Odpowiedzi forum utworzone

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 317)
  • Autor
    Wpisy
  • Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 317
    w odpowiedzi na: Bliskość #484240

    Myślę, że prawda leży po środku. Z jednej strony mamy terapię, która każe nam na kilometr unikać wszystkiego, co choćby kojarzy się ze współuzależnieniem. Z drugiej – chore współuzależniowe mechanizmy (np. tłumaczenie się za alkoholika i krycie go), jakie mogliśmy wynieść z rodzinnego domu.

    W realnym świecie otaczają nas jednak ludzie, a nie teorie. Więc to, czy ktoś nagnie swoje granice i na ile jest jego lub jej wyborem. Bo może dla kogoś, kto jest bardzo bliski, komu to pomoże stanąć na nogi, albo kto po prostu jest tego wart.

    Jedyną receptą na totalną nienaruszalność granic jest moim zdaniem życie w izolacji. W naturze są one bowiem bardziej elastyczne. Choć oczywiście warto unikać przy tym popadania w dysfunkcje.

    Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 317

    Przepraszam, powiem szczerze, że teraz ja już tez trochę się pogubiłem w tym, co zadziało się między Tobą a terapeutką… Kogo i przed czym chcesz ostrzec? Ale może coś jeszcze napiszesz, i cos mi się rozjaśni…

    Moim zdaniem masz prawo do fazy bądź okresu żałoby po utraconym dzieciństwie. I nikt nie powinien tego kwestionować.

    Tego, czego nie dostałaś w dzieciństwie – w odpowiedniej dla wtedy formie, w tamtym czasie i tamtych okolicznościach – nie dostaniesz już nigdy.

    Natomiast wciąż jest na świecie dużo rzeczy fajnych, które warto spotkać i które mogą nieco zatrzeć ślady trudnego dzieciństwa.

    Dla mnie wygląda to tak:

    Jeśli oczekuję, że partner zastąpi mi rodziców i odkupi ich winy – to nie jest dobre.

    Jeśli po braku bliskości w dzieciństwie jestem w stanie czerpać radość z bliskości z drugim człowiekiem w małżeństwie czy partnerstwie – to pozytywne i budujące.

    Jeżeli chciałbym, by moje dziecko weszło w rolę mojego rodzica – to patologia.

    Jeżeli mogę dać swojemu dziecku uwagę i miłość, i okazać to, czego mi nie okazano – jest to triumf zdrowienia nad bolesnym śladem przeszłości.

    Jeżeli mogę dać swemu dziecku jego własny pokój, jakiego nie miałem, albo zabawki, których nie mogłem dostać – to też może być fajne.

    O tym, żeby się odcinać od rodzinnej dysfunkcji, ale nie odcinać od swoich korzeni pisałem wczoraj w innym wątku.

    Może Twoja pani psycholog nie potrafi Ci wyjaśnić, że udany związek czy dobre rodzicielstwo nie cofną przeszłości i nie przywrócą Ci dzieciństwa, ale mogą podnieść Twój poziom odczuwania szczęścia, miłości i satysfakcji z życia.

    Może być też tak, że dotarłaś do rzeczy bardzo bolesnych dla Ciebie – i przez to masz prawo czuć gniew i rozdrażnienie – to też jakiś etap radzenia sobie ze stratą.

    Dla mnie po raczej mało budującym dzieciństwie pozytywnym był sam fakt pójścia dalej. To, że mam partnera, dzieci, zakładam własną rodzinę i… czasem popełniam własne błędy, za które już wtedy sam ponoszę odpowiedzialność.

    Dziecko nie jest przedmiotem. Nie jest rekompensatą. Ale – po pewnym czasie zdrowienia z DDA – spojrzenie na to wszystko po wejściu na inny poziom, z perspektywy już nie bycia dzieckiem, ale bycia rodzicem też bywa uzdrawiające.

    I wtedy już przestajesz być odpowiedzialnym tylko za siebie. Jesteś już odpowiedzialny także za inną, mała osobę. To zaszczyt, ale też trud i zobowiązanie.

    Nie mam pomysłu, jak powiedzieć Ci to jeszcze jaśniej…

    Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 317
    w odpowiedzi na: Tęsknota za domem #484225

    Hej,

    Brzmi trochę tak, że starego już nie ma, a nowe jeszcze nie wybudowane. Znam to. Trochę jak przeprowadzka do innego miasta?

    Widzisz, zerwać kontakt z domem, z jego dysfunkcją, zachowaniami pijącego alkoholika i wszelkimi innymi tego typu toksynami – jest dobre, a pod kątem zdrowienia czasem wręcz bezcenne.

    Ale też dom to może być okolica, w której wyrastałaś (zwłaszcza, jeśli masz jakieś dobre wspomnienia z dzieciństwa), Twoja bądź co bądź rodzina i dziedzictwo przodków (złe, ale też i dobre). A myślę, że ciężej jest zdrowieć bez korzeni.

    Dlatego sądzę, że warto zachowywać w tym jakiś umiar. Odrzucić to, co złe, ale zachować to, co dobre. Uzdrowić roślinkę, a nie wyrwać ją z korzeniami. Wszelkie skrajności nie są dobre na dłuższą metę.

    Zależy też, na ile pewnie się czujesz sama z nową sobą. Czy np. będąc z wizytą w rodzinnym domu jesteś już na tyle silna, żeby się obronić? Czy wizytę taką odchorujesz? Czasem też możesz zajrzeć w rodzinne strony bez zaglądania do domu rodziców – taka możliwość teoretycznie też istnieje.

    Twoje wewnętrzne dziecko potrzebuje tlenu. Możesz mu go dać. Ale to do Ciebie dorosłej należy, żeby zrobić to tak, żeby było przy tym bezpiecznie. I żeby dostało powiew tego, na czym wyrosło. Ale już bez toksyn.

    Czasem pomaga też znalezienie sobie w okolicy miejsca, w którym „ładujesz swoje akumulatory”, bo przypomina Ci (w pozytywnym sensie) klimat rodzinnych stron.

    Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 317

    Asaroth, podpisuję się pod tym, co powiedziała Ci dedra. Gdybyś była niemądra, nie byłoby Cię tutaj, nie zastanawiałabyś się, nie wątpiła. Ktoś kiedyś powiedział, że typowe dla ludzi mądrych są świadomość własnej niewiedzy lub zwątpienie (także dla osób z grubsza „wyleczonych” z DDA czy totalnie zdrowych). Tylko głupcy nie wątpią i żyją w przekonaniu, że wiedzą już wszystko.

    Masz rację, też rozstałbym się z terapeutą, który ma tak kiepskie poczucie humoru (i tak niskie mniemanie o własnej skuteczności). Terapia może trwać latami (2, 3, 5, ale nie 20!), ale to mówimy o dojściu do stanu idealnego (a nie znam nikogo takiego), a pierwsze pozytywne efekty powinnaś odczuwać już po kilku wizytach (np. większy spokój albo zwiększone poczucie rozumienia różnych sytuacji).

    Kryzys w terapii się zdarza i chyba jest rzeczą normalną. Czasem pokazuje, że kręcimy się w kółko z czymś błahym, gdy inne, poważniejsze tematy czekają żeby się nimi zająć. Czasem wychodzi coś wcześniej nie zauważonego (jakaś trauma lub problem spoza DDA).

    Co do poczucia własnej wartości, dla mnie najważniejsze były/są dwie książki: Anna Dodziuk „Pokochać siebie” (to na początek) i Nathaniel Branden „6 filarów poczucia własnej wartości” (tam już b. głęboko i szczegółowo).

    Jeżeli odcinasz się od toksycznego otoczenia i dokonujesz pozytywnych zmian w swoim życiu, już samo to powinno podnieść Twoje poczucie własnej wartości (dojrzałość do zmiany terapeuty na skuteczniejszego też o tym świadczy 🙂).

    Natomiast gdy odmawiano nam prawa do życia i bycia ważnymi przez całe lata, zmiana ta nie dokona się też z dnia na dzień.

    Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 317

    ann88 napisała:

    Co masz na myśli mówiąc, że alkoholizm to choroba wolnej woli?

    Mnie uczono tak, że ktoś, kto nadużywa alkoholu „bo lubi” jest po prostu pijakiem. Ktoś, kto jest już chemicznie i/lub psychicznie uzależniony od alkoholu jest alkoholikiem.

    Granica jest płynna. Teoretycznie nie każdy pijak musi stać się alkoholikiem (i większość czynnych alkoholików tego twierdzenia nadużywa). W praktyce ogromna większość pijaków prędzej lub później jednak staje się alkoholikami. A wrażenie radosnych z powodu picia robią ci, którzy tego jeszcze nie wiedzą.

    Różnica jest taka, że pijak pije tak, jakby miał chęć zjeść batonika – nie musi, nie robi tego dla zaspokojenia głodu, robi to dla kaprysu i zwiększenia doznań. Dla alkoholika nie napicie się jest równoważne śmierci głodowej. On bez napicia się alkoholu umrze – lub przynajmniej jest o tym święcie przekonany. I to jest właśnie ten moment, kiedy wolna wola w 99,9%.  idzie już w odstawkę. Bo uzależnienie od alkoholu to nie jest moment otwarcia bram – wróg jest już w środku, i to on zaczyna dyktować warunki.

    Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 317
    w odpowiedzi na: Bliskość #484194

    Ivone09, z tego, co piszesz może Ci pomóc lektura książki Beattie Melody „Koniec współuzależnienia”.

    Nie tylko to tak masz. I tak jak napisała jjola trudno się temu dziwić przy różnych zdarzeniach z naszych historii. Jak sobie nie zaszkodzić? Przede wszystkim unikać uzależniania się od osób głęboko toksycznych (w aktywnej fazie uzależnienia od substancji chemicznych, mocno przemocowych, psychopatycznych itp.) – one mogą Ci zrobić najwięcej krzywdy.

    Na pewno przyda Ci się wsparcie terapeuty lub innych życzliwych Ci osób. Samotna walka z tymi problemami może być bardzo trudna.

    Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 317

    Witaj🙂

    Co do związków jednopłciowych, podobno działa to tak, że pojawiają się w nich inne niż w relacjach hetero płaszczyzny porozumienia. Natomiast mechanizmy związku pozostają te same, więc gdy ktoś ma problem z „podkładaniem się” partnerowi, zmiana orientacji raczej nie rozwiąże problemu…

    Co do facetów uległych i miękkich, wybacz im, proszę, w ich życiu często zabrakło ojców, byli wychowywani przez dominujące matki. Stąd te postawy.

    Cześć z tych mężczyzn to przypadki niereformowalne, czyli na zawsze tacy zostaną. Inni, po zaspokojeniu ich potrzeby czułości i nabraniu poczucia bezpieczeństwa pokazują swoje prawdziwsze oblicze. Trzeba im tylko dać czas…

    Gdy taki facet wie, że nie odejdziesz, może się zdenerwować lub zakląć, albo postawić na swoim – jeśli to odpowiada Twojej definicji męskości. A wtedy i wilk syty, i owca cała, bo nie masz w domu ani totalnego chama i brutala, ani totalnego mięczaka. Wielu mężczyzn jest gdzieś po środku, między tymi skrajnościami. Może wielu więcej niż myślisz 🙂

    W kwestii oswajania się, myślę, że to bardzo dobry pomysł 🙂 Możesz w tym celu nawiązywać drobne kontakty z braćmi, kuzynami, kolegami z pracy lub szkoły. I to powinno pomóc Ci oswoić swój lęk przed płcią przeciwną.

    Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 317
    w odpowiedzi na: Bliskość #484138

    Dla mnie miarą zdrowienia z DDA/DDD jest to, by nie wymagać od innych osób „szczególnego traktowania”. To, że jestem DDA nie upoważnia mnie do oczekiwania od wszystkich, by obchodzili się ze mną jak z jajkiem. Przecież pracuję nad tym, żeby stawać się „normalnym” 🙂

    Z drugiej strony jednak, jeśli ktoś mówi mi, że coś jest dla niego, dla niej trudne, ma z tym problem, a mimo wszystko próbuje, wzmacnia to moje zaufanie i szacunek do takiej osoby.

    W moim odczuciu bliskość jest fajna i warto próbować. Nigdy nie czułem typowego lęku przed bliskością. Przed odrzuceniem, byciem ocenianym – tak. Ale nie przed bliskością. Chociaż może u mnie kryje się on na głębszym poziomie, że dość łatwo mi jest nawiązać kontakt, lecz trudno naprawdę zaufać, że ta druga osoba nie chce mnie wykorzystać czy skrzywdzić.

    Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 317
    w odpowiedzi na: Już tu byłem… #484123

    @Cerber

    Tak, znalazłem. Chciałem zamieścić tu parę linków, ale mechanizm naszego forum jakoś to utrudnia. Czyli czujesz się odcięty od swoich uczuć?

    @Outsid3r

    Myślę, że kluczowe może być tutaj ostatnie zdanie, które napisałeś. Może nawet cierpimy bardziej na samą myśl o utracie ważnej dla nas osoby, niż gdyby to się naprawdę już stało.

    Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 317
    w odpowiedzi na: Już tu byłem… #484084

    Zobaczcie jakie ciekawe wyniki Wam się pokażą, gdy w wyszukiwarkę wpiszecie „lęk przed samotnością”. Chyba powstaje nowa jednostka chorobowa…

    Cerber, masz rację, czasem najtrudniej wytrzymać sam na sam z własnymi myślami.

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 317)