Odpowiedzi forum utworzone
-
AutorWpisy
-
w odpowiedzi na: nie umiem płakać #97979
strasznie stary wątek, ale odświeżam, bo chcę się pochwalić.
już umiem płakać. i to coraz częściej.
ale tylko w samotności. choć to już postęp?
w odpowiedzi na: kogiel mogiel #97966wtrącę się, może mnie nie pogryzą – słuchajcie, kobity, jesteście zdrowo "szurnięte", ale w tak pozytywny sposób, że aż kipi. siadłam na forum z konkretnym dołem, póki nie trafiłam tu. pośmiałam się i czułam się, jakbym siedziała z Wami na kawie i dobrym ciastku (to nie słodycz! to przyjemność!). trzymajcie tak dalej!!!! bo ja tu wrócę ;)))
w odpowiedzi na: tylko tyle #97933a co powiecie na przytulanie w chwili płaczu? gdyby ktoś spróbował mnie wówczas pocieszyć, to chybabym odgryzła mu wszystkie kończyny! nie potrafię przyjąć wówczas jakiegokolwiek gestu.
sprostowanie. ja od zeszłego roku chodzę na terapię i zaczynam dostrzegać braki. czyli to, czego mi trzeba, a czego nie dostawałam. ja też nie byłam nigdy przez nikogo przytulana i nie przytulałam. i nie umiem do dziś – jestem sztywna jakbym połknęła kij i nie wiem, co zrobić z rękami, nie oddycham i liczę sekundy jak godziny.
Edytowany przez: barcelona, w: 2011/08/11 23:39
pszyklejony – masz rację, ale to nie jest proste – i wiem, że nie miało takie być. czasem tylko mnie to tak łamie, że nie mam siły tego udźwignąć. wiesz, ja się cały czas (od przeszło roku) babram terapią, ale jest ona tak szarpana, że dużo rozdrapane, a chyba nic nie zabliźnione. a sama nie do końca potrafię, albo i odwagi mi brak na "życie" – brać je garściami takie, jakie jest. wolę uciąć, niż posmakować. ale dzięki za Twoje słowa. pomyślę.
mase – ano ;(
w odpowiedzi na: tylko tyle #97894jestem nienormalna. policzyłam, ile razy mnie ktoś przytulił w ciągu ostatniego roku. może pięć razy.
ile razy ja kogoś? hmmm, tak na serio? wcale.
czemu to przytulanie to takie fajne, a takie trudne jest?w odpowiedzi na: bajka o zasmuconym smutku #97888GENIALNE!!!
i wzruszające….
w odpowiedzi na: Użalanie się nad sobą, bierność #97886co zrobić? otworzyć się na świat.
zmiana nie polega na tym, że siedzimy zamknięci w sobie i nagle staje się jasność. zmiana to nasze NOWE postrzeganie starych rzeczy.
trzeba wyjść do ludzi. jeśli ich nie ma – poszukać. spacery, zakupy, rower, woda, cokolwiek. nawet rozmowa na przystanku ze starym dziadkiem może sprawić przyjemność.
trzeba znaleźć twórcze zajęcie, pasję. znam siebie od tej strony – był czas, że siedziałam przy głośniku magnetofonu godzinami, słuchając muzyki i rozpaczając nad tym, jak mi źle. i co? i nic, można tak siedzieć latami. naprawdę latami – znam to. natomiast pasja, rozrywka, zajęcie – likwiduje złudne myślenie, dodaje energii i … nowi ludzie!
jeśli nie pasja, to praca – praca fizyczna, pot, zmęczenie, orzeźwia umysł i wówczas sprawy wyglądają inaczej. myślę, że w moim przypadku to właśnie nuda i użalanie się nad sobą wchłonęły tyle mojego czasu, który dziś uważam za stracony.
najważniejsze – nie być samemu z myślami. bo nic odkrywczego nie wymyślimy, tylko to, co już dobrze znamy, wpojone od małego. to inni ludzie mogą w nas odkryć coś, czego nawet w sobie nie podejrzewaliśmy.
ja pamiętam, jak mi moja ulubiona kumpela powiedziała kiedyś, że jestem ciepłym człowiekiem. rany boskie, nigdy w życiu bym tak o sobie nie pomyślała. no nigdy!!!
w odpowiedzi na: lęk przed odrzuceniem #97884ja tego lęku nie znoszę!!! przez ten właśnie strach nie nawiązuję głębszych relacji, no bo po co mam cierpieć, jak się skończą? ja nie zakładam, że coś może przetrwać, ja wiem, tak, WIEM, że wszystko, co mnie spotyka, będzie trwało tylko jakiś czas i niemożliwe jest, bym kogoś znała dłużej. jak nawet się tak zdarzy, że ktoś jest obok mnie, trochę na przekór mnie samej, bo wykazuje się uporem godnym terminatora, to ja i tak wstrzymuję oddech, kiedy nastąpi koniec.
czasem myślę sobie, co przeżywa ta druga strona. ja bym chyba nie chciała znać kogoś takiego jak ja. kogoś, kto po każdej kłótni, nawet zwyczajnej, jak to między ludźmi, umiera ze strachu, że to koniec przyjaźni. kto boi się tupnąć i warknąć, gdy dzieje się mu coś złego, byle nie urazić tego kogoś, no bo jeśli to będzie koniec?
myślę, że trochę przez ten cały lęk oddaję więcej siebie, niż bym chciała, jakbym dawała siebie pod zastaw.
kluczem do sukcesu jest to, co mi kiedyś napisała moja szalenie dobra kumpela. że zadziała przyjaźń pomiędzy nami, ale tylko wtedy, gdy każda z nas pozostanie swoją indywidualną wyspą, sobą. że nie można kogoś zmieniać, czy siebie dla kogoś. i że na wszystko potrzeba czasu, nic na siłę, na wczoraj.
w odpowiedzi na: wątpliwość, która niepokoi #95303a, tu mnie masz 😉
bo nie chcę jej sprawić przykrości? wiem, niedopuszczalne są sympatie z terapeutami, ale ona jest naprawdę fajna babka. i mam wrażenie, że jak jej powiem, że się mijamy w moim przekonaniu to co? to będzie jej przykro.
w odpowiedzi na: wątpliwość, która niepokoi #95293powiedzieć… gdyby to było proste…
a może to tylko takie moje odczucie, a wszystko idzie jak trzeba? może ja się spodziewam Bóg wie czego…
-
AutorWpisy