16 (z 16)
  • Autor
    Wpisy
  • Dorosladziewczynka
    Uczestnik
      Liczba postów: 13

      Ja co prawda wyprowadziłam się już dawno z domu, ale odkąd pamiętam pomagam, ile mogę- rezygnując tym samym z własnych planów oszczędzania i faktu, iż nie zarabiam kokosów.

      Kiedyś opłaciłam czynsz, wysłałam mamie pieniądze na święta, a sama zostałam z kilkoma złotymi w portfelu.

      Opłaciłam bratu prawo jazdy, które tak naprawdę ja chciałam zrobić, ale zrezygnowałam ostatecznie i jestem jak na razie bez prawka. Na urodziny zawsze wysyłam pieniądze.

      Przez cały czas towarzyszy mi poczucie obowiązku wobec mojej rodziny i mam ogromne wyrzuty sumienia, gdy kupię sobie coś- jakąś droższą perfumę lub lepsze buty- zastanawiam się, czy w sumie mi to jest potrzebne?

      Jestem na rozdrożu- bo rodzinie się przecież pomaga, ale z drugiej strony męczy mnie to bardzo 🙁 🙁

       

       

      Albatros
      Uczestnik
        Liczba postów: 27

        Powinniśmy być bardziej egoistami 🙂 co i tak nie uczyni z nas egoistów w dosłownym tego słowa znaczeniu 😛 .

        skrzat
        Uczestnik
          Liczba postów: 611

          A moze warto mowic drukowanymi literami , co chcesz dac, co chcesz otrzymac,  okreslic granice Twoje i kazdego z rodzicow ….  a jesli nie, to mozesz wynajac sobie pokoik u obcych ludzi  i wtedy pomagac  na Twoich zasadach ….  pomyśl o tym na spokojnie.

          Afektywna
          Uczestnik
            Liczba postów: 836

            O tak, trzeba w końcu zadbać o siebie. A rodzina niech sobie sama radzi…

            skrzat
            Uczestnik
              Liczba postów: 611

              W zdrowych rodzinach jest pomic w obie strony i  jest to naturalne.

              W naszych, zaburzonych , ta pomoc wynika z „zamiany ról”  czyli ja jako corka probuje opiekowac sie dorosłą matką  jakby to ona byla moją  córką a ja jej matką .  Bbierzemy na siebie odpowiedzialnosc  za pelnoletnich rodzicow , bo tego nas nauczyli … ze ” na stare lata mam sie nimi opiekowac”  … a gdzie byli, gdy ja bylam dzieckiem?  Gdzie podzialo sie moje dziecinstwo, ktore mieli mi dac ?

              Skoro nigdy nie bylam dzieckiem, to jak mam dzisiaj zrozumiec nastepne pokolenie i wlasnym dzieciom dac dziecinstwo ?   Wymagam od moich dzieci , by zaopiekowaoi sie mna, tak, jak moi rodzice wymagają,  bym ja zaopiekowala sie rodzicami …

              Czas przerwac ten łańcuch  pokretnych, zaburzonych relacji.

              Czas zaopiekowac sie sobą i wlasnymi dziecmi.

              Rodziciom mozna pomagac … ale fajnie byloby, gdyby , jak dorosli, odpowiedzialni ludzie, poprosili i te pomoc … a nie zebym domyslala sie, czego im potrzeba. To nie  niemowleta.

              Czasem pytam moja mame, czego potrzebuje …  ona zawsze mowi, ze sobie radzi … ale tak jakbym m7ala sie doszukac z tonu i z mowy ciala , o co jej chodzi….   kiedys nazwala to tak : jestes kobietą,  powinnas sama to wiedziec… 🙁  trudno.

              Ja dzis ucze sie byc dorosla  a nie tylko pelnoletnia.

              Moja mama jest pelnoletnia, ale czy dorosla, to juz nie ode mnie zalezy. Nie wychowuje jej.

              Pozdrawiam

              „Iść w stronę słońca”
              Uczestnik
                Liczba postów: 203

                Witam, z mojego doświadczenia wiem, ze mieszkanie pod jednym dachem z rodzicami, gdzie tak jak wspomniano istnieje zamiana ról, a nie pomoc normalna, mimo wewnętrznego budowania siebie nie przynosi dla mnie dobrych efektów. Mój były partner pochodził z rodziny dysfunkcyjnej, ja z kolei DDA,  mieszkaliśmy obok jego rodziny. Kiedy poszłam na terapię, zaczęłam iść w górę, rozwijać się emocjonalnie, zaczęło nas jeszcze bardziej większość spraw poróżniać. Partner nie chciał ze mną terapii i w pewnym momencie zostałam sama. Co z tego, że się rozwijałam, kiedy wracałam do domu i miałam stosować to czego się nauczyłam przeciwko całej tej dysfunkcji? Emocjonalnie zmęczona…poddałam się.

                Potem mieszkałam trochę z mamą, współuzależnioną, tata był alkoholikiem, nie żyje. Po śmierci taty nieleczone współuzależnienie mamy nadal zostało. Mieszkając z mamą mogłam odłożyć pieniądze, pomagała mi przy synu, ale wracało dzieciństwo…mieszkanie w domu, w którym było różnie. Wzięłam kredyt, kupiłam swoje. Początki były ciężkie,ale czułam się silna,  każdym dniem moje myślenie było bardziej pozytywne. Mniej mam pieniędzy, ale warto było…

                czasem kiedy bywam dłużej u mamy i widzę po sobie, że coś dzieje się z moim myśleniem,mówię „papa” i jadę do siebie. Nie tłumaczę. Bo to walka z wiatrakami. Jestem dorosłą kobietą, a mama dalej widzi we mnie dziecko, które jak coś mu się powie to ma wierzyć. Niestety po terapiach zasłony spadają z oczu. Jak próbuję rozmawiać, mama wpędza mnie w poczucie winy, że ciągle mam pretensje, a ja chcę tylko porozmawiać, Ale przecież u nas się nigdy nie rozmawiało, albo milczało albo darło, to co ja teraz chcę…?

                Zamiatam więc dalej sprawy pod dywan i jadę do siebie. Mam wyrzuty sumienia, że nie potrafię powiedzieć wprost, poprosić by usiadła i mnie tylko słuchała. Tłumaczę sobie, że jest starsza, po co odgrzebywać stare rany? i tak dużo wycierpiała.

                Wiem, że cała rodzina musi się leczyć, taty już nie ma kilka lat, a my dalej „grzebiemy się” we współuzależnieniu.

                 

                 

              Przeglądasz 6 wpisów - od 11 do 16 (z 16)
              • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.