Odpowiedzi forum utworzone

Przeglądasz 7 wpisów - od 21 do 27 (z 27)
  • Autor
    Wpisy
  • Artemida
    Uczestnik
      Liczba postów: 28

      Chodzi mi o to, że nie powiedziałam wprost o swojej potrzebie partnerowi. Pierścionek to nie to samo…

      Lekarz sugeruje, że może to borderline, gdy spytałam o diagnozę. Tylko że ja jestem nieśmiała, wycofana, zgodna, kiedyś bardzo spokojna, nie kłamię, nie osaczam. Całkiem stabilnie było do tej pory. Nie mam problemów z uzależnieniem/ryzykownym zachowaniem.

      Jakoś nie pasuje mi ten opis. Myślałam, że może osobowość zależna. No ale nie znam się na tyle.

      • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok, temu przez Artemida.
      Artemida
      Uczestnik
        Liczba postów: 28

        Psychodynamiczna 5 lat, ale zakończona kilka lat temu. Podczas tego kryzysu kilka miesięcy CBT, a potem kilka Gestalt. Teraz dostałam poradę, żeby wrócić do psychodynamicznej.

        Partnerowi powiedziałam o pierścionku i go dostałam. Może to jakiś rodzaj sabotażu, że wynikła z tego taka dziwna sytuacja? Tak mi sugerowano. Czyli wychodzi, że to ja wszystko schrzaniłam 😉 a zaczęło się od sugestii taty. Gdyby nie on, może w ogóle nie pojawiłaby się u mnie ta potrzeba zaręczyn i ślubu…

        wiadomo, każdy spojrzy na to inaczej, eh.

        Artemida
        Uczestnik
          Liczba postów: 28

          Ja nawet nie liczyłam na zaręczyny. Uznałam, że nie musi być tradycyjnych zaręczyn. Ale myślałam, że chociaż wspomni o ślubie, zacznie temat, będzie chciał się dowiedzieć jak to widzę, jak mogłoby to wyglądać. Chciałam usłyszeć od niego cokolwiek na ten temat. Wydawało mi się, że skoro nie zrobił tego przy takiej okazji, to coś znaczy. Dlatego się rozpłakałam. Teraz myślę, że ja nawet nie chciałam już wtedy zaręczyn. Chciałam wreszcie wiedzieć, dlaczego unika tego tematu. A wyszło jak zwykle, czyli skupiłam się na emocjach, płaczu, swoich potrzebach. Mogłam po prostu spytać o przyczynę. Myślę, że gdyby powiedział wprost, że tego nie chce, to poczułabym jakąś ulgę. A takie mówienie nie wiem, nie myślałem, obojętne – dla mnie to niezrozumiałe. Myślałam, że tutaj jest się albo na tak albo na nie. Nie mogę tego pojąć. Czuję się trochę oszukana, ale oczywiście nie miał obowiązku o tym myśleć i to tłumaczyć.

          Później w rozmowach okazało się, że zdarzyło mu się o tym myśleć, np. ślub przydałby się w razie wypadku czy innej sytuacji. Twierdzi, że prokastynacja sprawiła, że odłożył to na później. Ale czy sądził, że jak da mi ten pierścionek to mi to wystarczy? Pewnie tak. Może założył, że wrócimy do tego w przyszłości. Jednocześnie niedawno mówił o ślubie w przypadku wojny, choroby. Mam obawę, że to przez mój kryzys doszedł do tego wniosku. Że gdyby nie moja presja to pewnego dnia stwierdziłby że to dobry moment na poruszenie tematu.

          Ja też zaznaczyłam, że do tego pierścionka nie ma pośpiechu, żeby miał luz. Sądziłam, że dzięki temu zyskam pewność, że się określi w którąś stronę. Jak będzie już gotowy. Wygląda na to, że to były dla niego dwie różne sprawy a temat ślubu mógł dalej pozostać nieokreślony.

          Ja nie mogę tego pojąć. Tak jakbym właśnie wymagała, żeby się określił przy tym pierścionku… Jakby miał taki obowiązek. Jestem o to zła. Wiem, że pewnie jestem niesprawiedliwa.

          Co najlepsze, to ja wiem że on mógłby wziąć ten ślub. I te zaręczyny to też oznaka, że bierze pod uwagę moje potrzeby. Ale wiem, że nie ma tam jego chęci. Jestem zła o to „nie myślałem o tym”, bo czuję, że ja jestem jedyną stroną która ma jakiś problem, coś wymaga, czepia się, spieszy się niepotrzebnie. Że jest mnóstwo związków nieformalnych, w których po czasie dochodzi do ślubu, takie czasy.

          O dzieciach powiedział mi na początku, że ich nie chce. Ja też nie, więc nie było problemu. Dla mnie taka informacji jest na równi ważna ze ślubem, dla niego nie. Ja na początku relacji nie pytałam, bo nie chciałam wyjść na desperatkę. Na którą i tak wyszłam.

          • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok, temu przez Artemida.
          • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok, temu przez Artemida.
          • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok, temu przez Artemida.
          • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok, temu przez Artemida.
          • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok, temu przez Artemida.
          Artemida
          Uczestnik
            Liczba postów: 28

            Wybaczcie za tak długie posty. Jeszcze tylko powiem, że on byłby gotowy wziąć ten ślub, gdybym chciała. I byłby zadowolony, bo ja bym była. Tylko to ja nie widzę w tym żadnego sensu. Miałam zawsze przekonanie ,że muszą dwie osoby tego bardzo chcieć. Swoim zachowaniem to uniemożliwiłam. Też sam moment zaręczyn jest dla mnie wyidealizowany, chciałam żeby było to cudowne wspomnienie. Nie jakieś super fajerwerki, ale coś takiego naszego, nie dlatego że ja tego chciałam. Jestem pogubiona i zrezygnowana. Zachowuje się tak, jakby cały związek od tego zależał, a to nie fair.

            Artemida
            Uczestnik
              Liczba postów: 28

              Jesteśmy bardzo blisko, czuje się bezpieczna, wspierana, troszczy się o mnie, chce spędzać czas, jest po prostu dobry. Tylko w tym jednym się nie dobraliśmy…

              Mieszkamy razem od kilku lat, nie jest to luźny związek.

              Tłumaczył mi, że po prostu nie domyślił się, że chciałam zaręczyn, nie pomyślał. Ale ciężko mi w to wierzyć, mimo że nigdy mnie nie okłamał. Wybierając pierścionek nie pomyśleć o zaręczynach? Stwierdził, że wszystko było jasne… Może w jego głowie tak, dla niego to że powiedział że „kiedyś”, nie oznacza „już”. Ale ja nawet nie oczekiwałam tego „już” po dwóch latach. Wystarczyłaby mi wzmianka, tak myślę. Zapewnienie, że to „kiedyś” jest nadal aktualne. Jednocześnie niczego mi nie obiecywał. Właściwie zrobił to co chciałam. Dostałam pierścionek. Nie powiedziałam wprost że chce ślubu …

              To tłumaczenie, że się nie domyślił jest dla mnie najgorsze. Wolałabym usłyszeć, że nie chce. Ale on twierdzi, że w sumie nie wie, po co się spieszyć. Chwilowo czułam się lepiej, poczułam ulgę, gdy powiedział że ślub „kiedyś”, gdyby sytuacja tego wymagała.Dla mnie to było nierealne, brzmiało jak wymówka. Przez jakiś czas płacz ustał. Ale znowu zaczęłam dociekać i okazał się, że on to mówił na serio. Że coś takiego jest realne. I znowu poczułam się gorzej, bo mogłam poczekać, może pojawiłby się w końcu jakiś bodziec… A może potrzebował więcej czasu, żeby sam dojść do tego, poczuć to… Z reguły jest bardzo rozważny i ostrożny w decyzjach. Nie dowiem się tego i to mnie przeraża i doprowadza do rozpaczy.

              Czuję się tym wszystkim upokorzona i cierpię przez te myśli, że to moja wina. Poczucie winy zwłaszcza w pierwszych dniach było potężne. Sama zniszczyłam coś, a przecież mogło być dalej nieokreślone. Mam ataki płaczu, ostatnio byłam na forum i dziewczyna napisała do drugiej, że cztery lata związku to nie tak długo, żeby być smutnym z powodu braku zaręczyn. I czasem myślę, że rzeczywiście pięć lat to nie jest wieczność. Że są dziewczyny, które czekały 7, 8, 10 lat i się doczekały. Czyli jednak da się, a przez mój brak panowania nad sobą wtedy przekreśliłam to.

               

              • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok, temu przez Artemida.
              • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok, temu przez Artemida.
              • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok, temu przez Artemida.
              Artemida
              Uczestnik
                Liczba postów: 28

                Nie osądzałabym jej tak surowo jak siebie, ale jak się jest tylko obserwatorem, to ciężko o 100% zrozumienie. A „jej” mężczyzna? Uznałabym pewnie, że sam nie wie czego chce. Że może powinna to zaakceptować, jeśli chce z nim być, bo chcieć muszą dwie osoby. A jakie są Twoje odczucia o których wspomniałaś?

                Generalnie to mam chwilę, gdy rozumiem siebie, to że czekałam, że dałam dość oczywisty znak. Ale nie na tyle oczywisty, żeby nie było nieporozumień… Chciałam jakoś uratować to odsłonięcie emocji wtedy i poszłam w „zaręczyny nie są istotne”, może chciałam się partnerowi przypodobać, znaleźć kompromis? Nie wiem… Z tego wszystkiego żałuję też, że zamiast poznać jego stronę, to reagowałam zbyt emocjonalnie. Tak naprawdę nie wiem jakie miał wtedy poglądy. A to że teraz jest obojętny – boję się, że to wynika z tego, że w ogóle poruszyłam ten temat, może podświadomie czuł jakąś jakaś presję, która go odrzuciła. Czuję, że to powinno wyjść od niego, takie miałam przekonania. A gdy już było po tych zaręczynach, to szczerze się cieszył, ale jednocześnie nie rozwijał tematu. Potem to już poszło szybko – moje załamanie i ciągła rozmowy na ten temat sprawiły, że wygląda to jakbym miała obsesję. Temat zbrzydł i jemu i mnie. Nie dziwię mu się. Przeraża mnie myśl, że nigdy nie dowiem się co tak naprawdę o tym myślał i jak ja na to wpłynęłam.

                Artemida
                Uczestnik
                  Liczba postów: 28

                  Chyba wszystkiego po trochę. Chciałam też opinii zwrotnej od osoby z zewnątrz, bardziej obiektywnej.

                Przeglądasz 7 wpisów - od 21 do 27 (z 27)